Kolejny, pośród współcześnie mocnych, lecz bez znamion geniuszu albumów Testament, rozpoczyna się z przytupem, nie tylko brzmiąc jak mocarny death/thrash, ale sięgając mam odczucie po wręcz bliższe mainstreamu niż piwnicy black metalowe inspiracje (momentami maszynowa, sterylna perkusja, skrzekliwe wokalizy i epickie zacięcie), więc na starcie jestem z jednej strony bardzo zainteresowany, bo lubię kiedy potrafią klasycy pierdyknąć i skojarzyć się z fenomenalnym wciąż The Gathering. Dwie otwierające kompozycje mają w sumie wszystko czego bym oczekiwał od wciąż żywej legendy, a i trójka bardziej w klimacie skolnickowego riffu (kto zna ten rozumie o czym piszę) - ona też po swojemu trzyma poziom bliski ekscytacji. Tylko że po wymienionych ciosach wbija balladzisko i ono zmienia kompletnie stylistyczną wyrazistość Para Bellum - przenosząc ciężar z uzbrojonego w pazur riffu, na banalnie sentymentalne plumkanie w klimacie najbardziej nieznośnych wzorców "kołysanek", jakie w jankeskim thrashu, a też przecież w historii samych zainteresowanych często i gęsto, mało to na pewno nie było. Meant to Be jest takim właśnie numerem, który łatwo wpada w ucho i bardziej niż zirytować kompletnie niezaznajomionego z metalowym hałasem, o grymas bólu przyprawi każdego zahartowanego w bojach odsłuchowych fanatyka brzmień bardziej brutalnych. Takie to epickie pitu pitu, ze sznytem który przypadnie do gustu oldschoolowego maniaka heavy metalu, ale żeby mogło kupić przychylność pełnokrwistego thrashera, to mowy myślę nie ma. Tym bardziej kompletnie nie spina się z całą resztą zawartość Para Bellum, gdyż tu się prócz tych kilku minut zupełnie innej bajeczki, łupie na całkiem przyzwoitym wKu-Rwie, jaki wiąże agresje surowego thrashu z (uwaga uwaga) wycieczkami w kierunku (słyszę będąc szczerym i zmartwionym przykłady) kopiowania części zagrywek niemal z symfo-mechanicznego stylu Dimmu Borgir (dzisiaj i jeszcze trochę kiedyś w ich działalności). To że nadęta balladka wysysa prawie z samego początku całą energię z krążka, to jedno, bo gdy on się po niej znowu nieźle na nowo rozkręca, to wówczas pojawia się wesolutki niemalże glaml w postaci Nature of the Beast i na ten moment już tracę kompletnie nadzieję, iż Testament nagrał coś więcej niż tylko następną płytę z kawałkami niekoniecznie ekscytująco skomplilowanymi pod względem stylistycznych kombinacji. Do końca nie usłyszałem już w sumie niczego naprawdę rozbrajającego, ale rozczarowania totalnego nie zaznałem i uważam czternasty bodaj album ekipy z Bay Area za dowód, iż bez względu na charakter raczej dzisiaj już skamieliny, nie przestają udowadniać jak bardzo cieszy ich samo granie i komponowanie. Szkopuł w tym, że żadna z wielu ostatnich prób urozmaicania nie wspięła się powyżej najzwyczajniej kompilowania i Para Bellum absolutnie nie zaprzecza tejże tezie, za co poniekąd największą winę zrzucam na Skolnicka, gdyż to jego powrót na łono macierzy upierdzielił Testament potężne klejnoty.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Testament. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Testament. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 28 października 2025
środa, 8 kwietnia 2020
Testament - Titans of Creation (2020)
Kilka dni temu poinformowałem, że prawie ze szczęścia się popłakałem, kiedy z początkowo niewielkim entuzjazmem odpaliłem materiały w formie obrazkowej promujące wydany właśnie najnowszy wypiek amerykańskich thrasherów. Mimo, iż każda kolejna porcja nowej muzyki od sławetnego 1999-ego roku, kiedy WIELKI The Gathering wydali, nie przynosiła większego rozczarowania i tylko gdyby nie wspomniany album, zarówno The Formation of Damnation, Dark Roots Of Earth, jak i ostatni dotąd Brotherhood of the Snake uznałbym za materiały kapitalne, to jednak w powyższej konfrontacji każdy z nich niósł niestety ze sobą wiadomość, iż to co najlepsze w karierze już za ekipą wyjątkowo wytrwałego Erica Petersona, a w przyszłości można liczyć li tylko na profesjonalne (po prawdzie fragmentarycznie wręcz porywające), ale jednak odcinanie kuponów od zdobytej przed laty kultowości. Napięcie dla osiągnięcia przewrotnego rytmu tekstu wyraźnie budowane i ton do tego przebiegłego celu użyty zdradza, że za moment napiszę, iż odsłuchując premierowo Children of the Next Level potknąć mi się o własna szczękę przydarzyło, a wszystko co po tym fenomenalnym otwieraczu w głośnikach wybrzmiewało, przyprawiło mnie o potwornie szybkie bicie serducha. Lecz w tym złożonym wielokrotnie zdaniu jest tylko część prawdy, bowiem tak jak dowcipnie animowany clip i mega energetyczny numer w takiej formule spożytkowany, faktycznie został nabity adrenaliną podobnie żarliwie jak legendarne kompozycje z The Gathering, tak do pozostałych jedenastu kawałków, mimo iż tworzą wspólnie rajcująco żywotny i przekonująco autentyczny zbiór dźwięków, to jednak mogę mieć tycie, ale jednak uwagi. :) Może to przekleństwo absolutnie WIELKIEGO The Gathering nie pozwala ekscytować się z tak gigantycznym rozmachem, jak to bez wyjątku obecnie wszyscy maniacy podczas odsłuchów Titans of Creation czynią, albo rzeczywiście jest coś na rzeczy w budowie krążka czy aranżacjach poszczególnych numerów. Nie przyrównując Titans of Creation jednak do IDEAŁU, słyszę kawał soczystej testamentowej młócy, czynionej z przywiązaniem do tradycji koszenia kąśliwymi i drapieżnymi riffami oraz umilania kontaktu z agresywną formułą dla równowagi fantastycznie rozbudowanymi melodyjnymi solówkami. W sumie to chwytliwości nie brakuje w żadnym z fragmentów płyty, a nawet jeśli momentami przyspieszą bardziej niż zazwyczaj, to jednak wypolerowany na glanc ryk Chucka potrafi z łatwością wprowadzać symetrię. Co newralgiczne dla spójności konstrukcji, nie uświadczymy w programie krążka próby nostalgicznej, czyli nie trafimy na nic co można by nazwać quasi balladą - a to w moim odczuciu walor arcy istotny, tym bardziej kiedy często zdarzało się wysuwać pretensje, że Amerykanie takie wątpliwe jakościowo próby wciąż uparcie podejmują. Na finał dodam klamrę w założeniu spinającą powyższą refleksję, iż najnowszego materiału Testamentu nie postawię (choćby nawet kark od rytmicznego potrząsania banią mnie napier****) ponad WIELKI The Gathering. Pomimo tego uzasadnionego oporu (bez konieczności stosowania gróźb i nie pocierając kolanem o kolano przed premierą), dziś w pełni świadomie donoszę, że od lat nie słyszałem z ich obozu produkcji, która byłaby tak blisko gatunkowego uniwersum. I mam tu na myśli zarówno koncertowy potencjał tych petard, jak i tłuste brzmienie ukręcone przez pierwszorzędnych fachowców. Melduję, iż moje żarliwe modły o formę Testament bliską tej sprzed ponad dwóch dekad zostały wysłuchane i aby wykluczyć perspektywę oceny wywołaną ewentualnym osobistym znudzenie thrashem przez te minione lata, mam teraz zamiar sukcesywnie ponownie poddawać autopsji całą trójkę, będącą jak mniemam nadal tylko przygrywką przed Titans of Creation. A może się mylę? :)
P.S. Odczuwam potrzebę, by dodać na marginesie, że gra Skolnicka zachowując wszelkie wirtuozerskie atrybuty, w końcu nabrała cech wytrawnego posługiwania się melodyką. Znaczy jest w niej teraz idealny balans pomiędzy melodyjnością, a motoryką. A może to zasługa znacznie bardziej wyrazistego wyeksponowania drugiego wiosła dzierżonego przez Petersona, lub mechanicznej perkusyjnej techniki Hoglana, tudzież brzmienia basu DiGiorgio?
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Testament - Demonic (1997)
Przyznaję (i tu upatruję ryzyka, ale o tym na
koniec), że jestem akurat fanem tej deathowej maniery wokalnej Chucka
Billy’ego, stąd Demonic naturalnie w mojej osobistej hierarchii albumów
Amerykanów lokuje się w ścisłej czołówce - tak zaraz po The Gathering i Low. Oczywiście
od lat systematycznie smakuję albumy z pierwszej i drugiej dekady XXI wieku,
jak i naturalnie często sięgam także po klasyki z lat osiemdziesiątych, to
jednak ołtarzyk wystawiam przede wszystkim The Gathering i albumom odpowiednio
z 1994 i 1997 roku. Obydwa czołowe z pudła wydawnictwa już w recenzjach/refleksjach sportretowałem, pozostało zatem skompletować trójcę i o Demonic kilka słów
skrobnąć. Kluczową cechą krążka skręt w stronę nowoczesnego, współczesnego trendom
z lat dziewięćdziesiątych grania. Czuć wyraźnie echa łojenia spod znaku
Pantery czy Machine Head, ale w takim autorskim wydaniu, czyli inspiracje są ale
przefiltrowane przez styl typowo "testamentowy". Biorąc pod uwagę fakt, że w tym
okresie na klasyczne thrashowe młócenie w tradycji heavy nie było koniunktury, to ten ruch nie tylko wniósł do brzmienia grupy nowy oddech, ale jeszcze
zwyczajnie pomógł przetrwać z klasą ten okres posuchy. Podobał mi się wtedy,
wrażenie na mnie robi i obecnie ciężarny sound przez speca od gałek wykręcony,
który nie stracił na atrakcyjności i
zachował dynamikę pomimo upływu lat. On potężny, odpowiednio masywny i
sterylny. Dźwięk dudni, charczy i pręży swoje muskuły - tryska testosteronem
osadzony w średnim, czasem bardziej żwawym tempie lecz bez galopad, patatajek. Billy
natomiast ryczy niczym rozsierdzony bawół czy inny potężny bizon, z czym mu
naturalnie do twarzy zważywszy na jego krępą fizyczność i indiańskie
pochodzenie. Tonu dopełniają sprawnie odegrane partie instrumentalistów, a
wisienką jest mechaniczna i cholernie precyzyjna gra Gene’a Hoglana. Chociaż dla
większości zagorzałych wielbiciel legendy Testamentu, nie jest to czołowe ich
dokonanie. Ja idąc pod prąd myśleniu stadnemu, indywidualnie spostrzegając
rzeczywistość, na subiektywną ocenę się odważę i będąc świadomym presji ewentualnej
publicznej chłosty Demonic pośród ikonicznych krążków grupy postawię. Tak przekonany o swojej racji jestem!
niedziela, 30 października 2016
Testament - Brotherhood of the Snake (2016)
Wiele hałasu o nic! Dobra to tylko taka prowokacja na start. Tak faktycznie to nie będę niemiłosiernie bezwzględny, bo właściwie to bardzo dobry album, tyle że tak hucznie zapowiadany jako petarda na poziomie legendarnego już The Gathering, za żadną cholerę mu nie dorównujący. Miał być bratem krążka z 1999 roku, a okazał się tylko kuzynem, bliżej skoligaconym z The Formation the Damnation. Im więcej razy słyszę kompozycje i strukturę Broterhood of the Snake rozkminiam, tym bardziej jestem przekonany do pokrewieństwa z albumem na którym powrót do składu zaliczył Alex Skolnick. Obydwa korzystają sprawnie z pomysłów zarówno z ery The Gathering jak i śmiało eksplorują rejony w których decydujący wpływ na charakter utworów miała melodyka rzeźbiona przez posiadacza charakterystycznego siwego pasemka. Ta maniera wystrzeliwania soczystych riffów i uskuteczniania chwytliwych patatajek zawsze powodowała, iż Testament miał w sobie więcej z klasycznego heavy niż ekstremalnego death/thrashu. Tylko głuchy jak pień lub upojony tanim winem fan może nie dostrzegać różnicy pomiędzy stylem gry Jamesa Murphy'ego i Alexa Skolnicka. One decydują o moim druzgocącym wniosku, że póki na pierwszoplanowym wiośle ten drugi będzie wycinał to nie usłyszymy krążka na miarę The Gathering. Spójrzcie prawdzie w oczy i pogódźcie się z nią! Przewaga cacuszka z Murphy'm polega na budowaniu napięcia, hipnotyzującej ścieżki jaką długie dźwięki kroczyły do ekstatycznego finału. Skolnick tego nie robi, może nie potrafi i kropka - nie zmienię zdania choćbym bluźnierstwa się teraz dopuścił i skazał na potępienie ze strony wieloletnich fanów grupy.
P.S. Wiem, nie napisał nic o różnicy którą robił Lombardo. Bardzo mi wstyd, że uważam Hoglana za równego mu dominatora.
środa, 14 września 2016
Testament - Low (1994)
Pewnie wyłamię się ze schematu, w którym
lata osiemdziesiąte oceniane są jako te najbardziej wartościowe w historii
ekipy Testament. Stwierdzając z pełną świadomością, że start ich był
piorunujący, to jednak gdzieś z biegiem czasu nie w pełni wykorzystali
drzemiące w nich możliwości i ogromną koniunkturę na thrashowe łojenie. Wśród
wielkiej czwórki gatunku nie zaistnieli, a droga od The Legacy do Souls of
Black to z pewnością nie równia pochyła, ale w moim przekonaniu obniżanie poziomu lotu. Fakt, że lata dziewięćdziesiąte absolutnie nie były dla motorycznego
thrashu łaskawe paradoksalnie zmusił niezłomnego Erica Petersona do podjęcia
radykalnych decyzji wiążących się z zastąpieniem dezertera Skolnicka po niesatysfakcjonującym The Ritual, innym wirtuozem wiosła,
którym James Murphy się okazał. Zupełnie inny styl gry Murphy’ego plus dodatkowe
przetasowania w składzie sprawiły, że naturalnie formuła muzyczna grupy została
zmieniona, a efekt uzyskany nazwę bez ogródek niezwykle świeżym i ożywczym. I w
tym miejscu dokonam identyfikacji dodatkowo zaskakującej, stwierdzę bowiem, iż to właśnie za sprawą
Low Testament odnalazł trwałe miejsce w moim sercu i do dzisiaj z niekłamaną
przyjemnością zaraz po genialnym The Gathering najczęściej sięgam właśnie po
ten i nagrany jeszcze w trzy lata po nim album. To naprawdę rzecz wyjątkowa, kiedy
zespół sytuacją rynkową, kryzysem popytu na scenie powodowany staje pod ścianą
i zostaje zmuszony do skazanej na niepowodzenie walki o życie, a efekt uzyskany
pod względem jakości jest znakomity, choć niekoniecznie skuteczny - co akurat częste. Niestety za
sukcesem artystycznym nie kroczył ten komercyjny i summa summarum kapitalne
numery w rodzaju Hail Mary, Legions, Chasing Fear czy Dog Faces Dog – brutalne w brzmieniu,
ciekawe w kwestii aranżacyjnej i rewelacyjne w sferze wykonawczej musiały
odczekać swoje by zaistnieć w szerszym kręgu. Z perspektywy czasu ówczesna
postawa grupy zasługuje na bonusowe uznanie, gdyż krocząc własną ścieżką
częstokroć pod prąd trendów, adaptując się na własnych zasadach do warunków, nie tyle finalnie przetrwali, ale także wyszli z
zawirowań i perturbacji silniejsi. A wszystko dzięki Petersonowi i Billy’emu –
upartym skubańcom potrafiącym przeć naprzód, znajdując po drodze wybitnych
towarzyszy misji osadzania klasycznego thrashu w nowoczesnej formule.
Podsumowując Low otworzył nowy rozdział, Demonic utrzymał odpowiedni kurs, ale
to The Gathering wpisał ich złotymi głoskami do historii metalu, o czym już
jakiś czas temu wychwalając dzieło z 1999 roku pisałem. Niemniej jednak by dotrzeć do miejsca w którym The Gathering określił ich arcyistotny wpływ na gatunek musieli stoczyć długą batalię, przełamać niemoc i postawić stopę na terenach zawłaszczonych przez ekspansywne młodzieżowe trendy. A na takie decyzje i działania stać wyłącznie największych.
niedziela, 17 stycznia 2016
Testament - The Formation of Damnation (2008)
Dekada niemal minęła pomiędzy dwoma albumami, dokładnie dziewięć lat od czasu kiedy za sprawą The
Gathering ekipa gwiazd kierowana przez Erica Petresona na scenie brutalnego thrashu
pozamiatała. To rozdanie było perfekcyjne i w moim subiektywnym przekonaniu
stało się krążkiem kultowym na równi z kultowym slayerowskim Seasons in the Abyss. To jednak był już w 2008 roku zupełnie inny zespół –
przetasowania w składzie, odejście po jednorazowym epizodzie Lombardo,
DiGiorgio i dłuższym Murphy’ego, a w ich miejsce powrót dwóch muzyków z klasycznego składu na
czele z wracającym po długoletniej rejteradzie Alexem Scolnickiem. To czuć
na The Formation of Damnation, chociaż początek z epickim intro, a potem butem
prosto w potylicę za sprawą Than Meets the Eye daje jednoznaczne skojarzenia z
The Gathering. Dalej już następuje przemieszanie surowej brutalności a' la long
z 1999 roku z bardziej melodyjnym obliczem sygnowanym gitarowymi popisami
Scolnicka. Taki The Evil Has Landed wyryczany z potworną mocą i okraszony
piskliwa solówką, tytułowy wałek z morderczym tempem, rwanymi riffami,
histerycznym skandowaniem na modłę death metalowych gardłowych i Persecuted
Won’t Forgot z gitarowo-perkusyjną sieczką. One sąsiadują z chwytliwymi
nawiązaniami do twórczości Testamentu z lat osiemdziesiątych - numerami Dangers of the Faith, Killing Season, Henchmen Ride, Afterlife i F.E.A.R. Im
dalej w las tym bardziej melodyjnie i jak na standardy względnie brutalnego
thrashu chwytliwie, aż do zamykającego program płyty, zakręconym motywem basu
prowadzonego Leave Me Forever. Kilka ładnych lat oczekiwania na następcę The
Gathering i produkt finalnie otrzymany wysoki poziom utrzymywał i nadal dzisiaj utrzymuje, chociaż
dorównać poziomem poprzedniczce nie jest w stanie. W sumie to ówcześnie nawet
nie liczyłem na podobną petardę do tej zaserwowanej pod koniec XX wieku. Prawdę
mówiąc The Formation of Damnation zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, bo to
cholernie solidny materiał, może pozbawiony pierwiastka wyjątkowości ale bogaty w
ciekawe aranżacje i przede wszystkim mocne i intrygujące riffowanie z kruszącym
mury wokalem Chucka Billy’ego. Wtedy jeszcze tego ryku wściekłego niedźwiedzia
lub rozjuszonego bizona było sporo – na kolejnym jednak longu proporcje zostały
zamienione i częściej słyszalne były klasyczne zaśpiewy. Nie ukrywam, że
zdecydowanie wolę te brutalniejsze popisy Indianina z plemienia Pomo.
czwartek, 1 sierpnia 2013
Testament - The Gathering (1999)
Krótko będzie, tak esencjonalnie gdyż stosunek do tej petardy nabożny we mnie, od lat utwierdzony i niepodważalny stąd skromność i oszczędność słowa dominować powinna by pycha mojego poddaństwa nie zainfekowała! W specyficznych okolicznościach wakacyjnej, wtedy jeszcze młodzieńczej eskapady nadmorskiej adoracyjne uwielbienie zrodzone - pielęgnowane od lat już czternastu, finalnie kultem określone. Jadowity to Testament ikonami w składzie onieśmielający - porywający bombardiera Lombardo salwami, rozrywającymi przestrzeń wirtuozerskimi pasażami Jamesa Murphy'ego, gęstą strukturą linii basu, palców DiGiorgio sprawnością utkanych oraz legend formacji w osobach Billy'ego i Petersona magią okraszony. To modelowe hybrydowe scalenie deathowej furii i agresji z thrashu motoryczną dynamiką i chwytliwością. A ryk indiańskiego wodza o posturze bizona tylko zwieńczeniem tej misternie zbudowanej, pełnej maestrii konstrukcji i jedynie smutku ziarno niewielkie w ekstatycznym uniesieniu zawarte w żadnym stopniu wszak z samym krążkiem nieidentyfikowane. Żal bowiem odniesiony do poprawności i kalkulacji finansowych, które źródłem zapewne dalszych płytowych grupy posunięć z cech o wyjątkowości The Gathering przesądzających, kolejne albumy ograbiając. Nie uchwycili bowiem w studyjnym wydaniu przez kolejnych lat naście już emocji w tak piorunującą jakość. A ja tak bardzo pragnę sponiewierany zostać nawałnicą o takiej mocy, mistycznym doznaniem równym temu jaki udziałem moim podczas dziewiczych, ówczesnych odsłuchów tego pomnikowego dzieła!
czwartek, 6 czerwca 2013
Testament - Dark Roots of Earth (2012)
Refleksja
fundamentalna w przypadku Testament mi się nasuwa, że sukces The Gathering z
perspektywy czasu dla formacji w przekleństwo w pewnym sensie ewoluował -
bowiem produkcje po krążku powyższym nagrane nie nawiązują z nim w żadnym
stopniu równej walki. I pomimo, iż Dark Roots of Earth w przekonaniu moim to
materiał bardzo dobry, nie zawiera jednak w sobie tego pierwiastka, który po
latach do albumu tego jako do klasyka
kazałby powracać. I być może ocena moja dość surowa się wydaje jednak nijak
słuchając ostatniej artystycznej kreacji grupy pozbyć się wrażenia nie mogę, iż
muzyka to bogata aranżacyjnie, sprawna kompozytorsko, solidna wokalnie jednak
pozbawiona pewnej trudno namacalnej iskry, waloru co pozwala długotrwale,
długofalowo czerpać z dźwięków satysfakcję - odkrywać ją z nowej wciąż
perspektywy. Testament dzisiaj to dla mnie dobrze naoliwiona maszyna co
koncertowo potrafi do organizmu adrenalinę zaaplikować jednak w studyjnym
wydaniu ograniczona jedynie do lawirowania pomiędzy melodyjną przebojowością
pomysłów w latach 80-tych osadzonych, a surowością, jadem i krzepą tego co
napisali w drugiej połowie 90-tych. Pomysł to na krążki zdaje się racjonalny
jednak w przypadku ekipy Chucka Billy'ego zbyt statyczny, bezpieczny i
wyrachowany - taki prawami muzycznego biznesu i finansowymi wytwórni
oczekiwaniami spętany!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







