Xavier Dphrepaulezz zjawia się z nowym krążkiem i znów jest to album z bujającą muzyką energetyczną, lecz podszytą osobistym bólem, bowiem przekorny pseudonim artystyczny zobowiązuje do łączenia skrajności. Chyba jednak jak jestem w stanie się zorientować, to na Son Of A Broken Man jest mniej odniesień do rasowego ucisku, bez względu na oczywistość że nawet jeśli album to opowiadający subiektywnie o przeżywaniu relacji z dzieciństwa, to osadzony w miejscu i czasie, gdzie i kiedy one swoje piętno odciskają. Teksty Xaviera to zarazem typowe dla bluesowej stylistyki emocjonalne wyznania, jednak niekoniecznie tak oczywiste gdyż ironia jest tu ważnym ich składnikiem, a wszelkie do bluesowego trzonu przytwierdzane wpływy funky czy soulu oraz bardzo jaskrawa prezentacja sceniczna zmieszana w jedną zaskakująco spójną całość w pulsującym sprzecznościami tyglu, powoduje iż jest to artysta jak najbardziej na współczesnej scenie osobny. Miałem tego lata okazję na własne oczy przekonać się jak też wyglądają jego występy na żywo i one takie jak mogłem sobie wyobrażać. Znaczy gość robił wokalno-wizualny spektakl, a otaczający go maksymalnie różniący się między sobą stylem wizualnym, biegli w sztuce instrumentaliści, mu w tym (każdy na swój oryginalny sposób) pomagali, a że numery Fanatastic Negrito w wersjach na żywo, to formy trzymające się luźno tylko oryginałów, całkiem mocno przearanżowane i nawet improwizowane, to mieli pole do popisu i korzystali. Korzystali, a Ci co zdecydowali się ruszyć tyłkami na koncercicho, też tyłkami (znaczy bioderkami) intensywnie podrygiwali, bowiem trudno zaprzeczyć że nuta FN nie jest poniekąd taneczną. Takiż jest też nowy krążek, który do pogibania mimo swojej mało radosnej, jednak niekoniecznie kompletnie nie optymistycznej lirycznej treści potrafi człowieka maksymalnie zachęcić. Jest też on po raz kolejny tak fachowo zaaranżowany, że odsłuchy ente pozwalają dostrzegać w nim detale jakie są nawet w stanie zmieniać pierwotny odbiór poszczególnych kompozycji, więc nie ma opcji aby szybko się nim znudzić, zarazem oswajając się z biegu. Dwa w jednym, a może wręcz w jednym więcej niż dwa. Jeśli człowieku do tej pory będąc miłośnikiem klasycznego "czarnego" klaskanego groove'u czy też ballad z walczykowym pam pam pam i na nutę Fantastic Negrito nie trafiłeś, to zachęcam. Na dzień dzisiejszy masz do sprawdzenia siedem krążków w równym rytmie od roku 2014 wydawanych i coś czego nie udało mi się poznać z roku 1996-ego. Możesz śmiało zacząć od albumu bieżącego, ale nie ma takiego przymusu. Bierz, bo wstyd nie znać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastic Negrito. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastic Negrito. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 października 2024
wtorek, 7 czerwca 2022
Fantastic Negrito - White Jesus Black Problems (2022)
White Jesus Black Problems jako całość już się żywo kręci, lecz znaczna jego część towarzyszy mi od jakiegoś czasu, gdyż proces zapoznawania z nowym materiałem Fantastic Negrito trwa w dobre od kilku miesięcy. Obrazki i tzw. lyrics video do Highest Bidder, They Go Low, Oh Betty i Trudoo dużo wcześniej przed premierą tak apetyt wzmacniały, jak po części go zaspokajały, a teraz na dniach do tej serii Nibbadip dołącza i pozwala stwierdzić, iż mocno Negrito na obrazkową promocję stawia, choć widać że możliwości finansowe posiada ograniczone. Dzięki jednak takiej aktywności i strategii jego nieco niedzisiejsza twórczość dotrze do większej grupy słuchaczy, bo odkąd ten wokalista wbił na scenę ze swoją solową działalnością i systematycznie krążki zaczął wydawać, na tą uwagę niewątpliwie zasługuje. Jak od początku kiedy moją sympatię zaskarbił i zainteresowanie większe niż tylko chwilowe zyskał, to artysta nietuzinkowy tak w wymiarze muzycznym, wizualnym jak i lirycznym. Muzycznie oscylując wokół tradycji czarnej muzyki z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, do swej oryginalnej mikstury dolewa mnóstwo ciekawie zaaranżowanych składników, od soulowej zadumy, poprzez gospelową chóralną podniosłość, po energetyczne, żywiołowe funky i oczywiście pośród folkowych (a to może wprost amerykańskie country?) wycieczek także obowiązkowo bluesowe ingrediencje. Głos kapitanie intonowany i rytmika absolutnie niebanalna, a wizualna otoczka daleka od surowej prostoty i ukierunkowana na kolorową finezję. Natomiast tematy pozornie z tą szaloną energią i barwną przesadą mało spójne, bowiem pod kamuflażem z wesołkowatości i barwnego festynu fatałaszków poważne rozważania o losie zniewolonej czarnoskórej amerykańskiej społeczności się kryją. Piszę pozornie, gdyż to jednak żadna nowość i zaskoczenie, że Afroamerykanie w nostalgicznym bluesie i tych wszystkich powyżej wymienionych muzycznych stylistykach nawet jeśli one energetyczne, to manifestowali gniew i cierpienie, niżby wprost jakoby można było uważać wyłącznie radość życia. Taki właśnie jest styl Fantastic Negrito i wszystko co wokół niego rzucające się w oczy. Niby tanecznie wirujące i pozytywnymi wibracjami pulsujące, ale pod powierzchnią zamyślone i pełne rozczarowania, wręcz goryczy. Taki też ten jego styl, bowiem Xavier Dphrepaulezz to aktywista społeczny i performer niezależny, ale też otwarty umysł, duch nieposkromiony i doskonały muzyk oraz fenomenalny wokalista, a White Jesus Black Problems (dobry tytuł nie?) dostarcza kolejnego argumentu, że gość wciąż się rozwija i nie ma ochoty zamykać się w szablonach, czy dążyć za wszelką cenę do mainstreamowej popularności. Jest już względnie znany i przez branże doceniany, a jego celem jest nie tylko rozwijanie muzycznej estetyki (In My Hand to już chyba jazz?), ale też zmienianie perspektywy spostrzegania. A ja takich artystów cholernie szanuję!
P.S. White Jesus Black Problems, to album który we mnie dojrzewa, co wróży mu wspaniałą przyszłość. :)
czwartek, 20 sierpnia 2020
Fantastic Negrito - Have You Lost Your Mind Yet? (2020)
Jak ja tego typa szanuje, nie tylko przez pryzmat jakości uprawianej sztuki, ale też za sprawą całej zdystansowanej otoczki i powagi problemów ubranych w fikuśne fatałaszki jakie w swojej muzyce porusza. To tak na wstęp zwierzenie, a dalej już tylko suche analitycznie fakty związane z premierowym kontaktem z jego kolejnym longplay'em. :) Zastanawiam się w międzyczasie, gdy już solidnie opracowaną koncepcję recki miałem i wystarczyło by z pamięci spisać ją w odpowiednim edytorze, poddać korekcie ortograficznej, stylistyczne błędy pozwolić małżonce usunąć i puścić w neta, czy ten fantastyczny gość w ogóle w tym naszym katoobłędnym grajdołku to jest chociaż odrobinę znany? Przez te dygresyjne problemu popularności rozpoznawanie zgubiłem po części rytm i koncepcja się nieco rozmyła, więc jakbym pisał chaotycznie, a co gorsza bez sensu to przepraszam najmocniej. Starałem się szybko pozbierać myśli, a rozkminy czy (jak ja tego gościa szanuję!) Negrito ma w IV RP fanów, czy może przyklejona do jej obywateli rasistowska fobia przeglądającemu się bez wstydu w lustrze rodakowi nie pozwala dać się ponieść gdy groove i flow takich cudnych numerów jak między innymi How Long?, All up in My Space czy Platypus Dispster do rytmicznego pulsowania bioderek z automatu nakłania, zostawię żartobliwie na bezsenne noce. Ale o czym ja tu o czym? Przecież fakt taki, że nie znalazłem w necie ani jednej polskojęzycznej recki na okoliczność premiery Have You Lost Your Mind Yet? na klawiaturze wystukanej mówi wszystko, a powyższe domniemanie dlaczego Polacy nie zakochali się w jego muzyce tak jak ich rodak te wywody spisujący, jest jednocześnie naiwne po prostu i przekorne świadomie. Niby Fantastic Negrito sieka dźwiękami, które w radiowo-telewizyjnym mainstreamie przyciągają uwagę milionów, ale z jakichś powodów Xavier Amin Dphrepaulezz nie jest tak mocno promowany jak jego koleżanki i koledzy funkcjonujący w stylistycznie podobnym dźwiękowym uniwersum. W sumie mnie to "rybka", a właściwie mogę przyznać, że mnie to cieszy, bowiem po pierwsze sława psuje, a po drugie tak barrrdzo fajowo jest błysnąć od czasu do czasu w towarzystwie wiedzą, że kogoś tak zajebistego się zna i słucha. Szczęśliwie wdrukowałem sobie kompletną impregnację na innych przekonywanie, że powinni, że należy itd., itp. Dzięki temu nie silę się na reklamowanie tylko problem, zjawisko pozwalam sobie zauważyć, a co z tym dalej... hmmm... - jakby he he coś ode mnie zależało. Na koniec tylko dodam, by to była recka, a nie tylko z zasad pisania recki beka, że Have You Lost Your Mind Yet? z każdym kolejnym kontaktem nabiera rumieńców i na ten moment nie wiem jeszcze czy jest najlepszym krążkiem Fantastic Negrito. Wiem natomiast, że jeśli nawet konsekwentnie do wewnątrz zasysany nie przeskoczy Please Don't Be Dead i The Last Days of Oakland, to nie ma się do czego krytycznie przyczepić, a fun z odsłuchu jedenastu nowych piosenek Szanownego Negrito jest mega.
piątek, 28 września 2018
Fantastic Negrito - The Last Days of Oakland (2014)
Gdy piszę zdań poniższych kilka, w tle wybrzmiewa naturalnie krążek będący tematem mojej wewnętrznej dyskusji, której co najważniejsze wątki i wszystkie istotne wnioski zostają zarchwizowane na tych właśnie stronach. Xavier Amin Dphrepaulezz znany jako Fantastic Negrito powraca na łamy NTOTR77 w absolutnie nie chronologicznej kolejności, bo z albumem z roku 2014-ego, czyli prawdopodobnie jeśli się nie mylę debiutem współczesnego własnego oblicza. To jak pozwoliłem sobie określić przy okazji Please Don't Be Dead, artysta zupełnie wyjątkowy chociaż wykorzystujący w swej twórczości masę różnorodnych wpływów, które na muzycznej scenie już od ponad grubo półwiecza w mniejszym lub większym stopniu decydują o jej obliczu. Żeby nie epatować pustosłowiem, a wyczerpać jednak w miarę możliwości temat napiszę, że na The Last Day of Oakland słychać przede wszystkim kapitalny czarny blues delty, takie pełne pasji R&B ale z mnóstwem genialnie w jego strukturę wplecionych inspiracji ze sceny funky, gospel, soul, folk czy nawet hip hopowej. Każdy z trzynastu numerów, w tym cover kompozycji człowieka znanego jako Lead Belly (Cobain to śpiewał na MTV Unplugged - kojarzycie na stówę) posiada własny odrębny charakter, będąc jednocześnie spójną całością z pozostałymi. Ponadto jak się wsłuchać i pozwolić wyobraźni ulecieć, to muzyka przynosi obrazy które podsuwają skojarzenia z poszczególnymi artystami. Tak na przykład żeby daleko nie szukać, ale i nie popaść tutaj w wyliczankę to ja w Scary Woman wyczuwam świetne swingujące fortepianowe boogie, którego bezapelacyjnie królem był Jerry Lee Lewis, a Hump Thru the Winter to prawie 1:1 Jack White z solowych albumów. Zresztą nie wiem czy tylko ja słyszę, że w kilku kompozycjach natura maniery wokalnej White'a jest w bliźniacza tej Xaviera. Wyborne aranżacje instrumentalne, gdzie rytm bogaty w groove idealnie dopieszczany jest klawiszowymi brzmieniami. Detaliczna precyzja osadzenia każdego muśnięcia struny, uderzenia w instrumenty perkusyjne czy akordu klawiszowego. Swoboda wokalnych interpretacji, moc i autentyczna pasja w głosie pozwalające wyrzucać z serca zaangażowane wersy, będące dramatycznym komentarzem "czarnej" rzeczywistości. To w moim odczuciu cechy utożsamiane jednoznacznie z walorami, to atrybuty dźwiękowej strawy, która posiada ducha i warsztatową biegłość, pozwalające głęboko przeżywać każdą nutę i każde słowo. Ja przeżywałem, chociaż moi przodkowie nie zbierali bawełny na polach Missisipi, Alabamy czy Luizjany.
wtorek, 3 lipca 2018
Fantastic Negrito - Please Don’t Be Dead (2018)
Nie pierwszy, zakładam że nie ostatni to przypadek, kiedy odpowiedni algorytm w wyszukiwarce najpopularniejszego serwisu z krótką rozrywką wizualno-dźwiękową podrzuca mi do sprawdzenia artystę, który w założeniu przykuje moją uwagę, zaspokoi moje potrzeby i może na dłużej zamieszka w mojej świadomości. Człowiek występujący pod brawurowym pseudonimem Fantastic Negrito, to jak się okazuje żaden młodzieniaszek, tylko dojrzały (może nieco już zaawansowany wiekowo) wokalista za którym zapewne stoi całkiem spora artystyczna historia, lub też co byłoby zaskoczeniem przez pryzmat pięćdziesięciu latek jakie na jego karku, jej brak. Nie zagłębiłem się w temat, więc nie będę tematu w tym miejscu rozwijał - pewnie kiedyś sprawdzę, gdy tylko tysiące obowiązków, spraw na zaraz da mi odrobinę oddechu. ;) To co wiem to fakt, iż gość jest przekozak, nie tylko przyjmując taki, a nie inny sceniczny pseudonim, ale przede wszystkim ze względu na to co i jak śpiewa i ile w tym śpiewaniu ikry. Nie będąc w żadnym wypadku muzycznie oryginalny, akurat na współczesnej scenie może być spostrzegany jako zjawisko dość niepowszednie. To za sprawą wpływów i inspiracji jakie wykorzystuje, a które trudno dzisiaj (choć retro trend ma swoich zwolenników) uznać za siłę w mainstreamie decydującą. Niby blues ma w jego kompozycjach swoje fundamentalne znaczenie, ale z pewnością nie w tym surowym tradycyjnym znaczeniu, bo cała gama różnorodnych mniejszych czy większych naleciałości jest wychwytywana w każdej z jedenastu kompozycji. Począwszy od drapieżnego startu, w którym pobrzmiewają hard rockowe echa, poprzez numery które całymi garściami czerpią z dorobku wielkiego Jamesa Browna (soul, funk itd.), Carlosa Santany (kilka solówek), nawet hybrydy Radiohead z The Beatles (Dark Windows), po motywy bardzo egzotyczne, bo sięgających po folkowe natchnienia. Mając tak szerokie horyzonty i dysponując znakomitym "czarnym" głosem - wykorzystując z powodzeniem dostępne środki muzycznej produkcji, swój niewątpliwy talent kompozytorski i doskonały naturalny rytmiczny flow, Xavier Amin Dphrepaulezz stworzył album, który docenią nie tylko koneserzy powyżej wymienionych gatunków, ale także wszyscy ceniący w dźwiękach swobodę i szczerość. Zaprawdę powiadam wam, że przekozak z tego kozaka. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




