Drodzy fani klasycznych hard and heavy brzmień, oto Green Lung, synowie Albionu, którzy dumnie niosą pochodnię jaką niegdyś dzierżył w dłoni sam Ronnie James Dio - tak na najbardziej ikonicznych ze swoim udziałem płytach Balck Sabbath, jak i startowych krążkach Rainbow, czy przede wszystkim solowym projekcie. Takie najprostsze skojarzenie mam, kiedy This Heathen Land się kręci, a kręci się jako chronologicznie trzeci album Anglików i drugi jaki poznaję. Względnie niedawno pisałem bardzo pozytywnie w temacie Black Harvest, a obecnie nie omieszkam równie ciepło skreślić kilku zdań odnośnie trójki, która to jest logiczną kontynuacją dwójki, z tym że bardziej jeszcze dopracowaną koncepcyjnie, a momentami odjeżdżająca bardziej w kierunku Rainbow, kiedy Red Harvest trzymała moim zdaniem twardy kurs na Heaven and Hell i Mob Rules. Chcę też przez to powiedzieć to co dałem do zrozumienia w pierwszym zdaniu, czyli że Green Lung jest po prostu klasycznie hard'n'heavy, oczywiście w formule wyspiarskiej i nie ma co spodziewać się jakichś "WACKENowych" operetek cuchnących kiczowatym teutońskim rycerstwem, bo to "rycerstwo" po Brytyjsku siedzi głębiej w okultyzmie, niż chełpi się gęsto zarośniętymi muskularnymi klatami, co by mogło też wykluczać je z zasięgu heavy metalu zza oceanu. Czuć w tej nucie retro rockowe inklinacje i przez to też stosunek wpływu przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a dokładnie hard rockowych sytuacji z tego okresu jest znacznie większy, niż oddziaływania eitisowych heavy klimatów. Sama oprawa graficzna także sugeruje, że diabły i demony, tfu wróżki i czarownice inspirują muzyków Green Lung, a najsamprzód to nazwa ansamblu od razu sugeruje, iż zamiłowanie do "natury" czyni ją od strony lirycznej tym czym jest. Pogańskie obrzędy, bardzo głęboko w tradycji wyspy zakorzenione magiczne rytuały. W muzyce natomiast tradycyjne dla starej szkoły hard rocka i heavy metalu riffy, z doom-progresywnymi wycieczkami, charakterystycznymi leadami gęsto oblanymi nie tylko i wyłącznie hammondowo brzmiącymi klawiszami. Chóry podniosłe, potężne bębny, solówki melodyjne oraz folkowa aura. Niby mi się to fantastycznie klei do uszka, a takie perły jak The Forest Church i The Ancient Ways, to samo co w stylistyce najlepsze i nie ma się co wstydzić takich jakościowo kapitalnych fascynacji. Tyle że od czasu do czasu lubię wkręcić się w taką archaiczną muzyczną hipnozę, bo trzymanie się jej bardziej kurczowo, w sensie na okrągło mogłoby gusta sprowadzić do poziomu lekkiej przaśności. Stąd warsztat i czucie formatu chwalę, ale jakby pojawiła się okazja do wyjazdu na gig Green Lung, to myślę żebym się nie zdecydował, bo w sumie nie mam w garderobie ani płaszcza ani fikuśnego kapelusza, a przecież nie będę pajacował udając się do wypożyczalni strojów karnawałowych, aby wtopić się w towarzystwo zdeklarowanych fanów pogańskim folkiem liźniętego hard and heavy. Przepraszam zagalopowałem się - to przecież nie jest wizualny klimat Blackmore's Night. :)
sobota, 18 listopada 2023
Green Lung - This Heathen Land (2023)
piątek, 17 lutego 2023
Green Lung - Black Harvest (2021)
Wczoraj nawinąłem na uszka (dorzucając do archiwizacji) kilka słów dotyczących nowej płytki Norwegów z Sahg, a dzisiaj przy okazji drugiego longa Londyńczyków z Green Lung wyjaśnię dlaczego Sahg pomimo nagrania bardzo dobrego materiału dość szybko opuścili mój odtwarzacz, bo ich miejsce właśnie zajęli i jakoś nie chcą mu miejsca ustąpić właśnie autorzy Black Harvest. Tak się składa że obydwa krążki z jednej mniej więcej półeczki gatunkowej, tylko jak Black Demon dotknięty tą mroczno-sakralną aurą bliską Candlemass, tak Black Harvest przesiąknięty klimatem podobnym jaki Black Sabbath po rozstaniu z Ozzy'm do własnej twórczości wtłoczyli. Mówię tu niby także o powiązaniu doom metalu z heavy metalem, ale przy znacznym wpływie pierwiastka hard rockowego, w czym Green Lung zdaje się jeszcze bardziej wychylać w kierunku (daleko nie poszukam) takich Uriah Heep czy rzecz jasna Deep Purple. Stąd nuta staje się bogatsza brzmieniowo i dużo trudniej jej wpaść w typowy melodyjny schematyzm heavy-doomowy, choć absolutnie chwytliwości jej nie brakuje. Poza tym Black Harvest to także większa energia witalna oraz szersze spojrzenie na estetykę, bo nie usłyszeć folkowych ingrediencji wprost z zamków i lasów Albionu i dla równowagi stonerowego amerykańskiego piachu w ich muzyce, to być po prostu głuchym na oczywistości. Jednako nawet jeśli brzmienie przywodzi skojarzenia stonerowe, to tylko jakieś jego nikłe echo, bowiem dźwięk tak na konsolecie podkręcony, że tak jak wspomniałem powyżej najbliżej mu do legendarnych albumów Black Sabbath - dodam tych z nieodżałowanym Ronaldem Jamesem Padovoną. To zapewne także te podniosłe mnisie chóry, czy inne klimatyczne inklinacje takie wrażenie podświadomie sugerują, ale i charakter gitarowych pasaży nie trudno powiązać nawet z wpół solową karierą wielkiego Dio. Innymi słowy brzmi to wszystko tak znajomo, ale jednak po swojemu i nie pokuszę się tym samym o stwierdzenie że Green Lung ślepo legendy naśladuje, gdyż tak sprytnie z inspiracjami kombinuje we własnym tyglu je mieszając, iż należy im się szacunek nie za podrabianie, ale za podrabianie z tzw. bożą iskrą. Urodzili się by tak grać i tylko pewnie z punktu widzenia popularności i płynących z niej możliwych wysokich apanaży, szkoda że o cztery dekady spóźnieni, ale z drugiej strony interesu gatunku, dobrze są tacy muzycy współcześni, którzy tak oddając hołd ikonom, nie pozwalają ich twórczości stać się wyłącznie przeszłością.

