Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Derek Cianfrance. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Derek Cianfrance. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 grudnia 2016

The Light Between Oceans / Światło między oceanami (2016) - Derek Cianfrance




Zaiste to dość niezwyczajna sytuacja, bowiem kiedy o przygotowywanej świeżej produkcji jednej z największych współczesnych reżyserskich nadziei przeczytałem, odczułem znamienne spore podniecenie, jak i w chwile później gdy z informacjami o fundamencie scenariusza się zapoznałem, równie duże obawy. Mianowicie twórczość Dereka Cinafrance dotychczas udowadniała, że banałów w niej człowieku nie uświadczysz, a powieść niejakiej M.L. Stedman to nic innego (wszystko na to wskazywało) jak morze banałów nastawione na ocean łez. O zgrozo, pomyślałem i jak ognia unikałem wszelkich dodatkowych spotkań z ocenami osób, które szybciej ode mnie z The Light Between Oceans się skonfrontowały. Bałem się strasznie zabicia nadziei, jakie ze sztuką Cianfrance’a łączyłem. Mimo chwili zwątpienia, wiary jednako w reżysera nie straciłem, a to co finalnie w towarzystwie małżonki w zaciszu kinowej sali obejrzałem, utwierdziło mnie jedynie w przekonaniu, że jak się posiada wyjątkową przenikliwość i talent do opowiadania filmowych historii, to nawet z tak banalnej w rzeczy samej fabuły można zrobić cudowny film. Chociaż niewiele podczas seansu mnie zaskakiwało, przede wszystkim pierwsze spore fragmenty wprowadzały w stan otępienia i odrobinę w objęcia boga snu wpychały, to wtedy w miejsce braku ekscytacji scenariuszem, karmiłem zmysł estetyczny malowniczymi pejzażami i niezwykłej urody scenami rodzącej się miłości. Chociaż fabuła przynosiła dramatyczne wydarzenia, to były one traktowane nieco z dystansem niby jako preludium do istoty filmu i tak spostrzegane swoją rolę jako wprowadzenie w klimat i zbudowanie więzi z widzem, by empatię wymusić, idealnie odegrały. Sednem w mym przekonaniu nie namiętność głęboka pomiędzy dorosłymi osobami, uczucia macierzyńskie dwóch kobiet czy te ojcowskie równie ważne, które na próby są narażone, a sama postać dziecka i naturalne jego instynkty oraz emocje w dramatycznych okolicznościach ujawniane. Stąd naturalnie swoją uwagę kierowałem na postać dziewczynki i jej odczucia znakomicie ręką operatora i zmysłem reżysera uchwycone. Te sceny kiedy Lucy-Grace zmienia ramiona które ją tulą, to emocje równie głębokie jak w przypadku Blue Valentine, gdy córka była świadkiem umierającego uczucia pomiędzy rodzicami. W tych momentach eksplozji emocji najdobitniej odczuwałem walory stylu Cinafrance’a i poddawałem się w pełni magii jego kina. I nie ma co narzekać, że na warsztat wziął fabułę obliczoną na chlipanie, kiedy chusteczki ocierały łzy wywołane autentycznymi przeżyciami, a szantaże emocjonalne nie były wynikiem nastawionej wyłącznie na zysk kalkulacji, tylko stanowiły część ludzkich wyborów i dylematów przed którymi potrzeby nas stawiają i decyzji jakie finalnie podejmujemy, wraz z konsekwencjami na jakie narażamy siebie i tych których najbardziej kochamy. Bo tak po prawdzie to banalność i melodramatyczność tej opowieści mieści się w granicach mojej wyrozumiałości wobec ckliwości łzawych historii. Jest także częścią natury człowieka, a w ujęciu reżysera dodatkowo idealnie zbilansowana zostaje z przenikliwością jego spojrzenia i artystyczną wrażliwością oblekania fabuły wytrawną formą obrazu i dźwięku. Żadnym marginalnym faktem jest też dobranie aktorskich indywidualności, współczesnych topowych gwiazd, które samym doskonałym warsztatem zawsze potrafiłyby podnieść wartość filmu o kilka poziomów. Tutaj wspaniale ze swojej roli się wywiązały, chemia pomiędzy Fassbenderem (chór westchnień niewieścich), a Vikander (seria wymownych samczych spojrzeń), to czysta doskonałość – ich gesty, mimika, oczy mówią wszystko to co kluczowe i swoim magnetyzmem widza zjednują. Emocje w nich i między nimi dostarczają niemal poetyckich uniesień i znaczenie przestaje mieć fakt, że to przecież hektolitry łez ma wywołać, gdy to autentyczne poruszenia i wzruszenia rozbudza. Ja moją  alergię na sztuczną egzaltację potraktowałem w tym wypadku jako praktyczny mechanizm, coś w rodzaju papierka lakmusowego sprawdzającego czy mam do czynienia z prawdziwymi emocjami czy sztucznym nastawieniem na efekt. Wzruszyłem się głęboko i ani raz nie uśmiechnąłem znacząco pod nosem, a to wyraźny sygnał przemawiający na korzyść The Light Between Oceans. Chyba, że mój nos mnie zawiódł.

P.S. Pamiętam doskonale Wichry namiętności i mój zachwyt nad przekonującym sposobem ukazania patosu i melodramatycznej ckliwości, sygnowany nazwiskiem Edwarda Zwicka. Po seansie moje myśli z miejsca podążyły w kierunku obrazu z 1994 roku, gdyż Derek Cianfrance dokonał tego samego co Zwick przed ponad dwudziestoma laty. Zachwycił mnie obrazem, który z natury nie powinien we mnie tego zachwytu wywołać. Znaczy byłem wrażliwy jako siedemnastolatek, pozostałem wrażliwy jako prawie czterdziestolatek. :)

wtorek, 4 marca 2014

Blue Valentine (2010) - Derek Cianfrance




Nadszedł czas by w kilku krótkich zdaniach skompresować refleksje i z pozycji obsesyjnie uzależnionego fana oddać należny Blue Valentine hołd! Obraz to co bez echa mu stosownego niestety przeszedł, stąd czując, że jego wartość niezwykła odpowiedzialnie spróbuje przekonać tych co z nim jeszcze osobistego pełnego kontaktu nie mieli, by jak najszybciej zaległość tą nadrobili. Uczciwie jednak zaznaczam, że satysfakcjonującego przeżycia nie odnajdą tu ci, co w kinie jedynie prostej, niezobowiązującej rozrywki poszukują, bo zwyczajnie zupełnie oddalone od takiego rozumienia filmowej materii to dzieło. Ono do bólu realistyczne, w żadnym momencie nie wzbudzające poczucia sztucznego nadymania życiowych rozterek, a nawet jeżeli w jakikolwiek sposób zbliża się do przeładowanej emocjami konwencji to nadal jego nawiększa siła tkwi w autentyczności ich ujęcia. Znaczy, że źródło tej intensywności mimo, że często infantylnymi decyzjami bohaterki sprowokowane to jednak nadal wiarygodne, bo zwyczajnie w naturalny sposób wyśmienitym reżyserskim warsztatem poprowadzone. Nie chce w tym miejscu rozwijać szczegółowych wątków, bo one będąc kliszą zwyczajnego życia, licznych podobnych historii z codzienności wprost wychwyconych w gwałtownie spętany węzeł wzajemnie implikujących się dylematów ewoluują. Każdy zapewne osobiście z subiektywnej perspektywy złożoność tą będzie spostrzegał. Nadmienię jeszcze wyłącznie, iż to jedna z największych prócz tego emocjonalnego wulkanu zalet obrazu Dereka Cianfrance, że mnogość równie banalnych jak i zawiłych rozterek skłania do osobistych przemyśleń, a w konsekwencji wielostronnych tłumaczeń zachowań bohaterów. Poza tym w najprostszych słowach wybitne to dzieło kina niezależnego, doskonałe w detalach i ogólnej całości. PERŁA NAJDOSKONALSZA! Przekonałem? :)

P.S. Chyba oczywista mi męsko-ojcowska perspektywa, jasno określa, kogo stronę w tych relacjach trzymałem. Dobry chłop z tego Deana i kropka! Przecież to takie oczywiste, że prawdziwy mężczyzna w konfrontacji z kobietą żadnych szans nie ma. Przewaga fizyczna jasne że bezwartościowa, bezradność i frustracja wobec bezwzględnie napierającej konsekwencji tej "słabszej" płci dla pozycji faceta zabójcza!

poniedziałek, 3 czerwca 2013

The Place Beyond the Pines / Drugie oblicze (2012) - Derek Cianfrance




Jednym słowem genialny! To na takie filmy czekam z nadzieją, dając wkręcać się w międzyczasie w oglądanie produkcji lansowanych na „hiciorskie hity”, a w rzeczywistości będących tylko banalnymi pierdołami o niczym! Tutaj w ponad dwugodzinnym majstersztyku otrzymałem zarówno kapitalny scenariusz w nieszablonowej formie jak i świetne aktorstwo, poruszające sceny, dramatyczne pełne zaskoczenia zwroty akcji czy wprawne oko i własny styl reżysera. To właśnie takie obrazy potrafią przynajmniej na chwile zmienić u oglądającego sposób spostrzegania rzeczywistości, głęboko poruszyć, zmusić do refleksji zostawiając z masą wątpliwości i pytań. Oczekiwałem od tego filmu bardzo dużo i w pełni moje oczekiwania zostały zaspokojone! Odczuwając satysfakcje mogę śmiało napisać, iż Derek Cianfrance to teraz dla mnie obecnie największa nadzieja w amerykańskim kinie. Blue Valentine zachwycił, a The Place Beyond the Pines utrzymał w tym odczuciu. Tyle! 

P.S. No i oczywiście nie mógłbym przejść obojętnie wobec faktu, iż muzyka to robota Mika Pattona!

Drukuj