Przeprowadziłem w ubiegłym tygodniu test. On miał na celu sprawdzić, czy założenie początkowe, iż nowy Deftones posiada gigantyczne kwalifikacje aby okazał się albumem, jaki tylko zyskuje na kolejnych przesłuchaniach jest trafione. Zapamiętałem ku temu kilka stwierdzeń Szanownych Kolegów z bliskiego otoczenia kumpelskiego zainteresowanych oraz moje własne, jak odczytałem zbieżne z ich opinią przekonania i stwierdzam z pełną stanowczością, że... tak tak tak! Pozytywne mam wrażenia i wrażenia potwierdzające wstępną tezę. Private Music to płyta bezdyskusyjnie różnorodna, wielowarstwowa, jaka od początku celnie sugerowała, że musi się wchłonąć i proces ten będzie dla fana intrygująco przyjemny z początku, by później stawać się przyjemny przez pryzmat jego osadzenia już w głowie. Wówczas smaczki w postaci detali zostają kompleksowo rozpoznane, struktury kompozycji zbiją się w przemyślane od początku do końca formy, a linie melodyczne już nie będą zapewne powodowały fragmentarycznego doznania, pływania w lekkim aranżerskim chaosie. Bowiem Private Music posiada dwa podstawowe walory, a nimi jednoczesne uczucie zasysania ambitnych podziałów rytmicznych i chwytliwych melodii, wspomaganych najsilniej rozbujanym w ten specyficzny dla Chino sposób liniami melodycznymi wokalu, myślę iż jeszcze bardziej niż motywami wygrywanymi przez gitarę prowadzącą. Wiadomo jednak, że każdy z numerów z najnowszego longa trochę inaczej się huśta i tak słyszę tu bez niespodzianek, iż z jednej strony rozmarzone pół-walczyki falują (np: cudowny I Think About You All The Time), a z drugiej cały przekrój grania znacząco bardziej stawiającego na bezpośredniość (oldschoolowo deftonowskie Locked Club, Cut Hands, Metal Dream, czy kojarzące się ze środkowym czasem z dyskografii single promocyjne) oraz numery dodające posmaku świeżego - mój faworyt jak dotąd Ecdysis. Chcę chyba tym samym powiedzieć, że koloryt kawałków jest mocno przekrojowy, ale mam nadzieję iż jeszcze nie podsumowujący, bo zobaczyć na ostatniej prostej za kilka miechów tych czarodziei mięsistego groovu w łódzkiej Arenie, to nie byłoby tak fajnie, jak na nich trafić, a potem jeszcze cieszyć się kolejnymi longami. W sumie nic nie wskazuje by się szybko z branży wycofali, bo tak forma live (donoszą), jak i studyjna znakomita (słyszę), więc po ch się zawczasu, bez realnych przesłanek martwić. Cieszyć się trzeba, iż kręci się płyta świeża i kręci się znowu koncertowo. Wszystkiego najlepszego, najbardziej ze starej gwardii systematyczni i konsekwentni skórkowańcy. :)
poniedziałek, 1 września 2025
piątek, 23 lutego 2024
Deftones - Deftones (2003)
Kiedyś sobie ustaliłem, że ten oto krążek Deftones jest ich dziełem najsłabiej do mnie przemawiającym i pomimo iż przez lata się do niego bardziej przekonałem, to pozostanę temu przekonaniu początkowemu wierny, lecz nie mógłbym jednak tak z łatwością orzec, co mi się w nim tak naprawdę nie podoba. Może nie wymienię jednoznacznie takowych cech stanowiących o jego subiektywnie ocenionej słabości w formule podpunktów, lecz ujmę je w ogólności i sprowadzę do (uwaga!) mega oczywistego stanowiska, że jak nie wchodził jak inne, tak nadal nie wchodzi, a te drobne zmiany w odczuciach być może są jedynie wypadkową do jegoż zawartości powracania - chyba na zasadzie, że jak czegoś nie zgłębiłem to i może uparte seanse z niezrozumiałym/nierozpoznanym przyczynia się do takowego. Bądź co bądź przecież s/t nie różni się zasadniczo, ani bardziej detalicznie pod względem stylistyki od innych krążków ekipy najmocniej kojarzonej z nazwiskiem Chino Moreno, a jeśli już to ta odmienność wiąże się (przynajmniej w mojej percepcji) z mniejszą przystępnością i zawartością skromniejszej liczby przebojów pośród anty przebojów, a co wprost oznacza, iż "Deftones" nie przykleja się do ucha, mimo że nie nazwę przecież jego odsłuchów katorgą, mimo że zaciągania wokalne Chino są w tym przypadku tymi jednymi z najbardziej mnie irytujących. Stąd wyprowadzę jeszcze jedną hipotezę odnoszącą się do pytania, dlaczego mi nie leży i przyznam się do trudności w przezwyciężaniu lekkiego dyskomfortu, kiedy w kilku, tudzież kilkunastu fragmentach Chino jedzie w takich rejestrach, które mnie o nieprzyjemne dreszcze przyprawiają. Nie wiem, nie bardzo wciąż mimo wszystko rozumiem, bowiem styl uskutecznianych zaśpiewów, to również nic różnego, tym bardziej eksperymentalnego stosunku do praktyk z każdego innego Deftones materiału. Ludzie w sumie jednak piszą, że krążek z roku 2003-ego wchodził na terytoria nie do końca jeszcze przez zespół rozpoznane i w praktyce eksplorowane (też racja!), ale ja prócz tej odmienności w kwestii bardziej oszczędnej chwytliwości, to nadal zbyt wiele nie zauważam. Być może tak musi być, iż pośród ogólnie zawsze doskonałych produkcji, naturalnym odruchem fan sobie wbije do łba, że któraś mu w stu procentach nie siedzi i trzeba się z tym pogodzić, miast mocować. Będzie jak ma być - jak ochota nadejdzie, to s/t się nadal pokręci, a jak się ocena przy okazji zmieni, to pewnie gdzieś kiedyś w kontekście bieżących albumów dam tu znać. :)
niedziela, 17 grudnia 2023
Deftones - Andrenaline (1995)
Ani odrobiny poczucia wstydu nie czuję, że się być może lekko he he skompromituję, gdy stwierdzę, iż kiedy Adrenalina ujrzała światło dzienne, to ja zupełnie swojej uwagi na nią nie zwróciłem. Szczerze to nawet nie pamiętam by w okolicznościach bardzo dobrego dla ogólnie cięższej muzyki roku 1995 nazwa Deftones cokolwiek mi mówiła. Ot byłem najzwyczajniej zupełnie innymi przedstawicielami sceny rockowo-metalowej zainteresowany, a że też były to czasy trudniejszego dostępu do muzyki, ograniczonego wyłącznie do posiadania zasobów finansowych na zakup fizycznego nośnika z nutą, bądź korzystania z (jeśli grupa przebiła się do jako tako szerszego mainstreamu) anteny satelitarnej, bądź do osiedlowych kablówek, to tak łatwo jak dzisiaj nie było za mniej spektakularnymi trendami nadążyć. Znajomki mi też Deftones wtedy nie polecali, albo wytarło się w mojej pamięci takie wspomnienie, a że w połowie lat dziewięćdziesiątych nie było takie oczywiste by wszyscy okno w telewizorze na gigantów ze świata kanałów muzycznych posiadali, to ja będąc jeszcze wówczas jednym z tych przez losowe zdarzenia określające miejsce zamieszkania pokrzywdzonym o ewentualnych klipach fruwających po VIVach czy archetypicznych MTVikach nie wiedziałem. Natomiast jeśli dopływ gotówki u siebie zanotowałem, to prędzej kierowałem się z zasady rekomendacjami z periodyków drukowanych traktujących o prawdziwym metalu, niż jakichś komercyjnych mediów, którymi zgodnie z obowiązującym w środowisku etosem gardziłem. Były oczywiście wyjątki, ale zauważę że takim Soundgarden czy Faith No More bez względu czy pisano o nich w raczej niszowej prasie muzycznej czy temat bywał przemilczany to po prostu wiedziałem i kropka. Aby być jeszcze bardziej autentycznie w zgodzie z prawdą, to kiedy na przykład najbardziej poczytny Metal Hammer wzmiankował o ekipach z nurtu nu metalowego, to zrazu to określenie gatunkowe było mi podejrzane i przerzucałem stronę w odruchu pogardy. Głupi więc jak na swój wysoki poziom muzycznej świadomości się okazałem i nie wiedział taki zaawansowany już nastolatek, że jak nowy trend się wbija to zawsze pośród chwastów coś o szczególnym potencjale można z jego środka wyrwać. Takim sposobem przechodzę do kontrowersji kolejnej, która wiąże ze sobą przekonanie, iż Deftones to dziecko mody nu metalowej i z latami rodzącego się przekonania, że to tylko zbieg okoliczności był z tym przyjściem ich na świat akurat w czasie kiedy trend zaczynał dominować. Jestem dzisiaj zdecydowanym zwolennikiem tezy, że Deftones jeśli nawet miał cokolwiek kiedyś wspólnego ze sceną "okołokornową", to zupełnie i momentalnie tej etykiety się pozbył, a wręcz już Adrenaline miała bardzo niewiele wspólnego ze skoczynym gitarzeniem, bo tak sam Chino Moreno w inne tony interpretacyjne celował, a samo granie rozstrzelone było pomiędzy bogatszymi stylistycznymi inspiracjami. W roku 1995 jednak bez względu na podobne zdroworozsądkowe analizy nie byłem gotowy aby nawet pozwolić się z kimkolwiek kojarzonym ze sceną nu metalowa identyfikować, więc było mi przeznaczone dojrzewać do zainteresowania kimś kto może nieco z nu metalem miał wspólnego, ale wypływał na znacznie szersze wody i w przyszłości zapisał się w historii muzyki rockowej, jako ikona która trwa wciąż się bardzo interesująco rozwijając, mimo że tak obiektywnie rzecz biorąc to pomiędzy debiutem, a ostatnim do tej pory albumem Deftones (Ohms) stylistycznej przepaści nie ma. Jest spora brzmieniowa fosa, ale trudno by jej nie było kiedy konfrontuje się ze sobą rok 1995 i 2020, prawda? To na tyle by było co mam do powiedzenia, a jeśli w tym momencie pada zarzut, a gdzie o muzyce, to w jednym zdaniu napiszę, iż te 10 kompozycji plus jedna ukryta, to jak na debiut rzeczy fantastyczne i ten jedyny minus jaki mnie do z nich części nie przyciąga, to słaba jednak produkcja pozbawiona jebnięcia - jakby materiał był rejestrowany w dobrze akustycznie przygotowanym pomieszczeniu z kartonu. Da się słuchać, ale nie da się uciec od narzekania.









