Spora zapewne nadprodukcja kawałów u ekipy Kadavar w szufladach i na stolikach do kawy - pomyślałem kiedy dotarło do mnie z opóźnieniem, że w jednym roku kalendarzowym wydać dali radę dwa pełne długograje. Zanim się za odsłuch obecnego zabrałem, rzuciłem okiem na o Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin opiniach, dowiadując się z nich, że jest on raczej inny od bardzo świeżego, jak i ukierunkowanego na bardziej przystępne niż klasycznie gitarowe, archetypiczne, w klimacie lat sześćdziesiątych dotychczasowe progresywno-psychodeliczne, czy najzwyczajniej retro rockowe granie. Pisałem przy okazji (cytuje oględnie) o przewietrzeniu formuły i wyjściu "z piwnicy" na otwartą przestrzeń, gdzie chyba większa szansa na szersze docenienie, gdy zaczyna się grać bardziej popem przesiąkniętego, a zarazem fajnie zaaranżowanego wciąż stylowego rocka. Jakby nie była to teoria przesadzona, że I Just Want to Be a Sound blisko mainstreamu, a pomocą w tym służyć miałyby fajne teledyski do singlów z tejże, to jest w tej zmianie z pierwszej połowy roku 2025 zasadnicza prawda, że to nuta lżejsza gatunkowo i stylistycznie z większym dystansem stworzona. Natomiast to co właśnie za chwilę krótko będę starał się scharakteryzować, wydaje mi się iż zarazem jest jakimś krokiem wstecz, jak i czuję że przy pisaniu materiału na Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin nastroje w zespole były podobne, bowiem bez względu na słyszalny od razu nawrót do brzmień z większym udziałem fuzza, to aranżacyjnie numery te także posiadają w sobie podobną do poprzedniczki zwiewną lekkość i bez spiny bezpretensjonalność. Słucha ich się po prostu doskonale, jako materiału tradycyjnie hard rockowego z orientalnymi, czy też kosmicznymi syntezatorami. Bieżące przypomina mi też stylowo z początków działalności brzemienia australiskiego Wolfmother, gdzie ekipa ówczesna Andrew Stockdale'a ukręcała nośne przeboje z kreatywnego podejścia do osłuchanego kilka dekad wcześniej przesterowanego rockowego riffowania. Różnica tkwi jednak w drobiazgach i z tłem powiązanych odmienności, bo gdy Wolfmother jechał na nieco folkowo stylizowanych dodatkach, to Kadavar teraz wbija we wspomniane syntezatorowe odjazdy i żeby jeszcze bardziej namieszać w moich maksymalnie subiektywnych porównaniach, dudni i pobrzmiewa jak niejaki norweski Sahg, szczególnie na Delusions of Grandeur czy startowych albumach - bardzo proszę się przysłuchać najbardziej motorycznemu, totalnie zajebistemu Total Annihilation. Ogólnie - K.A.D.A.V.A.R. uważam za bardzo udany (dość przekrojowy) krążek.
poniedziałek, 16 marca 2026
poniedziałek, 26 maja 2025
Kadavar - I Just Want to Be a Sound (2025)
Szok i niedowierzanie! Nie taki Kadavar dotychczas znałem - nie do takiej grupy miałem lekki dystans i niby lubiłem, ale się euforycznie nie zachwycałem. Bardzo dobra grupa, lecz bez błysku - czasem nazbyt dosłownie grająca poprawnie retro rockowo z elementem progresywnej psychodelii i sprzedającą swój dość archaiczny wizerunek bez ikry. Takie zarośnięte zawiasy w kubraczkach i futerkach (tak ich spostrzegałem) robiące swoje i skupiające się bardziej na naturalnym zaspokajaniu swoich potrzeb i gustów, niż zabiegających chociaż odrobinę o zwiększenie zasięgów poprzez uatrakcyjnienie przekazu. Wszystko albo prawie wszystko zmieniło się jednak właśnie teeeeeraz, gdy tym bardziej zaskakująco po ostatniej psychodeliczno-progresywnej współpracy z Elder i wczesnej albumie najbardziej staromodnie wyciszonym, a popełnionym w okresie wyhamowania pandemicznego, obecnie Kadavar decyduje się na nowe otwarcie, przewracając stolik przy którym dotychczas popijał wino i palił skręty. Zmienili Niemcy ciuszki na bardziej kolorowe, popracowali nad nowym (oczywiście odnoszącym się do wzorców z lat siedemdziesiątych, ale w ujęciu przełomu ejtisowego) "imidżem" - rozlali z kegi browarki do buszka i nagrali fajne, zdecydowanie mniej bezpretensjonalne numery, a ja patrzę dziś na nich i ich nutę, jak na swoistą hybrydę angielskiego Turbowolf i stonerowych sytuacji z okolic norweskiego Lonely Kamel, a w takim na przykład (nie tylko) Sunday Mornings ech wpływu - uwaga, brytyjsko-greckiego Foals. Podbicie hipnotyzująco-transowego stonerowego uderzenia, falą przyjemnego indie ciepła oraz dodatkową porcją barwnego (czasem też quasi beatlesowego, czy spoglądającego w stronę dokonań ELO) popu i zamiast gablot muzealnych w jakich spoczywają nudne, martwe eksponaty, dostałem całkiem świeże, a na stówę pobudzające spojrzenie na przepracowywane szczególnie od kilkunastu lat archiwalia muzyczne z rejonów przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Może I Just Want to Be a Sound nie jest krążkiem przed którego wizją przyklękam i bardziej stanowi intrygująca ciekawostkę zachęcającą do dobrej zabawy, niż przełom jaki szeroko wpłynie na scenę, bądź przynajmniej mocno napędzi karierę Niemiaszków, ale trudno mi nie dodać, że ekipa z Berlina nie napisała tym razem świetnych numerów, które żrą i na całego przewietrzają tą raczej dotychczas mało atrakcyjną, bowiem duszną, nieco nawet zatęchłą piwnicę. Ciekaw jestem dokąd ich ta mała barwna rewolucja zaprowadzi!
P.S. Chwale nutę, pochwalę jeszcze stylistykę teledysków, którymi intensywnie wzbogacili promocję I Just Want to Be a Sound.





