Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Zwick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Zwick. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 czerwca 2021

Legends of the Fall / Wichry namiętności (1994) - Edward Zwick

 


Lata osiemdziesiąte i siłą rozpędu także kolejna dekada, to był czas monumentalnych produkcji. Czas dopracowanych w każdym calu epickich obrazów z gwiazdorską obsadą, a Wichry namiętności idealnie się w ten pięknie rozkwitły trend wpasowały. Nawet jeśli ktoś nazwie je rozbudowanym ale jednak tylko melodramatem, to nie ma co obrażać się, wstydzić że taka formuła kinowa mnie wówczas kupiła, bo jedno po wielokrotnych seansach nadal w nim tkwi i wciąż to przy okazji powrotu do tytułu czuję. To wielkie emocje na wielu poziomach i o uniwersalnym charakterze, które nie pozwalają widzowi oderwać wzroku od ekranu. Jeśli dodać cała plejadę ówczesnych i większości do dzisiaj święcących triumfy aktorów oraz klasyczną oprawę muzyczną podkreślającą malownicze pejzaże, to mamy do czynienia z obrazem ponadczasowym, który bez odrobiny przesady można określić mianem wielkiej kinowej klasyki. Historia dwupokoleniowej rodziny Ludlowów, a w tle doskonale opisane czasy schyłkowego dzikiego zachodu, kiedy rdzenni mieszkańcy północnej Ameryki zostali już podbici i w większości w swojej plemiennej tradycji potraktowani jako rodzaj zniewolonej egzotyki, a o udział Jankesów w I Wojnie Światowej upomniała się Europa. Te konteksty znakomicie do roli współprzyczyny zachowań bohaterów zostały wpisane, wpływając znacząco na relacje trzech braci i ich ojca, dodając już do pierwotnych różnic charakterów i ambicjonalnej rywalizacji dodatkowy pierwiastek konfrontacyjny. Jednak najbardziej gorąco robi się wówczas, gdy w ich wspólnym życiu pojawia się piękna kobieta i rodzą się te najsilniejsze namiętności. Wtedy do głosu dochodzi wszystko to co powoduje, że Hopkins, Pitt i Quinn bez odrobiny przesady mogą być nazywani gigantami dużego ekranu. Aktorski koncert, komplementów co niemiara. 

poniedziałek, 25 listopada 2019

Trial by Fire / Chrzest ogniem (2018) - Edward Zwick




Weteran epickiej reżyserii w osobie Edwarda Zwicka i temat na autentycznych wydarzeniach oparty. Temat bardzo filmowy, ale też polityczny, o mocnym fundamencie dramatycznym, który posiadał wielki potencjał, chociaż tych historii w kinie zaistniało już bardzo wiele - takich dokładnie, w których zbrodnia, proces, skazanie na śmierć i niejasne do końca okoliczności całego dramatu. Relacja więźnia z kimś kto może dać wiarę w jego niewinność, pomóc ją udowodnić lub przynajmniej zwyczajnie dać szansę na ludzkie potraktowanie w oczekiwaniu w celi śmierci na finał. Rodzaj oddziaływania terapeutycznego, którego beneficjentami obydwie strony interakcji, wyrzucające z siebie osobiste troski, rozterki, przeżycia. W tej historii jest też obowiązkowo tajemnica dobrze w scenariuszu rozpisana, tak aby przez cały seans wzbudzać wątpliwości. Solidna warsztatowo aktorska robota i porządna reżyseria, bo mimo że obraz z rodzaju tych korzystających ze spranego schematu, to jednocześnie zapadający mimo wszystko w pamięć, bowiem sama historia niesie ze sobą sporo dosadnych emocji i jak się okazuje dostarcza świadectwa do szerszej niż wyłącznie psychologicznej refleksji. Bo to tak samo jak poruszająca historia, także światopoglądowo motywowany manifest z socjologicznym tłem - oraz bez względu na zasadny wymiar etyczny i humanitarny, dyskusyjnym gdyż w istocie błędnym logicznym (przyczyny - skutek) wnioskowaniem.

P.S. Mimo że to dla samej historii mało znaczące, to wypadałoby wydając na produkcję miliony uzbroić się w fachowca, który by przypilnował, aby na ścianach w 1991 roku nie wisiały plakaty grupy, która szerzej zaistniała dopiero pod koniec XX wieku.

wtorek, 2 lutego 2016

Pawn Sacrifice / Pionek (2014) - Edward Zwick




Historia na faktach oparta plus reżyser szanowany z dorobkiem pokaźnym, czyli jak dla mnie to pokusa nie do odparcia aby nie sprawdzić takiej oto produkcji. Jedynym zgrzytem przed seansem był aktor, który tutaj odegrać miał główną rolę - nie jestem (może teraz bardziej precyzyjnym określeniem będzie, nie byłem) fanem warsztatu Tobey'ego Maguire'a póki gość mnie właśnie tą kreacją przekonał. On specyficznym atutem (kłania się też zabawne przejaskrawienie) obrazu Edwarda Zwicka, prócz rzecz oczywista samej ekscytującej fabularnej opowieści opartej na fragmencie biografii ekscentrycznego amerykańskiego mistrza szachowego. Człowieka o ogromnym potencjale umysłowym i jednocześnie ogarniętego szeregiem zaburzeń psychicznych. Geniusza ponadprzeciętnie ambitnego, bezkompromisowo upartego ale i odpornego na pokusy zysku dzięki przywiązaniu ideowemu. Postać zagadka, indywiduum osobliwe, zatracone w obsesji z pełną gamą urojeń budowanych wokół teorii spiskowych. On ofiarą własnej wyjątkowości, nie jedynym beneficjentem osobistego dramatu. Niestabilnej postawy, irracjonalnych zachowań - szaleństwa jakie paradoksalnie usystematyzowany umysł szachisty opanowało. W tym Zwick dostrzegł kinowy potencjał postaci i przyznaje, że ze sprytem go wykorzystał. Obudował ludzki dramat spójnym klimatem, zastosował sztuczki ze stylizowanymi kadrami i archiwalnymi zdjęciami wplecionymi w ciąg zdarzeń by konstrukcja utrzymywała zarówno napięcie jak i była atrakcyjna dla oczu. I nawet jeśli nie sięgnął absolutu to i tak zrobił to o poziom lepiej niż Spielberg, który za Most Szpiegów (sic!) otrzymał ponownie kolejną nominacje do Oscara.

P.S. Na marginesie Maguire w roli Bobby'ego Fischera to taki Joseph Gordon-Levitt jako Philippe Petit - podobnie zmanierowane gesty, przeszarżowane podejście do postaci które finalnie jednak pomimo naciąganej teatralności mnie przekonało.

czwartek, 16 lipca 2015

The Last Samurai / Ostatni samuraj (2003) - Edward Zwick




Edward Zwick to specjalista od wypasionych, widowiskowych spektakli - takich obrazów co rozmach producencki udanie z wartościowym przesłaniem łączą. Ta sztuka wielokrotnie mu się udawała, dla mnie jednak szczyt dwukrotnie osiągał - konkretnie w przypadku Wichrów namiętności i właśnie Ostatniego samuraja. Nie byłem w stanie się oprzeć urokowi tej opowieści kiedy premiera następowała i nie jestem kiedy od niej ponad dekada minęła, a ja co najmniej kilka seansów odbyłem. Zwyczajnie ma ona w sobie pewien magnetyzm, który w prosty i bezpośredni sposób mnie hipnotyzuje. Pozbawia ambitniejszych intelektualnie potrzeb czarując rozpasanym widowiskiem i choć wiem, że to taki banał w formę spektakularną ubrany, to jednak porywa wzruszając z automatu jak założył sobie reżyser. To typowo z amerykańską patetyczną manierą kino skrojone, z egzotyką przez pryzmat jankeskiego spojrzenia ukazaną, ale z tak efektywnie-efektownym klimatem, techniczno-warsztatową perfekcją, że dech w piersiach zapiera i każe ogromne uznanie wyrazić. Innymi słowy to wspaniałe widowisko dla oczu i wzruszająca porcja emocji dla ducha. Romantyczna opowieść o honorze i tradycji, pokorze, szacunku i poświęceniu, czyli wartościach współcześnie w naturze całkowicie wymarłych lub na potrzeby budowania medialnego wizerunku jedynie wskrzeszanych, co przykre cynicznie instrumentalnie traktowanych. Jaki dla mnie wniosek, jaka prawda o mnie z tej lekcji wypływa - że wrażliwy ze mnie osobnik i jak reżyser kontrastowy schemat proponuje to ja naturalnie po stronie dobra staje i z nim identyfikuje. To o mnie dobrze świadczy. ;)

Drukuj