Sytuacja wygląda mianowicie tak, że mam już przed sobą i kilka razy zdążyłem się przez niego przegryzać, nowy, mniej obfity album ekipy Justina Greavesa, a do rozczytania głębszego i wymierzenia maksymalnie subiektywnej jeśli będzie potrzeba takowo krytyki, pozostaje mi nadal album poprzedni, gigantyczny, przed czterema laty wydany. Wypadałoby podejść zasadniczo chronologicznie do wyzwania, ale Banefyre swego czasu po oględnym sprawdzeniu nie przytrzymał mnie jak widać na dłużej, więc porzucając zasady i nadal uciekając przed przytłaczającą czasowo potęgą dwupłytowca z roku 2022, zabieram się za bieżący materiał. Przyciągła mnie bowiem Sceaduhelm oprawą graficzną, kolorystycznie ascetyczną, ale i obrazkową stroną tego co w necie z nowej płyty grupa wizualnie promuje. To jasne nawiązanie do ilustracji z w międzyczasie wydanego krążka na okazję jubileuszu i jak dla mnie fajna kontynuacja tejże ciekawej koncepcji, więc skuszony chyba bardziej na pierwszym etapie plastycznie niżby muzycznie donoszę co poniżej. Donoszę twierdząc co następuje, że Sceaduhelm pomimo z pozoru piosenkowego charakteru należy wciągać z determinacją długo, aby pod bardziej niż dotychczas ograniczonej jednak stylistycznie powierzchnią dostrzec wciąż istotne w tej muzyce niuanse. Może mniej tutaj progresywnego, doom rockowego (tak to nazwę) zadęcia, a więcej skomasowanego rocka, lecz to nie są tylko zwięzłe pioseneczki, a całość poprzez sporą ilość dopuszczonej do udziału w dramaturgii narracyjnej samplowanej gadki, wciąż może być katalogowana jako epickie spostrzeganie dark rocka czy metalu. Jestem skłonny zarazem stwierdzić, że ten materiał jest w odróżnieniu od wcześniejszych bardziej efektywny niż efektowny, ale czuje również podczas wieczornych podróży przez ten nowy koncept, iż oferuje mi on znacznie więcej niż bym pomyślał po jednym czy dwóch odsłuchach. Jedzie tu szef projektu na klimacie wokalnym (szorstkość i tajemniczość, bodaj trójki głosów) i brzmieniach bliższych prostocie aranżacyjnej ejtisowej klasyki brytyjskiego rocka gotyckiego, ale o inspirowaniu się nimi wprost po całości raczej nie ma mowy. Moim zdaniem mocny bit perkusyjny i basowy trzon - on tylko motywacją dla fundamentu zacieśniającego obecny związek Crippled Black Phoenix z wymienioną sceną, gdzie toporne (czytaj ascetyczne :)) brzmienie i specyficzny sound, lokowany pomiędzy zimną sterylnością, a garażowym brudem, tworzą idealną symbiozę z dotychczasowym style CBP i wykorzystanymi tutaj filmowo samplowanymi monologami, dialogami i odgłosami. Uznaję, iż bardzo okej psychodelicznie gotycko rockowy album nagrali, który na koniec nieco przed finałowym, podniosłym, ośmiominutowym hymnem subtelnie zwalnia, jaki ma też tajemnicze oddziaływanie na psychikę, bez konieczności nawet wgryzania się w teksty - jak w moim przypadku na razie ma to jeszcze miejsce.
wtorek, 5 maja 2026
środa, 13 sierpnia 2025
Crippled Black Phoenix - White Light Generator (2014)
Gdyby nie poszarzałe i bardziej szorstkie riffy, to White Light Generator można by wprost uznać za w stu procentach inspirowany młodszymi albumami z Pink Floyd dyskografii - taki jest w nim odczuwalny kierunek na rozwijanie atmosfery i podążanie ku punktom kulminacyjnym, czyli progresywny sznyt. Posiad ten sznyt charakter floydowy, lecz jest raczej metalowy niżli rockowy, mimo że mega daleko WLG do brutalności skojarzonego z nim gatunku. Może to jakaś sugestia która zagnieździła się w moim łbie i podpowiada scenę z jakiej pochodzi Greaves - może tak być poniekąd. Poniekąd być tak jednak tym samym nie może, bowiem jak wbija coś bardziej w rytmice kroczącego i mniej rozmytego, a w dodatku towarzyszy tej wyrazistości epicko-hymniczny mrok, to rzeczywistość jasno daje znać, że czuć to co czuje i wypisuje powinno być usprawiedliwione. Krótko! Potrafią grający z Greavesem muzycy dołożyć do pieca, rąbnąć stanowczo (na przykład w Black Light Generator), ale i kreślić pejzaże jak na starcie krążka między innymi. To co łączy poszczególne wymiary wtłoczone w WLG, to stała muzyczna melancholia, zdołowana mimo wszystko na poziomie średnim niżby wysokim oraz lokowanie się w obszarze kompozycyjnej przejrzystości, gdyż nawet jeśli siódemka w dyskografii CBP uderza w tony artyzmu, to zbudowana jest z łatwo przemawiający do mniej arcy ambitnego rockowca/metalowca. Nie ma zatem w muzyce ekipy Greavesa czegoś wyjątkowego, ani w strukturach utworów, a ni też samych numerach, jakie brzmią najzwyczajniej dość na swój quasi floydowy sposób chwytliwie - szczególnie gdy wokalnie kierownik tego zamieszania stara się chyba poudawać lekko Watersa. Tego czego mi brakuje aby ten i jeszcze nie tylko ten krążek byłego pałkera Electric Wizard zawiera się w nazbyt monotonnej jednak prostocie aranży, ich schematyczności, bez względu że przecież melodie i riffy potrafią mnie schwytać w sieć i gdzieś nie na siłę jednak oczarować. Sporo mógłby ten band u mnie ugrać, gdyby nie to co powyżej i tendencja do przeładowywania ilością samej muzyki, bo ponad siedemdziesiąt minut, jak w przypadku rzeczonej, to wymiar nazbyt obfity by go dźwigać tak, by mieć ochotę płytę zapętlać.
piątek, 15 listopada 2024
Crippled Black Phoenix - The Wolf Changes Its Fur But Not Its Nature (2024)
Na okoliczność dwudziestolecia istnienia głównodowodzący ekipą brytyjskich alternatywnych smutasów, jako pierwsze danie serwuje antologię kompozycji z początkowego etapu działalności, a na drugie zapowiada zbiór coverów, jakie zainspirowały jego i towarzyszy do wyruszenia w tą trwającą dwie dekady podróż. Pierwsza część dwupłytowego albumu "kręci" się już i bardzo intensywnie dostarcza mi przyjemności, natomiast druga jeszcze do końca tego roku jest zapowiedziana. Przyznam że takie akcje z "odgrzewanymi kotletami" z rzadka mogą liczyć na moje zainteresowanie, aprobatę, nie mówiąc już iż mogą one rozgrzać moje serducho. W przypadku Crippled Black Phoenix okazało się iż rzecz ma się zupełnie inaczej i zostałem ja wręcz pochłonięty zawartością The Wolf Changes Its Fur But Not Its Nature od pierwszych dźwięków, promującego pomysł 444 - na jakie wpadłem oczywiście surfując beztrosko po zasobach internetu. Dalej poszło już gładziutko, bowiem wszystko co treścią opisywanego krążka z łatwością do odnalezienia w sieci i wspaniałą muzyczną przygodą, w zasięgu jednego kliknięcia, a ja od premierowego pełnego odsłuchu korzystam z niej obficie i jestem mocno zaskoczony jak silnie we mnie rezonuje i zaraz po sprawdzeniu oryginałów (nie wszystko znałem, CBP jako priorytetu do tej pory nie traktowałem), nasuwa mi się jeden podstawowy wniosek, że soczysta produkcja i rozmach aranżacyjny nie tyle zmieniły ich charakter, co dodały im siły i mocy. Wspomniany sztandarowy 444 to idealny przykład i kapitalna zachęta do sięgnięcia po całość, jeśli ceni się klimat epicki, lecz bez grama przesady powodującej iż z emocjonującego hymnu kompozycja zmienia się w tandetnego emocji wyciskacza. Crippled Black Phoenix wydają zatem w dwóch fazach jeden album dwupłytowy i znów zalewają mnie finalnie oceanem dźwięków, podobnie jak uczynili to wypuszczając materiał poprzedni, lecz na szczęście nie popełniają podobnego błędu jak w przypadku Banefyre, który tą ilością mnie przytłoczył i w sumie zniechęcił, gdyż do tej pory po kilku pierwotnych podejściach nie zdołałem spisać w jego temacie opinii. Wprowadzenie kolosa w dwóch krokach, to zdecydowanie lepszy pomysł aby dać szansę odbiorcy się z nim zaprzyjaźnić, a ja chłonąc i rozkoszując się "krokiem pierwszym" mam w sobie teraz apetyt na "krok drugi". Sekret tkwi chyba zatem w ilości, ale też formie i jakości materiału. Ten obecny ma wszystkie cechy jakie zainteresowały mnie kiedyś projektem Justina Greavesa i tak sobie kojarzę, iż w ostatnich latach tak miło zaskoczony zostałem opublikowaniem "wykopalisk", gdy Antimatter zaproponowali w 2022 A Profusion of Thought.
czwartek, 21 września 2023
Crippled Black Phoenix - Ellengæst (2020)
Słucham sobie w tym momencie trzeci raz z rzędu Ellengæst po kilkumiesięcznej przerwie i dopada mnie refleksja prosta, która już kiedyś lekko korzenie w mojej głowie zapuszczać zaczęła, że ten krążek to najlepszy album Crippled Black Phoenix jak zdarzyło mi się więcej niż około dwudziestokrotnie przesłuchać, a przewaga jego nad ostatnim, to zdecydowanie bardziej zwarta formuła, bowiem nie jestem fanem albumów o przesadnie dużej zawartości muzyki, a niestety Banefyre takimż właśnie kolosem jest i mnie akurat niełatwo z tym żyć. O Bronze i Greate Escape pisząc też bodajże napomknąłem, iż przesadne rozmiary nie sprzyjają w moim przypadku nawiązaniu z płytą trwałych relacji, a Ellengæst mimo iż niewiele krótszy, to myślę za sprawą ciekawszych, bo mniej szablonowych aranżacji w konfrontacji z wymienionymi zyskuje. Progrock na całego, mroczny (cold wave wpływy robią swoje) i wielowątkowy, a w dodatku urozmaicony licznymi wokalami (zacnymi nazwiskami, bowiem wówczas coś tam się w relacjach wewnątrz zespołu w międzyczasie popsuło i główny głos męski zdezerterował. Formuła która otwiera nowy rozdział w życiu CBP, lecz trudno by było napisać aby nie rozjeżdżając się z rzeczywistością autorytatywnie stwierdzić, iż kompletnie nowe otwarcie z zupełnie odmienną stylistyką przewodnią. Mnie jako raczej z przyczajki obserwatora poczynań ekipy dowodzonej przez Justina Greavesa, Ellengæst jawi się jako coś świeżego lecz oczywiście mocno związanego z rozwijanym od lat sukcesywnie fundamentem, więc nie jako rewolucja, a właśnie ewolucja tym razem już bezdyskusyjnie nakierowana na progrockowe momenty, gdzie można popisać się rozwijanym tematem, jakąś frapującą ale przede wszystkim atmosferyczną solówką, a także przy okazji opowiedzieć dojmująco oddziałującą historię. Takież wrażenie album z 2020 roku na mnie robi, korzystając zarówno stylistycznie z wypracowanego charakteru muzyki Brytyjczyków, jak i inklinacji idealnie w tym układzie do kierunku zamierzonego pasującej. Nie tworząc absolutnie dźwięków w gatunku nowych, formacja Greavesa nie ogranicza się li tylko do ich z instrumentów schematycznego wydobywania, a urozmaicenie w postaci sampli kojarzących się z jednym ze wcześniejszych etapów działalności Anathemy dodaje nabrzmiałej od powagi nucie epickiego rozmachu i zimnogotyckiego mroku oraz dodatkowego waloru ilustracyjnego, bez poczucia że słucha się nieznośnie intelektualnego przekazu.




.jpg)
