Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mel Gibson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mel Gibson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2025

Braveheart / Waleczne serce (1995) - Mel Gibson

 

Sięgam pamięcią w bardzo odległą przeszłość i wyraźnie widzę sytuację z pierwszymi plakatami Walecznego serca w zaprzyjaźnionej (przyjaźniłem się mocno) wypożyczalni video, kiedy jeszcze premiera tego mega hitu Polsatu była mocno odległa. Wtedy już młodym serduchem czułem, że ten tytuł to będzie wielkie wydarzenie, ale że ono zbuduje właściwie karierę reżyserską Gibsonowi na równi z jego aktorską, to niekoniecznie. Wietrzyłem mocnego rywala klasyków w gatunku oraz mojego faworyta, bo jak tu jako jeszcze poniekąd wciąż smarkacz nie lubić epickich historii “rycerskich”, jednako moja świadomość rozwoju aktorskich czy reżyserskich hollywoodzkich karier, a najbardziej w sensie wyczulenia na nawijanie makaronu na uszka była mało wciąż wystarczająca, by pośród stu kilogramów filmowego dobra, dostrzec około pół, w porywach kilograma lekkiej żenady. Włączam sobie teraz od początku do końca tą historię (bez rozpraszających reklam) i mam kilka uwag, takich związanych z czepialstwem że Gibson szarżuje i robi miny niczym sierżant Riggs, jadąc aż nazbyt wprost na tej swojej mimice, zupełnie dajmy na to inaczej jak przedostatnia współczesna odsłona na Mad Maxa legendarnej postaci. Trącąc ponadto ckliwości nadmiarem, wymuszając emocje tonami nabrzmiałych smyczkowych orkiestracji w romantycznych scenach, które przecież nawet w wersji sauté byłyby optymalnie wzruszające. Wiem oczywiście iż to kino które powstało kiedy w całym Hollywood trzeba było wszystko wciąż jeszcze z przesadą i nikt nie dopuszczał do myśli, iżby można mniej dosłownie, a zaskakująco paradoksalnie sugestywniej - dla podwyższenia klasy chociażby gustowniej. Stąd scenariusz w dramaturgię zdobny ale takąż co wpływ wywierać miała na maksymalnie poszerzony zakres widza - podobając się w zasadzie wszystkimi bez wyjątku. Tak też się stało i nie kojarzę by ktoś wówczas marudził, tylko jednym głosem wszyscy zachwycając pod niebiosa Gibsona wynosili (i jak dzisiaj widać wynieśli), co rzecz jasna w sukces finansowy się wybornie przekuło. Powstał więc obraz widowiskowo modelowy, jednako aby być uczciwym i nie wyłącznie szukać dziury w całym, to jak już akcja się właściwie zawiązuje i zemsta Williama przejmuje dowodzenie, to Gibson z zaciętą miną i determinacją brutalną bank rozbija i nawet dzisiaj znacznie bardziej krytyczny będąc daje się wciągnąć w trzymaniu za niego kciuki, kibicując z szalikiem w barwy Szkocji w dokopaniu podłym oblechom Angolom, a na finał mam w oczach takie grochy jak każdy wrażliwy który pamięta serialową scenę nadziewania na hak postawnego Janosika. Schemat, szablon niemalże, ale takie były historyczne i kulturowe uwarunkowania że idealistycznych bohaterów się eliminowało, a o wydarzeniach w kronikach pisali zwycięscy, natomiast dla równowagi poematy sławiące wyklętych musiały ich bohaterstwu i poświeceniu prawdę wyidealizowaną oddawać. Ludzie lubią przecież zamaszyste historii dosmaczanie. :)

P.S. Dla niewtajemniczonych, bardzo z klasycznym kinem nie za pan brat, to o czym powyżej, to o powstaniu klanów w Szkocji przeciwko tyrani i bezprawiu angielskiej korony. Romantycznie po pierwsze (on się zakochał w niej, ale los ręką zawistną ich rozdzielił, a w nim potem druga ona się zakochała, ale on, kto go tam w sumie wie), mściwie po drugie (on wytnie wszelkie zło które odebrało mu największe w życiu dobro) i po trzecie epicko krwawo (sceny bitew, walk wciąż potężne).

czwartek, 17 listopada 2016

Hacksaw Ridge / Przełęcz ocalonych (2016) - Mel Gibson




Mam świadomość, że Mel Gibson niemal zatopił mnie w morzu patosu i religijnego mesjanizmu, ale byłbym nieuczciwy gdybym nie przyznał, że pomimo zakładanego własnego uodpornienia na potężną siłę epatowania pomnikowością, to akurat fragmentami poddałem się jego oddziaływaniu. Doceniam także rzemiosło reżyserskie Gibsona i smykałkę do kręcenia rozbuchanych epopei, która obecnie może się równać tej jaką prezentują legendarni Steven Spielberg i Robert Zemeckis. Jednocześnie z przykrością stwierdzam, iż odczuwam zatracenie gibsonowskiego stylu tak kapitalnie uwypuklonego w genialnym Apocalypto, na rzecz typowej hollywoodzkiej maniery. Ponadto, co najważniejsze szacunek dla bohaterów, którzy swe zdrowie i życie poświęcali nakazuje odrobinę krytyczne zapędy powściągnąć, stąd ważąc zalety i wady wykażę się wyrozumiałością. Uwagę zwrócę wyłącznie w stronę jednej cechy Hacksaw Ridge, która istotnie wpływała na potrzebę wyrażania mimiką zdegustowania podczas seansu. Mianowicie zachowując wszelkie proporcje nie mogłem odpędzić porównań z naszą rodzimą próbą mitologizowania walki z nieprzyjacielem. Wciąż myśli moje krążyły wokół Miasta 44 i sposobu w jaki Jan Komasa nakreślił kontrast egzaltowanej naiwności i sercowych wzlotów z surowym obrazem walki ocierającej się o stylistykę gore. Te fruwające kończyny, roztrzaskane czaszki, wyrwane flaki i spływającą krew w konfrontacji z pięknem młodzieńczych uczuć miała oczywiście w obydwu przypadkach z góry założony cel i nie była w żadnej mierze przypadkowa. Jednak rozumiejąc założenia scenariusza, absolutnie nie byłem w stanie przejść obojętnie wobec tych uparcie scalanych klocków. To w obrazie Gibsona irytowało, że starcie uproszczonej wizji rzeczywistości z surową optyką konfliktu przynosiło w efekcie zażenowanie i pytania o cel takiej strategii. Porzuciłem jednak czym prędzej podobne rozważania, bo podejmując decyzje o wyjściu do kina zdawałem sobie sprawę, iż nie obejrzę obrazu o podwyższonym stężeniu pierwiastka intelektualnego, a spotkam się z prostymi prawdami, bez szafowania złożonością prezentowanej rzeczywistości. Ta ostrożność oszczędziła mi z pewnością rozczarowania i pozwoliła na w miarę stoickie śledzenie łopatologicznie podanej treści. Zwyczajnie, Gibson zasalutował i oddał honory szeregowcowi Dossowi. Miał taką potrzebę, czuł że to jest odpowiedni moment i w porządku – nikt mnie przecież na siłę na ten spektakl nie zaciągnął.

poniedziałek, 2 września 2013

Apocalypto (2006) - Mel Gibson




Gibson swoje odjazdy w życiu prywatnym częste miewa, jednak jeśli takiej jakości obrazy od czasu do czasu zdarzy mu się nakręcić, ignorować wszelkie przejawy fanatyzmu i megalomanii jego zamierzam. A że ja historykiem czy specjalistą od Majów kultury nie jestem, zatem na produkcję z perspektywy dokumentalnej nie patrzę. Dla mnie to przede wszystkim wciągające, ekscytujące kino w egzotycznym, intrygującym czasie i miejscu fabularnie osadzone. W tym konkretnym przypadku zdecydowanie mi to wystarcza! Kapitalna praca kamery, wstrząsające sceny, muzyka podkręcająca napięcie i autentyczna więź z bohaterami, to sztuka jaką Gibson w przekonaniu moim osiągnął w stopniu znakomitym. Z tej właśnie perspektywy, pomijając nietrafne Łapy Jaguara z super bohaterem w osobie Ramba porównania, refleksje po kilkukrotnym z obrazem kontakcie niezmienną mam. Mianowicie okrutne to czasy dla współczesnego obywatela cywilizowanego świata się wydają. Jednak wystarczy wieczorny systematyczny kontakt z programami o informacyjnym charakterze aby smutne wnioski się nasunęły. W wielu rejonach świata krew leje się równie intensywnie jak w scenach filmowych zamierzchłe czasy ukazujących, zmieniły się jedynie metody rzeźników, a ideologiczna ich motywacja bez zmian pozostaje. Grabież, przejmowanie kontroli nad atrakcyjnymi terytoriami, bezrefleksyjny kult bożków wszelakich czy bezwzględna rozprawa z inaczej myślącymi. Cywilizacja znaczy ewolucja? Nie jestem już teraz tego do końca pewny. Proszę wybaczyć kolejną moją w egzaltacje wycieczkę.

Drukuj