Zachęcony (choć przeczuwałem że za rekomendacją stoi szacunek dla kina ckliwego, kina szlachetnego, lecz bez impetu ponad emocje cieplutkie, dla serduszka milusie), wrzuciłem i bez gigantycznego zaangażowania obejrzałem. Historię na pozór przyjaźni ludzi po przejściach z ośmiornicą staruszkiem, która czuje więcej, wykraczając zmysłami i obserwacjami poza ludzkie pojęcie - opisującą rzeczywistość i to co w duszach ludzkich, mocno skrywane tkwi. Ośmiornica jest tu narratorem, a człowiek obiektem do rozpoznawania. Przyjaźń ze śluzowatym, inteligentnym stworzeniem i jako kluczowy wątek rodząca się więź pomiędzy starszą Panią, a młodym, zagubionym, pozornym lekkoduchem z rozpadającego się campera i dość banalnie, schematycznie jedno drugiemu zastępujące utracone ważne osoby. Ona traktuje go jak syna, a on ją niczym matkę i to jest słodkie, budujące, ale takie bez siły rażenia, mimo że zapewne w swoim dramatycznie familijnym i bardzo poprawnym wydaniu humorystycznym, łatwe do przyswojenia i potraktowania z sympatią. Miły aż do przesady seans, terapeutycznie dla osób wrażliwych seans wartościowy, ale niemożebnie płaski, dla wymagających intelektualnej głębi kompletnie nie ekscytujący. Doceniam cel w jakim powstało, ale nie ma możliwości bym napisał, że to coś więcej w wydaniu artystycznym niż letnia, a w ujęciu treści spłycona, uproszczona familijnie wersja życia na potrzeby niedzielnego seansu w gronie rodzinnym. Daje miłe wrażenia wizualne, czas na kojące kontemplowanie spokoju, relaksu, jednocześnie męczy, mdli uproszczeniami w znaczeniu prostotą psychologiczną. Jednak nie umieszczając w kategoriach tandety, uważam pomimo że momentami przekracza granice znośnej pogodnej ckliwości i wzruszu przesłodkiego. Liczyłem na coś po prostu bardziej wyważonego i wytrawnego, bez kierowania się w stronę finału z telenoweli, więc prawdę mówiąc przyjąłem taką skumulowaną dawkę rozczulania na dwa razy, bez względu że miło było zobaczyć Sally w czymś bardziej głośnym, po latach.
niedziela, 31 maja 2026
środa, 9 listopada 2022
Where the Crawdads Sing / Gdzie śpiewają raki (2022) - Olivia Newman
Jest odczuwalny wzrusz, poczucie przejęcia na poziomie najbardziej podstawowych odruchów emocjonalnych, bo jest to film bardzo malowniczy i kobiecy, na podstawie podobno powieści którą zapewne kobiety uczyniły bestsellerem i to żaden zarzut czy też kamuflowana drwina, bowiem pomimo świadomości że tak wprost miał scenariusz zagrać na uczuciach, to zagrał też na nich w moim przypadku. Dość grubymi niby nićmi szyte zabiegi, od scenariusza po aktorstwo, ale coś w tej historii było takiego, co nie pozwoli mi teraz bezpardonowo krytykować i czepiać się okazale widocznej pokusy opierania oddziaływania na ckliwości wykorzystywaniu. To prawdopodobnie ta tradycyjna forma, kojarząca się ze starym kinem sprzed ponad nawet sześćdziesięciu laty. Kinem które może dzisiaj nie imponuje efektownością narracyjnych rozwiązań, lecz uwrażliwia posiłkując się anty trendziarską prostotą pięknego obrazu i archetypicznej miłości. Mnóstwo we wspólnym hicie Delii Owens i Olivii Newman stereotypów, oczywistości w brud, ale też prawda uniwersalna o podłości ludzkiej, odrzuceniu, niezrozumieniu, wreszcie wyszydzeniu, zaszufladkowaniu, osądzeniu i strachu przed nieznanym, innym, niecodziennym. W tym wymiarze mnie najbardziej wzrusza i budzi odruch złości, że ludzie to raz nie mają litości, dwa tak łatwo stygmatyzują i wyciągają wnioski, które są dla nich najwygodniejsze. Bowiem skomplikowanie świata i różnorodność indywidualnego życia, doświadczeń jednostkowych powstrzymuje od próby empatycznego zrozumienia, a i zwyczajnie łatwiej jest kierować się przekonaniami podsuwanymi, niż tymi zdobytymi własnym wysiłkiem i praktyką. Stąd też ta szablonowa przypowieść jest tak przewidywalna, ale równocześnie przez to także wartościowa, bo ona o konfrontacji skromności z zadufaniem, prawdy z kłamstwem, wreszcie naturalnej, bo wywodzącej się z praw przyrody sprawiedliwości, ze sprawiedliwością zarozumiałego człowieka i myślę, iż należy przypominać aby nie przejść nie tylko nad tym filmowym banałem do porządku dziennego, nie przyzwyczaić się i finalnie nie uodpornić znieczulając. Może jest to odpicowana wizualnie staromodna bajeczka z wątkiem tragedii oraz wątkiem kryminalnym - wątkami które dbają żeby nie było to czysto harlequinowskie widowisko, więc pewnie wzbudza mieszane odczucia i widzów dzieli, a ja podzielam bo rozumiem jednych i drugich wątpliwości, tudzież zarzuty.
.jpg)