Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danny Boyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danny Boyle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

Sunshine / W stronę słońca (2007) - Danny Boyle

 

Według pomysłów ze scenariusza współpodpisanego przez Alexa Garlanda (obecnie także bardzo intrygującego, niekoniecznie w stu procentach w swoich projektach zrozumiałego reżysera), ta Danny'ego Boyle’a próba sprawdzenia się w gatunku gdzie galaktyki w kosmicznych statkach się pokonuje, by wypełnić priorytetową dla losów ludzkości misję. Znaczy w stylizacji od lat eksploatowanej i mimo swojej wąskiej pojemności oraz teoretycznie trudnej do poszerzenia, to w praktyce raz na jakiś czas twórcom kina udaje się wszczepić w konwencję coś na tyle na nowo, choć odrobinę intrygującego, że ona wciąż cieszy się popularnością, więc spróbować się w niej nie jest jednoznaczne z powielaniem wyłącznie schematu. Opinie o efektach pracy pod kierownictwem Boyle’a nie były i tym bardziej obecnie, gdy sporo się jeszcze z czasem tego kosmicznego pojawiło nazbyt euforyczne, stąd W stronę słońca żadnym klasykiem się nie stał i raczej określany jest jako bardzo porządna robota, ilustracyjnie pobudzająca, lecz bez znamion czegoś nazbyt w gatunkowych kategoriach wyjątkowego. Technicznie bezdyskusyjnie daje radę i odświeżony współcześnie może zmysł wzroku i słuchu nęcić wykorzystanymi rozwiązaniami, jednako fabuła zagmatwana, dziurawa, chwilami nieco nonsensowna i wzorcowo przewidywalnie podług zasad eliminacji bohaterów poprowadzona, wrażenie niedosytu poprzez banalizowanie wątków raczy też wywoływać. W tej konwencji przecież w sumie prawie wszystko przejdzie, każda quasi czy pseudonaukowa bzdura, każda fantazja scenarzysty ma prawo być opakowana w wizualną rozkręconą na fulla, jak tutaj feerię świateł, blasków. Boyle jednako nie skupił się jedynie na optyce wzrokowej i mimo że wszczepił też w stylistykę scie-fi opcję slasherową, to mocno wkręcił się w psychologię postaci, które patrząc z jednej strony są raczej sztampowe, a z drugiej ich przeżycia, lęki egzystencjalne, przed końcem ostatecznym mają walor wiarygodności. Może też dlatego takie mam przekonanie, że Boyle bardzo poważnie potraktował przygotowania ekipy aktorskiej do wymagań i wystawił na przykład przed zdjęciami na wymagający test zamieszkania wspólnego w akademiku, gdzie mieli się ze sobą zżyć aby autentyczna więź była przez widza wyczuwana, a samemu Cillianowi nakazał by klaustrofobiczną opresję ćwiczył będąc symulacyjnie w skafandrze podduszany. Stawiam finalnie więc tezę, iż W stronę słońca to produkcja z wadami i atutami, zaangażowana i niedopracowana, przekombinowana tak jak szablonowa - sprzecznościami stojąca, logicznie do realiów zdystansowana, ale bardzo OK.

poniedziałek, 15 stycznia 2024

Slumdog Millionaire / Slumdog. Milioner z ulicy (2008) - Danny Boyle

 

Gruby hicior - film co tak z zasłużoną, jak i przewidywalną wielką pompą przeszedł przez oscarową galę i w kinach nakręcił mocny hajp. Historia wzorcowo pod zachwyty szerokiej widowni scenariuszowo rozpisana, bowiem w niej wpierw intrygujące mocne zawiązanie akcji z wyeksponowaniem tajemnicy jaka kryje się w temacie, a później stopniowe jej rozwikływanie pchając główny wątek przez życie bohatera - raz w teraźniejszości, raz za pomocą licznych retrospekcji. O czym on raczej wiadomka - nie wierzę że więcej niż góra 1/5 dorosłej populacji nie wie, więc wyczerpującego wprowadzenia w fabułę sobie daruje. W skrócie na tapecie nie do pozazdroszczenia sieroctwo w Bombaju, jakie przeradza się w szczwanie udramatyzowaną romantyczną historię miłości szczerej - miłości przeznaczonej/pisanej, a pretekstem do żonglowania emocjami telewizyjny show z fortuną do zdobycia. Oprócz skupienia na kluczowym wątku (to ta miłość w niesprzyjających jej okolicznościach) oraz jak za chwile rozwinę imponowanie dynamiką montażu, to godne komplementowania są te przez Boyle’a kapitalnie wplecione w dramat prawie sensacyjny konteksty tak religijne jak i polityczne, a przede wszystkim wyeksponowanie współczesnej mentalno-kulturowej indyjskiej rzeczywistości, dzięki czemu powstał porządny dramat o człowieku bez pamięci zakochanym (idealistycznym Księciu ratującym Księżniczkę (?)), uwikłanym w specyfikę trudnego miejsca dorastania, w jakim przetrwanie celem samym w sobie - w fundamentalnym stopniu decydującym o charakterze życia i wzrastania do koniecznie jak najszybszej dojrzałości. Stąd też to właśnie taki seryjnie laury zbierający poruszająco-wzruszajacy, jak i brutalnie wstrząsająco autentyczny zapis rzeczywistości z perspektywy socjologicznej i psychologicznej. Historia może poniekąd dość banalna i szołmeńsko podkoloryzowana, ale w rzeczywistości przez okoliczności czy uwarunkowania lokacji kulturowej pasjonująca, a pod względem operatorskiej roboty oraz montażu dla filmów Boyle’a (z naciskiem na ikoniczny Trainspotting) charakterystycznie oryginalna. Kawał innymi słowy fachowego kina, w którym „zachodnią narrację umiejętnie połączono ze stylistyką hinduską, tworząc pełną energii optymistyczną (?) opowieść, której ukoronowaniem staje się scena taneczna rodem z Bollywood.”

czwartek, 10 października 2019

Yesterday (2019) - Danny Boyle




Dwóch dojrzałych gentlemanów, znanych w szerszym niż tylko brytyjskim kinowym środowisku wpadło na czarujący pomysł. Dokładnie to rówieśników rocznik 56, którzy na sto procent z ogromnym sentymentem wspominają czasy, kiedy jako smarkacze na własnej skórze doświadczali czym była beatlemania, postanowiło w formule ciepłego familijnego kina romantycznego oddać (pozbawiony szczęśliwie irytującej egzaltacji) należny hołd największym gwiazdom popu w historii. Danny Boyle (wiadomo Trainspotting) jako reżyser, wspomagany talentem pisarskim i doświadczeniem Richarda Curtisa (wiadomo scenariusze do Four Weddings and a Funeral, Notting Hill, Bridget Jones's Diary itd.) napisali i nakręcili urzekający quasi musical, oparty o przeboje czwórki z Liverpoolu, przenosząc sprytnie osobistą nostalgię do współczesności. Może realizacja jest dość sztampowa, bez większych ambicji, chwilami dość naiwna i nazbyt przesłodzona, lecz podstawowa koncepcja (o czym szczegółowo zobaczycie, jeśli obejrzycie) całkiem przewrotna i zawierająca w sobie sporo uniwersalnych prawd i wartości. Mnie przynajmniej kupiło proste, ale ważne przesłanie, wciągnęła ta zabawna satyryczna ekspresja i klimat świetnie wykorzystujący potencjał największych beatlesowskich przebojów oraz rozbawiło/wzruszyło kilka smakowitych aluzji (szczególnie ta kąśliwa o Coca Coli, ta bardzo mądra z żyjącym Lennonem, ta przekorna z Harrym Potterem i ta jeszcze jedna WAŻNA do samodzielnego odkrycia :)). Jeśli szanowny widz poszukuje filmu uroczego, ale nie przesadnie banalnego i chciałby sobie w środku, w widzu ponucić (bo śpiewać choć nie potrafi to lubi), to śmiało niech sobie seans zafunduje. Nie pożałuje. :)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

T2 Trainspotting (2017) - Danny Boyle




Zawsze mam dystans do wszelkich kinowych kontynuacji, bowiem wiążą się z obawą oczywistą czy ona poziomem dorówna pierwowzorowi. Moje zaniepokojenie w takich sytuacjach uzasadnione, gdyż druzgocąca większość nie jest w stanie konkurować z oryginałami, a częstokroć jest jedynie skokiem na kasę przez pryzmat koniunktury, bądź sentymentu. Kultem obrósł Trainspotting i wyniósł Danny'ego Boyle'a do pozycji czołowego reżysera europejskiego, powiązanego z amerykańskim przemysłem filmowym. Teraz z określonym już wysokim statusem w branży wrócił do tematu i zaryzykował. Nawet jeśli przez większość seansu dominuje nostalgia, a prawdziwie elektryzujące fragmenty są rzadkością, to i tak jest niezła zabawa, rwane tempo i osobliwe poczucie humoru. Są i to najważniejsze czterej pojebańcy teraz w średnim wieku, a w ich wykonaniu rzeczy, które nobliwym Panom grubo po czterdziestce raczej robić nie wypada. Płynie z ekranu słowotok, slang i niezrozumiały akcent, jak i notuję programowo obleśne "ornamenty", bo wymiociny i seks analny w odwrotnej konfiguracji mogą odruchy zwrotne wywołać. Typki znów spierdalają w rytm skocznego znajomego numeru, kręcą dochodowe wałki i ze swoimi uzależnieniami się zmagają. Stracił się jednak rzecz jasna frustracki klimat, młodzieńcza pasja i efekt pierwszego starcia widza z pomysłem. Mimo że teledyskowe ujęcia dominują, w ogóle montaż jest świetny, to nie robią one oczywiście nokautującego wrażenia, bo wiem że to już widziałem i zapomnieć jakie to niegdyś szokujące było nie jest możliwe. Udała się jednak (jakby cholernie nie być zrzędliwym) pomimo kilku wpadek, tudzież świadomych zbyt dalekich sentymentalnych wycieczek Boyle'owi sztuczka z zabawą w odgrzewane kotlety we współczesnej odsłonie, na tyle by bez opierania się na sympatii uznać T2 za przyzwoitą robotę. Zaznaczę jednak stanowczo, iż więcej jednak powrotów do tego tematu sobie nie życzę!

środa, 13 lipca 2016

Trainspotting (1996) - Danny Boyle




Zamierzam zaryzykować i "błysnąć" tutaj przenikliwym spostrzeżeniem wystawiając się na ostrzał bezlitosnej krytyki. Mianowicie stawiam tezę, że kiedy Darren Aronofsky kręcił cztery lata po Trainspotting swoje arcydzieło jakim bez wątpienia Requiem for a Dream, musiał być pod wyraźnym wpływem obrazu Danny'ego Boyla. Ten sam intensywny narkotyczny trip był odczuwalny podczas obserwacji zmagań z uzależnieniem bohaterów requiem, ten sam odjechany sposób zobrazowania stanu umysłu ćpunów. I chociaż produkcja Aronofsky'ego o dużo większym sugestywnym i dramatycznym kalibrze, natomiast wizja Boyla zakończona fartownym happy endem ze sporą dawką humoru, to przesłanie rzecz jasna zbieżne. Zatracenie w uzależnieniu to zabawa, która finalizowana jest niemal w stu procentach sześć stóp pod ziemią, a ten finał tylko w zależności od delikwenta przychodzi wcześniej lub odrobinę później. Żeby być poważnie potraktowanym już spieszę zauważyć różnicę i zapobiec wnioskom jakoby odbieram Aronofsky'emu prawa do oryginalności spojrzenia. Widziałem przecież Pi i tak kapitalnie rozwiniętą w kilka lat później autorską konwencję tego nietuzinkowego reżysera, stąd mam świadomość, że Requiem for a Dream jest logicznym następstwem obrazu z 1998 roku. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że coś w kwestii inspiracji było na rzeczy, a że pod jej wpływem powstało arcydzieło, to już tylko dla kina i widzów powód do satysfakcji. Dostaliśmy więc w przeciągu kilku lat dwa mistrzowskie obrazy w podobnej tematyce, które na miano kultowych bezdyskusyjnie zasłużyły. Trainspotting oglądany nawet po dwóch dekadach robi nieprawdopodobne wrażenie przede wszystkim klimatem przesiąkniętym buntem dzieciaków z gównianych dzielnic. Kontestacją w stosunku do narzucanych schematów, pętających ich umysły i duszących młodzieńczą energię. Niestety brak konstruktywnej alternatywy zastępowany jest hedonistyczną (to u małolatów chyba naturalne :)) potrzebą imprezowania bez względu na konsekwencje. I tutaj niestety kończy się zabawa, a zaczyna dramat, kiedy następstwa braku odpowiedzialności przyjść muszą (bo, tak) i potrzeba łatwego zabicia szarej rzeczywistości kończy się srogim zjazdem w nicość (ano, tak). Szalone tempo, obłęd w do bólu realistycznym wydaniu, obraz z muzyką w idealnej symbiozie i takie role Ewana McGregoraEwena Bremnera, Jonny'ego Lee Millera i Roberta Carlyle, że czapki z głów i ukłony najniższe. Kult, pozwolę sobie takim oklepanym wyrażeniem zakończyć! 

piątek, 20 listopada 2015

Steve Jobs (2015) - Danny Boyle




Napraw to! Boyle z Fassbenderem i ekipą naprawił Jobsa, którego dwa lata temu J.M. Stern nieco zajechał poprawnością. Ten Jobs to bardziej pełny dramaturgi, trzymający przez cały seans za gardło rasowy psychologiczny thriller, niż oklepana, sztampowa biografia. To bogata w emocje symfonia, a jej siłą nie taki typowo hollywoodzki rozmach, ale surowa i esencjonalna kameralna estetyka, sprowadzająca się do potęgi oddziaływania dialogu i zwartej formy opartej na skumulowanym napięciu pojedynczych scen, splecionych z odpowiednią dramaturgią. Skojarzenia jakie taki styl we mnie wzbudził oscylowały wokół oscarowego Birdmana, sposób filmowania, korytarzowe bieganiny, ograniczenie lokacji do minimum czy centralna postać wokół której precyzyjnie sieć zależności i relacji budowana. Ona w centrum tego kosmosu i wokół niej ludzie w różnorakich konfiguracjach z nią powiązani. Jest córka, która córką nie jest wprost nazywana, porzucona partnerka z młodości, szef który w zderzeniu osobowości porażkę odnosi, dwaj przyjaciele z którymi szorstka przyjaźń iskry krzesa oraz współpracownica niczym wyrzut sumienia ludzkie odruchy w nim budząca. Bo Steve Jobs parafrazując (ok, słowo w słowo przepisując) fragment tekstu, którym okolicznościowo po obejrzeniu poprzedniej produkcji opisałem własne wrażenia, to żaden półbóg bez słabostek jakichkolwiek, tylko człowiek z krwi i kości, z równym udziałem wad i zalet jego osobowość konstytuujących. Geniusz pełen pasji, która w obsesje się przeradzając tworzyła i niszczyła. To utalentowany entuzjasta z wiedzą i energią, ale i despotyczny, pozbawiony sentymentów skurwiel - zdeterminowany i zmotywowany pasją kreacji nowej jakości, nie samym pieniądzem. W zależności od sytuacji skrajne cechy w nim ożywały i to akurat ciekawiej od Sterna Boyle zaznaczył. Docelowo despocie nadał cech człowieczych, bo Jobs nie był wyłącznie ludzką maszyną bez uczuć. One w nim głęboko były skrywane, a geneza wstydu związanego z ich okazywaniem zakorzeniona w dzieciństwie - porzuceniu, odrzuceniu i finalnie dorastaniu w adopcyjnej rodzinie, ogólnym braku satysfakcjonującego wpływu na własny los. Stąd właśnie potrzeba kontroli do rozmiarów obsesji urosła, pozwalając mu sięgnąć szczytów zawodowych i jednocześnie niemal dna w kwestiach rodziny. To naturalne przekleństwo wszelkiej maści geniuszy, którzy kierowani pasją o obłędu intensywności wybory zero jedynkowe czynią. Wóz albo przewóz, bez kompromisów - kupujesz to lub nie! Witaj w świecie niekompatybilności!

P.S. To niezwykłe, że brak fizycznego podobieństwa pomiędzy Jobsem i Fassbenderem (Kutcher na marginesie tutaj akurat wygrywał) nie psuje jednak wrażenia autentyczności. Zasługa w tym oczywiście tego genialnego aktora, który pokazał tutaj wiele masek/twarzy jakie jeden człowiek przybierał. Zrobił to tak przekonująco, że patrząc na niego brak tej parareli nie miał dla mnie znaczenia - on gra wnętrzem dzięki czemu sama sugestia, bez przeszarżowanej charakteryzacji jest skuteczna. To aktorski majstersztyk, nie tylko Fassbendera, wszak towarzyszy mu tutaj cała plejada warsztatowych mistrzów (Winslet, Daniels, Rogen, Stuhlbarg) bezapelacyjnie zasługujących na uznanie.

sobota, 9 listopada 2013

Trance / Trans (2013) - Danny Boyle




Charakterystyczna dla Boyle'a rzutka maniera prowadzenia narracji, specyficzne ujęcia i intrygujący temat z ciekawie skonstruowanym scenariuszem. Iluzja z której metodycznie zrywana jest zasłona tajemnicy, odsłaniająca strzępy układające się w skomplikowaną grę pozorów, pełną zwrotów akcji i zakładanego przez twórców zaskoczenia. Jednak pomimo fachowej ręki reżysera ta ultranowoczesna, dynamiczna produkcja mnie nie przekonuje, a powodem zwyczajnie forma w jaką spakowana - taka odhumanizowana, bez głębi psychologicznego rysu postaci, pomimo treści wprost do zawiłości ludzkiej psychiki nawiązującej. Szybko, efektownie z wątkiem sztucznie naciąganym, według współczesnego przepisu na hit dla mas. Znaczy z im intensywniej powykręcaną fabułą tym bardziej szałowym efektem, a ja w kinie niestety nie tego poszukuje. Doceniam ale nie klękam, tyle!

Drukuj