Na pozór tylko rzewnie śpiewają, tęsknią okrutnie, a wizualna strona wystylizowana na brązy i czernie, wprost dołującej atmosferze dostarcza według intencji reżysera waloru. Miłość między dwoma młodzieńcami w czasach konserwatywnego (proszę rozumieć archaicznego) spostrzegania norm moralnych i kulturowych, takim fotograficznie ilustracyjnym zabiegiem stylistycznym, staje się w pierwszej chwili opowieścią, jaka potrafi mimo wszystko lekko znudzone oko przytulić. Niby snuja charakterem hipnotyzuje i artyzmem dopracowanej formuły oraz świetnie dobranych aktorów urokiem (Mescal, O’Connor), czy ciekawością, co z tej historii bardziej wrzącego, w sensie kontekstowo poruszającego wypełznie wciąga, ale gdybym w to ostatnie nie wierzył i atmosfera by mnie nie kupiła, błyskawicznie dałbym się porwać sennym majakom. Nuda i prostota (czytaj pierwszy odruch na slow motion) i niski poziom złożoności (główny wątek jeden i pozostałe uczynne wobec kluczowego), przyczyniły się jednak paradoksalnie u mnie do wyzwolenia ciekawości, zarazem skutecznie unikając odpływu w sen lub inne czynności. Gdy się bohaterowie widzą, dużo rozmawiają, zaglądając sobie głęboko w oczy, docierając do najgłębszych poziomów własnych intymności, a scenariusz przechodzi w naturę bardziej przygnębiającej wersji Brokeback Mountain - w czym się z Lalu niemal telepatycznie zgodziliśmy. Wtedy Lalu mi zaczyna do uszka opowiadać (a ja słucham jak należy, zaklęty), że dla niej to melodramatyczna opowieść o wzajemnej pasji, miłości i fascynacji, zanurzona w naturalnych dźwiękach natury, zapachu lasu, szumie drzew, śpiewie ptaków, powiewie wiatru - ukrywająca się w ciepłych nieśmiałych spojrzeniach, subtelnych gestach, gorącym dotyku bliskości. Urocza (dla kobiet mniemam zapewne intensywniej) wędrówka dwójki zakochanych w poszukiwaniu muzyki ludowej przekazywanej z pokolenia na pokolenie, na tle dramatycznych wojennych rozstań i powrotów. W celu utrwalenia obyczajowości, dziedzictwa, by ocalić od zapomnienia - głos, śpiew, słowo, dźwięk, melodię, historię. Wyprawa kształtująca uczucia, budująca przyjacielską relację w namiętnym splocie miłosnym. Romans niespełniony, niezaspokojony, tęskniący, melancholijny z bolącym, rozciągniętym, przenoszonym w czasie, finalnie aż w kierunku starości zakończeniem. Świetny duet na ekranie: nieco wycofany, empatyczny, o cichej wrażliwości Lionel (Mescal) oraz fascynujący kryjącą się w oczach tajemnicą i mrokiem w pięknej duszy David (O'Connor). Skradli serce Lalu i dzięki Lalu wrażliwości, mnie też połechtali, obowiązkowo po hetero męsku tam, gdzie pod warstwą ochronną czyste, nieskażone serduszko.
poniedziałek, 20 lipca 2026
poniedziałek, 10 kwietnia 2023
Living (2022) - Oliver Hermanus
Polecam cudny film, idealny na wielkanocne święta - może jeszcze zdążycie! :) Angielski remake klasyka Akiry Kurosawy (kto znał to znał, ja nie znałem i odbieram bez obciążenia porównaniami, kropka), obraz w którym zdjęcia archaicznie czarujące żyją niespiesznym rytmem i ten rytm przenoszą na skupioną narrację. Ja pozwoliłem się zatopić tak w opowieści treści, jak równie głęboko w scenografii i całym tu obecnym konserwatywnym brytyjskim anturażu, bowiem jak to jest pięknie, bo szlachetnie zrobione. Jak urzeka od pierwszych archiwalnych kadrów i jak wciąga w świat dawno miniony, bezpowrotnie odeszły. Bohaterem głównym mężczyzna wiekowy, sztywny biurokrata, niewolnik rytuałów, będący uosobieniem paragrafów, realizujący beznamiętnie swoje zawodowe obowiązki. Do wczoraj jeszcze wiódł on zaskorupiałą egzystencję, od dzisiaj chce się cieszyć każdym dniem który mu pozostał, bo właśnie powziął wiedzę jakoby zostało mu ich już bardzo niewiele. Nie wpada jednak banalnie w wir hedonistycznych pokus, gdyż jest na nie z natury uodporniony. Nie będzie też umierać jako wyłącznie precyzyjna bezduszna maszyna urzędnicza, bowiem mimo iż nigdy dotychczas nie pozwolił sobie na słabości, pilnując by obraz jaki w otoczeniu wykreował nie zawierał w sobie pierwiastka emocjonalności, a potrzeby własne zostały w jego charakterze odpowiednio wygaszone do poziomu akceptowalnego przez społeczne konwenanse, to wykorzysta własną siłę upartego perfekcjonisty, by pozostawić po sobie mały ślad, który być może odciśnie ślad większy jako przykład dla jego następców, ślęczących przy biurku w podobnym do jego rytmie codzienności. O między innymi zatem redukcji siebie do poziomu wymagań otoczenia ten obraz - z zamyślonym wyrazem twarzy bohatera i skoncentrowana na bardzo ważnej pracy, którą w sumie może wykonać każdy, ale może nikt nie wykona jej lepiej w mniemaniu Pana Williamsa (poruszający Bill Nighy) od jego samego, ta nie dosłownie, ale jednak myślę że bardzo wielkanocna historia. Ona też bowiem o potrzebie jaka budzi się u schyłku i absolutnie nie jest egoistyczna, więc nie kończy się żadnym skandalem obyczajowym, tylko wartościową puentą. :) Bardzo warto, między innymi daltegóż!

