Kolejny film Szumowskiej, a tym bardziej jeśli to po polsku film Szumowskiej, to ja się już boję, gdyż można się spodziewać poniekąd lekkiego dziwoląga, bo akurat Małgośka to konteksty historyczne nasze ojczyźniane nie do końca tak biegle wplata. Stąd raczej zamiast subtelnych odniesień spodziewałem się po raz wtóry grubego ociosania. Szumowska zawsze ambitnie, zawsze podejmując trudne tematy, bądź stając w obronie uciemiężonych i nie można o jej obrazach powiedzieć że nie są jakieś, ale nie ma co prawdy zaklinać, Polską rzeczywistość jaka istotnym tłem, ogarnia raczej stereotypowo - wedle takichże niestety potocznych znaczeń. W najnowszym swoim obrazie myślę nie odcina się od tego rodzaju rutyny, ale i pozornie bardzo ważne tło społeczno-historyczne nie odgrywa tu nazbyt chyba zasadniczej roli. Ono jest, ono ma wpływ niebagatelny (schyłek peerelu, transformacja, dzikie lata przełomu wieków i wreszcie zeuropeizowanie względne), ale raczej jego charakter i oddziaływanie wplecione tym razem bez totalnej łopatologii praktycznej. Mimo to towarzyszący jej po raz pierwszy w roli współreżysera Michał Englert w oraz nasza młodsza eksportowa Agnieszka Holland po tymże konteksto-tle jednak tylko się świadomie prześlizguje, a winę ponosi lichy scenariusz, lub może jego konstrukcja chroni zapędy reżyserki przed przerostem czegoś w rodzaju "pojęcie mam liche, ale będę udawała iż jestem ekspertką". Koncentracja z konteksto-tła historycznego zostaje w miarę właściwie przeniesiona na przeżycia emocjonalnego bohatera/bohaterki i jego/jej zaburzeń (jakby chciała konserwa) tożsamości seksualnej, czy jak woli postępowa centro-lewica błędu natury poprawianego przez człowieka. Emocjonalnie wygląda wszystko jak na "szumowczyznę" całkiem przekonująco, ale naprawdę to zasługa dobrej obsady i w tym segmencie przeżyć dziać się zaczyna dopiero w konsekwencji rozwoju wydarzeń, z biegiem czasu i ha ha wraz ze zmianą aktorów - czy płynną, jednakże mam wątpliwości. Joanna Kulig potrafi także w tym przypadku wejść w szarżę i kiedy wchodzi w akcję stanowczo, a robi to tym razem ilościowo oszczędnie, jest zarazem gorąco i lodowato, tak że być może ciary i poty zarazem. :) On Andrzej/Alina Mateusz Więcławek jest aktorsko przygotowany bez zarzutu, jednak wbicie się w jego postać Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik zrywa ograniczenia i okoliczności targają rolą i często wpychają siłą rzeczy aktorkę na bandę, a ona robi takie figury, że unika po bandzie zjazdu. Innymi słowy pierwsze dwa kwadranse są tylko preludium do właściwych półtorej godziny filmu, w którym Szumowska dzięki zaangażowaniu odpowiedniego warsztatu aktorskiego robi prawie bardzo dobre kino. Strasznie mi przykro (niech to szlag po raz enty) kino które szkoda że sama psuje jakimiś w tym przypadku akcjami typu kompletnie przegiętej epizodycznej zmiany głosu, tudzież tym paradokumentalnym nieco fragmentem z autentycznym spotkaniem osób po tranzycji. Uważam że jedno jest groteskowe, a drugie wyraźnie nie spina się z pozostałym właściwym obrazem - jest wciśnięte jakby na siłę i w sumie zagrane przez przygotowany warsztatowo skład wypadłoby paradoksalnie bardziej naturalnie. Najgorsze jednak, że powstał film bez mocnego rytmu, jakby kilka razy pobudzany, który co już naj najgrosze, nie wiem czy dobrze w kraju alergii na inność przysłuży/przysłużył się sprawie - niekoniecznie przez sugestywny tytuł prowokujący. Na Szumowską bodaj Ci do których powinien trafić i potrząsnąć ich człowieczeństwem mają myślę alergię. Do pewnego stopnia ich rozumiem - kompletnie się jednocześnie z ich światopoglądem w sprawie nie zgadzając.
wtorek, 10 września 2024
czwartek, 23 czerwca 2022
Infinite Storm (2022) - Małgorzata Szumowska
Nie pamiętam, jednak sprawdzać nie zamierzam, czy przy okazji dwóch ostatnich produkcji sygnowanych nazwiskiem Szumowskiej, nie dawałem już do zrozumienia, iż kręci bardzo dużo i niestety jest w tych twórczych porywach nierówna. Tak jakby chciała za wszelką cenę merkantylnie wykorzystać w pełni swoje pięć minut, tudzież wbić się na stałe w europejskie grono zacnej reżyserki, lecz zamiast proponować kino wybitne, daje do konsumpcji kino wyrafinowane ale nazbyt pretensjonalne. Kino mało zrozumiale i chyba co najgorsze w formule ambitnej, kuriozalnie niezbyt głęboko penetrujące poddawane analizie tematy. Może i wnikliwe ale pozornie tylko, więc przed seansem Infinite Storm byłem pełen obaw i z niezbytnią euforią zabrałem się za jej nowy obraz, który przecież nie przez byle jaką hollywoodzką gwiazdę w obsadzie jest promowany. Naomi Watts szanuję i nie tylko przez wzgląd na urodę jej aktorstwo lubię, natomiast kino z rodzaju survivalowego ryzyka nie jest moim ulubionym. Ostatnio Arktykę z Madsem zmęczyłem i do tej pory nie czuje się zdopingowany by tekst w tym temacie skończyć, a wcześniej było miedzy innymi Wszystko stracone świetnego przecież J.C. Chandora z całkiem niezłym tutaj weteranem w osobie Roberta Redforda. Obydwa niezłe, ale do poziomu wielkiej kinowej przygody pomimo nawet samych przecież ekscytujących historii nieprzystające. Fundamentalną zaś zaletą filmów Szumowskiej są zdjęcia wciąż jej wiernego Pawła Englerta i tym razem one znakomite, szczególnie że widoki pejzaże przepiękne - poza doskonałym warsztatem wizualnym, dobrą szkołą reżyserską i jeśli nie przedobrzy intrygującą tematyką. Infinite Storm akurat pod tym względem i w porównaniu do jej niedawnych prac reżyserskich (jakby do Szumowskiej dotarły powyższe ale ;)) jawi się jako bardzo konwencjonalne kino, ze wszystkimi walorami sprawdzonej metody i wadami szablonowego spojrzenia na survivalową estetykę, która tylko pozornie w Infinite Storm stanowi clou "programu". W niej przecież obowiązkowo powinno być potężne napięcie, jakieś tąpnięcia (nie dwa, trzy czy nawet cztery) i w pierwszym rzędzie wynikające z przeżywania historii zaangażowanie widza oraz troska o losy bohaterów. Ja im kibicowałem ale czy z nimi przeżywałem, chyba poniekąd tylko. Gdyby nie fascynujące góry i ich ekspozycja, gdyby nie przerażająca mocy sił natury, snuty gdzieś między wierszami wątek rodzinny i ten jednak dziwaczny pierwiastek zachowania napotkanego przez Pam cudem trwającego w sneakersach typa, nie napisałbym że warto. Dzięki powyższym i tak na sto procent poważnie, to ostatniemu pół godziny i wyjaśnieniu tragicznej tajemnicy rodziny wraz z motywacją kobiety, co zmieniło niemal kompletnie film survivalowy, w psychologiczny dramat o życiu z traumą z przeszłości. Stąd przyznaję że dałem się na początku zwieść i znudzić, bym dzięki wspomnianej fazie podsumowującej otrzymał nagrodę za mimo wszystko wytrwałość, bowiem stwierdzam bez przesady, że Szumowska odnalazła tam balans pomiędzy tym co między słowami, a tym co wprost na tacy powinno być podane.
sobota, 5 grudnia 2020
Never Gonna Snow Again / Śniegu już nigdy nie będzie (2020) - Małgorzata Szumowska
Zastanawiam się teraz właściwie, czy sama Szumowska jest zadowolona z uzyskanego efektu? Mam na myśli głównie poziom aktorstwa, bowiem przeszarżowane role (nawet jeśli postaci, już na etapie scenariusza przerysowane, mimo wszystko) wzbudzają konsternację, a wręcz momentami kompletne zadziwienie (Pani Figura!). Zakładam, że doskonała obsada (Kulesza, Ostaszewska, Simlat i ten którego podobno miłośnicy Stranger Things znają, a ja nie znam), tak sama z siebie nie pozowała na kreśloną tak grubą kreską groteskę. Zatem naturalnie domniemam, że to właśnie szefowa taką wizję przeforsowała, więc może i zadowolona finalnie jest. Natomiast, że wizualnie jest zajmująco, to nie zaskakuje, bo akurat dzięki pracy Michała Englerta, Szumowska zdjęciami zahipnotyzować potrafi. Poza tym przecież, zna się na rzeczy i doskonale orientuje się jak magnetyczny klimat, z kilku prostych warsztatowych składników wydestylować. Czasem (a wręcz często) kłopot dla niej to zrobić, jednak film nieprzestylizowany wizją i ambicjami, lub nie przesiąknięty nazbyt bezpośrednio stereotypami, obnażającymi jej znikomą znajomość obiektu doświadczenia i interpretacji. W tym kontekście Śniegu już nigdy nie będzie, myślę iż najbliżej do Body/Ciało i Sponsoringu, a najdalej chyba od W imię... Osiedle ludzkich upiorów, elity nowobogackiej, miejsce strzeżone przez 24 godziny na dobę w tym momencie obiektem jej zainteresowania - dosłownie oaza praktycznego zewnętrznie spokoju, natomiast wewnętrznie egzystencji kompletnie zaburzonych ludzkich emocjonalnych wraków. Interesujące, a jakże, frapujące mocno, ale ktoś mógłby powiedzieć, że najlepsze z tego wszystkiego, to ten przemawiający do wyobraźni tytuł. Albo, jakby rzekł ktoś kto nie czuje potrzeby, by próbować zrozumieć i nie jest przygotowany na kino intelektualnie wymagające - żenujący pokaz ambicjonalnej sraczki, lub innego rodzaju, zrozumiała tylko dla reżysera pseudo sztuka, stworzona w celu zaspokajania wyłącznie ego autora. Ja mimo wszystko z ciekawością obejrzałem i wizualnej stronie pozwoliłem się omamić. Niewiele jednak z warstwy merytorycznej wprost zrozumiałem, więc szybko moje liche refleksje obudowałem interpretacją zawodowej krytyki i jako może niewystarczająco bystry widz donoszę, iż opowieść o super bohaterze bez peleryny, który super mocy nie posiadając, tylko swoją obecnością i czasem poświęconym, ludzkie wraki przed autodestrukcją ratował, uważam za rokujący. Znaczy ja do tego poziomu jeszcze nie dojrzałem, ale kto wie, może jeśli zrobię kiedyś habilitację z historii kina, to tak jak należy docenię symbolikę, jaką Szumowska w koncepcji zawarła.







