Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soulfly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soulfly. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2025

Soulfly - Chama (2025)

 

Chame Max otwiera bardzo obiecującym intro i nie spuszcza z tonu przez te krótkie trzydzieści z małym okładem minut jej trwania, bowiem konstrukcja najnowszej płyty Sopulfly jest mega skompresowana - co poniekąd przypada mi do gustu i poniekąd spełnia moje oczekiwania. Poniekąd niestety, gdyż wszystko co kiedyś najlepsze w dyskografii projektu starszego Cavalery, to były krążki wielowymiarowe, gdzie spotykała się surowizna z odlotami kompletnie jedynie teoretycznie niespójnymi z brutalnym uderzeniem. Chama zasuwa od startu do mety na agresji i nie jest to jedynie agresja prymitywna, bo dzieje się tutaj naprawdę dużo i szczególnie ciosy startowe ciekawie są wyprowadzane i nie brakuje w ich zwartych strukturach finezji. Podejrzewam (żadna odkrywczość), iż efekt finalny osiągnięty jest wypadkową tak bieżących fascynacji Maxa, których pochodzenie czuć najbardziej intensywnie w projekcie Go Ahead And Die oraz ciągotek wciąż (cieszę się) ku urozmaicaniu o wpływy z zupełnie innej bajki rytmicznej. Chama pomimo że jest bezpośrednia, więc przyrządzona na ostro, to wzbogacana o naprawdę fajne pomysły - przyprawy dosmaczające struktury poszczególnych numerów. Problem jednak w tym, że jako pełnowymiarowy album jest jakby niedokończona - rozczarowująca pod względem czasu trwania. Być może nie ma tego złego co by na dobre Chamie nie wyszło, gdyż bywało w niedawnej przeszłości, iż pośród znakomitych kompozycji na płytę głównodowodzący wciskał najzwyczajniej marne wypełniacze i czas się zgadzał, lecz odczucia satysfakcjonujące już nie bardzo. Może najlepszym kompromisowym wyjściem byłoby, gdyby Max się tak w kwestii systematyczności wydawania materiałów nie spieszył i dał sobie tyle przestrzeni aby wszystko zaskoczyło i zagrało jak należy? Chyba że kłopot tkwi w prozaicznych wyborach obsadowych Pana Kierownika i ograniczenia towarzystwa raczej do sprawnych, ale jednak tylko wyrobników, miast poszukać bądź zatrzymać wokół siebie ludzi z szerokimi inspiracyjnymi sugestiami. Kierownik jest świetnym kompozytorem, ale może za bardzo się na różnych frontach już wypśtykał i potrzebuje wsparcia. Tak czy inaczej Chama ma sporo momentów (kilka najlepszych od lat numerów) i coś w niej interesującego POMIMO żyje.  

niedziela, 11 września 2022

Soulfly - Prophecy (2004)

 


Wielkie S jak sentyment, między innymi przy Prophecy Soulfly stawiam. Przy krążku który jako pierwszy po rejteradzie Maxa z Sepultury przykuł moja uwagę i zdobył sympatię, nie tylko dlatego że zawierał wreszcie nieco odważniejszą porcję quasi thrashu, bądź bardziej intrygującego hard core'a w stylistyce najczęściej samą siebie ośmieszającej. Dzisiaj potrafię w zdecydowanie bardziej zdystansowany sposób spojrzeć na pojawienie się nu metalu, jego dojrzewanie (kilka przypadków pośród których Deftones wytrzymał próbę czasu) i tak szybki wzrost popularności jak zjadanie własnego ogona oraz ostateczne pierdolniecie o glebę. Pomimo wciąż krytycznej opinii, dostrzegam jednak jakieś plusy pośród przeważających minusów i nawet fajnie wspominam jeszcze wówczas skaczącego z jaskrawym bodajże plecaczkiem Marca Rizzo, podczas tej Metalmani na której Soufly w Polsce właśnie Prophecy promowało. Mimo dość chłodnego przyjęcia i brzmienia które pozostawiało sporo do życzenia był to dobry gig, bowiem zapisał mi się w pamięci w kontekście nazwy Soulfy, jako doświadczenie graniczne - akurat w pozytywnym tego określenia znaczeniu. Łypie na Prophecy starszy z braci Cavalera wciąż z pasją nastolatka na nowe trendy, ale też wydaje się iż czuje że we krwi jego nadal płynie thrashowa surówka i dzięki temu charakterystyczna trybalna rytmika, wspomagana szołmeńskimi efektami, nie wychodzi przed szereg. A że kompozytor z Maxa przedni, to te dwa światy nie tworzą dwóch odrębnych uniwersów, a płynnie się przenikają, tym samym album jest spójny i aranżacyjnie błyskotliwy. Pomysłów nie brakuje, sposobów na ich wykorzystanie w kompozycjach też sporo i tak jak donoszę, tworzą razem zwartą formę, można by powiedzieć wtedy nowego muzycznego podgatunku. Czy bardziej motorycznie, a wręcz z punkowym zadziorem (Living Sacrifice, Execution Style, Defeat U, Born Again Anarchist), czy z bujającym groove'm, wespół z kombinacjami wykorzystującymi instrumentarium i motywy plemienne, jak i wprost mega odważnie, bo czując doskonale vibe reggae i gitarowego flamenco (Mars, I Believe, Porrada), za każdym razem kapitalnie. Kiedy teraz słucham tych kawałków, mam wrażenie że one dopiero pod wpływem minionego czasu błyszczą ówczesnym geniuszem Maxa najmocniej. W sytuacji gdy wobec Prophecy nie mam oczekiwań, a i z estetyką, a dokładnie kręgosłupa Soulfly się przez lata dość mocno zrosłem i potrafię z emocjami nostalgicznymi, ale i zdrowym dystansem, dojrzałością spojrzeć na ten album - bez gatunkowych konotacji. Bowiem Przepowiednia to kawał świetnej nuty, bez względu właśnie na stylistyczne ramy.

P.S. Cover Helmet też bardzo bardzo. :)

wtorek, 30 sierpnia 2022

Soulfly - Totem (2022)

 


Wszystko niby teoretycznie gra, a praktycznie nie gra tak intensywnie i na takim wysokim poziomie, który by oddziaływał wystarczająco głęboko, bym miał po latach posuchy i ostatnio względnej zmiany na lepsze, znów nowy krążek Soulfly wrzucić do playera ze znakiem serduszka mu przyporządkowanym. :) Wkoło się rozpisują że Totem brzmi super i jest w pełni udany, a ja nie czuję tego i brak mi euforycznego nakręcenia, bym w słowach komplementach spisał własne odczucia. Słucham któryś raz, robię podejście ente - wyróżniam świetne fragmenty, wywalam z pamięci momenty mielizn, które są właściwie momentami nudnej powtarzalności, ale przy kolejnym podejściu nadal nie pamiętam gdzie były te fragmenty perełki, bowiem wszystko mi się zlewa i tylko kilka odrębnych riffów, a najbardziej klimatycznych kombinacji wbija się w pamięć tak, że kiedy powracają czuję jakieś w ogóle emocje. Problem znajduję w tym, że program składający się na Totem to nie zbiór tworzących w obrębie kilku minut doskonale zaaranżowanych kompozycji, tylko program składający się z często doskonałych riffów, tylko chaotycznie, bez pomysłu w sensie ładu i składu poupychanych w numerach właśnie nie tworzących zamkniętych całości, tylko ciąg thrashowych wirtuozerskich popisów. Ja bardzo przepraszam że się wymądrzam zupełnie nie znając muzycznych podstaw z zakresu teorii - nigdy nic spod mojego pióra muzycznego nie powstało i nie ma szans bym próbował w praktyce prześcigać się i rywalizować nawet z kawałkami z najnowszego longa Maxa Cavalery. Jednak muzyka jako produkt przygotowany by wzbudzać pozytywne odczucia powinien trafiać i uwodzić, bez względu czy to czysta ekstrema czy rzecz w znacznie subtelniejszej estetyce. Mnie Totem nie trafia, mimo że chłodna analiza zawartości może matematycznie dawać wynik dodatni. Pewnie powyższe brzmi jakbym poszedł w las i narzekał że drzewa są zielone, a ja się tej zieloności spodziewałem i mi się ona już ulewa, lecz przypomnijcie sobie że czasem w ten las wbijając walory barw, zapachowe i wszystkie inne towarzyszące doświadczeniu wprawiają was w ten upragniony stan błogości. Tego właśnie zawsze oczekuję po kontakcie z każdym muzycznym albumem i to doznanie mi dane pozwala tak na zbudowanie z nim poczucia więzi bazującej na tymże. Do Totem nie chce mi się wracać, a do porannego lasu jak najbardziej, więc żadna algebra nie pomoże gdy nie ma zamiłowania. Nawet kiedy finał w postaci Spirit Animal ma to coś, co przy odpowiedniej obróbce mogłoby być elementem wyróżniającym Totem na tle innych ostatnimi czasy produkowanych materiałów pod szyldem Soulfly. Może to wina rejterady Marco Rizzo? Pewnie to jednak nie to!

wtorek, 19 kwietnia 2022

Soulfly - Omen (2010)

 


Napiszę jasno, że po tym albumie to akurat zanim go w całości poznać zdążyłem, spodziewałem się więcej niż w rzeczywistości dostałem. Raz że to krążek nagrany po moim zdaniu najlepszym w dyskografii Solufly Conquer, dwa że promował go kapitalny numer nagrany z gościnnym udziałem Grega Puciato, co zwiastować w moim mniemaniu miało przede wszystkim zysk w postaci ciekawej inspiracji. Po trzecie natomiast nawet jeśli same numery poziom surowych thrashowych killerów trzymają, to jednak czas jego trwania w porównaniu do tych w bezpośrednim sąsiedztwie powstałych sugerował jednak, że pomysłów wartościowych na dopełnienie brakło. Tak więc Omen kojarzę dość niejednoznacznie, przez pryzmat Rise of the Fallen znakomicie i całkiem dobrze z punktu widzenia poziomu zawartych na nim numerów, ale słabiej przez wzgląd na właśnie czas trwania, który przynosił niedosyt i powodował, iż album nie był zwyczajnie odpowiednio domknięty. Poza tym kiczowata okładka, nawet od tej strony wizualnej utrudniała przekonanie się do niego w pełni, a że wzrokiem też albumy muzyczne się odbiera i jakość koperty tak może znacząco pomóc jak i równie mocno obniżyć jego notowania, to w tym wypadku na pewno nie pomógł. Na plus działa natomiast brzmienie w jakie kompozycje pooblekane i naprawdę spora ich żywiołowość pochodząca tak z ich charakteru aranżacyjnego jak i mocarnej obróbki dźwiękowej w studiu dokonanej. Niewątpliwie gdyby akurat Omen nie powstał pomiędzy wspomnianym doskonałym Conquer, który prócz ciężaru posiadał także walor pełnymi garściami czerpania z ciekawych pomysłów urozmaicających jego strukturę, a niemal równie dobrym Enslaved, który natomiast świetnie wszedł w buty ekstremy z pogranicza death metalu, to jego ocena mogłaby być wyższa. Czepiając się go tutaj na co bezdyskusyjnie sobie także w kwestii czysto muzycznego przywiązania do thrashowego szablonu zasłużył, tymczasem przede wszystkim podeprę się głównie zarzutami dotyczącymi wspomnianego okrojonego charakteru czasowego i fatalnej graficznej prezentacji. Stąd gdyby Max dorzucił do programu płyty choć jeden rozbudowany numer z inklinacjami etnicznymi i do plastycznej wizji frontu koperty miał bardziej krytyczny stosunek, wówczas myślę wszystko byłoby ok. Tak nie wszystko jest. Tyle!

piątek, 28 czerwca 2019

Soulfly - Dark Ages (2005)




Noszę w sobie nadzieję, że okres słabszej dyspozycji Max ma już za sobą. Dobrym prognostykiem był Ritual - w sumie od Archangel czuję, że tendencja lekko, ale jednak jest zwyżkowa. Trochę mimo wszystko dwóm ostatnim krążkom do topu w dyskografii Soulfly nadal brakuje, porównując wprost z okresem Prophecy–Conquer, mimo że te współczesne wytopy mogą fragmentami wydawać się dojrzalsze w sensie gęstego korzystania z bogatej formuły własnej stylistyki i thrashowego ciężaru, to brakuje im pierwotnej siły, którą właśnie Dark Ages nabity był po sam korek. Wrzucając sobie ten materiał na słuchawki czuć jego moc, ciężar i potencjał soczystego riffu, bez odwoływania się do zbytniego kombinowania, ale nie odwracając się też plecami od urozmaiceń w postaci interesujących detali, które nie tylko punkowo/hard core'ową zadziorność Molotov, tudzież death metalową miazgę Frontlines równoważą z charakterystycznym hipnotyzującym transowym groovem. Max posiada ten dodatkowy zmysł niezwykły, który pozwala mu z łatwością zaaranżować w buzującym testosteronem ognistym numerze partie o funkowych, jamajskich, czy ambientowych inklinacjach i nic się tutaj ze sobą nie gryzie. Niestety ten legendarny metalowy przodownik pracy czasem też zapomina nawiązać kontakt z ziemią popadając w nieuzasadnioną merytorycznie megalomanie, lub zatracając właśnie jakość na rzecz ilości. Na szczęście udziałem Dark Ages nie są te wspomniane kuriozalne odloty, czy kompulsywny pracoholizm, tylko wszystkie najcenniejsze walory jakimi mistrz potrafi zainfekować kompozycje własnego autorstwa. Krążek trzyma kapitalny poziom od startu do mety i nie potrzebuje dodatkowych zabiegów speców od marketingu i studyjnej obróbki, którzy dodaliby mu większej estymy, a Maxowej muzycznej wyobraźni uzupełniającej suplementacją niedostatki talentu. Będąc obecnie po okresie niewątpliwej jakościowej posuchy ogromnie złaknionym muzyki Soulfly, wracam rzecz jasna do powyżej nakreślonego okresu katując triadę Prophecy/Dark Ages/Conquer. Dzięki czemu wbijam sobie w momentach utraty wiary na mordę szerokiego banana i zadaję pytanie, co poszło nie tak, że Max się pogubił. Za dużo, za często – bez kontroli, bez zimnej krwi? Oby przemyślał, oby zrozumiał - oby jeszcze mu się chciało i mocnych pomysłów nie zabrakło. Noszę w sobie nadzieję. :)

czwartek, 7 marca 2019

Soulfly - Conquer (2008)




Do dość niestabilnych jakościowo i produkowanych w nadmiarze płyt Max już dawno zdążył przyzwyczaić. Zdarzały się w jego długiej karierze rzeczy wyjątkowe, lecz także szyldu Soulfly nie wyłączając dość poprawne, lub pisząc bez ogródek lichutkie. Wówczas jednak, a był to rok 2008 starszy z legendarnych już braci Cavalera wraz z młodszym Iggorem wpierw wiosną wydał kapitalny wściekły debiut Cavalera Conspiracy, a sam w środku lata powrócił z kolejnym krążkiem Soulfly. Nie byle jakim, w żadnym stopniu przeciętnym, absolutnie nie pozbawionym natchnienia czy ikry -tylko jak teraz spojrzę na dyskografię grupy z albumem nr. 1. Ściany wtedy jeszcze nie widział, skutkiem czego dojść do niej szczęśliwie nie przyszło mu już przy okazji szóstego albumu, tylko dopiero za lat kilka. Zatem dzięki tej muzycznej wyobraźni tak 11 lat temu jak i dzisiaj z równą przyjemnością mogę rozkoszować się dźwiękami zawartymi na Conquer, który wręcz tryska świeżością i witalnością, doskonale wkomponowując się w dobry trend jaki Soulfly zapoczątkowało na Prophecy. Pomysły może nie przynoszą stylistycznej rewolty, jednak bezdyskusyjnie dodają blasku i urozmaicają wcale do tej pory nie ubogie aranżacyjnie rozwiązania stylistyczne. Mocno osadzone w thrashowej tradycji riffy, dopieszczone death metalową precyzją i podkręcone core'ową brutalnością, a dla dywersyfikacji mnogie we frapujące nawiązania do reagge, czy dubu z obowiązkowymi dla Soulfly orientalizmami. Unleashed, Touching the Void, Doom, czy Fall the Sycophants to najlepsze przykłady doskonałego mieszania w tyglu różnych, często w teorii absolutnie do siebie nieprzystających motywów. Jednak tutaj one są tak genialnie spięte w spójną całość, że nawet zdeklarowani puryści przyznać muszą, że nikt tutaj czystości gatunkowej nie robi niedźwiedziej przysługi. Max bowiem nie staje w rozkroku pomiędzy gatunkami, nie tworzy jakiegoś eklektycznego kuriozum, tylko nadzwyczajnym zmysłem łączy bez napinki, to co z definicji nieprzystawalne i w finalnym wydaniu rozkręca na "maxa" potencjometr konkretnie dupsko kopiącym numerom. Kosi w nich ciętym riffem że ho ho, solówkami dzięki Rizzo obficie karmi, a i nietuzinkowej treści w rytmice nie skąpi, stąd książkowo stosuje się w praktyce do mojej ulubionej zasady proporcjonalności/harmonii, tudzież chwytliwości/ambicji. Oklaski! Gromkie brawa!

poniedziałek, 12 listopada 2018

Soulfly - Ritual (2018)




Nie jechałem może ostatnio po Maxie niczym po łysej kobyle, ale nie mógł też ten zawsze bardziej przed szereg z wychodzący członek rodzeństwa Cavalera, liczyć na moją przychylność w ocenie zarówno jego aktualnych muzycznych dokonań, jak i na marginesie własnej fizyczności sprowadzonej ogółem do kloszardzkiej stylówy. Zdarzyć mi się nawet mogło w jakiś internetowych czy osobistych tzw. f2f dyskusjach, iż wyrażałem swój niepokój o stan ducha/psychiki legendy motorycznego death/thrashu, nie licząc rzecz jasna iż skuteczną wróżką, co upadek mu przepowie zostanę. Nawet gdy ręce z bezsilności wobec jego zachowania opadały, to zawsze trzymałem w ukryciu kciuki za człowieka, który co by poddawanego krytyce dzisiaj nie odwalał, to jednak wówczas, gdy dojrzewającym gówniarzem byłem odcisnął swoje piętno na tym czym dzisiaj jestem i z czego bez dwóch zdań pozostaje dumny i wszystkim tym ciekawym osobistościom sceny muzycznej wdzięczny. Ale nie o mnie tutaj, tylko o najnowszym wypieku sygnowanym nazwą drugiego muzycznego życia Maxa Cavalery. Jak się okazuje, Ritual to naprawdę pozytywnie zaskakujący kawał bardzo sprawnie skrojonej ciężkiej muzy, która absolutnie nie zaskakuje względem formalnym, lecz z pewnością wzbudza szacunek jakościowo. To wszystko już wielokrotnie Max przemielił, ale nie zawsze efekt był zadowalający. Goście o sporym formacie już na płytach Soulfly byli, stricte dźwiękowo skoczny nu metal był, wściekły hard core także i oczywiście agresywny motoryczny thrash wypełniał wielokrotnie krążki Soulfly. Odniesienia folkowe, kombinacje z elektroniką, nieco bujania z rejonów gdzie dredy są cool i wreszcie eksperymenty oraz zabawa formą w zamykającym numerze Solufly nr enty. I to wszystko znajduje na powrót na Ritual, lecz moja przychylność zaproponowanym fakturom jest dużo większa niż to było przy okazji Archangel czy Savages, a pamięć w kilku fragmentach wysyła mnie w podróż do świetnych Dark Ages, Conquer czy nawet Enslaved - po drodze pobudzając reminiscencje powiązane aż z okresem Primitive-Prophecy. Po kolei patrząc już otwierający tytułowy numer mógłby z powodzeniem wbić się na playlistę Prophecy, szczególnie przez wzgląd na ten charakterystyczny sygnał, a The Summoning mógłby aranżacyjnie idealnie odnaleźć się jako brat bliźniak (nie jedno jajowy) tuż obok Unleash z Conquer. Tych skojarzeń jest tutaj masa, a co najważniejsze że w tym tyglu wymieszane zostały z autentyczną pasją jakiej ubolewam ostatnimi czasy na krążkach Soulfly było tyle, co kot napłakał. Ritual ma to coś co nakazuje mi wierzyć, że to jest prawdziwe i nie wysilone na potrzeby pozerskiej prezentacji. Autentycznie mimo, że przecież album nie dorobi się u mnie ołtarzyka, to za te istotne jego walory jestem skłonny postawić go bez obawy obok tego wszystkiego co w dyskografii Soulfly dotąd uważałem za najlepsze. 

niedziela, 16 sierpnia 2015

Soulfly - Archangel (2015)




Nie będzie (przynajmniej na starcie) wnikliwej analizy płyty, tylko emocjonalny wywód na temat kondycji psychicznej ikony. Bo nie potrafię patrzeć bez poczucia zawstydzenia na niemal wszelkie posunięcia Maxa. Te stricte muzyczne, ale i te czysto wizerunkowe. Gość który status legendy już za młodu osiągnął, współcześnie stacza się po równi pochyłej bez jakiejkolwiek zdroworozsądkowej kontroli. Popada w skrajności od żenującej bigoterii po kiczowaty metalowy radykalizm. Trafić za tym jego niezdecydowaniem sztuka arcytrudna. Benedyktyńskej cierpliwości do Pana M. mnie akurat brak, stąd wyciskam z siebie otwarcie co w postawie starszego z braci Cavalera ością w gardle mi staje. Starzeć się z klasą pojęcie to mu obce i nie mam na myśli fizycznych atrybutów, które ciążą mu dosłownie. One w świecie agresywnej muzyki nie powinny decydować o wartości jednak poczucie niesmaku pozostawiają, szczególnie gdy wygląd zewnętrzny w parze idzie z intelektualnym zatwardzeniem i megalomańskim poczuciem sprawczości. Zapuszczony, bełkotliwy dziad bez pokory - takie określenie rezygnując z autocenzury w stosunku do Pana Maxa proponuje. Trochę po chamsku ale szczerze. Z ogromną przykrością, bo człowiek to który lata temu dostarczał mi powodów do dumny, gdy koszulki z logiem Sepultury przywdziewałem. Dziś nie identyfikując się też ze współczesną Sepą (nie trawię charkotu Greena) bardziej jednak t-shirtu z logiem Soulfly bym nie założył. Dewaluacja nazwy winą ojca założyciela, jego odjebów i odlotów w rejony gdzie interwencja ekspercka nie tylko do diagnozy powinna zostać ograniczona. Teraz na koniec dwa/trzy tylko zdania względem merytorycznej zawartości najnowszej odsłony twórczości Maxa. Może muzycznie jest nieco lepiej niż na prymitywnym (w znaczeniu prostackim) Savages, bo z tych w wersji podstawowej dziesięciu kompozycji większość jest na w miarę przyzwoitym poziomie. Ze sporą dawką dynamiki, brutalnej mocy, solówkowej lawy i egzotycznego pulsu, czyli tych elementów składowych, które w na swój sposób oryginalną firmową hybrydę od zawsze (dobra, przynajmniej od Prophecy) kształtują. Chce tu wyraźnie zaznaczyć, że całkowitego dramatu Max oszczędził, lecz też niczym nie przekonał w takim stopniu by wybaczyć lub przynajmniej zignorować żenadę jaką hurtowo swoim zachowaniem produkuje. 

P.S. Jak się na dobro zespołu patrzy przez pryzmat interesu rodzinnego, to o jakimś grubym kompleksie świadczy. Pytanie kiedy z tego pokładu Marc Rizzo zlezie, a solówki produkować kolejna latorośl zacznie.

piątek, 18 października 2013

Soulfly - Savages (2013)




Wystarczy mi już na siłę przekonywać się do tego odgrzewanego kotleta, serwowanego przez Soulfly. Starałem się, jednak poległem na dzień dzisiejszy w konfrontacji z Savages. Już zupełnie bez smaku obwoluta krążka dawała do myślenia z czym mogę się tym razem zetknąć. Intuicja podpowiadała, że mizernie być może, ale ja jej nie do końca ufałem. Jak się okazało, tak jak layout sztuczny i prymitywny w odbiorze, tak i muzycznie szału niestety nie ma. Pomimo pozornej różnorodności razi ona sztampą, jednowymiarowym tempem. Rytmicznie poniżej oczekiwań jest wyraźnie, szczególnie w stosunku do Enslaved, bo i to pojedynek perkusistów z różnych poziomów, gdzie smarkacza umiejętności dalekie od fachowego ogrania Davida Kinkade'a. Może ja i przygłuchy odrobinę już jestem, ale partie Zyona zwyczajnie bez ikry i głębszej wizji, bogactwa detali – takie topornie odwalone, jedynie dostosowane zapewne do możliwości obecnego pałkera, przez co album traci ogromnie. I błagam, proszę aby nie wkręcać mi naciąganych teorii, że to trochę powrót do tradycji w plemienia wykonaniu, chyba, że kierując się najprostszym rozumieniem tego terminu, ona wyłącznie ślepym odtwarzaniem minionych prymitywnych rytuałów, bo brak umiejętności, czy biegłości technicznej na nic więcej nie pozwala. Oczu nawet nie zamydlił mi Cavalera udziałem kilku zacnych nazwisk z branży, nie łapie w tym przypadku tego wybiegu, gdyż zwyczajnie w niewielkim stopniu uatrakcyjnił on odbiór krążka. Szczerze z szacunkiem dla twórczości Maxa, przykro mi ale do wniosku dochodzę, że od muzyki więcej oczekuje niż w tym przypadku otrzymałem lub to coraz mniej interesująca dla mnie nisza. Myślę jednak, iż problemem tutaj nie konwencja w jakiej tworzone dźwięki tylko przeciętna ich jakość i klasyczny syndrom zjadania własnego ogona. Rzeka płynie dalej i zamiast dać porwać się jej nurtowi który jeszcze z taką świeżością Enslaved niósł przed siebie, tym razem Soulfly w zatoczkę wpłynęło i zakotwiczyło gdzieś na mieliźnie braku pomysłów, zapętliło się i z węzła uwolnić nie potrafi. Oddać jednak starszemu z braci Cavalera muszę, że pomimo ogólnego spadku formy smykałki do kapitalnej rzeźby gitarowej nie utracił. Potwierdza to ten ekscentryk nawet na tym rzemieślniczym wyrobie. Kończąc rozczarowaniem nasiąknięte refleksje niewielki margines błędu sobie zostawię, bo mylić się to rzecz ludzka. Może w przyszłości zdanie o całokształcie Savages zmienię, jednako używając retoryki wprost z telewizyjnych spektakli piosenkowych dla mas, ja na ten moment jestem na NIE! Wróć wodzu za czas jakiś dopiero, przemyśl drogę, strategię, daj sobie trochę luzu, oczyść umysł, pozwól okrzepnąć nowym pomysłom i dobierz do realizacji takich ludzi którzy na większą swobodę ci pozwolą i wtedy dopiero jebnij petardą na którą bez najmniejszych wątpliwości cię stać. Tego ci dzisiaj władco motorycznego riffu życzę.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Soulfly - Enslaved (2012)




Niezrozumiałe często są ścieżki jakimi od rozstania z Sepulturą podąża Max Cavalera - zwyczajnie trudno trafić za gościem, którego podejście do muzycznej materii, czy ideologicznego zaangażowania zawiera w sobie tak wiele wykluczających się pierwiastków. Ciężko bowiem, choć traumatyczne przeżycia rodzinne plus silny wpływ kobiety w jakimś stopniu usprawiedliwiają decyzje z końca lat 90-tych zrozumieć nagły zwrot światopoglądowy, jednakże trudniej jeszcze "ogarnąć" ostatnie działania tej ikony. Wraz z albumem Dark Ages powrót stopniowy do łojenia riffów o tak charakterystycznej dla niego strukturze cieszy mnie ogromnie, jednak ciągle funkcjonujące odniesienia do najwyższego, jemu dedykowanie albumów, kiedy to obnosi się w koszulkach ekstremalnych, silnie często zaangażowanych skrajnie biegunowo prekursorów jest mi całkowicie niezrozumiałe. Obojętne przejście obok wyraźnej tendencji Maxa do specyficznego "odjazdu" jaki sam starszy z braci Cavalerów funduje sobie we własnym wszechświecie niewykonalne dla wielu oddanych zwolenników się wydaje. Zapuszczony "na maksa" (sic!), przypominający bardziej kloszarda niż legendę metalowej sceny w wywiadach plączący się niemiłosiernie, wpadający w przed koncertowe lub po koncertowe labilne nastroje jest zdecydowaną antytezą stabilnego kompana z Sepy - Andreasa Kissera tutaj mam na myśli. I jedynie jakość muzyki ostatnio przez tą ikonę tworzonej, zapewne przy sporym współudziale wirtuozerskiego Marca Rizzo pozwala na względnie poważne traktowanie Maxa. Kolejny, już czwarty album po kontrrewolucyjnym zwrocie przynosi wszystko to, za co cenie sobie najbardziej pomnikowe produkcje sygnowane nazwami projektów Cavalery. "Wyrywają mnie tu z butów" zatem cięte, agresywne, niepozbawione jednak pierwiastka melodyjnego riffy, ozdobne serwowane z dozą wysublimowania ultra-melodyjne solówki, wybrzmiewające fenomenalnie bogate pasaże, perkusyjne galopady, trybalne rytmy oraz skandowane z zaangażowaniem wyśmienite wokalne partie. Barwa ryku Maxa niemal niepodrabialna, markowa niejako i w przekonaniu moim od lat zachowująca status wzorcowej. Brakuje mi jedynie więcej tych wręcz trip-hopowych czy przypominających estetykę reggae subtelnych odlotów (patrz: American Steel - tu serwowanych w sposób modelowy), z taką pasja i wyczuciem aplikowanych na Conquer - w moim prywatnym rankingu albumie kultowym od jakiegoś czasu nazywanym. Ten właśnie drobny w odczuciu moim mankament stawia Enslaved o oczko niżej od krążka z 2008-ego roku. Chociaż być może większa odczuwalna surowość ostatniego albumu stanowić po latach będzie o jego bardzo wysokiej wartości, a mniejsze wysterowanie na elektroniczne bujające detale doda materiałowi charakterystycznego waloru. Czas pokaże, czas zweryfikuje, jednak już dzisiaj krążek to zdecydowanie klasowy, potwierdzający nadal wysoką formę Soulfly i jedynie wątpliwe zachowania około muzyczne Maxa mogą wzbudzać niepokój wśród zwolenników bez urazy, tłustego posiadacza charakterystycznych dredów. Patrząc jednak z perspektywy historii muzyki awangardowej często bywało, iż osobowości szczególnie nieprzewidywalne, w kryzysach różnorakich zagubione z najwartościowszą sztuką wypływały. Zatem trudno tu jednoznacznie wyrokować, gdyż ułożony, stabilny Cavalera równać się może nudna, przewidywalna schematyczna do bólu muzyka!

Drukuj