Według pomysłów ze scenariusza współpodpisanego przez Alexa Garlanda (obecnie także bardzo intrygującego, niekoniecznie w stu procentach w swoich projektach zrozumiałego reżysera), ta Danny'ego Boyle’a próba sprawdzenia się w gatunku gdzie galaktyki w kosmicznych statkach się pokonuje, by wypełnić priorytetową dla losów ludzkości misję. Znaczy w stylizacji od lat eksploatowanej i mimo swojej wąskiej pojemności oraz teoretycznie trudnej do poszerzenia, to w praktyce raz na jakiś czas twórcom kina udaje się wszczepić w konwencję coś na tyle na nowo, choć odrobinę intrygującego, że ona wciąż cieszy się popularnością, więc spróbować się w niej nie jest jednoznaczne z powielaniem wyłącznie schematu. Opinie o efektach pracy pod kierownictwem Boyle’a nie były i tym bardziej obecnie, gdy sporo się jeszcze z czasem tego kosmicznego pojawiło nazbyt euforyczne, stąd W stronę słońca żadnym klasykiem się nie stał i raczej określany jest jako bardzo porządna robota, ilustracyjnie pobudzająca, lecz bez znamion czegoś nazbyt w gatunkowych kategoriach wyjątkowego. Technicznie bezdyskusyjnie daje radę i odświeżony współcześnie może zmysł wzroku i słuchu nęcić wykorzystanymi rozwiązaniami, jednako fabuła zagmatwana, dziurawa, chwilami nieco nonsensowna i wzorcowo przewidywalnie podług zasad eliminacji bohaterów poprowadzona, wrażenie niedosytu poprzez banalizowanie wątków raczy też wywoływać. W tej konwencji przecież w sumie prawie wszystko przejdzie, każda quasi czy pseudonaukowa bzdura, każda fantazja scenarzysty ma prawo być opakowana w wizualną rozkręconą na fulla, jak tutaj feerię świateł, blasków. Boyle jednako nie skupił się jedynie na optyce wzrokowej i mimo że wszczepił też w stylistykę scie-fi opcję slasherową, to mocno wkręcił się w psychologię postaci, które patrząc z jednej strony są raczej sztampowe, a z drugiej ich przeżycia, lęki egzystencjalne, przed końcem ostatecznym mają walor wiarygodności. Może też dlatego takie mam przekonanie, że Boyle bardzo poważnie potraktował przygotowania ekipy aktorskiej do wymagań i wystawił na przykład przed zdjęciami na wymagający test zamieszkania wspólnego w akademiku, gdzie mieli się ze sobą zżyć aby autentyczna więź była przez widza wyczuwana, a samemu Cillianowi nakazał by klaustrofobiczną opresję ćwiczył będąc symulacyjnie w skafandrze podduszany. Stawiam finalnie więc tezę, iż W stronę słońca to produkcja z wadami i atutami, zaangażowana i niedopracowana, przekombinowana tak jak szablonowa - sprzecznościami stojąca, logicznie do realiów zdystansowana, ale bardzo OK.
czwartek, 19 marca 2026
poniedziałek, 15 stycznia 2024
Slumdog Millionaire / Slumdog. Milioner z ulicy (2008) - Danny Boyle
Gruby hicior - film co tak z zasłużoną, jak i przewidywalną wielką pompą przeszedł przez oscarową galę i w kinach nakręcił mocny hajp. Historia wzorcowo pod zachwyty szerokiej widowni scenariuszowo rozpisana, bowiem w niej wpierw intrygujące mocne zawiązanie akcji z wyeksponowaniem tajemnicy jaka kryje się w temacie, a później stopniowe jej rozwikływanie pchając główny wątek przez życie bohatera - raz w teraźniejszości, raz za pomocą licznych retrospekcji. O czym on raczej wiadomka - nie wierzę że więcej niż góra 1/5 dorosłej populacji nie wie, więc wyczerpującego wprowadzenia w fabułę sobie daruje. W skrócie na tapecie nie do pozazdroszczenia sieroctwo w Bombaju, jakie przeradza się w szczwanie udramatyzowaną romantyczną historię miłości szczerej - miłości przeznaczonej/pisanej, a pretekstem do żonglowania emocjami telewizyjny show z fortuną do zdobycia. Oprócz skupienia na kluczowym wątku (to ta miłość w niesprzyjających jej okolicznościach) oraz jak za chwile rozwinę imponowanie dynamiką montażu, to godne komplementowania są te przez Boyle’a kapitalnie wplecione w dramat prawie sensacyjny konteksty tak religijne jak i polityczne, a przede wszystkim wyeksponowanie współczesnej mentalno-kulturowej indyjskiej rzeczywistości, dzięki czemu powstał porządny dramat o człowieku bez pamięci zakochanym (idealistycznym Księciu ratującym Księżniczkę (?)), uwikłanym w specyfikę trudnego miejsca dorastania, w jakim przetrwanie celem samym w sobie - w fundamentalnym stopniu decydującym o charakterze życia i wzrastania do koniecznie jak najszybszej dojrzałości. Stąd też to właśnie taki seryjnie laury zbierający poruszająco-wzruszajacy, jak i brutalnie wstrząsająco autentyczny zapis rzeczywistości z perspektywy socjologicznej i psychologicznej. Historia może poniekąd dość banalna i szołmeńsko podkoloryzowana, ale w rzeczywistości przez okoliczności czy uwarunkowania lokacji kulturowej pasjonująca, a pod względem operatorskiej roboty oraz montażu dla filmów Boyle’a (z naciskiem na ikoniczny Trainspotting) charakterystycznie oryginalna. Kawał innymi słowy fachowego kina, w którym „zachodnią narrację umiejętnie połączono ze stylistyką hinduską, tworząc pełną energii optymistyczną (?) opowieść, której ukoronowaniem staje się scena taneczna rodem z Bollywood.”
czwartek, 10 października 2019
Yesterday (2019) - Danny Boyle
Dwóch dojrzałych gentlemanów, znanych w szerszym niż tylko brytyjskim kinowym środowisku wpadło na czarujący pomysł. Dokładnie to rówieśników rocznik 56, którzy na sto procent z ogromnym sentymentem wspominają czasy, kiedy jako smarkacze na własnej skórze doświadczali czym była beatlemania, postanowiło w formule ciepłego familijnego kina romantycznego oddać (pozbawiony szczęśliwie irytującej egzaltacji) należny hołd największym gwiazdom popu w historii. Danny Boyle (wiadomo Trainspotting) jako reżyser, wspomagany talentem pisarskim i doświadczeniem Richarda Curtisa (wiadomo scenariusze do Four Weddings and a Funeral, Notting Hill, Bridget Jones's Diary itd.) napisali i nakręcili urzekający quasi musical, oparty o przeboje czwórki z Liverpoolu, przenosząc sprytnie osobistą nostalgię do współczesności. Może realizacja jest dość sztampowa, bez większych ambicji, chwilami dość naiwna i nazbyt przesłodzona, lecz podstawowa koncepcja (o czym szczegółowo zobaczycie, jeśli obejrzycie) całkiem przewrotna i zawierająca w sobie sporo uniwersalnych prawd i wartości. Mnie przynajmniej kupiło proste, ale ważne przesłanie, wciągnęła ta zabawna satyryczna ekspresja i klimat świetnie wykorzystujący potencjał największych beatlesowskich przebojów oraz rozbawiło/wzruszyło kilka smakowitych aluzji (szczególnie ta kąśliwa o Coca Coli, ta bardzo mądra z żyjącym Lennonem, ta przekorna z Harrym Potterem i ta jeszcze jedna WAŻNA do samodzielnego odkrycia :)). Jeśli szanowny widz poszukuje filmu uroczego, ale nie przesadnie banalnego i chciałby sobie w środku, w widzu ponucić (bo śpiewać choć nie potrafi to lubi), to śmiało niech sobie seans zafunduje. Nie pożałuje. :)






