Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deftones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deftones. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 września 2025

Deftones - Private Music (2025)

 

Przeprowadziłem w ubiegłym tygodniu test. On miał na celu sprawdzić, czy założenie początkowe, iż nowy Deftones posiada gigantyczne kwalifikacje aby okazał się albumem, jaki tylko zyskuje na kolejnych przesłuchaniach jest trafione. Zapamiętałem ku temu kilka stwierdzeń Szanownych Kolegów z bliskiego otoczenia kumpelskiego zainteresowanych oraz moje własne, jak odczytałem zbieżne z ich opinią przekonania i stwierdzam z pełną stanowczością, że... tak tak tak! Pozytywne mam wrażenia i wrażenia potwierdzające wstępną tezę. Private Music to płyta bezdyskusyjnie różnorodna, wielowarstwowa, jaka od początku celnie sugerowała, że musi się wchłonąć i proces ten będzie dla fana intrygująco przyjemny z początku, by później stawać się przyjemny przez pryzmat jego osadzenia już w głowie. Wówczas smaczki w postaci detali zostają kompleksowo rozpoznane, struktury kompozycji zbiją się w przemyślane od początku do końca formy, a linie melodyczne już nie będą zapewne powodowały fragmentarycznego doznania, pływania w lekkim aranżerskim chaosie. Bowiem Private Music posiada dwa podstawowe walory, a nimi jednoczesne uczucie zasysania ambitnych podziałów rytmicznych i chwytliwych melodii, wspomaganych najsilniej rozbujanym w ten specyficzny dla Chino sposób liniami melodycznymi wokalu, myślę iż jeszcze bardziej niż motywami wygrywanymi przez gitarę prowadzącą. Wiadomo jednak, że każdy z numerów z najnowszego longa trochę inaczej się huśta i tak słyszę tu bez niespodzianek, iż z jednej strony rozmarzone pół-walczyki falują (np: cudowny I Think About You All The Time), a z drugiej cały przekrój grania znacząco bardziej stawiającego na bezpośredniość (oldschoolowo deftonowskie Locked Club, Cut Hands, Metal Dream, czy kojarzące się ze środkowym czasem z dyskografii single promocyjne) oraz numery dodające posmaku świeżego - mój faworyt jak dotąd Ecdysis. Chcę chyba tym samym powiedzieć, że koloryt kawałków jest mocno przekrojowy, ale mam nadzieję iż jeszcze nie podsumowujący, bo zobaczyć na ostatniej prostej za kilka miechów tych czarodziei mięsistego groovu w łódzkiej Arenie, to nie byłoby tak fajnie, jak na nich trafić, a potem jeszcze cieszyć się kolejnymi longami. W sumie nic nie wskazuje by się szybko z branży wycofali, bo tak forma live (donoszą), jak i studyjna znakomita (słyszę), więc po ch się zawczasu, bez realnych przesłanek martwić. Cieszyć się trzeba, iż kręci się płyta świeża i kręci się znowu koncertowo. Wszystkiego najlepszego, najbardziej ze starej gwardii systematyczni i konsekwentni skórkowańcy. :)

piątek, 23 lutego 2024

Deftones - Deftones (2003)

 

Kiedyś sobie ustaliłem, że ten oto krążek Deftones jest ich dziełem najsłabiej do mnie przemawiającym i pomimo iż przez lata się do niego bardziej przekonałem, to pozostanę temu przekonaniu początkowemu wierny, lecz nie mógłbym jednak tak z łatwością orzec, co mi się w nim tak naprawdę nie podoba. Może nie wymienię jednoznacznie takowych cech stanowiących o jego subiektywnie ocenionej słabości w formule podpunktów, lecz ujmę je w ogólności i sprowadzę do (uwaga!) mega oczywistego stanowiska, że jak nie wchodził jak inne, tak nadal nie wchodzi, a te drobne zmiany w odczuciach być może są jedynie wypadkową do jegoż zawartości powracania - chyba na zasadzie, że jak czegoś nie zgłębiłem to i może uparte seanse z niezrozumiałym/nierozpoznanym przyczynia się do takowego. Bądź co bądź przecież s/t nie różni się zasadniczo, ani bardziej detalicznie pod względem stylistyki od innych krążków ekipy najmocniej kojarzonej z nazwiskiem Chino Moreno, a jeśli już to ta odmienność wiąże się (przynajmniej w mojej percepcji) z mniejszą przystępnością i zawartością skromniejszej liczby przebojów pośród anty przebojów, a co wprost oznacza, iż "Deftones" nie przykleja się do ucha, mimo że nie nazwę przecież jego odsłuchów katorgą, mimo że zaciągania wokalne Chino są w tym przypadku tymi jednymi z najbardziej mnie irytujących. Stąd wyprowadzę jeszcze jedną hipotezę odnoszącą się do pytania, dlaczego mi nie leży i przyznam się do trudności w przezwyciężaniu lekkiego dyskomfortu, kiedy w kilku, tudzież kilkunastu fragmentach Chino jedzie w takich rejestrach, które mnie o nieprzyjemne dreszcze przyprawiają. Nie wiem, nie bardzo wciąż mimo wszystko rozumiem, bowiem styl uskutecznianych zaśpiewów, to również nic różnego, tym bardziej eksperymentalnego  stosunku do praktyk z każdego innego Deftones materiału. Ludzie w sumie jednak piszą, że krążek z roku 2003-ego wchodził na terytoria nie do końca jeszcze przez zespół rozpoznane i w praktyce eksplorowane (też racja!), ale ja prócz tej odmienności w kwestii bardziej oszczędnej chwytliwości, to nadal zbyt wiele nie zauważam. Być może tak musi być, iż pośród ogólnie zawsze doskonałych produkcji, naturalnym odruchem fan sobie wbije do łba, że któraś mu w stu procentach nie siedzi i trzeba się z tym pogodzić, miast mocować. Będzie jak ma być - jak ochota nadejdzie, to s/t się nadal pokręci, a jak się ocena przy okazji zmieni, to pewnie gdzieś kiedyś w kontekście bieżących albumów dam tu znać. :)

niedziela, 17 grudnia 2023

Deftones - Andrenaline (1995)

 

Ani odrobiny poczucia wstydu nie czuję, że się być może lekko he he skompromituję, gdy stwierdzę, iż kiedy Adrenalina ujrzała światło dzienne, to ja zupełnie swojej uwagi na nią nie zwróciłem. Szczerze to nawet nie pamiętam by w okolicznościach bardzo dobrego dla ogólnie cięższej muzyki roku 1995 nazwa Deftones cokolwiek mi mówiła. Ot byłem najzwyczajniej zupełnie innymi przedstawicielami sceny rockowo-metalowej zainteresowany, a że też były to czasy trudniejszego dostępu do muzyki, ograniczonego wyłącznie do posiadania zasobów finansowych na zakup fizycznego nośnika z nutą, bądź korzystania z (jeśli grupa przebiła się do jako tako szerszego mainstreamu) anteny satelitarnej, bądź do osiedlowych kablówek, to tak łatwo jak dzisiaj nie było za mniej spektakularnymi trendami nadążyć. Znajomki mi też Deftones wtedy nie polecali, albo wytarło się w mojej pamięci takie wspomnienie, a że w połowie lat dziewięćdziesiątych nie było takie oczywiste by wszyscy okno w telewizorze na gigantów ze świata kanałów muzycznych posiadali, to ja będąc jeszcze wówczas jednym z tych przez losowe zdarzenia określające miejsce zamieszkania pokrzywdzonym o ewentualnych klipach fruwających po VIVach czy archetypicznych MTVikach nie wiedziałem. Natomiast jeśli dopływ gotówki u siebie zanotowałem, to prędzej kierowałem się z zasady rekomendacjami z periodyków drukowanych traktujących o prawdziwym metalu, niż jakichś komercyjnych mediów, którymi zgodnie z obowiązującym w środowisku etosem gardziłem. Były oczywiście wyjątki, ale zauważę że takim Soundgarden czy Faith No More bez względu czy pisano o nich w raczej niszowej prasie muzycznej czy temat bywał przemilczany to po prostu wiedziałem i kropka. Aby być jeszcze bardziej autentycznie w zgodzie z prawdą, to kiedy na przykład najbardziej poczytny Metal Hammer wzmiankował o ekipach z nurtu nu metalowego, to zrazu to określenie gatunkowe było mi podejrzane i przerzucałem stronę w odruchu pogardy. Głupi więc jak na swój wysoki poziom muzycznej świadomości się okazałem i nie wiedział taki zaawansowany już nastolatek, że jak nowy trend się wbija to zawsze pośród chwastów coś o szczególnym potencjale można z jego środka wyrwać. Takim sposobem przechodzę do kontrowersji kolejnej, która wiąże ze sobą przekonanie, iż Deftones to dziecko mody nu metalowej i z latami rodzącego się przekonania, że to tylko zbieg okoliczności był z tym przyjściem ich na świat akurat w czasie kiedy trend zaczynał dominować. Jestem dzisiaj zdecydowanym zwolennikiem tezy, że Deftones jeśli nawet miał cokolwiek kiedyś wspólnego ze sceną "okołokornową", to zupełnie i momentalnie tej etykiety się pozbył, a wręcz już Adrenaline miała bardzo niewiele wspólnego ze skoczynym gitarzeniem, bo tak sam Chino Moreno w inne tony interpretacyjne celował, a samo granie rozstrzelone było pomiędzy bogatszymi stylistycznymi inspiracjami. W roku 1995 jednak bez względu na podobne zdroworozsądkowe analizy nie byłem gotowy aby nawet pozwolić się z kimkolwiek kojarzonym ze sceną nu metalowa identyfikować, więc było mi przeznaczone dojrzewać do zainteresowania kimś kto może nieco z nu metalem miał wspólnego, ale wypływał na znacznie szersze wody i w przyszłości zapisał się w historii muzyki rockowej, jako ikona która trwa wciąż się bardzo interesująco rozwijając, mimo że tak obiektywnie rzecz biorąc to pomiędzy debiutem, a ostatnim do tej pory albumem Deftones (Ohms) stylistycznej przepaści nie ma. Jest spora brzmieniowa fosa, ale trudno by jej nie było kiedy konfrontuje się ze sobą rok 1995 i 2020, prawda? To na tyle by było co mam do powiedzenia, a jeśli w tym momencie pada zarzut, a gdzie o muzyce, to w jednym zdaniu napiszę, iż te 10 kompozycji plus jedna ukryta, to jak na debiut rzeczy fantastyczne i ten jedyny minus jaki mnie do z nich części nie przyciąga, to słaba jednak produkcja pozbawiona jebnięcia - jakby materiał był rejestrowany w dobrze akustycznie przygotowanym pomieszczeniu z kartonu. Da się słuchać, ale nie da się uciec od narzekania. 

czwartek, 1 października 2020

Deftones - Ohms (2020)




Doprawdy cudownie budująca to sytuacja, kiedy grupa o tak zaawansowanym stażu systematycznie wydaje kolejne albumy, a na nich brak jakichkolwiek oznak osłabienia werwy czy przede wszystkim obniżenia jakości. Nie zakładałem może kierowany dotychczasowym doświadczeniem, że Deftones radykalnie obniżą loty, czy dość wyraźnie omsknie im się teraz noga, ale gdzieś węszyłem, że sytuacja zmusi ich do wprowadzenia pewnych modyfikacji, które to względnie znacząco wybiją ich z rytmu nagrywania krążków o przyjemnej chwytliwości rejestrowanej już od pierwszego odsłuchu. Tego sobie po cichu życzyłem (obawiając się przy okazji, że coś się przy tym manewrze posypie) i jak się okazało tego wyczekiwanego (bez słabości na szczęście) akurat Ohms jest przykładem. Przykładem ogromnej dojrzałości kompozytorskiej i trzeźwego spojrzenia na sytuację, ale również gigantycznej intuicji oraz wciąż niepomiernych pokładów twórczej wyobraźni. Nawet jeśli wszystkie albumy z ery zapoczątkowanej Diamond Eyes darzę wielce emocjonalnym ubóstwieniem, to właśnie charakterystyczny dla powyższego okresu trend umelodyjniający może na dłuższą metę powodować znużenie, a na pewno (tak jest u mnie) tęsknotę za większym wpływem nieoczywistości na muzykę Amerykanów. Rad jestem zatem, iż Ohms nie od razu kupuje słuchacza, a pierwsze refleksje zaczynają się od słów - "jeszcze nie przetrawiłem, nie wkręciłem się ale czuję tutaj potencjał". Jeśli więc najnowsza produkcja ekipy ekspresywnego Chino Moreno nie jest tak w pełni tym czego oczekiwali młodsi fani, to z powodzeniem może być tym czego oczekiwali fani weterani, marzący o spójnym ożenieniu szorstkiego i energetycznego charakteru z hipnotyzującym walorem ciągnących się transowych motywów, podlanych dla zwiększenia atrakcyjności niebanalną chwytliwością. Ponadto pomysł na wykorzystanie (w sumie uwypuklenie) syntezatorowych brzmień w najbardziej ascetycznej formule prostych akordów, jest krokiem który nadał deftonesowemu stylowi poniekąd potrzebnej świeżości i jednocześnie zrobił świetną robotę, jako nawiązujący do wcześniejszej ich twórczości jedyny w swoim rodzaju dla sceny post nu metalowej atrybut rozpoznawalności. Kiedy startowe odsłuchy przed szereg wyrzuciły faworytów (oprócz promowanych już wcześniej singli stawiałem na The Spell of Mathematics oraz The Link is Dead), to dalsze eksplorowanie poziomów zaawansowania wszystkich numerów nakazało uznać, że nie ma tu kawałków lepszych i gorszych. Są wyłącznie świetne, chociaż czasem o dość różnych obliczach. Po prostu brawo k**** za wszystko!

środa, 7 czerwca 2017

Deftones - Around the Fur (1997)




Oj wstydzę się, bardzo się wstydzę, że dopiero od niedawna w muzyce Deftones prawdziwy geniusz widzę. :) Mam moralniaka, że swego czasu dość pobłażliwie na fanów twórczości ekipy ze słonecznej Californii patrzyłem. Ślepy byłem, arogancko przekonany, że nie ma takiej opcji, by grupa zrodzona z pierwszej fali skocznego nu metalu mogła prezentować poziom kompozytorski zapewniający im długowieczność na scenie, a własnym płytom zagwarantować status kultowy pośród szeroko rozumianej rockowej elity. Długo się przekonywałem do tych dźwięków, mocowałem z zawartością kolejnych albumów, poznawanych już z odpowiednią starannością. Droga do w pełni świadomych wniosków wymagająca była, dość wyboista i niepozbawiona ostrych zakrętów, przed którymi wyhamowywałem, by odwagi stopniowo nabierać do pochłaniania kolejnych kilometrów w tej zaskakująco jak się okazuje, wartościowej i poszerzającej horyzonty podróży. Nie dalej jak lat kilka wstecz dawałem do zrozumienia, że jak Deftones to dla mnie jedynie od Diamond Eyes się liczy, bo reszta mało apetyczna, wręcz odpychająca - by po tej  deklaracji miesiąc po miesiącu systematycznie przesuwać granicę tolerancji i akceptacji dla zespołu. Do tego momentu, w którym obecnie się znalazłem, kiedy w dyskografii Deftones nie ma właściwie albumu, którego bym nie adorował szacunkiem podobnym klasyce i z zaangażowaniem bezkompromisowego neofity. Ducha tej muzyki odkryłem i systematycznie rozwijam umiejętność dostrzegania w niej cech wartościowych muzycznie jak i pasjami doceniam pokłady emocji zawarte we wrzaskach czy pomrukach absolutnie wyjątkowych wyłącznie dla Chino Moreno. Bowiem co rzadko spotykane, siła tego surowego przekazu przede wszystkim tkwi w antyśpiewie wokalisty, który postękiwaniem, pojękiwaniem na zmianę z wrzaskiem smaga słuchacza i w rodzaj hipnozy wprowadza. Formy dźwiękowe sączące ograniczoną chwytliwość, produkowane przez instrumentalistów wtedy tężeją i poczynają oblepiać zwoje rozedrganą, gęstą substancją. Kąśliwe kaskady zapalczywie atakują narząd słuchu, piętrzą się i zazębiają, pędu przez czterdzieści jeden minut absolutnie nie wytracając - więcej, one siejąc ustawiczny ferment, burząc standardowe postrzeganie harmonii, same swój własny, niestandardowy komponent melodyjny konstruują i jego energię w paliwo przetwarzają. Wgryzałem się w Around the Fur uparcie i finalnie oświadczam, że czas ten nie został zmitrężony. To praca, która dobrą inwestycją się okazała, bo nobilitowała grupę w moich oczach do miana czołowej ekipy pośród tych najbardziej kultowych. 

wtorek, 25 października 2016

Deftones - Saturday Night Wrist (2006)




Łatwo napisać, że krążek jest słaby i poprzeć takie przekonanie kilkoma szablonowymi argumentami, nie robiąc wglądu w kontekst i okoliczności jego powstania. Przecież zmiany wiążą się z przełomami, te zaś podyktowane są masą zmiennych, które w warunkach odpowiedniego współoddziaływania często istotne fluktuacje wywołują. Głupiemu generalnie to i tysiąc słów za mało, mądremu kilka przecież wystarczy. :) Nie będę się więc rozpisywał, bo jak ty czytający właśnie te dociekania jesteś w temacie zorientowany, to z łatwością pojmiesz po co ten wstęp i co mam na myśli. Natomiast jeśli jesteś aż tak zagubiony, iż przeglądasz moje wypociny według przypadkowych wyborów, to zanurkuj dodatkowo w historii Deftones, by wiedzę zgłębić i błagam odpuść sobie ewentualne manifestowanie obrazy, że ja to cię niby od "niemądrych" powyżej zwyzywałem. Nie "fochamy" się tylko dystans do siebie mamy oraz pokorę jak trzeba. Wybacz, ja ci wszystkiego nie wyjaśnię, taki tajemniczy styl pisania preferuję - żadne to ze mnie encyklopedyczne źródło. Tym bardziej, że dyskografię Deftones to od niedawna bardziej intensywnie odkrywam i nazwanie mnie w temacie neofitą nie byłoby zbyt dalekie od prawdy. Nie rozumiałem przez wiele lat oblicza ekipy Chino Moreno, byłem zaskoczony popularnością i fenomenem tych Jankesów. Wraz z Diamond Eyes reorientacja nastąpiła, lecz nawet i krążek z 2010 roku nie otworzył mi wystarczająco szeroko oczu by Saturday Night Wrist przyjąć z euforycznym uniesieniem. Dopiero teraz, z bogatej w większe doświadczenia perspektywy czasowej wiem skąd w nim taki emocjonalny bałagan, pomieszanie melancholii z agresją i bezsilności z nonszalancją. Faktem, że ja to wiedziałem tyle, że za cholerę tego nie rozumiałem - klapki na oczach miałem i tyle. Teraz jakbym w łeb dostał i zupełnie innym spojrzeniem obejmuję Saturday Night Wrist, doceniając te jego cechy, które jeszcze do niedawna za istotne wady uważałem. Trudną przyswajalność materiału, brak chwytliwego potencjału według szablonu ostatnich dokonań, rozgardiasz aranżacyjny i zbytnie przeładowanie pesymizmem. Dotarło do mnie, że ci goście akurat wtedy walczyli o przetrwanie, a mentalna wojna wewnętrzna i jej reperkusje tak bezpośrednio na kształt albumu musiały się przełożyć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni - jasne, że to myśl która straciła obecnie swą pierwotną wyrazistość, wielokrotnie kojarzona z sytuacjami potknięć lichutkich osobowości. Jednak patrząc na wydarzenia w obozie Deftones z dzisiejszej perspektywy, wiedząc co spotka Chi Chenga i jaką formą grupa będzie mimo dramatu cieszyć na kolejnych albumach, jest ona tutaj jak najbardziej adekwatna.

P.S. Od 72 godzin płyta kręci się ustawicznie, a ja wessany przez nią nie jestem w stanie z tej gęstej masy się wydostać. 

piątek, 6 maja 2016

Deftones - Gore (2016)




Na okładce klucz pięknych, majestatycznych flamingów, a w tytule skojarzenia z makabrą, przemocą, pożogą, czyli maksymalnie celne skonfrontowanie istotnych cech konstruujących estetykę w jakiej Deftones się porusza. Malownicze ilustracyjne pejzaże w kontrze do ostrego krzesania iskier, innymi słowy ogień by rozpalić wrzące wściekle emocje i woda aby ugasić je stoickim spokojem. Ciężkie, szarpane bezpardonowo riffem fragmenty istnieją w pełnej symbiozie ze zmysłowymi, eterycznymi tematami. Tak spostrzegam nowy materiał i przyznaję do bólu szczerze, że po pierwszych odsłuchach mój entuzjazm był sporo mniejszy od tego wywoływanego już na wstępie przy okazji premiery Diamond Eyes i Koi No Yokan. Względne poczucie niespełnienia brakiem klarownej chwytliwości szybko jednak zostało przegnane za sprawą dojrzewającej świadomości, że ta początkowo trudna znajomość w perspektywie czasu zmieni się w intrygującą przygodę ze znamionami głębokiej fascynacji. Tak, bo Gore w przeciągu kilku tygodni nabrała odpowiednich kształtów, które coraz intensywniej pociągały nie pozwalając na ani jeden dzień bez z nią kontaktu. Teraz nie mam już jakichkolwiek wątpliwości, że to kolejny po Diamod Eyes i Koi No Yokan dowód potwierdzający tezę, iż dojrzałość wiekowa powiązana z potrzebą eksplorowania najgłębszych pokładów emocjonalności, wspierana wciąż niegasnącym żarem ciekawości świata, może przynosić wspaniałe, dorodne owoce. Muzyka Deftones posiada w sobie moc przyciągania i utrzymywania wyrobionego słuchacza w długotrwałym skupieniu, a podstawą tej magnetycznej siły najprawdopodobniej pełnymi garściami korzystanie z dualizmu skrajnych emocji konstytuujących każdą jednostkę ludzką w równych proporcjach. Trzeba tylko potrafić je w sobie zaakceptować i konstruktywnie wykorzystać przekształcając w wyjątkowe paliwo. Ekipa Chino Moreno w tym muzycznym wymiarze robi to znakomicie - po raz kolejny! 

P.S. Nie pierwszy raz w historii rocka tarcia podczas tworzenia i nagrywania materiału zaprocentowały uzyskaniem paliwa niebezpiecznego, bo wybuchowego ale i mocno kalorycznego, gdyż o intensywnie energetycznym potencjale. Ktoś, gdzieś donosi, że podczas sesji Gore pomiędzy członkami grupy iskrzyło.

wtorek, 6 października 2015

Deftones - White Pony (2000)




Przez wiele lat, tak od debiutu do roku 2010-ego Deftones stanowił dla mnie zagadkę niezgłębioną. Zastanawiało mnie co w nim widzą ci co oddanymi fanami się nazywają, w czym tkwi ten magnes ich przyciągający, a mnie poniekąd wprost proporcjonalnie odpychający? Nie było mowy bym pomimo dosyć licznych prób zgłębienia tematu odnalazł tą magię i poddał się jej oddziaływaniu. Aż na rynku pojawiło się Diamond Eyes i z impetem od startu pochłonęło mnie bez reszty. Pisząc o White Pony wciskam w tekst odniesienie do diamentowych oczu, bo gdyby nie ten przełom jaki przyniosły w spostrzeganiu dźwięków kreowanych przez Chino Moreno i spółkę nie byłbym zapewne w stanie dostrzec geniuszu zawartego także w "kucyku". Tak to bywa, że do pewnych wyborów i fascynacji trzeba długą drogę przebyć, rozwinąć szeroką perspektywę, wyłączyć uprzedzenia, pozwolić sobie na szaleństwo paradoksalnie z dojrzałości wynikające. Wtedy to bez ograniczeń klapkami na oczach nazywanymi, w pełni świadomie cieszyć się wolnością od konwenansów - decyzyjnością autonomiczną. Skąd to niby moje względne zniewolenie pochodziło? Pewnie z gówniarskiego jeszcze przekonania, że grupa wypływająca swego czasu z potopu nu metalowego nie może grać rzeczy prawdziwie ciężkich i złożonych, a ambitny charakter ich muzyki to tylko taki pic na wodę aby nowoczesną intelektualną awangardę przyciągnąć. Myliłem się co do sporego fragmentu tej przebiegłej tezy, znaczy co do intencji jaka Deftones przyświecała, racje natomiast miałem w kwestii pozerstwa w znacznej części wśród elit dominującą rolę odgrywającego. Teraz jako człowiek już w czwartej dekadzie życia funkcjonujący napiszę z perspektywy dojrzałej, iż kucyk ten biały w pełni na swój legendarny status zasłużył, bo dźwięki jakimi karmi mój słuch nie tylko próbę czasu obiektywnie spostrzegając przetrwały, one wręcz po latach kiedy trendziarstwo w tej stylistyce przeminęło świecą jeszcze intensywniejszym blaskiem, swą wartość podkreślając. Czas weryfikuje wszystkie sezonowe gwiazdki bezlitośnie i sprawiedliwie odsiewając ziarno od plew. Zostają tylko ci najlepsi z atutem jakim niezależność od trendu - być wielkim nagrywać kapitalną muzykę gdy wiatr w oczy wieje, a przede wszystkim pozostawać sobą z szacunkiem dla własnej tożsamości oraz oddanych zwolenników, to walor tylko wybitnych grup i jednostek.

P.S. Wszystkie opisy z archiwalnych refleksji związanych z Diamonds Eyes i Koi No Yokan dotyczące sensu stricto muzyki pasują idealnie także do zawartości  White Pony, stąd nie będę tutaj tego powielał. :)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Deftones - Diamond Eyes (2010)




Co uważniejszy czytelnik mojej amatorskiej grafomanii, tak bezkrytycznie przeze mnie spostrzeganej pewnie w temacie Deftones i stosunku do tej formacji jest zorientowany. Bowiem w wielu konfiguracjach miejsca, przestrzeni i tematyki w kółko powtarzam, że miłość (tak nie boje się takiego określenia ;)) do ekipy Chino Moreno zakwitła zupełnie niespodziewanie po wielu latach funkcjonowania grupy na scenie. Rok 2010 przyniósł nagły zwrot akcji w temacie, a impulsem do przewartościowania mojej postawy Diamond Eyes się stało. Ignorując jak miałem to w zwyczaju kolejne wzmianki o nadchodzącej nowej produkcji, pozbawiony świadomości, iż przypadek już za moment zmieni zimny dystans w ogniste zaangażowanie, przeglądałem portale muzyczne w poszukiwaniu intrygujących muzycznych zjawisk czy oczekiwanych premier. Tak intensywnie wypełzające z każdego zakamarka internetowej przestrzeni single w postaci Rocket Skates i numeru tytułowego siłą rzeczy musiały przebić się do odsłuchu. I tak się stało, a efekt tego doświadczenia piorunujący, bo opętany ich najwyższą jakością uwolnić się już nie zdołałem. Diamond Eyes w kółko odtwarzane zachwycało w ogólności i detalach, a jego siłą porzucenie nadęcia wespół z komplikowaniem na siłę struktur aranżacyjnych, jakie na wcześniejszych albumach dominowało, na rzecz jasnej, przejrzystej konstrukcji rozwiązań melodycznych wspieranych pomysłowymi rozwiązaniami w obrębie dynamiki i wokalnej ekwilibrystyki Moreno. Nic na siłę, nic z przekonaniem, że musi być nader ambitnie. Wpół drogi, w naturalny sposób spotkanie kombinatoryki i chwytliwości – to recepta by moje zaangażowanie zdobyć. Myślę jednak, że ten przełom nie tylko przeze mnie doceniony, pewnie wielu takich, co dopiero przy okazji diamentowych oczu do Deftones się przekonali, a zapewne równie sporo wśród dotychczasowych fanów, takich co pomimo uczucia do starszych albumów to zjawisko z 2010 roku wielbią. Wiedzą to fani, wiedzą muzycy obecnie grupę tworzący, czego dowodem ostatni długograj. Koi No Yokan naturalnym rozwinięciem stylistyki Diamond Eyes z czego ja, człowiek równie gwałtownie ekspresyjny co obsesyjnie refleksyjny ogromnie się cieszę! Ano właśnie, moja osobowość to takie muzyczne odbicie twórczości Deftones – oczywiście z dwóch ostatnich albumów, bo tych starszych nadal przetrawić do końca w stanie nie jestem.

wtorek, 4 czerwca 2013

Deftones - Koi No Yokan (2012)




Proces wgryzania się nowego materiału Deftones do mojej świadomości zakończony drugim z rzędu sukcesem Chino i kompanów. I rzecz to dla mnie tym bardziej niewiarygodna, iż kiedy w przeszłość spojrzę zawsze zastanawiało mnie gdzie tkwi sedno tej "kultowości" jaką maniacy darzą formację. Nie zauważałem jej pomimo prób kilku podejmowanych i kiedy to odpuściłem już sobie poszukiwania rok 2010 przełom przyniósł gdy Diamond Eyes na świat przyszło. Od momentu tego przez ekipę zza wielkiej wody kupiony zostałem, jednak do dnia dzisiejszego w starych wydawnictwach magii nie odnajduje. W takich okolicznościach skupiłem się rzecz jasna na przyszłości formacji i po tak zniewalających odczuciach w kontaktach z diamentowymi oczyma na nowy krążek wyczekiwać z niepokojem zacząłem. Obawy na szczęście już wstępnie rozwiane zostały przez single w necie jakiś czas przed premierą hulające. Uspokojony zatem trzeźwo na nowe dokonanie patrząc szansę dałem aby Koi No Yokan okrzepł i weryfikacji wstępnej po kilku miesiącach intensywnej z nim komunikacji został poddany. Wrażenie to zdecydowanie korzystne dla krążka oceny, łączy on w sobie bowiem wszystko to co na poprzednim diamencie zachwycało. Wokalną wyjątkową Chino manierę, pełne energii, kopiące wysokim stężeniem adrenaliny żywiołowe petardy, melodyjne frazy czy wręcz ambientowe, leniwie płynące plamy budowane za pomocą nienachalnej elektroniki. Jednak to co najważniejsze patrząc subiektywnie na całokształt dokonań grupy najbardziej cieszy, iż od poprzedniego albumu paradoksalnie, wzbogacenie kompozycji o chwytliwe patenty do jednoczesnego wysmakowanego charakteru muzycznej zawartości się przyczyniły. Uniknęli dzięki temu sytuacji gdzie doszukuje się aury kultu dlatego, iż kompozycje niezrozumiały charakter posiadają przez co z pewnością ambitne i wysokich lotów są. Moreno zauważył prawdopodobnie, że kierunek który przy poprzedniczce obrali ku dojrzałości ich prowadzi, gdzie surowa w formie wściekłość w pewnym sensie pokorą zastąpiona została. Przyczyna tego z pewnością spora w zdarzeniu losowym tkwi, które piętno wyraźne na zespole odcisnęło - jakkolwiek by to nie zabrzmiało wielki udział w tej metamorfozie i obecnym kształcie twórczości Deftones Chi Cheng (RIP) posiada.

Drukuj