Lata osiemdziesiąte i siłą rozpędu także kolejna dekada, to był czas monumentalnych produkcji. Czas dopracowanych w każdym calu epickich obrazów z gwiazdorską obsadą, a Wichry namiętności idealnie się w ten pięknie rozkwitły trend wpasowały. Nawet jeśli ktoś nazwie je rozbudowanym ale jednak tylko melodramatem, to nie ma co obrażać się, wstydzić że taka formuła kinowa mnie wówczas kupiła, bo jedno po wielokrotnych seansach nadal w nim tkwi i wciąż to przy okazji powrotu do tytułu czuję. To wielkie emocje na wielu poziomach i o uniwersalnym charakterze, które nie pozwalają widzowi oderwać wzroku od ekranu. Jeśli dodać cała plejadę ówczesnych i większości do dzisiaj święcących triumfy aktorów oraz klasyczną oprawę muzyczną podkreślającą malownicze pejzaże, to mamy do czynienia z obrazem ponadczasowym, który bez odrobiny przesady można określić mianem wielkiej kinowej klasyki. Historia dwupokoleniowej rodziny Ludlowów, a w tle doskonale opisane czasy schyłkowego dzikiego zachodu, kiedy rdzenni mieszkańcy północnej Ameryki zostali już podbici i w większości w swojej plemiennej tradycji potraktowani jako rodzaj zniewolonej egzotyki, a o udział Jankesów w I Wojnie Światowej upomniała się Europa. Te konteksty znakomicie do roli współprzyczyny zachowań bohaterów zostały wpisane, wpływając znacząco na relacje trzech braci i ich ojca, dodając już do pierwotnych różnic charakterów i ambicjonalnej rywalizacji dodatkowy pierwiastek konfrontacyjny. Jednak najbardziej gorąco robi się wówczas, gdy w ich wspólnym życiu pojawia się piękna kobieta i rodzą się te najsilniejsze namiętności. Wtedy do głosu dochodzi wszystko to co powoduje, że Hopkins, Pitt i Quinn bez odrobiny przesady mogą być nazywani gigantami dużego ekranu. Aktorski koncert, komplementów co niemiara.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Zwick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Zwick. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 czerwca 2021
poniedziałek, 25 listopada 2019
Trial by Fire / Chrzest ogniem (2018) - Edward Zwick
Weteran epickiej reżyserii w osobie Edwarda Zwicka i temat
na autentycznych wydarzeniach oparty. Temat bardzo filmowy, ale też polityczny, o mocnym fundamencie dramatycznym, który posiadał wielki potencjał, chociaż
tych historii w kinie zaistniało już bardzo wiele - takich dokładnie, w których zbrodnia, proces,
skazanie na śmierć i niejasne do końca okoliczności całego dramatu. Relacja
więźnia z kimś kto może dać wiarę w jego niewinność, pomóc ją udowodnić lub przynajmniej zwyczajnie dać szansę
na ludzkie potraktowanie w oczekiwaniu w celi śmierci na finał. Rodzaj oddziaływania terapeutycznego, którego
beneficjentami obydwie strony interakcji, wyrzucające z siebie osobiste troski, rozterki, przeżycia. W tej historii jest też obowiązkowo tajemnica dobrze w scenariuszu rozpisana,
tak aby przez cały seans wzbudzać wątpliwości. Solidna warsztatowo aktorska robota i porządna reżyseria, bo mimo że obraz z rodzaju tych korzystających ze spranego schematu, to jednocześnie zapadający mimo wszystko w pamięć, bowiem sama historia niesie ze
sobą sporo dosadnych emocji i jak się okazuje dostarcza świadectwa do szerszej niż
wyłącznie psychologicznej refleksji. Bo to tak samo jak poruszająca historia,
także światopoglądowo motywowany manifest z socjologicznym tłem - oraz bez względu na zasadny wymiar etyczny i humanitarny, dyskusyjnym gdyż w istocie błędnym logicznym (przyczyny - skutek) wnioskowaniem.
P.S. Mimo że to dla
samej historii mało znaczące, to wypadałoby wydając na produkcję miliony uzbroić
się w fachowca, który by przypilnował, aby na ścianach w 1991 roku nie wisiały
plakaty grupy, która szerzej zaistniała dopiero pod koniec XX wieku.
wtorek, 2 lutego 2016
Pawn Sacrifice / Pionek (2014) - Edward Zwick
Historia na faktach oparta plus reżyser szanowany z dorobkiem pokaźnym, czyli jak dla mnie to pokusa nie do odparcia aby nie sprawdzić takiej oto produkcji. Jedynym zgrzytem przed seansem był aktor, który tutaj odegrać miał główną rolę - nie jestem (może teraz bardziej precyzyjnym określeniem będzie, nie byłem) fanem warsztatu Tobey'ego Maguire'a póki gość mnie właśnie tą kreacją przekonał. On specyficznym atutem (kłania się też zabawne przejaskrawienie) obrazu Edwarda Zwicka, prócz rzecz oczywista samej ekscytującej fabularnej opowieści opartej na fragmencie biografii ekscentrycznego amerykańskiego mistrza szachowego. Człowieka o ogromnym potencjale umysłowym i jednocześnie ogarniętego szeregiem zaburzeń psychicznych. Geniusza ponadprzeciętnie ambitnego, bezkompromisowo upartego ale i odpornego na pokusy zysku dzięki przywiązaniu ideowemu. Postać zagadka, indywiduum osobliwe, zatracone w obsesji z pełną gamą urojeń budowanych wokół teorii spiskowych. On ofiarą własnej wyjątkowości, nie jedynym beneficjentem osobistego dramatu. Niestabilnej postawy, irracjonalnych zachowań - szaleństwa jakie paradoksalnie usystematyzowany umysł szachisty opanowało. W tym Zwick dostrzegł kinowy potencjał postaci i przyznaje, że ze sprytem go wykorzystał. Obudował ludzki dramat spójnym klimatem, zastosował sztuczki ze stylizowanymi kadrami i archiwalnymi zdjęciami wplecionymi w ciąg zdarzeń by konstrukcja utrzymywała zarówno napięcie jak i była atrakcyjna dla oczu. I nawet jeśli nie sięgnął absolutu to i tak zrobił to o poziom lepiej niż Spielberg, który za Most Szpiegów (sic!) otrzymał ponownie kolejną nominacje do Oscara.
P.S. Na marginesie Maguire w roli Bobby'ego Fischera to taki Joseph Gordon-Levitt jako Philippe Petit - podobnie zmanierowane gesty, przeszarżowane podejście do postaci które finalnie jednak pomimo naciąganej teatralności mnie przekonało.
czwartek, 16 lipca 2015
The Last Samurai / Ostatni samuraj (2003) - Edward Zwick
Edward Zwick to specjalista od
wypasionych, widowiskowych spektakli - takich obrazów co rozmach producencki
udanie z wartościowym przesłaniem łączą. Ta sztuka wielokrotnie mu się udawała,
dla mnie jednak szczyt dwukrotnie osiągał - konkretnie w przypadku Wichrów namiętności i
właśnie Ostatniego samuraja. Nie byłem w stanie się oprzeć urokowi tej
opowieści kiedy premiera następowała i nie jestem kiedy od niej ponad dekada
minęła, a ja co najmniej kilka seansów odbyłem. Zwyczajnie ma ona w sobie pewien
magnetyzm, który w prosty i bezpośredni sposób mnie hipnotyzuje. Pozbawia ambitniejszych intelektualnie
potrzeb czarując rozpasanym widowiskiem i choć wiem, że to taki banał w formę spektakularną ubrany, to jednak porywa wzruszając z
automatu jak założył sobie reżyser. To typowo z amerykańską patetyczną
manierą kino skrojone, z egzotyką przez pryzmat jankeskiego spojrzenia ukazaną,
ale z tak efektywnie-efektownym klimatem, techniczno-warsztatową perfekcją, że
dech w piersiach zapiera i każe ogromne uznanie wyrazić. Innymi słowy to
wspaniałe widowisko dla oczu i wzruszająca porcja emocji dla ducha. Romantyczna opowieść o
honorze i tradycji, pokorze, szacunku i poświęceniu, czyli wartościach
współcześnie w naturze całkowicie wymarłych lub na potrzeby budowania medialnego
wizerunku jedynie wskrzeszanych, co przykre cynicznie instrumentalnie traktowanych. Jaki
dla mnie wniosek, jaka prawda o mnie z tej lekcji wypływa - że wrażliwy ze mnie
osobnik i jak reżyser kontrastowy schemat proponuje to ja naturalnie po
stronie dobra staje i z nim identyfikuje. To o mnie dobrze świadczy. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



