Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Szumowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Szumowska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2024

Kobieta z... (2023) - Małgorzata Szumowska, Michał Englert

 

Kolejny film Szumowskiej, a tym bardziej jeśli to po polsku film Szumowskiej, to ja się już boję, gdyż można się spodziewać poniekąd lekkiego dziwoląga, bo akurat Małgośka to konteksty historyczne nasze ojczyźniane nie do końca tak biegle wplata. Stąd raczej zamiast subtelnych odniesień spodziewałem się po raz wtóry grubego ociosania. Szumowska zawsze ambitnie, zawsze podejmując trudne tematy, bądź stając w obronie uciemiężonych i nie można o jej obrazach powiedzieć że nie są jakieś, ale nie ma co prawdy zaklinać, Polską rzeczywistość jaka istotnym tłem, ogarnia raczej stereotypowo - wedle takichże niestety potocznych znaczeń. W najnowszym swoim obrazie myślę nie odcina się od tego rodzaju rutyny, ale i pozornie bardzo ważne tło społeczno-historyczne nie odgrywa tu nazbyt chyba zasadniczej roli. Ono jest, ono ma wpływ niebagatelny (schyłek peerelu, transformacja, dzikie lata przełomu wieków i wreszcie zeuropeizowanie względne), ale raczej jego charakter i oddziaływanie wplecione tym razem bez totalnej łopatologii praktycznej. Mimo to towarzyszący jej po raz pierwszy w roli współreżysera Michał Englert w oraz nasza młodsza eksportowa Agnieszka Holland po tymże konteksto-tle jednak tylko się świadomie prześlizguje, a winę ponosi lichy scenariusz, lub może jego konstrukcja chroni zapędy reżyserki przed przerostem czegoś w rodzaju "pojęcie mam liche, ale będę udawała iż jestem ekspertką". Koncentracja z konteksto-tła historycznego zostaje w miarę właściwie przeniesiona na przeżycia emocjonalnego bohatera/bohaterki i jego/jej zaburzeń (jakby chciała konserwa) tożsamości seksualnej, czy jak woli postępowa centro-lewica błędu natury poprawianego przez człowieka. Emocjonalnie wygląda wszystko jak na "szumowczyznę" całkiem przekonująco, ale naprawdę to zasługa dobrej obsady i w tym segmencie przeżyć dziać się zaczyna dopiero w konsekwencji rozwoju wydarzeń, z biegiem czasu i ha ha wraz ze zmianą aktorów - czy płynną, jednakże mam wątpliwości. Joanna Kulig potrafi także w tym przypadku wejść w szarżę i kiedy wchodzi w akcję stanowczo, a robi to tym razem ilościowo oszczędnie, jest zarazem gorąco i lodowato, tak że być może ciary i poty zarazem. :) On Andrzej/Alina Mateusz Więcławek jest aktorsko przygotowany bez zarzutu, jednak wbicie się w jego postać Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik zrywa ograniczenia i okoliczności targają rolą i często wpychają siłą rzeczy aktorkę na bandę, a ona robi takie figury, że unika po bandzie zjazdu. Innymi słowy pierwsze dwa kwadranse są tylko preludium do właściwych półtorej godziny filmu, w którym Szumowska dzięki zaangażowaniu odpowiedniego warsztatu aktorskiego robi prawie bardzo dobre kino. Strasznie mi przykro (niech to szlag po raz enty) kino które szkoda że sama psuje jakimiś w tym przypadku akcjami typu kompletnie przegiętej epizodycznej zmiany głosu, tudzież tym paradokumentalnym nieco fragmentem z autentycznym spotkaniem osób po tranzycji. Uważam że jedno jest groteskowe, a drugie wyraźnie nie spina się z pozostałym właściwym obrazem - jest wciśnięte jakby na siłę i w sumie zagrane przez przygotowany warsztatowo skład wypadłoby paradoksalnie bardziej naturalnie. Najgorsze jednak, że powstał film bez mocnego rytmu, jakby kilka razy pobudzany, który co już naj najgrosze, nie wiem czy dobrze w kraju alergii na inność przysłuży/przysłużył się sprawie - niekoniecznie przez sugestywny tytuł prowokujący. Na Szumowską bodaj Ci do których powinien trafić i potrząsnąć ich człowieczeństwem mają myślę alergię. Do pewnego stopnia ich rozumiem - kompletnie się jednocześnie z ich światopoglądem w sprawie nie zgadzając.

czwartek, 23 czerwca 2022

Infinite Storm (2022) - Małgorzata Szumowska

 

Nie pamiętam, jednak sprawdzać nie zamierzam, czy przy okazji dwóch ostatnich produkcji sygnowanych nazwiskiem Szumowskiej, nie dawałem już do zrozumienia, iż kręci bardzo dużo i niestety jest w tych twórczych porywach nierówna. Tak jakby chciała za wszelką cenę merkantylnie wykorzystać w pełni swoje pięć minut, tudzież wbić się na stałe w europejskie grono zacnej reżyserki, lecz zamiast proponować kino wybitne, daje do konsumpcji kino wyrafinowane ale nazbyt pretensjonalne. Kino mało zrozumiale i chyba co najgorsze w formule ambitnej, kuriozalnie niezbyt głęboko penetrujące poddawane analizie tematy. Może i wnikliwe ale pozornie tylko, więc przed seansem Infinite Storm byłem pełen obaw i z niezbytnią euforią zabrałem się za jej nowy obraz, który przecież nie przez byle jaką hollywoodzką gwiazdę w obsadzie jest promowany. Naomi Watts szanuję i nie tylko przez wzgląd na urodę jej aktorstwo lubię, natomiast kino z rodzaju survivalowego ryzyka nie jest moim ulubionym. Ostatnio Arktykę z Madsem zmęczyłem i do tej pory nie czuje się zdopingowany by tekst w tym temacie skończyć, a wcześniej było miedzy innymi Wszystko stracone świetnego przecież J.C. Chandora z całkiem niezłym tutaj weteranem w osobie Roberta Redforda. Obydwa niezłe, ale do poziomu wielkiej kinowej przygody pomimo nawet samych przecież ekscytujących historii nieprzystające. Fundamentalną zaś zaletą filmów Szumowskiej są zdjęcia wciąż jej wiernego Pawła Englerta i tym razem one znakomite, szczególnie że widoki pejzaże przepiękne - poza doskonałym warsztatem wizualnym, dobrą szkołą reżyserską i jeśli nie przedobrzy intrygującą tematyką. Infinite Storm akurat pod tym względem i w porównaniu do jej niedawnych prac reżyserskich (jakby do Szumowskiej dotarły powyższe ale ;)) jawi się jako bardzo konwencjonalne kino, ze wszystkimi walorami sprawdzonej metody i wadami szablonowego spojrzenia na survivalową estetykę, która tylko pozornie w Infinite Storm stanowi clou "programu". W niej przecież obowiązkowo powinno być potężne napięcie, jakieś tąpnięcia (nie dwa, trzy czy nawet cztery) i w pierwszym rzędzie wynikające z przeżywania historii zaangażowanie widza oraz troska o losy bohaterów. Ja im kibicowałem ale czy z nimi przeżywałem, chyba poniekąd tylko. Gdyby nie fascynujące góry i ich ekspozycja, gdyby nie przerażająca mocy sił natury, snuty gdzieś między wierszami wątek rodzinny i ten jednak dziwaczny pierwiastek zachowania napotkanego przez Pam cudem trwającego w sneakersach typa, nie napisałbym że warto. Dzięki powyższym i tak na sto procent poważnie, to ostatniemu pół godziny i wyjaśnieniu tragicznej tajemnicy rodziny wraz z motywacją kobiety, co zmieniło niemal kompletnie film survivalowy, w psychologiczny dramat o życiu z traumą z przeszłości. Stąd przyznaję że dałem się na początku zwieść i znudzić, bym dzięki wspomnianej fazie podsumowującej otrzymał nagrodę za mimo wszystko wytrwałość, bowiem stwierdzam bez przesady, że Szumowska odnalazła tam balans pomiędzy tym co między słowami, a tym co wprost na tacy powinno być podane. 

sobota, 5 grudnia 2020

Never Gonna Snow Again / Śniegu już nigdy nie będzie (2020) - Małgorzata Szumowska

 

Zastanawiam się teraz właściwie, czy sama Szumowska jest zadowolona z uzyskanego efektu? Mam na myśli głównie poziom aktorstwa, bowiem przeszarżowane role (nawet jeśli postaci, już na etapie scenariusza przerysowane, mimo wszystko) wzbudzają konsternację, a wręcz momentami kompletne zadziwienie (Pani Figura!). Zakładam, że doskonała obsada (Kulesza, Ostaszewska, Simlat i ten którego podobno miłośnicy Stranger Things znają, a ja nie znam), tak sama z siebie nie pozowała na kreśloną tak grubą kreską groteskę. Zatem naturalnie domniemam, że to właśnie szefowa taką wizję przeforsowała, więc może i zadowolona finalnie jest. Natomiast, że wizualnie jest zajmująco, to nie zaskakuje, bo akurat dzięki pracy Michała Englerta, Szumowska zdjęciami zahipnotyzować potrafi. Poza tym przecież, zna się na rzeczy i doskonale orientuje się jak magnetyczny klimat, z kilku prostych warsztatowych składników wydestylować. Czasem (a wręcz często) kłopot dla niej to zrobić, jednak film nieprzestylizowany wizją i ambicjami, lub nie przesiąknięty nazbyt bezpośrednio stereotypami, obnażającymi jej znikomą znajomość obiektu doświadczenia i interpretacji. W tym kontekście Śniegu już nigdy nie będzie, myślę iż najbliżej do Body/Ciało i Sponsoringu, a najdalej chyba od W imię... Osiedle ludzkich upiorów, elity nowobogackiej, miejsce strzeżone przez 24 godziny na dobę w tym momencie obiektem jej zainteresowania - dosłownie oaza praktycznego zewnętrznie spokoju, natomiast wewnętrznie egzystencji kompletnie zaburzonych ludzkich emocjonalnych wraków. Interesujące, a jakże, frapujące mocno, ale ktoś mógłby powiedzieć, że najlepsze z tego wszystkiego, to ten przemawiający do wyobraźni tytuł. Albo, jakby rzekł ktoś kto nie czuje potrzeby, by próbować zrozumieć i nie jest przygotowany na kino intelektualnie wymagające - żenujący pokaz ambicjonalnej sraczki, lub innego rodzaju, zrozumiała tylko dla reżysera pseudo sztuka, stworzona w celu zaspokajania wyłącznie ego autora. Ja mimo wszystko z ciekawością obejrzałem i wizualnej stronie pozwoliłem się omamić. Niewiele jednak z warstwy merytorycznej wprost zrozumiałem, więc szybko moje liche refleksje obudowałem interpretacją zawodowej krytyki i jako może niewystarczająco bystry widz donoszę, iż opowieść o super bohaterze bez peleryny, który super mocy nie posiadając, tylko swoją obecnością i czasem poświęconym, ludzkie wraki przed autodestrukcją ratował, uważam za rokujący. Znaczy ja do tego poziomu jeszcze nie dojrzałem, ale kto wie, może jeśli zrobię kiedyś habilitację z historii kina, to tak jak należy docenię symbolikę, jaką Szumowska w koncepcji zawarła.

piątek, 11 września 2020

Elles / Sponsoring (2011) - Małgorzata Szumowska

 


Pierwszy obraz obecnie już w kinie europejskim uznanej Małgorzaty Szumowskiej, który przyciągnął szeroką uwagę i był gorąco komentowany nie wyłącznie w ultra konserwatywnej Polsce. Zaproponowała bowiem eksportowa reżyserska gwiazda do głębokiej analizy psychologicznej i kulturowej temat uniwersalnie kontrowersyjny, taki który często nawet bez artystycznego filmowego sznytu powodowałby wzrost ciśnienia u widza z różnych biegunów światopoglądowej perspektywy i krańców Europy. Podstawiła pod nos z inherentną odwagą problematykę z kategorii tabu i dodatkowo podkreśliła jej sugestywną wymowę odważnymi scenami erotycznymi, narażając się właśnie przez ten ruch na bicie piany przez tych wszystkich co czystość cenią sobie często wyłącznie w słowach, sami oczywiście daleko większy mając do niej dystans praktyczny pod kołderką. Wszelacy hipokryci rzecz jasna podnosili larum, bez nierzadko próby zrozumienia sensu czy nawet fundamentalnego sprawdzenia podczas seansu, po cholerę Szumowska na ekrany takie plugawe treści wprowadza. Ale to tylko jedna strona wokoło filmowej rozgrywki, bowiem krytyka (dla jasności po równi z komplementami) przyszła także ze strony widza intelektualnie rozwiniętego, pozbawionego klapek na oczach, który co nie jest pozbawione uzasadnienia zadawał konieczne pytania czy bezpośredni charakter ujęć o charakterze seksualnej rozpusty nie był li tylko chwytem mającym rozpętać powyższą burzę? Zasadne to pytanie, gdyż Sponsoring pozbawiony tego rodzaju kontrowersji i w zamian rozwijający się w kierunku czystej psychologiczno-socjologicznej analizy byłby dziełem być może nie tylko bardziej wyczerpującym temat, ale przede wszystkim artystycznie ambitniejszym. Mimo wszystko oceniając to co finalnie jako efekt swojej pracy Szumowska zaprezentowała nie można uznać, iż Sponsoring nie przynosi kina o wysokim stężeniu walorów. Jest on bowiem pomimo powyższej uwagi pod względem warsztatu fascynującą psychologiczną rozgrywką aktorską pomiędzy Juliette Binoche, a Joanną Kulig w towarzystwie nie mniej dobrych ról drugoplanowych. Stanowi także świetnie zaaranżowany i sfilmowany materiał, z mnóstwem intrygujących detali pomiędzy wierszami ukrytych. To w moim maksymalnie subiektywnym rzecz jasna spostrzeganiu film wartościowy merytorycznie i zjawiskowy aktorsko, który pomimo wzbudzanych kontrowersji nie bazuje wyłącznie na nich. Myślę iż motywacja twórczyni podczas procesu produkcyjnego nie całkowicie opierała się na pobudzaniu emocji pośród pruderyjnej widowni, lecz może prowokacyjnie tylko antycypacyjnie wykorzystała je aby w szczwany i jaskrawy sposób opisywać nie tylko zjawisko prostytucji i jego psychologicznych kosztów. 

czwartek, 30 lipca 2020

The Other Lamb / Córka Boga (2019) - Małgorzata Szumowska




Bez wielkiego entuzjazmu został przyjęty anglojęzyczny debiut Małgorzaty Szumowskiej. Przynajmniej te opinie na które przed seansem natrafiłem nie zachęcały superlatywami i nie napawały nadzieją na konfrontację z całościowo wiekiem dziełem. Po nie w pełni udanej Twarzy oczekiwałem zdecydowanego zrehabilitowania się i nawiązania do tego co najlepsze w dotychczasowej filmografii naszej eksportowej reżyserski. Pierwsze co podczas seansu jej najnowszej pracy robi znacząco pozytywne wrażenie, to pełne poetyckiej grozy zdjęcia autorstwa Michała Englerta, precyzyjnie przygotowana kontemplacyjna scenografia, lokacje oraz charakterystyczna narracja przywodząca skojarzenia z pozycjami Studia A24, bądź fenomenalnym kinem Yorgosa Lanthimosa - w którym zapewne od pewnego czasu Szumowska może znajdować inspiracje. Powyższej wysokiej klasie realizacyjnej i ambicjom wysokim kroku dotrzymują świetne kreacje aktorskie, a jest rzeczą bezdyskusyjnie oczywistą, że dobra gra to nie wyłącznie zasługa wysokiej klasy aktora, ale połączenia jego rzemiosła z charyzmą reżyserską, której myślę Szumowskiej nie brakuje. Trudno mi zatem wyłącznie ganić Panią Małgorzatę, że fabuła jest szczątkowa, a nawet prosta, kiedy od strony artystycznej The Other Lamb jest kinem w sensie umiejętności warsztatowych jakościowo przekonującym, a do tego merytoryczna strona podjętej tematyki daleka od zabijającej głębię spłyconej percepcji czy uproszczeń w znaczeniu łopatologii bez wiary w intelektualne przygotowanie widza stosowanej (pije do Twarzy). W tym segmencie historia hipnotyzującej manipulacji o fundamentach tkwiących w mistyce charyzmatów, powiązana z jarzmem patriarchatu i osadzona w okolicznościach mrocznego odosobnienia jest psychologiczną refleksją bogatą w alegoryczne odniesienia. Artystyczno-intelektualna wizja zaproponowana przez Szumowską, to zarówno treść i klimat, a atmosfera wolno snującej się fabuły z intrygującymi wizualno-muzycznymi ingrediencjami w tajemniczości i grozie osadzona potrafi przykuć uwagę. To więc zupełnie inna kategoria gatunkowa i formalna  niźli przytoczona we wstępie tekstu poprzednia jej produkcja. To kino odważne, kino nurtu anty mainstreamowego, ale też zrozumiem że dla licznego grona widza straszliwie nudne, a wręcz być może całkowicie niestrawne. Mnie taka Szumowska cieszy, bo przede wszystkim nie opiera się na oczywistościach, a jeszcze gorzej półprawdach tkwiących w powszechnych skrótowych stereotypach (pije do Twarzy). Nawet jeśli dała się w „Córce Boga” ponieść symbolicznym wizjom, to akurat na upartego doszukiwanie się głębokiego sensu jako ćwiczenie intelektualne (tutaj też w dodatku o cieszącym oko walorze wizualnym), może dostarczyć interesująco rozwijających przyjemnych doświadczeń.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Twarz (2017) - Małgorzata Szumowska




Małgośka Szumowska, po której należałby się spodziewać kina ambitnego, konsekwentnego i przede wszystkim pobudzającego do głębszych przemyśleń, tym razem nieco się w swych poszukiwaniach tak efektywnej formy pogubiła. Nie jestem bynajmniej po seansie nastawiony do obejrzanej produkcji skrajnie krytycznie, jednak mam silne przekonanie, że za dużo grzybków gosposia do tego polskiego barszczyku wrzuciła, przez co pewne tony smakowe mnie się akurat teraz niezbyt przyjemnie odbijają. Z jednej strony w tym nie tak krzywym jak gadają zwierciadle, twarz polskiej prowincji bardzo autentycznie odbita, określająca jednoznacznie stosunek reżyserki do całej tej zabawy w świętych od święta. Znaczy przykładowo w niedzielę podczas nabożeństwa, ewentualnie we wszelkiej obrzędowości, kiedy to rodzina przy stole się spotyka i z każdym kieliszkiem gorzałki więcej, obnaża prostactwo totalne. Z drugiej twarz to skrajnie nietolerancyjna, małostkowa i zakłamana. Zafiksowana na budowaniu fasady i ukrywaniu, bezskutecznym i niechlujnym po prostu całego nie tylko dekalogu grzeszków. Z czym nie ma uzasadnionego powodu aby dyskutować, bo to prawda która właśnie tych, co odżegnują Szumowską od czci i wiary przeraża. Ale broniąc jednego z naszych niewielu eksportowych nazwisk na europejskim rynku filmowym przed zajadłymi atakami sprowadzającymi się wyłącznie do przekonania, że Polska duma i basta, nie czuję się tak do końca komfortowo w tej antymisyjnej roli. Bowiem sama zawarta w Twarzy prowokacja, jaka by nie była czysta intencjonalnie, bezpośrednia w formie i prawdziwa merytorycznie, skierowana w stronę rodzimej narodowej buźki, która w lustrze widzi tylko ułamek rzeczywistości (Szumowska to też zabiegiem rozmazania brzegów kadrów sugeruje) jest tylko wzniecaniem tumanów pyłu, bez szans na jakąkolwiek przemianę właściwego oblicza. Sam bohater i jego tragedia jest w tych okolicznościach tylko pretekstem do skonstruowania społecznej diagnozy w skali jeden do jednego. I to jest mój zasadniczy zarzut w stosunku do analizowanego obrazu, że będąc przecież skierowanym do widza o wysokim intelektualnym potencjale i artystycznych wymaganiach (tak zakładam, mam nadzieję, że nie w swej naiwności), który niestety wyłącznie zobaczy w filmowych kadrach, to co przecież wie. Będąc dodatkowo poirytowanym, że ta morda utożsamiana jest poza granicami z ogólną grupową polską mentalnością, nie oddającą przecież całej prawdy, która jest zdecydowanie bardziej złożona. Przyzwyczajony, że w filmach Szumowskiej niedopowiedzenia i artystyczny sznyt stanowił fundament wysokiej jakości kina, w tym przypadku czułem się rozczarowany, nie tak brakiem, jak próbami przeforsowania w bezpośrednim sąsiedztwie scen z artystycznymi pretensjami i tych niczym z odbiornika marki Okił (Ferdek się kłania/Ibisz o matko!). Rozumiem że był to zabieg celowy, prześmiewczy (śmieszno-straszny), ale ja jego zasadności nie jestem w stanie przez pryzmat przesłania wytłumaczyć inaczej jak tylko poczuciem wyższości reżyserki, która zamiast dojrzałej troski sięga po szyderkę, która nie odbiega daleko od poczucia humoru tych z których się naśmiewa. Szukam teraz puenty i nasuwa się jedna, mam nadzieję trafnie film Małgorzaty Szumowskiej określająca, że w sumie już nagradzana Twarz to chyba nic szczególnego, ale i żadne też nieszczególne nic.

wtorek, 20 października 2015

Body / Ciało (2015) - Małgorzata Szumowska




Nic w takim typowym filmowym rozumieniu pozornie się nie dzieje, bo to kino, które jakby niepostrzeżenie do życia bohaterów wchodzi, wgląd do niego zdobywa, bez ingerencji w kształt historii i przeżywanych emocji - skupiając się zwyczajnie na człowieku i jego mrocznej emocjonalności. Środki realizacyjne są skąpe, ale w wirtuozerski sposób wykorzystane, niby kilka dysonansowych dźwięków, a harmonia zostaje zbudowana. Ona zauważalna po intensywnym zagłębieniu się w strukturę, gdzie przejmująca cisza, naturalne dialogi i wyborne operatorskie wyczucie kadru opowieść tkają. Posklejane chaotycznie sceny, pobieżnie niby bałagan lub też nonszalancja reżyserska, to w gruncie rzeczy przemyślany dogłębnie koncept bogaty w sugestywną symbolikę. Jest tu metoda, tylko trzeba dostrzec to co pomiędzy wierszami w ciszy do nas wykrzyczane. Filmy Szumowskiej nie są dla każdego - to truizm ale w tym miejscu zasadny. Może przez to, że otoczone atmosferą elitarności tak bardzo mnie intrygują i zmuszają do poszukiwań ukrytych znaczeń, sensu i wartości? A może ja w całkowitym oderwaniu od zachwytów zawodowych krytyków zwyczajnie lubię te obrazy, które coś więcej ponad szablon oferują? Te "dzieła" co porzucają ze znakiem zapytania, bo są niejednoznaczne. 

P.S. Polska kinematografia dwoma skrajnościami stoi, u nas przenosi się na ekran ciężkostrawne, przygnębiające tematy lub totalne pierdoły w kolorowych, połyskujących i szeleszczących niemiłosiernie papierkach - dwa bieguny dominują, a pomiędzy nimi niewiele. Absolutnie nie jest to zarzut, bo jakaś tam równowaga zostaje zachowana. Intelektualiści swoją psychologiczną dawką refleksji się maltretują i zwolennicy zabawy w rytmach nieskomplikowanych też do kina na co pójść mają. Aktorzy z powołania ze świetnym warsztatem w pocie czoła wypracowanym zarobią i ci z przypadku do biznesu trafiający (bo ładny, ładna) także na życie w odpowiednim standardzie szansę dostaną. Takie salomonowe rozdanie - i duży wilk syty, gdyż komercja napędzi oglądalność i mała owca cała, bo wilk najedzony już zeżreć jej nie musi. Jedni przyznają sobie nagrody festiwalowe ogrzewając się blasku wyrafinowanego splendoru, drudzy zaś srebrniki liczyć na kontach będą mając głęboko w dupie macanki i pożerany przez widza popcorn, które często większą atrakcją niż sam seans. Po jaką cholerę to piszę przy okazji kolejnej nagradzanej produkcji Małgorzaty Szumowskiej? Ano po to by dać do zrozumienia, że w tym systemie naczyń połączonych nie ma przypadku. Wszystko ma przyczynę i wiąże się z konsekwencjami. Dzisiejszy bardzo dobry jak na nasze warunki stan polskiego "biznesu" filmowego to konsekwencja współistnienia bez zgrzytów telewizyjnej popkultury, która na ekrany kin w postaci rozrywki się wbija z kinem ambitnym, które zaś pretensji nie ma, że widz też czasem i niewyszukanej zabawy potrzebuje. Tyle się znam co zaobserwuję, ale mam takie przekonanie, że sporo prawdy w tym co powyżej napisałem.

środa, 26 marca 2014

W imię... (2013) - Małgorzata Szumowska




Małgorzata Szumowska, a dokładnie jej dorobek filmowy zupełnie mi z autopsji nieznany. Stąd opierając się jedynie na opiniach z branży kinowej czy opisach tematyki z jaką kojarzona do dziewiczego seansu przystąpiłem. Szumny temat, jak już zdążyć przyzwyczaiła tutaj fundamentem, niestety uwzględniający już na wiele sposobów przerobione klisze, szczególnie ostatnimi czasy popularne. Zatem jest kontrowersja, ale taka co nie zaskakuje i z jakąś burzliwą siłą nie porusza. Bardzo sprawnie przewidywalną historię obraz opowiada, aranżując ją w ascetyczny sposób z pretensjami ku kinu głębokiej treści, nie rozmachu. Tutaj się ciszą maluje, autentycznym obrazem, niemal surowy dokumentem z życia przekonuje. Krótkie ujęcia i porzucenie z pytaniem – takie kino domysłów, pustej przestrzeni do własnej refleksji. Wraz z kapitalnym warsztatem głównych postaci oraz naturszczyków kanciastym, aczkolwiek tak bardzo naturalnym w formie zaangażowaniem efekt mimo wszystko osiąga satysfakcjonujący. W pamięci pozostają sugestywne sceny, rozterki natury psychologicznej i samotność w niezrozumieniu. Frustracja i ból, brak wsparcia i porzucenie, ciągle mimo wszystko w nadziei na spełnienie.

Drukuj