Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep Purple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep Purple. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lipca 2026

Deep Purple - Splat! (2026)

 

Sprawa wygląda jasno, wszystko jest dla mnie od lat myślę jednak zrozumiałe, że w moim, wciąż jeszcze teoretycznie rozwojowym wieku, trudno mi utrzymać zainteresowanie bieżącymi produkcjami jednej z moich ulubionych legend hard rocka, bowiem (cholera cholera cholera!), jak tu słuchać z zainteresowaniem wypocin emerytów, gdy w tychże próbach kompletnie nie słychać, tego wszystkiego co niegdyś (no tak, gdy zaczynali i jeszcze się przepoczwarzali) powodowało, iż powstająca muzyka była pasjonująca. Dzisiaj to co nagrają  nie ma już nic wspólnego z porywaniem do przeżywania nuty na różnych, podnoszących włosy na przedramieniu poziomach. Sentymentalnym, czy energetycznym - nie ważne, czy na zawiasa czy szaleńca! Najgorsze jest jednak nie to że Splat! jest za miękki czy za twardy, za wolny czy za szybki, tudzież fajny czy niefajny. Problem w tym, że on jest obiektywnie najlepszym co legenda nagrała od bardzo wielu lat i ja słuchając zawartości nawet złapię się na tym, iż poszczególne riffy, motywy czy wątki, a nawet konstrukcje mnie przez moment zaciekawią (pierwsze ze środka Scriblin' Gib'rish), lecz kompletnie nie łączy się ono z jakimkolwiek większym czy tym bardziej dłuższym wyrzutem dopaminy. Może dlatego, iż dzieje się niby w kompozycjach ze Splat! sporo, ale to sporo to jakaś siłowa jednak sklejka, u której motywacja bez ikry, żeby może jak zaklniemy rzeczywistość się udało, tak jak niegdyś (parafraza porównania Gillana), za czasów Highway Star czy najlepiej Smoke on the Water, inaczej, czyli według mnie popuścić lejce, wcześniej smagając tego narowistego już z natury rumaka do szalonego, często improwizowanego galopu. Niestety wiek nie pozwala się już pogibać elastycznie tak fizycznie, jak mentalnie i jakby się "starsi chłopcy" nie spięli, nie zmobilizowali i zaktywizowali, to ich nuta nie będzie tak luźna, lotna i pierwotnie dzika. To przykre (rozumiem doskonale), ale nawbijali w indeksy potężną ilość nutek, przyjęli postawy sugerujące nonszalancję, a gdy zajrzeć pod skórę tym wykonom, to paradoksalnie, one negują wszystko co naturalnie powinno wynikać z przyjętego kierunku na rockowy żywioł. Zamiast niego dostałem wydmuszkę ze spłaszczoną dynamiką i miałkością aranżacyjną, w której sterylności nie mam zamiaru na siłę doszukiwać się czegoś więcej prócz często wręcz kiczowatych, jakby z wieczorka zapoznawczego z sanatorium melodyjek. Spiętego patetycznego dryfu bez powietrza, jakby na jednym, długo przytrzymywanym wdechu. Powiem mocniej (mimo że podkreślam, iż to prawda obiektywna, jakoby Splat! ma najwięcej w sobie do komplementowania, niż chyba każde pojedyncze studyjne wydawnictwo, powstałe w obozie Brytyjczyków w XXI wieku), ŻE dałbym sobie zdjąć pazurka z małego paluszka, IŻ w powstaniu takiego zestawu riffów i klawiszowych wzorów maczała swoje diabelskie kopytka sztuczna inteligencja. Jak nie na maksa, to dopieszczała całość, doszlifowując też twierdzę wizję z koperty.

P.S. Natomiast jakby mnie ktoś jeszcze zapytał - a jak wokal? Zaproponowałbym Ianowi zgadać się na kufelek z ziomkiem Robertem (tak z Plancikiem), który mógłby wytłumaczyć mu, co śpiewać kiedy tego co chciałby śpiewać, już zaśpiewać nie jest zajebiście w stanie.

wtorek, 13 sierpnia 2024

Deep Purple - The Battle Rages On... (1993)

 

Króciusieńkie zbratanie - chwilowe i tylko pozorne zakopanie toporka pomiędzy obrażonymi, a może wręcz właśnie zwaśnionymi stronami purplowskiego konfliktu. Wraca Blackmore, akceptuje tą konieczność Gillan i z miejsca ten pierwszy rozkręca na nowo zainteresowanie wokół Głębokiej Purpury, więc oczekiwanie na efekty "współpracy" najmocniejszego składu jest podkręcone do poziomu odpowiadającego statusowi zespołu, a bardziej jego dorobkowi, jaki rzecz najjaśniejsza wpłynął na rozwój hardrocka. The Battle Rages On... zaczyna się świetnym riffem i całym doskonałym otwieraczem i trudno mówić, aby nie była to płyta posiadająca charakterystyczny urok produkcji purplowskich, choć już wówczas dalecy od najlepszych lat i wiekowo posunięci muzycy musieli starać się odnaleźć w kolejnej dekadzie zmieniającego się wówczas bardzo mocno rocka. Wiadomo czego wtedy smarkacze słuchali, a przecież Deep Purple z lat drugiej połowy siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych tym bardziej niewiele miało wspólnego z na maxa rozkręconymi potencjałami wzmacniaczy. Więcej raz funku, dwa AOR-u w ich muzyce było, niż pierwotnego uderzenia z krążków startowych, do którego inspiracyjnego wpływu niektórzy współcześni najtisowi rockowcy ze Seattle się przyznawali. Bez względu jednak czy taki Pearl Jam posiadał walory nieco podobne do tych jakimi stare/klasyczne Deep Purple podbiło sceny, to czas nie stał w miejscu, a wiek muzyków legendy tym bardziej nie predysponował ich do podbijania jak zwykle opartych o młodość list przebojów. Zwyczajnie - stary poniekąd DP, a okoliczności i warunki nowe, więc przede wszystkim The Battle Rages On... miało się podobać nieco bardziej zaawansowanej w lata publiczności i jej się podobało, a pojedyncze próby Gillana udawania Axla Rose'a w Talk About Love nie świadczyły o tym, że wszystkie kompozycje są nastawione na granie a'la hair rock/metalowe. Więcej było tu spoglądania na własną niedawną jeszcze przeszłość i próbę zdobycia poklasku na fundamencie powielania czy kontynuowania pomysłów z Perfect Strangers - całkiem udanie. Mniej doszusowywania do trendów i mód które w pierwszej pięciolatce lat dziewięćdziesiątych rządziły - i chyba dobrze. Tak czy siak itd. itp. The Battle Rages On... całkiem nieźle broni się w towarzystwie oklaskiwanego powszechnie dzieła z lat osiemdziesiątych, a też pośród tego co później jeszcze różne składy purpli nagrają wypada znacznie ponad dobrą średnią i należy się mu szacuneczek. Szczególnie za numer tytułowy, orientalną (eee tam, cygańsko-hiszpańską :)) Anye, bujający równo Nasty Piece Of Work czy One Man's Meat i fajny bezpretensjonalny blues Ramshackle Man, gdzie łapa Lorda i paluszki Blackmora wyczarowują całkiem pierwotną purpurową magię. 

wtorek, 23 lipca 2024

Deep Purple - =1 (2024)

 

Z zasady w normalnych warunkach jestem bardzo sceptyczny w stosunku do sytuacji przedłużania w nieskończoność, do bólu, aż zrobi się naprawdę mocno żenująco kariery studyjnej największych legend muzycznej sceny. W zasadzie nie robię wyjątków i donoszę iż w poniższym przypadku także będę nieugięty, bowiem uznaję iż może mniej instrumentaliści (chociaż rzecz jasna także, bo jak niby inaczej) dają radę, ale tylko względnie (poziom sprawności manualnej przecież z biegiem lat nie rośnie), ale wokaliści to są już poza jakimikolwiek "ale" i kropka. Nie ma takiej możliwości aby w pewnym wieku głos jak dzwon nie zaczął fałszować, albo nazwijmy taką sytuację najzwyczajniej zmęczeniem materiału i efekt tegoż po prostu dostękiwaniem, a nie pruciem powietrza mocarnym wokalem. Ian Gillan już około 15 lat temu na scenie takie oznaki zdradzał (byłem na żywo i słyszałem na żywo), a od tego momentu cokolwiek nie zdziałałyby obróbka studyjna i fachowa pomoc speców od emisji głosu, to samego sedna problemu się nie zlikwiduje. Tak to oto na enigmatycznie filozoficznie zatytułowanym nowym krążku wokal Gillana jest niezły, lecz mnie akurat strasznie męczący tymi wszystkimi drobiazgami w postaci stojącymi za chęciami realnymi możliwościami i wynikającymi z nich siłowymi zaśpiewami, które (będzie chyba komplement) nie irytują aż tak jak przecież jednak młodszego Dickinsona na tegorocznym albumie. Nie znaczy to mimo wszystko iż =1 słucha mi się dobrze, a przyjemność z kontaktu płynie i nie jestem w stanie przestać go słuchać. Absolutnie nie ma mowy abym napisał w podobnym tonie co uznane klasyczne marki recenzenckie że jest fajnie i super że fajnie jest, bowiem jak mnie coś męczy to to odrzucam, a akurat =1 zdatny był wyłącznie do jednej z kawałkiem tylko współpracy i również niezbyt odczuwam zmiany w składzie i nie bardzo podobają mi się wykorzystane po raz enty schematy i szablony aranżerskie, a same kompozycje bez wyjątku czy są słabe, a może lepsze, to nie posiadają ni jednej samotnej cechy świadczącej o ich wyjątkowości i zlewają się w jednolitą masę z której co niektóre fragmenty mogą być poniekąd zapamiętywane robiąc częściowe wrażenie. Deep Purple tak a.d. 2024 jak od ponad ćwierćwiecza nie nagrało ni jednego prawdziwego przeboju, a to świadczy jedynie o jego słabości, czy nieistniejącej już chyba żyłce do znakomitego komponowania, choć zapotrzebowanie na nowa muzykę legendy nie jest przecież znikome. Z tego co trafiło w moje gusta, a jest związane z wydaniem =1, to oprawa graficzna - ascetycznie piękna. Reszta tak jak powyżej, a jak ktoś potrzebuje głębokiej analizy tematów jakie poruszają teksty, to odsyłam do Onet-owej waty i innych platform oratorskich wysiłków, które bez żenady (jprdl serio!!!) określają dzisiejszych purpli numerem jeden na scenie hardrockowej. 

P.S. Reckę skleciłem i reckę prawie upubliczniłem i w ostatniej chwili zwyciężyła w stu procentach uczciwość. Tak tak, podoba się D77K Now You're Talkin', gdyż jest najbardziej spoko zwięzły, jednak Gillan mógłby tu sobie darować tą totalnie położoną próbę krzyko-falsetu, którą oczywiście wspomniane portale także się za-chwy-ca-ją.  

środa, 12 czerwca 2024

Deep Purple - Abandon (1998)

 

Abandon miał być inny niż Purpendicular, bo Abandon w założeniu miał być mniej eklektyczny, a bardziej tradycyjny, gdyż zapewne na taki zamysł wpływ miały po części reakcje fanów na poprzedni album, a że były mocno różne, to z pobieżnej lektury tekstów z tamtych czasów nietrudno się domyślić. Zaczyna się więc krążek z roku 1998 dla zwolenników hammondowo hard rockowej stylistyki bardzo obiecująco, bowiem Any Fule Kno That jest właśnie wyśmienitym w tym kierunku skomponowanym otwieraczem. Almost Human (dwójeczka z programu) niewiele, ale jednak mu ustępuje i chociaż klawiszowe motywy są tutaj wyśmienite, to jednak numer myślę nie posiada aż takiej nerwowej werwy aby rozentuzjazmować, lecz na jego korzyść, natychmiast po jego wybrzmieniu działa straszliwie zwyczajny i zdradzający oznaki wieku muzyków Don't Make Me Happy, a im dalej w las to... sorki, ale poza zamykającym stawkę, w nowej wersji przygotowanym (być może niepotrzebnie tak nagranym jak krytykowanym) Bloodsucker (Bludsucker), to numery raczej nie porywają. Oddając oczywiście szacunek całkiem ekscytującym gitarowym motywom podbijanym klawiszem z Seventh Heaven, o których niestety zapominam kiedy przeleci taki melodycznie lajtowy przesadnie Fingers to the Bone, czy niby tradycyjny, lecz niezbyt emocjonujący Jack Ruby, a korzystający z budowanego napięcia w harmoniach She Was przynosząc nieco orzeźwienia, finalnie jednak rozczarowuje. "A Band On" jest zbiorem utworów bez błysku wyraźnego i dalszego oczekiwanego w nich niby rozwoju akcji, a otrzymanego niby bezbarwnego ładowania do kompozycji pomysłów pozbawionych intrygującego kręgosłupa czy emocjonującego rozwinięcia. "A Band On" jest zatem krążkiem który posiada pojedyncze momenty, ale chyba ich aranżacja kuleje, bo wprawy instrumentalistom zarzucić nie sposób. Przyznam iż do "A Band On" mimo wszystko wracam i kiedy tak się dzieję, to coraz mocniejsze mam przekonanie, iż tylko startowy Any Fule Kno That posiada tą trafioną, bo zgrabną (od początku do końca spójną) formę.

niedziela, 24 marca 2024

Deep Purple - Purpendicular (1996)

 

Informuję (jak się z lektury tekstu okaże dość pokrętnie i finalnie fałszywie), iż to ostatni studyjny album Purpury który darzę nie aż takim bezkrytycznym wręcz uznaniem jak myślałem, a który przecież w sumie (już się zaczyna krytykowanie, którego miało w założeniu nie być :)) ma więcej już wspólnego z ugładzonym progresywnym hard rockiem, niż hard rockiem na sprężystych bluesowych resorach i zastanawiam się jak to możliwe, iż niemal wszystko (bo są jakieś tam wyjątki) nagrane po nim, odbieram jako materiały pozbawione pierwotnej mocy i nie tylko manifestujące dojrzałość wiekową muzyków oraz takież same umiarkowanie/zrównoważenie kompozycyjne, ale również momentami wręcz lekko już starczy niestety uwiąd. Nie kryje że tak jak progresywność przykładowo współczesnych maidenowych płyt do mnie nie trafia, tak owa też charakterystyczna, choć nieco oczywiście odmienna purlowska, zasadniczo też nie potrafi mnie uwieść. Jednak zawartość Purpendicular absolutnie nie odrzuca, tak samo jak pomimo wszystko brakuje jej wspomnianego ognia sprzed laty, co jest naturalne, jakby nie pojawiały się w szeroko spostrzeganym rocku nazwy zespołów, które bez względu na cyfry w metrykach członków, nie wpływają na pozbawienie ich twórczości pierwiastka żywiołowego, czy świeżości. Nie o nich jednak tutaj chcę w konkretach pisać, a tylko praktyczna rozkmina w temacie Purpendicular pobudza skojarzenia, natomiast jej słuchając, mam też podejrzenia, iż to raz otwierający mega klasyczny Ted the Mechanic może poniekąd powodować, iż typowo progresywny krążek nie wpada w tony pretensjonalne, a przywiązanie do jednej z najbardziej ciekawie rozbudowanych kompozycji w historii DP (Sometimes I Feel Like Screaming mam na myśli) też nie przeszkadza w tym, aby nie dopuścić do siebie myśli, iż jest to płyta bliższa tym których słuchanie przyjemności mi nie dostarcza. To więc rodzaj kuriozum, ale z drugiej strony jakbym miał nie doceniać warsztatu, pomysłów i aranżacyjnego rozmachu, jaki elementem właściwym Purpendicular i nawet jeśli przy kilku fragmentach mógłbym pokręcić noskiem, to tego nie czynię gdyż, ponieważ i tak jak powyżej. :) Są tu bowiem takie chwile i jest ich w sumie sporo, które rekompensują mi nieco momentami zbyt artystowski sznyt albumu i zgrabnie jak na materiał o sporej długości i myślę też o wyraźnych ambicjach, swatają energię w pierwotnej postaci hard rockowej nuty, z potrzebą pisania i grania muzyki bardziej oswojonej, jak przystało na ówczesny wiek muzyków. Należy też dodać przez pryzmat formalnych roszad w składzie, że Purpendicular to pierwsze dzieło zespołu w składzie ze Steve'm Morse'm i gdy je z poprzednikiem bezpośrednio słuchać po sobie, to The Battle Rages On (jednorazowy jak się okazało powrót z Blackmore'm) gitarową maestrią obydwu znakomitych instrumentalistów się nie odróżnia, tak jak dla odmiany słychać że kierunki i pochodzenia ich estetyk jest jednak nieco inne. Wyciągam więc na koniec jeden konkretny i słuszny wniosek, że Purpendicular był dla mnie jeszcze ważny, bo stosunkowo przez wzgląd na osobę Morse'a nowy, a dalej już trudniej zdecydowanie było mi Purpli kochać (no może za wyjątkiem w dwa lata później zarejestrowanego, bardziej tradycyjnego Abandon), gdyż atut progresywności we wpływie nowego wówczas gitarzysty na charakter muzyki, nie rezonował z moją emocjonalnością tak jak to robił z innymi pewnie fanami. 

P.S. Wszystko fajnie, fajnie wszystko, ale jednak ten The Aviator to jejku - bardzo na nie jejku. Na szczęście zaraz po nim leci Rosa's Cantina i A Castle Full Of Rascals, więc już jest ok. Ok w miarę jest. :)

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Deep Purple - Perfect Strangers (1984)

 


Powrót z Gillanem, w składzie który święcił największe triumfy. Odrodzenie z albumem, który ponownie zainteresował muzyczny świat twórczością Deep Purple. Startuje on z poziomu mega przebojowego Knocking at Your Back Door, któremu nie wiem czy bliżej do klasycznie purpurowej hard rockowej formuły, czy może do nieco jeszcze powściągliwej, ale jednak syntezatorowej ejtisowej maniery. Wiadomo że klawisze Jona Lorda posiadały swój własny charakter, kojarzący się jednoznacznie z właściwymi hammondowymi barwami, lecz ten drive w numerze otwierającym i wokół niego pływające elektroniczne motywy, to chyba bardziej już heavy rock niż hard rock spod znaku przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Zatem Deep Purple circa 1984, to mimo że kojarząca się z owym czasem, jednak inna bo znacznie bardziej wzorzysta koszula, już hawajska koszula, a świadczy o tym nie tylko Knocking... ale wszystko co po nim na krążku zamieszczone. Dalej jest równie żywo w sensie że żwawo, z biglem. Utwory pędzą oparte na całkiem prostym kręgosłupie rytmicznym perkusji Paice'a i liniach basu z rzadka wychodzących poza schemat podporządkowania dynamice i są ozdobnie obudowywane gitarową wirtuozerią maestro Blackmore'a oraz właśnie nazbyt syntetycznymi brzmieniami wydobywanymi z coraz wyraźniej orkiestrowej maniery Lorda. Jednak w moim odczuciu największą przeszkodą abym w Perfect Strangers odnajdował nutę tak inspirującą jak zwyczajnie sprawiającą przyjemność jest wykręcony poziom dźwięku. Zimny, sterylny, pozbawiony ciepłego funky groove'u, który tak fantastycznie bujał w okresie współpracy z Coverdale'm i Hughsem. Tym niuansem powrót z Gillianem i ojcem założycielem przegrywa z Mk III i Mk IV i nie jest tego przekonania we mnie w stanie zmienić nawet utwór tytułowy, niezaprzeczalnie stanowiący kanon purpury na równi z Smoke on the Water. Przepraszam więc zakochanych bez pamięci, oddanych do grobowej deski maniaków, że ja nie padam na kolana przed całym majestatem Perfect Strangers. Ja go rzecz jasna kupuję i raz na jakiś czas z ochotą odświeżam, ale za każdym razem utwierdzam się tylko w przekonaniu, iż to płyta która kosztem naturalnej pasji poszła kursem dostosowywania się do muzycznego kontekstu czasu w jakim powstała. Obecnie z punktu widzenia kilku dekad i późniejszego dorobku grupy jest dla mnie zupełnie jasne, że tym samym ruszyli w kierunku inspiracji mainstreamowym wówczas progresywnym graniem. Nie będąc fanem genesisowo-marillionowej konwencji, nie czuję się także wielbicielem tego efektownego, lecz znacznie mniej efektywnego wcielenia legendy, stąd proszę o wybaczenie i absolutnie nie obiecuję  zdanie zmienię. :)

P.S.  tacy maniacy, którzy wyczuwają na PS naturalne wpływy Rainbow i może to być bardziej niż myślałem obiektywne odczucie. Zastanawiam się teraz jakby te kompozycje zabrzmiały w wykonaniu Ronniego Jamesa Dio?! Zgodzę się też przy okazji z inną tezą,  szkoda że nie mieli odwagi wówczas dopracować Son of Alerik i uczynić z tego jamowania pełnoprawnego hitu. 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Deep Purple - Whoosh! (2020)




Whoosh! okazuje się poniekąd mokrym snem fana każdego niemal okresu z bogatej ponad półwiecznej kariery głębokiej purpury. Albumem który wiadomo, brzmieniowo staje na wysokości zadania i równa najwyższym współczesnym standardom producenckim. Wypieszczona aż nadto to laurka, którą sobie samym przygotowali mega doświadczeni scenicznie muzycy. Zawiera ona wbrew zabobonom trzynaście różnorodnych wielce kompozycji - takich megalitycznych dźwiękowych konstrukcji, mimo iż sięgających do własnych inspiracji dalekich od surowej prezencji, ale i nawiązań do okresu fascynacji progresywnymi ambicjami czy nawet omal symfonicznymi pasażami (czytaj popisami wirtuoza klawiszy), a ogólnie to po prostu maksymalnie uprzebojowionym i w liczne ornamenty zdobnym heavy-rockiem. Krążek przyznaje jest wielowymiarowy i wielobarwny, posiadający także cechy całkiem zgrabnie zaaranżowanych tendencji eksperymentatorskich oraz fajnie osiada w świadomości i zwyczajnie chce się do niego wracać. O tym wszystkim z pewnością już napisały lub lada moment napiszą wszystkie liczące się serwisy muzyczne, zatem nie mam zamiaru teraz rozkładać numerów na części pierwsze, a poza tym nie mam śmiałości tego robić zważając na status ich autorów i moją nadal skromną wciąż wiedzę muzyczną (ja się wciąż osłuchuje, wciąż się uczę!). Chciałbym tylko publicznie posypać głowę popiołem i zaznaczyć ponad wszelką wątpliwość, iż Whoosh! mimo iż wciąż podobnie jak kilka poprzednich płyt Purpli może irytować archaicznymi aranżami (te eksperymenty to przecież takie granaty hukowe, czyli wiele hałasu o nic), to zaskakuje energetycznym sznytem i naprawdę przyzwoitą formą wokalną Gillana. Tak więc byłem sceptyczny, a okazało się iż to krążek całkiem apetyczny. :) Oby starszych Panów fart chronił od tej pieprzonej covidowej zarazy i im się chciało, chociaż ciało by współpracy odmawiało! God Save Deep Purple!

piątek, 13 września 2019

Deep Purple - Burn (1974) / Strombringer (1974)




Nie ma co w tym miejscu liczyć na powściągliwość czy dystans. Nie wzniosę się nawet odrobinę na poziom obiektywny i nie dostarczę konstruktywnej, tym bardziej złośliwej krytyki, bowiem okres z Coverdalem i Hughesem na pokładzie głębokiej purpury wielbię miłością bezgraniczną, a tandem z 1974 roku uznaję za szczytowe osiągnięcie nie tylko w przywołanym składzie określanym jako Mk III, ale stawiam nawet na równi z ikonicznymi albumami pokroju In Rock/Fireball/Machine Head. To jasne, że Deep Purple z Burn i Stormbringer to dość różna formuła w stosunku do pierwotnych klasyków z czasów Blackmore'a i Gillana, ale przecież w dobrej muzie nie o gatunkowe ingrediencje, a o wartość jakościową chodzi. Tutaj nie mam najmniejszych wątpliwości, iż pod względem poziomu kompozycyjnego stawianie na równi Burn/Stormbringer z przykładowo Machine Head to żadne nadużycie. Genialny vibe, flow i taneczna siła oddziaływania to niewątpliwie zaleta studyjnych dokonać z 1974 roku, natomiast siła i potęga nośnego riffu, to walor twórczości z przełomu 60/70. Ale oczywiście jest to spore uproszczenie, gdyż składniki receptury, która dała purpurze sukces w ogólności się przemieszały, a że akurat w tym czy innym okresie pewne inspiracje są mniej lub bardziej wyraziste jest już tylko z dzisiejszej perspektywy podstawą do satysfakcji z owej różnorodności. Gdybym miał wymieniać i opisywać słowem starannie dobranym, bądź szybkimi skrótowymi skojarzeniami co jest dla mnie tak pociągające w każdej z tych łącznie siedemnastu GENIALNYCH kompozycjach, to z pewnością tekst rozrósłby się do opasłego opracowania lub w przypadku maksymalnie ograniczonego streszczenia oddałby w nikłym stopniu intencje piania z zachwytu. Nie pójdę w tych skrajnych kierunkach, ograniczę się tylko do sentymentalnej ogólności i dodam ponadto co już tutaj wyskrobałem, że gdyby nie te albumy to nie wszedłbym nawet odrobinę w świat zarówno soulowej wrażliwości jak i funky groove'u, stąd nie potrafiłbym jako twardogłowy ortodoks docenić w muzyce czegoś ponad siłę bezpośredniego przekazu. Aluzja to do rzecz jasna motorycznego grania stanowiącego fundament metalowej twórczości, w której do tej pory gustując (lecz obecnie znacznie bardziej wybiórczo) dzisiaj już wiem, że niejednokrotnie sobie klapki na oczy zakładałem, odrzucając z automatu wszystko to co nie kopało, bądź wrażliwości na poziomie mrocznego nastolatka nie dokarmiało. ;) Jestem zatem wdzięczny ikonicznej spuściźnie purpury i świadomy zobowiązania jaki między innymi u Burn i Stormbringer zaciągnąłem. Długu jaki współcześnie pozwala mi cieszyć się zarówno z dokonań takich współczesnych blues-rockowych grup jak Graveyard, Rival Sons czy Troubled Horse, ale przede wszystkim zatracać się w krążkach Kovacs, Hoziera, Fantastic Negrito i jeszcze kilku innych artystów dalekich od szablonowej formuły metalowo-rockowej. 

piątek, 1 września 2017

Deep Purple - Come Taste the Band (1975)




Można by w przypadku Come Taste the Band głośno z satysfakcją zakrzyknąć - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Można by gdyby nie fakt, że Stormbringer i Burn to były kapitalne albumy, a odejście Ritchiego Blacmore'a, czyli tak samo płodnego artystycznie, jak nieznośnego osobowościowo rockowego geniusza skutkowało finalnie ciszą w obozie purpury liczoną w kilku długich latach. Jednak sam krążek z 1975 roku nagrany bez tego fantastycznego gitarzysty to jakby zaprzeczenie kluczowej roli Blackmore'a w tworzeniu kapitalnych kompozycji sygnowanych charakterystycznym logiem. Deep Purple dzięki dezercji Ritchiego nabrali jakby świeżego wiatru w purpurowe żagle i w decydującym stopniu wspomagani niezmiernie utalentowanym i tak samo nieodżałowanym (R.I.P. 1976) Tommy'm Bolinem nagrali najbardziej taneczny album w swojej karierze. Słuchając bowiem Come Taste the Band nie ma mowy, by bioderka rytmicznie nie podrygiwały, a potrzeba zabawy z Coverdalem i Hughesem w popularne karaoke nie była usłyszana przez sąsiadów z innych kondygnacji. :) Pisze tak z własnego doświadczenia, z poczuciem zawstydzenia z efektów tego trójgłosu i ogromną satysfakcją z możliwości tak bliskiego obcowania z muzyką, która łączy idealnie ambicje i czystą rozrywkę w jedną znakomitą całość. Przesiąkniętą wybornym groovem funky, zwiewnym soulem, nostalgicznym bluesem i w końcu odrobiną klasycznego autorskiego hard rocka made in DP.  Z rewelacyjnymi wokalnymi popisami, głosami pełnymi pasji i aranżacjami linii wokalnych na poziomie kosmicznym. Z całą masa drobiazgów, małych ale istotnych zapożyczeń i toną talentu Tommy'ego Bolina. On ojcem sukcesu muzycznego i niestety dramatu życiowego. Z takim potencjałem, takim darem odejść w wieku 25 lat doprawdy NIEWYBACZALNE.

czwartek, 11 maja 2017

Deep Purple - InFinite (2017)




Przez modulator przepuszczony głos Gillana i za chwilę dość miękkie riffy podbite klawiszem wyraźnie zapowiadają, że ta głęboka purpura po raz kolejny jest u schyłku swojej kariery daleko od ikonicznych dokonań z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nie łudziłem się ani przez moment, że w tym zapewne już finałowym okresie swojej twórczości wykrzesają więcej ognia z wioseł zamiast zalewać faktury kompozycji wypieszczonymi solóweczkami i neoprogresywnymi klawiszami. Stąd unikam podczas odsłuchu oznak silnego rozczarowania i mogę w miarę z dystansu przez własne gusta przefiltrować zawartość InFinite nie ferując radykalnej oceny. Przecież podczas kilku kwadransów z nowym albumem purpury nie zanotowałem u siebie oznak znacznego znużenia, a nawet poniekąd obserwując odruch tupania nóżką dałem się porwać dźwiękom niekoniecznie przecież trafiającym bezpośrednio do mojego serca. Grają weterani słodziutko i nieco pompatycznie tego swojego klasycznego hard rocka z intensywnie używanymi różnorodnymi syntezatorami, tylko incydentalnie czystego, żywiołowego rock'n'rolla. Obecnie duch rocka progresywnego odgrywa w konstrukcji kompozycji niebagatelną rolę i skojarzenia kieruje w stronę Purpendicular, gdzie taka maniera osiągała swoje apogeum. I chociaż ten styl nigdy nie był i nie będzie spełnieniem moich marzeń jeśli chodzi o obraz Deep Purple, to każdy kolejny kontakt z InFinite jest bezbolesny i niewiele niestety wnoszący do twórczości grupy. Miarą krótkowieczności (tak sobie z fusów wróżę ;)) nowego albumu jest fakt, iż żaden z tych dziewięciu autorskich numerów nie ma szansy, by stać się ich żelazną klasyką. Jedynie zamykający stawkę fantastyczny cover The Doors ekscytuje na takim poziomie, by mógł spełnić warunki konieczne dla długiej przydatności i osadzenia się w kanonie. To smutne wielce, że umieszczając Roadhouse Blues na płycie sami sobie psikusa sprawili, utwierdzając w przekonaniu, że to co stare bardziej jare. 

P.S. Tak na marginesie dodam, że aby pozostać na topie, czasem trzeba paradoksalnie na lata ten top opuścić. Konsekwentne trwanie, systematyczne nagrywanie albumów o wysokiej jakości, lecz nie dorównujących ikonicznym krążkom niestety nie sprzyja podkręcaniu napięcia i budowaniu kultowego statusu. 

sobota, 16 maja 2015

Deep Purple - In Rock (1970)




Od tego albumu rozpoczęła się tak na dobre długowieczna, pełna zakrętów kariera Deep Purple. Sam wstęp do Speed King jednoznacznie uświadamia, iż będzie to krążek o mocy godnej poruszyć serce rockowej bestii, wtłoczyć w jej krwiobieg ciśnienie, na lata dostarczyć energii. Wszystko się tu zgadza, nie mam pytań i wątpliwości tylko dogłębne poczucie satysfakcji i obcowania za każdym razem z dziełem wyjątkowym, gdzie nic nie pozostawiono kwestii przypadku od brzmienia po ponad czterdziestu latach nadal wzbudzającego szacunek, w wersji zremasterowanej będącego wręcz modelowym dla całej współczesnej młodej generacji retro rocka. Przez same kompozycje szeroką paletą barw zachwycające, gdzie energiczne petardy, bujające żywiołowe bluesy, wytrawne z muzyki  klasycznej harmonie posiadają już immanentny sznyt purpurowego stylu, po kunszt wszystkich razem i każdego z osobna ówczesnych członków formacji. Zaś perła w postaci Child in Time to wraz ze Stairway to Heaven największe dokonanie w historii rocka w moim przekonaniu! Rola głównych aktorów sprowadzona do finezyjnego wykorzystania własnej wirtuozerii sięgająca szczytów artyzmu. Bohaterów pięciu i wpływu nie śmiałbym umniejszać żadnego z nich, jednak charakterystyczna maniera klawiszowa Jona Lorda, zręczne żonglowanie hammondowymi piskami, sprzężeniami to klasyczna wisienka na tym wyśmienitym torcie. Wypieku którego szlachetny posmak zależny bezwzględnie także od wokalnej, porywającej formy Gillana, Glovera wraz z Paice'm kręgosłupa rytmicznego oraz oczywiście maestro Blackmoore'a, którego legendarny trudny charakter rekompensowany kolosalnym talentem. I tak jak w kamieniu na niemal wieczność wykute postaci wybitnych synów amerykańskiej państwowości, tak symbolicznie w dźwiękach tych zaklęta magia i poważanie dla purpurowej ikony - póki rock trwał będzie!

sobota, 2 maja 2015

Deep Purple - Fireball (1971)




I poszli za ciosem jak to ówcześnie w muzycznym biznesie się przyjęło i w zaledwie ponad rok od premiery In rock na rynku zagościł nowy purpurowy longplay. Do stabilnej już formuły dorzucili odrobinę country zacięcia plus funkowej i soulowej subtelności. Jednak sednem tego wydawnictwa trzy kompozycje na lata już stałą rolę hiciorów grupy pełniących. Energiczny, pędzący przed siebie Fireball, o potężnym groovie Demons Eye oraz rytmiczny Strange Kind of Woman, po latach do albumu dorzucony. Wszystkie jednak kawałki z programu płyty na najwyższym poziomie i chociaż wśród trzech klasycznych krążków (In Rock, Machine Head, Fireball) on najmniejszą estymą się cieszący, to w żadnym wypadku w moim przekonaniu jakością od kultowego dwóch braci nie odstaje! MK II z pierwszego okresu to wielka klasa i tyle. :)

czwartek, 26 marca 2015

Deep Purple - Machine Head (1972)




Szczyt osiągnęli w opinii większości purpurowych maniaków w marcu 1972-ego roku, w okolicznościach conajmniej specyficznych, bowiem album powstawał w ruchomym studiu zaparkowanym tuż obok hotelu Grand w Montreux. Tą kultową już historię, kapitalnie opowiedziano w jednym z odcinków serii Klasyczne Albumy Rocka, podkreślając, iż rozpędzona lokomotywa koncertowa zatrzymała się na chwile by w niekomfortowych warunkach, lecz w pełnej chemii atmosferze spłodzić spontaniczne kompozycje. Wyrywa z buciorów na początek dynamiczny, punktujący rytmicznie, nakręcający skutecznie napięcie Highway Star z kapitalną sięgającą muzyki klasycznej, wspólną Lorda i Blackmoore'a solówką. Idą chłopy dalej bez zadyszki skutecznie za ciosem - marszowy Maybe I'm a Leo, niecodzienny rytmicznie, obrazowy Pictures of Home, singlowy o posmaku funku z melodyjnymi beatlesowskimi pasażami Never Before, po kulminacyjny Smoke on the Water. Prosty, nośny, prawdziwie heavy z riffem znanym niemal wszystkim, porywający współpracą brzmieniową gitary, basu i klawiszy, opowiadający w warstwie tekstowej historię słynnego pożaru. I zaraz potem nie obniżając jakości Lazy, Space Truckin' i wieńcząca finałowa ballada When a Blind Man Cries z łkającą partią gitary, spinająca klamrą całość i niezrozumiale pominięta w pierwotnej wersji krążka. Podsumowując to treściwe, spontaniczne dzieło, wielkim osiągnięciem rocka bez najmniejszych wątpliwości nazywane!

czwartek, 25 lipca 2013

Deep Purple - Now What?! (2013)




Z kronikarskiego obowiązku i szacunku dla legendy słów kilka o najnowszym materiale głębokiej purpury. Oschle zabrzmiało z takim zamierzonym dystansem, gdyż w moim przekonaniu ikona w swojej długoletniej karierze nigdy nie przeskoczyła albumów z lat 70-tych. Pomimo lepszych czy gorszych prób, bardziej nawiązujących do szlachetnej przeszłości lub eksperymentujących z nowymi rozwiązaniami czy flirtujących z ówczesnymi trendami, krążkami po Come Taste the Band nie byli w stanie przykuć na dłużej mojej uwagi. Niestety pomimo ogólnie pozytywnego wrażenia tego stanu nie jest w stanie zmienić także Now What?! Dlaczego? W telegraficznym skrócie! Przede wszystkim wyraźnie zmęczony wokal Gillana w którym czuje odciśnięte piętno wieku - taki casus Ozzy'ego z 13. Dodatkowo brak narastającego napięcia, kulminacyjnych momentów oraz przegięta długość materiału wraz z takim poczuciem jakie towarzyszy mi jeszcze podczas kontaktu z czterema ostatnimi materiałami Maiden - to cholera dobre ale takie wykalkulowane, mało wiarygodne jakby (z pełnym szacunkiem) dziadek popijając gorące kakao tłumaczył wnuczkowi jaki to rock jest energiczny, emocjonujący i podniecający. I nie będę tu próbował analizować muzyki, oddzielać ziarna od plew bo nonsensem wymądrzanie się w temacie obiektu którego aury się nie wyczuwa. To zwyczajnie dojrzałe dźwięki jednak w odczuciu moim ewidentnie pozbawione siły rażenia, mocy, tego wszystkiego co w ósmej dekadzie XX wieku decydowało o fenomenie Purple. Taka to sprytnie ułożona mozaika z cech charakterystycznych Perfect Strangers, The Battle Rages On i Purpendicular. Krążków wysoko ocenianych przez oddanych fanów grupy jednak starannie wymuskanych, nawiązujących bardziej do progresywnego, bogatego pop rocka niż surowego, potężnego hard rocka. Now What?! z pewnością bez obaw obok nich stawiany będzie wszak hańby nie przynosi. Mnie jednak nie porywa. 

Drukuj