Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luca Guadagnino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luca Guadagnino. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2025

After the Hunt / Po polowaniu (2025) - Luca Guadagnino

 

Niekoniecznie to dobrze wróży, gdy reżyser macha film po filmie, nawet jeśli w fachu jest biegły i w swojej historii ma obrazy wręcz genialne. Guadagnino to elitarna firma, ale nie wszystko jego kopie równie zamaszyście, więc gdy w istotnie zwartym czasie puszcza do kin Challengers, Queer, a teraz After the Hunt, to waham się czy warto, bo mam obawy o jakość w stylu. Tyle z obaw, ile z nich już po kwadransie pozostało, że po tych piętnastu około minutach cała ona wyparowała i byłem wkręcony - misternie historią opowiadaną opleciony. Bowiem Po polowaniu żyje klasycznym kinem, jakie moje skojarzenia prowadzi ku filmom sprzed około 40 laty, z tajemnicą obficie na podłożu relacji opartą. Jestem skory brawami Luke nagradzać, gdyż stworzył coś bezpiecznego i intrygującego zarazem, z arcy dobrze rozwijającym się suspensem - bez zbędnych fajerwerków psychologiczne widowisko, w doskonałej oprawie aktorskiej, swoją często nadmiernie wrażliwą optyką uchwycił. Gdzie prawda w morzu kłamstw, rzeczywistości pozorów? Sztuczności na pokaz, ukrywających skrzętnie prawdę o egocentrycznych snobach intelektualistach z poczuciem wyższości i misji - straumatyzowanych w nieznanych i traumatyzujących w odkrywanych na bieżąco okolicznościach. Liczne smaczki wplótł z gracją Luka, podporządkowując się klasycznej linii narracyjnej, w której nadrzędnym jest wzbudzać niepewność w wydawaniu wyroku, osądzaniu na podstawie tak stereotypów, jak współczesnej poprawności politycznej. Tu się tropi indywidualnie, jest się sprowokowanym skutecznie do wytężonej analizy na podstawie obserwacji odsłanianych danych, które niełatwo zinterpretować celnie, bez wątpliwości. Innymi słowy miałem tu do czynienia zgodnie z środowiskowymi namiętnościami (film o uczelnianych intelektualistach), z przeniesieniem teoretyki akademickiej na grunt praktyki zdarzeń, by pozbawić suche dywagacje zarzutu o bez znaczenia paplanie humanistów jajogłowców. Skonfrontowaniem się ich z żywym organizmem prawdziwych konsekwencji - jak się okazuje pozorami tylko ku zmyłce karmionych. Aktorsko bosko - kapitalna, kontrolująca ekspozycję, pomimo zmian szczególnych twarzowo-okołotwarzowych Julia, lecz mnie tu A. Garfield aktorsko najmocniej zaimponował i jeszcze z innej beczułki nutą Trent Reznor ze wsparciem zrobił bardzo dobrze. Dialogi obfite w intelektualizm to jazda aktorska najwyższej próby, dając konkretnie kameralnie czadu, bez względu i wpływu Stuhlbarga grającego (jeju) Robina Williamsa dosłownie, bowiem robi to gość przeuroczo. Bardzo obraz klasycznie wyrazisty, mimo że obraz w ujęciu treści mglisty - tak w jednym zdaniu, bym jego złożony charakter podsumował.

niedziela, 22 czerwca 2025

Queer (2024) - Luca Guadagnino

 

Co to było, co to było? Trochę zaintrygowało, nieco przeleciało, a odrobinę się dłużyło. Jak się też rozpoczęło, a jak się skończyło! Szczena może w międzyczasie nie opadała, ale jednak - była konsternacja. Bo się nie spodziewałem, choć nie zaskoczyło mnie to czego obawiać się mogłem. Gorące sceny fizycznej miłości gejowskiej w ilości dość obfitej, to nic w porównaniu z pomysłami wyobraźni Williama S. Burroughsa, poddanej obróbce Guadagnino, by oddać zakręcone psychodeliczne inklinacje. Wizualnie, gdy bez inwazji narkotycznych czy surrealistycznych dziwactw na ekranie, to kino pod względem scenografii (barw, faktur, oświetlenia) przyjemne i aktorsko w kategoriach wręcz sztosu prze ze mnie spostrzegane. Przyznaję że rola ultra zawsze męskiego Craiga nie tylko odważna ale i konkretna warsztatowo - zobaczyłem człowieka w zupełnie innym świetle i wymiarze i śmiem wbrew wcześniejszemu własnemu przekonaniu twierdzić, że posiada gość szerszy niż zakładałem asortyment mimicznych grymasów i gry ciałem potencjał, więc gdyby nie jego kreacja, to mniej byłbym skory do komplementowania. Dzięki niemu oraz postaciom towarzyszącym, ta opowieść o PRAGNIENIACH, oczekiwaniu i przemijaniu w systematycznie zapijanym w barze cierpieniu - w poczuciu że one przekleństwem, że wbrew teoretycznie naturze oraz społecznym normom, nie była tylko mocno wizualnie stylizowana i pomiędzy najbardziej prócz rzecz jasna sensualnych i seksualnych dosadności, wplatała autentycznie poruszający czynnik ludzki. Tym samym jakby z późnych lat czterdziestych lub pięćdziesiątych stylizowane dekoracje w obróbce zapewne cyfrowej i dla równowagi tylko pozornie ni stąd ni zowąd między nimi muzyczne motywy znacznie bardziej współcześnie popularne (tak, wiem że Burroughs dojrzały wiekowo szanował kult rock’n’rolla), nie przejęły roli nadrzędnej i nie napiszę o nich więcej niż o wiarygodnych aktorskich pozach, bowiem w poniekąd sztucznie wizualnym obliczu one ten emocjonalny pierwiastek psychologiczny uwiarygodniły. Pomimo ten wytłuszczony, bardzo realistycznie szczery i kontrastujący z obrazem atrybut, całościowo zagrało jednak dość połowicznie, a ja odnosiłem wrażenie że w sumie gdybym adaptacji (jak donoszą źródła, często autobiograficznej) prozy Burroughsa nie obejrzał, to wiele bym nie stracił. Może gdy ktoś silniej w fundamencie do aranżacji jest zatopiony i potrafi przystępnie wyjaśnić detale tak właśnie prozy, jak i wizji reżysera, otworzy mi się głowa na bardziej usystematyzowane w swojej złożoności psychologicznej interpretacje i dodam wówczas do ogólnej oceny jakiś dodatkowy punkcik, może nawet dwa. Zapraszam, apeluje o pomoc. :)

wtorek, 21 maja 2024

Challengers (2024) - Luca Guadagnino

 

Ostatnie dwa filmy o tenisie jakie pamiętam (Borg McEnroe i King Richard) były mega, z naciskiem na ten pierwszy który był (he he) bardziej mega niż ten drugi. Ostatnie dwa filmy o tenisie jakie widziałem, to tym samym chyba jedyne (he he) dwa filmy o tenisie jakie miałem okazję oglądać, choć majaczy mi w głowie jeszcze coś współczesnego tenisowego z mocno zmienioną Emmą Stone, ale raczej jakości tylko poprawnej. Ostatnie filmy natomiast Luki Guadagnino, to zawsze rzeczy wyjątkowe i nawet jeśli nie wszystkie tematycznie mnie porwały to zamykający do tej pory jego filmografię Bones and All był kilerem na poziomie tych najbardziej na lata w mej świadomości się osadzających, więc w Challengers naturalnie pokładałem gigantyczne oczekiwania i się nie zawiodłem. Nie jest to obraz stricte o tenisie, tak jak te powyżej wymienione też w zasadzie nie były, bo ważniejszy w nich sukces i w głowie zawodnika też rywalizacja, jaka do niego prowadzi. Challengers poniekąd również wyłuszcza tą kwestie, ale tutaj do gry oprócz piłki, charakteru i pieniędzy wchodzi też namiętność i walka ale o dominację w relacji oraz ambicja tak w sporcie jak i w miłości. Nie streszczę o co dokładnie się rozchodzi, bowiem po co odbierać arcy przyjemność z odkrywania zasadniczej kwestii i kolejnych scenariusza wątków, ale dam do zrozumienia że w swojej kategorii to film zaskakująco nowy, bardzo wizualnie nowoczesny, a wręcz brawurowy, choć miłość i na gorące zmysły brak odporności, to częsty w kinie motyw przewodni. Tu jednak podniesiony do najwyższego poziomu dynamiki akcji, intensywności uniesień, a przez wzgląd na połączenie go ze sportem, też bardzo intrygujący level powiązania namiętności sportowej z namiętnością uczuciowości. Trafił do mnie ten przekaz, to niejako metaforyczne sprowadzenie do jednego mianownika miłości i tenisa, czy bardziej może ogólnie kariery w sporcie, tudzież miłość w sensie uwodzenia, korzystania z własnych erotycznych walorów. Klei się przekaz i klei się też obraz warsztatowo, bo aktorsko jest wyśmienicie oraz kształtnie z pulsem, bo co raz operator z montażystą trafiają w punkt odważnie wizualnie i doskonale współgrają z lekko mechaniczną syntezatorowa nutą (Trent Rezonor, Atticus Ross), dzięki temu ja byłem mocno przez 130 minut wkręcony, tak w sceny bardzo przekonującej (dużo kombinacji przy montażu i kadrowaniu) technicznie gry jak i w tą warstwę manipulacji psychologicznej wykorzystującej zmysłów koncentrację. Poza tym konstrukcja też mnie uwiodła, bowiem pomysł na chronologiczny bałagan wraz z finałem od początku fragmentami dawkowanym, wielce się zbudowaniu fantastycznie oddziałującego napięcia przysłużył. Skoro nie pojawiło się tu do tej pory ani jedno słowo krytyki, gdy też nie uważam aby był to najdoskonalszy film Guadagnino, to muszę ważną rysę zauważyć, iż ta ostatnia mangę przypominająca scena w wydłużanym aż irytująco meczu finałowym, to daj Luca spokój – po co aż tak? :)

P.S. Od miłości do nienawiści bywa że jest tylko krok, ale z powrotem drogi raczej brak. Chyba że miłość myli się (he he) z pożądaniem!

piątek, 6 stycznia 2023

Bones and All / Do ostatniej kości (2022) - Luca Guadagnino

 


W trzech ostatnio mocno podziwianych filmach Luci, zawsze coś mi odrobinkę nie pasowało i musiałem zawsze ostentacyjnie pokręc wąsem, choćbym ogólnie wyraźnie widział i wiedział, że to nietuzinkowy artysta stoi w tych przypadkach za kamerą i ostateczny efekt jego pracy zostanie słusznie przez kinematografię pozytywnie zapamiętany. Bones and All to jednak pierwsza okazja bym zamknął mordę i nie czepił się tego, co w istocie zamierzonym celem Guadagnino i co zrealizował w stu procentach, a że ja mam wątpliwości, bo bym tego tak nie chciał widzieć lub moje poczucie estetyki jest inne, to już naturalnie mój problem, a nie zmartwienie świadomego w stu procentach artysty w dziedzinie filmowej reżyserii. Guadagnino o wyrzutkach, o autsajderach mi się podoba bezdyskusyjnie, a nawet jestem wręcz zauroczony i zahipnotyzowany wrażeniem pod obejrzeniu tego nietuzinkowego, bo pięknego horroru, tudzież jak kto woli przerażającego melodramatu, bądź neutralnie ubierając tą formę w stylistyczne ramy (bo budzi ogromne kontrowersje) - niezwyczajnego kina drogi. Pokusa - poczucie winy, natura - instynkty, przyjaźń - miłość! Fizjologia - głód - mięso! Zmysły okiełznać - zaspokoić potrzebę, ale też kochać namiętnie do nieprzytomności. Taka huśtawka symboliczna i emocjonalna, lecz nastrój raczej konsekwentnie minorowy. Od obrzydzenia i potępienia konsekwentnie do lekcji empatii w kierunku drapieżcy, który żyje dzięki zabijaniu. Brutalna i sensualna baśń w której każdy detal, to prawdziwy Olimp sztuki wizualnej i od strony TREŚCI erudycyjna PORCJA metafor opisujących Amerykę z perspektywy marginesu. Krwawy film o miłości, a jednocześnie poruszająco-romantyczny film o zwierzęcych instynktach. Teoretycznie wszystko wskazywało że się nie uda, a praktycznie wszystko udało się znakomicie. Pięknie brutalna, brutalnie piękna opowieść przynosząca refleksję, poruszenia łzy i do kości przeszywające emocjonalne dreszcze. Coś wielkiego, dla humanisty do ROZGRYZANIA perfekcyjnego.

P.S. Jaka Taylor Russell cudna (dałbym gdybym rozdawał Oscary), jaki Timothée Chalamet autentyczny i jaki Mark Rylace przerażający, to ja zdejmuję czapkę z głowy. 

środa, 10 kwietnia 2019

Suspiria (2018) - Luca Guadagnino




Nie jestem miłośnikiem współczesnego horroru, także klasyka sprzed laty często jest mi obca, stąd na przykład legendarnych prac Dario Argento nie znam i remake Suspirii odkrywam zdecydowanie na świeżo. Wiem jednak, bo przecież w odizolowanym bunkrze się nie wychowałem, a i przed seansem lekcje przygotowawczą odrobiłem, że to ikona gatunku i swoje znaczące miejsce w historii kina posiada. Mam też na tyle plastyczną wyobraźnię by wierzyć, że ta koszmarna baśń w ówczesnym pierwotnym wydaniu mogła na ten kultowy status zasłużyć, lecz tego nie zamierzam sprawdzać, gdyż obecna odsłona w ponad dwugodzinnym wymiarze czasowym przygotowana, przy tak wymagającym koncentracji materiale to dużo dla mnie za dużo. Poza tym rodzaj wizualnej prezentacji, mimo że dopracowany i w sensie artystycznego wymiaru zasługujący na uznanie jest sam w sobie zbyt ciężki w odbiorze. Zatem za jednym podejściem przez ten rytuał nie przebrnąłem, tylko na dwa razy do niego podchodziłem, co też nie pomogło w utrzymaniu skupienia i pełnego zrozumienia prezentowanej fabuły. Za dużo bałaganiarskiego surrealizmu, psychodelicznego obłędu, ale i wymiaru merytorycznego skomplikowanego oraz kontekstów szerokich (ideologia, religia). Bezdyskusyjnie film robi wizualnie wrażenie - zarówno dziwaczne spojrzenia kamery, rola architektury w skonstruowaniu scenografii, użyta pasteli paleta, świetna sugestywna muzyka Toma Yorka okadzająca poezję ruchu w postaci porywającego baletu, to wyjątkowe smaczki. Jednak nie potrafiłem uciec od przekonania, że oto reżyser zafundował mi test wytrzymałości, który zarazem intryguje mrokiem, tajemnicą i audiowizualnym wymiarem, jednocześnie już na koniec okrutnie męcząc i irytując wszystkim prócz doskonałej warstwy muzycznej (której nawiasem mówiąc wysłuchanie polecam w ciszy i skupieniu późnego wieczora, bez tła filmowego). Jest bowiem powszechnie wiadome, że przesyt nie sprzyja harmonii, a pomiędzy ambitnym intelektualizmem, a nadętym bełkotem jest bardzo cienka linia graniczna. Jedno jest pewne i nie podlega dyskusji (jak u mądrzejszych robiąc podkład przed projekcją wyczytałem ;)) u Guadagnino jest inaczej niż u Argento - znaczy obecna odsłona kultu, to odważna wariacja zbudowana na pozbawionym reszty tkanki kręgosłupie pierwowzoru.

P.S. Na marginesie z prywatą się jeszcze wciskając, przepraszam najlepszą z żon, iż podstępnie ją w seans wkręciłem, wiedząc przecież że będzie to dla niej potworne wyzwanie wizualne. :)

niedziela, 11 lutego 2018

Call Me by Your Name / Tamte dni, tamte noce (2017) - Luca Guadagnino




Przyroda robi swoje, za zgodą oraz na życzenie reżysera i scenarzysty, bo jest w filmie Guadagniniego odczuwalny silnie wpływ Jamesa Ivory’ego. Przyroda oddziałuje na zmysły naturalnie i sugestywnie, ma swoje niepoślednie znaczenie i wraz z urokliwą architekturą tworzy tło magnetyczne. Wiatr delikatnie omiata soczystą zieleń liści, letnie słońce rozlewa żar, strumyk szumi romantycznie, morze głębokim błękitem zniewala i ptaszki w ogrodzie podczas posiłków na łonie natury ćwierkający koncert dają. Malownicze uliczki i czarujące zaułki przyciągają wzrok, pomieszczenia surowym pięknem efekt odprężenia w zestresowany umysł wlewają, a wszystkie te naturalistyczne efekty mają jeden zasadniczy cel. One mają wywołać u widza wrażenie rekonstrukcji wakacyjnych wspomnień, ulotnych chwil z młodości, co z pewnością udaje się Guadagniniemu i jako tło dla namiętnych przeżyć bohatera doskonale się w założonej konwencji mieści. Niestety, kiedy jednak zawodzi wyrazistość i konsternację wywołuje motywacja postaci, a sama koncepcja sprowadza się do fascynacji błahostkami z ich życia, urastającymi do rangi wydarzeń przełomowych, a poza wyrafinowanymi ale i uparcie eksponowanymi pretensjami do sztuki wysokiej nie ma w scenariuszu jakiegokolwiek napięcia bez seksualnych wyłącznie podtekstów. To mnie to zwyczajnie nuży i żałuję tylko czasu poświęconego na obcowanie z obrazami aspirującymi do natchnionych uniesień kosztem samej historii, która zdaje się nawet nie kontrowersyjna, ale po prostu mało autentyczna i z punktu widzenia samca heteroseksualnego niezrozumiała. Przyznaję, że mimo iż to kino z głęboką i subtelnie podaną treścią, to też równolegle kino mocno przynudzające. Doceniam w nim światopoglądową odwagę i w pewnym stopniu zamysł pochwalę, choć niekoniecznie w pełni rozumiem przyjętą metodę realizacji. Absolutnie po seansie zachwycony artyzmem Call Me by Your Name nie będąc, dostrzegam jednak walory u początku tekstu podkreślone, które sugestywnie na zmysły oddziałują. Nie odczuwam, co mnie zaskakuje absmaku obcując z dyskusyjną treścią, nie czuję też choć próbuję jej wyjątkowości, którą spore grono krytyków podkreśla. To tylko ładny wakacyjny obrazek, będący dekoracją dla kulawego homoseksualnego romansu. W mojej osobistej ocenie, ograniczonej typowo gruboskórną atawistyczną wrażliwością, to takie flaczki z olejem, w wyrafinowany i artystycznie wysublimowany sposób w gejowskiej knajpie podane. I nie wstydzę się tego ostatniego zdania, bo faktycznie pisząc te kilka wcześniejszych mam dominujące już przekonanie, że powinienem sedno sprowadzić do tego ostatniego. 

wtorek, 20 września 2016

A Bigger Splash / Nienasyceni (2015) - Luca Guadagnino




Jak taka z potencjałem obsada to sprawdzić nie wypada! Jak film byłby ewentualnie drętwy to chociaż aktorsko to nie będzie żenada. :) Rym spektakularny, sprzedam pod klatką blokersom, niech się na nim lansują, mnie tandetnej popularności nie trzeba. Chwytam powagę, bo mimo, że siła napędowa A Bigger Splash to przede wszystkim niesamowicie ofensywny, sarkastyczny, zabawny, zwyczajnie nieobliczalny Ralph Finnes, a miejsce akcji dystans zwany chilloutem wymuszające, to jednak jest to dramat. Fakt, że nietypowy, bo nieszablonowo prowadzony i tym sposobem wyłamujący się ze schematu gdzie łzy muszą być oznaką poruszenia. U Guadagnino sercem dramatycznej akcji napięcie pomiędzy doskonale kreowanymi bohaterami, emocjonalny tygiel w którym zmieszane wszelkie naturalnie napędzające organizm ludzkie pragnienia. W żółto-błękitnych okolicznościach Lampedusy, w odprężającym klimacie beztroska czterech postaci tylko pozorna, głęboko w ich świadomości potrzeba zaspokojenia egoistycznych potrzeb dominująca. Między nimi rywalizacja i gra zmysłowa, w nich ciężar doświadczeń i przykrych wspomnień. Istna emocjonalna burza, w takim układzie musiały być ofiary. 

P.S. Okulary Tildy - chcę takie! :)

Drukuj