Ależ ten Clooney ma ostatnio reżyserską serię i nie ma powodów uśredniając akurat, by się nią ekstremalnie zachwycać. Kręci albo obsesyjnie bezpiecznie, albo to po prostu podejście pragmatyczne, by się nie wychylając wciąż być na względnym topie, dzięki filmowej sztuce, która ze sztuką wysokich ambitnych lotów nie ma za wiele wspólnego. Podejrzewam też że może gość zawsze był jedynie poprawnym twórcą, tak zwanym potocznie wyrobnikiem bez oprócz łatwego ze względów rozpoznawalności wciskania się na szeroką listę ewentualnych nominacji oscarowych, żadnych większych ambicji, a to co bardziej mi się z jego kariery podobało (Good Night and Good Luck, The Ides of March, Suburbicon i ostatnio The Tender Bar), to tylko te produkcje oczywiste, ale z fajniejszym, zależnym od innych niż bezpośrednie reżyserskie wpływy szlifem. Ósemka ze sternikiem leży idealnie pośrodku tego co mnie kompletnie zawiodło, a tym co uważam za szczyt Clooney’a formy i nie tylko przez wzgląd na hollywoodzko zdatny temat do obróbki może być uznana za film idealny na niedzielne popołudnie spędzone w familijnym, dumnym z amerykańskich osiągnięć gronie. Historia autentyczna, historia motywująca i inspirująca w znaczeniu przyjęcia za pewnik, że Ameryka to kraj szansy do wykorzystania dla każdego w dorosłość wkraczającego, w rożnych dyscyplinach życia oraz historia napisana właśnie tak przez życie, iż niewiele jej trzeba dodawać, a tylko lekko wyszlifować na potrzeby zapewnienia całkiem niezłych przychodów z multipleksowych biletów. Tym podobnych akcji w kinie mainstreamowym było mnóstwo i absolutnie Clooney’owi nie brakowało wzorców do odwzorowania aby jego idealnie odnalazła się w guście niedzielnego kinomana. Rzecz w tym że czasami zdarzały się wyjątki, które prócz banalnych schematów proponowały też jakąkolwiek oryginalność, czy wręcz emocjonalnie porywające kulminacje, a tu czas podczas seansu płynie, człowiek gapi się w ten ekran i zbyt często odpływa w myśli kompletnie nie związane z opowiadaną historią, więc napisać iż obejrzałem coś dla mnie ważnego, co zostanie ze mną byłoby odpowiednikiem zakochania się w kimś z kim przebywając, myśli się co by tu jutro zrobić bez tej osoby ekscytującego, chociaż w tym momencie jest bezpiecznie i bardzo miło, a dodatkowo uroda darzonej uczuciem partnerki, taka która podoba się w zasadzie wszystkim, ale pośród babeczek z większym charakterem, a mniejszymi lub bardziej wyrafinowanymi walorami estetycznymi, po prostu zanika się w tle. Ciekawe czy jasno dałem do zrozumienia, że spoko spoko, ale no przecież życiem trzeba się zaciągać, aż się we łbie zakręci, a nie sobie tak je pykać, by jutro nie pamiętać co się wczoraj robiło.
poniedziałek, 22 kwietnia 2024
wtorek, 5 lipca 2022
The Ides of March / Idy marcowe (2011) - George Clooney
czwartek, 13 stycznia 2022
The Tender Bar / Bar dobrych ludzi (2021) - George Clooney
Historie wprost z życia i jeśli jeszcze są to historie rodzinne, to jest to moja ulubiona kategoria filmowa. Oczywiście oprócz kilku innych, czyli włoskiej gangsterki, amerykańskiego boksu, czy wszystkich tych przekozacznych filmów spod znaku twórczości takich współczesnych tuzów jak Paul Thomas Anderson, Yorgos Lanthimos, Tom Ford i im podobnych. :) Ale to prywatne wyznanie nie jest w tym momencie najważniejsze i nawet mega ważne nie jest, że w najnowszym filmie George'a Clooney'a wszystko jest na miejscu i można podczas jego seansu poczuć się fajnie i błogo. Najbardziej rzucająca w oczy i istotna jest bowiem milutka dla oka rola Bena Afflecka, który karze mi tym samym odszczekać tu natychmiast, że jest totalnym aktorskim drewnem. Wujek Charlie w jego wykonaniu jest po prostu gigant - świetny kumpel i znakomity ojciec z recyklingu. Nauczony życia przez doświadczenie prowadzenia baru, potrafiący słuchać, wyciągać wnioski i dawać praktyczne rady. Fartem to fantastyczny ojciec w miejsce ojca, który więcej by popsuł swoją obecnością niż pożytku z niego by było. Dzięki nie tylko świetnej kreacji wujka Charliego opowieść o niezwykle zwykłym dorastaniu "Dżej Ara", powstała na podstawie autentycznych dzienników, jest w aktorskim wydaniu imponująco prawdziwa. Fajny też jest klimat tych zwariowanych lat przełomu 70/80 i fajne są fury brzmiące jak prawdziwe samochody, a nie nowoczesne elektryczne maszynki do czegoś nieprzydatnego i w ogóle to ich drzwi nie zamykają się na jakiś pozbawiony charakteru click. Ponadto, pisząc do do bólu poważnie jego wydźwięk terapeutyczny to wielka wartość dodana, a feel good movie charakter idealny na samopoczucia poprawę. Piękny i prosty, bo bliski sercu, posiłkujący się obrazowo rockowymi standardami dla uatrakcyjnienia klasycznej w formie narracji, film o poszukiwaniu tożsamości i autorytetu. O porzuceniu i zagospodarowaniu pustki, dzięki temu szczęśliwemu (nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło) wykonywania obowiązków rodzicielskich przez biologicznego Pana Ojca. Taka poniekąd druga Elegia dla bidoków ogólnie - takie szybkie i bardzo aktualne skojarzenie mam, że niedawno coś podobnego (nie dosłownie) było i było całkiem niezłe, a to jest chyba nawet i lepsze, pomimo że momentami nierówne i szczerze pisząc tak klasyczne, że może i delikatnie wtórne. Dzięki fajnie zwyczajnemu The Tender Bar George Clooney w kategorii reżyser odbił się od dna prawie ono osiągając bardzo niedawno, za sprawą Nieba o północy. A to już stanowi wielki plus i całkiem myślę konkretną rekomendację.
środa, 20 stycznia 2021
The Midnight Sky / Niebo o północy (2020) - George Clooney
Clooney kolejny raz reżysersko - tym razem a' la futurystycznie, czyli w stylistyce fantastyki naukowej. W dodatku mocno filozoficznie oraz z wykorzystaniem (jak to w tym gatunku jest niestety naturalne) wszelkich wytartych schematów na setki już sposobów przemielonych. Oczywiście gwiazdor nie omieszkał tu posiłkować się nowatorskimi możliwościami technicznymi widocznymi w obróbce obrazu, by wrażenie wizualne na widzu zrobić. Nie wyszło mu jednak dobrze i to o zgrozo na całej szerokości zastosowanego wielkiego rozmachu. Żeby być uczciwym, nie jest to (jak można by po wstępie przypuszczać) też przede wszystkim paranaukowe kino, tylko bardziej nostalgiczna ballada o człowieku z życia społecznego wycofanym. Opowieść o osobniku trzymającym relacje z innymi na dystans - szczególnie z perspektywy i w obliczu pasji oraz ambicjonalnego wyzwania. Problem w tym że mogłoby tu być nawet tak smętnie jak smętnie jest (nie mam z tym zasadniczo problemu), gdyby pod tą nużącą fasadą narracji żył puls większy (chociażby jakiś), a forma była podporządkowana wyłącznie naturze refleksyjnej i nie stanowiła tu wszystkiego i niczego zarazem. Jest jednak to obraz po prostu słaby, niemal irytująco nijaki – oparty wyłącznie na kalkach i jeszcze bez dobrego pomysłu powielonych. Ale i tak już lepiej kiedy nudzi tym nijakim dołowaniem, niż kiedy akcję próbuje rozkręcić pozbawionym autentyzmu i potwornie kiczowatym użyciem grafiki komputerowej (uwaga kontener się topi, ale spoko wszyscy uratowani). Wtedy z filmu w założeniach wartościowego lecz w finalnym efekcie przez jakikolwiek brak autokrytycyzmu położonego (z godnym potępienia niewykorzystaniem potencjału) robi się cholernie tandetna, żenująca potwornie klucha. Klucha którą (bardzo mi przykro) chyba w zasadzie to jest od startu do mety, a ja powyżej tylko na siłę szukam choć małych pozytywów. Bo przecież jak pamiętam to Clooney świetne filmy robić potrafi.





