Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crippled Black Phoenix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crippled Black Phoenix. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2026

Crippled Black Phoenix - Sceaduhelm (2026)

 

Sytuacja wygląda mianowicie tak, że mam już przed sobą i kilka razy zdążyłem się przez niego przegryzać, nowy, mniej obfity album ekipy Justina Greavesa, a do rozczytania głębszego i wymierzenia maksymalnie subiektywnej jeśli będzie potrzeba takowo krytyki, pozostaje mi nadal album poprzedni, gigantyczny, przed czterema laty wydany. Wypadałoby podejść zasadniczo chronologicznie do wyzwania, ale Banefyre swego czasu po oględnym sprawdzeniu nie przytrzymał mnie jak widać na dłużej, więc porzucając zasady i nadal uciekając przed przytłaczającą czasowo potęgą dwupłytowca z roku 2022, zabieram się za bieżący materiał. Przyciągła mnie bowiem Sceaduhelm oprawą graficzną, kolorystycznie ascetyczną, ale i obrazkową stroną tego co w necie z nowej płyty grupa wizualnie promuje. To jasne nawiązanie do ilustracji z w międzyczasie wydanego krążka na okazję jubileuszu i jak dla mnie fajna kontynuacja tejże ciekawej koncepcji, więc skuszony chyba bardziej na pierwszym etapie plastycznie niżby muzycznie donoszę co poniżej. Donoszę twierdząc co następuje, że Sceaduhelm pomimo z pozoru piosenkowego charakteru należy wciągać z determinacją długo, aby pod bardziej niż dotychczas ograniczonej jednak stylistycznie powierzchnią dostrzec wciąż istotne w tej muzyce niuanse. Może mniej tutaj progresywnego, doom rockowego (tak to nazwę) zadęcia, a więcej skomasowanego rocka, lecz to nie są tylko zwięzłe pioseneczki, a całość poprzez sporą ilość dopuszczonej do udziału w dramaturgii narracyjnej samplowanej gadki, wciąż może być katalogowana jako epickie spostrzeganie dark rocka czy metalu. Jestem skłonny zarazem stwierdzić, że ten materiał jest w odróżnieniu od wcześniejszych bardziej efektywny niż efektowny, ale czuje również podczas wieczornych podróży przez ten nowy koncept, iż oferuje mi on znacznie więcej niż bym pomyślał po jednym czy dwóch odsłuchach. Jedzie tu szef projektu na klimacie wokalnym (szorstkość i tajemniczość, bodaj trójki głosów) i brzmieniach bliższych prostocie aranżacyjnej ejtisowej klasyki brytyjskiego rocka gotyckiego, ale o inspirowaniu się nimi wprost po całości raczej nie ma mowy. Moim zdaniem mocny bit perkusyjny i basowy trzon - on tylko motywacją dla fundamentu zacieśniającego obecny związek Crippled Black Phoenix z wymienioną sceną, gdzie toporne (czytaj ascetyczne :)) brzmienie i specyficzny sound, lokowany pomiędzy zimną sterylnością, a garażowym brudem, tworzą idealną symbiozę z dotychczasowym style CBP i wykorzystanymi tutaj filmowo samplowanymi monologami, dialogami i odgłosami. Uznaję, iż bardzo okej psychodelicznie gotycko rockowy album nagrali, który na koniec nieco przed finałowym, podniosłym, ośmiominutowym hymnem subtelnie zwalnia, jaki ma też tajemnicze oddziaływanie na psychikę, bez konieczności nawet wgryzania się w teksty - jak w moim przypadku na razie ma to jeszcze miejsce. 

środa, 13 sierpnia 2025

Crippled Black Phoenix - White Light Generator (2014)

 

Gdyby nie poszarzałe i bardziej szorstkie riffy, to White Light Generator można by wprost uznać za w stu procentach inspirowany młodszymi albumami z Pink Floyd dyskografii - taki jest w nim odczuwalny kierunek na rozwijanie atmosfery i podążanie ku punktom kulminacyjnym, czyli progresywny sznyt. Posiad ten sznyt charakter floydowy, lecz jest raczej metalowy niżli rockowy, mimo że mega daleko WLG do brutalności skojarzonego z nim gatunku. Może to jakaś sugestia która zagnieździła się w moim łbie i podpowiada scenę z jakiej pochodzi Greaves - może tak być poniekąd. Poniekąd być tak jednak tym samym nie może, bowiem jak wbija coś bardziej w rytmice kroczącego i mniej rozmytego, a w dodatku towarzyszy tej wyrazistości epicko-hymniczny mrok, to rzeczywistość jasno daje znać, że czuć to co czuje i wypisuje powinno być usprawiedliwione. Krótko! Potrafią grający z Greavesem muzycy dołożyć do pieca, rąbnąć stanowczo (na przykład w Black Light Generator), ale i kreślić pejzaże jak na starcie krążka między innymi. To co łączy poszczególne wymiary wtłoczone w WLG, to stała muzyczna melancholia, zdołowana mimo wszystko na poziomie średnim niżby wysokim oraz lokowanie się w obszarze kompozycyjnej przejrzystości, gdyż nawet jeśli siódemka w dyskografii CBP uderza w tony artyzmu, to zbudowana jest z łatwo przemawiający do mniej arcy ambitnego rockowca/metalowca. Nie ma zatem w muzyce ekipy Greavesa czegoś wyjątkowego, ani w strukturach utworów, a ni też samych numerach, jakie brzmią najzwyczajniej dość na swój quasi floydowy sposób chwytliwie - szczególnie gdy wokalnie kierownik tego zamieszania stara się chyba poudawać lekko Watersa. Tego czego mi brakuje aby ten i jeszcze nie tylko ten krążek byłego pałkera Electric Wizard zawiera się w nazbyt monotonnej jednak prostocie aranży, ich schematyczności, bez względu że przecież melodie i riffy potrafią mnie schwytać w sieć i gdzieś nie na siłę jednak oczarować. Sporo mógłby ten band u mnie ugrać, gdyby nie to co powyżej i tendencja do przeładowywania ilością samej muzyki, bo ponad siedemdziesiąt minut, jak w przypadku rzeczonej, to wymiar nazbyt obfity by go dźwigać tak, by mieć ochotę płytę zapętlać.  

piątek, 15 listopada 2024

Crippled Black Phoenix - The Wolf Changes Its Fur But Not Its Nature (2024)

 

Na okoliczność dwudziestolecia istnienia głównodowodzący ekipą brytyjskich alternatywnych smutasów, jako pierwsze danie serwuje antologię kompozycji z początkowego etapu działalności, a na drugie zapowiada zbiór coverów, jakie zainspirowały jego i towarzyszy do wyruszenia w tą trwającą dwie dekady podróż. Pierwsza część dwupłytowego albumu "kręci" się już i bardzo intensywnie dostarcza mi przyjemności, natomiast druga jeszcze do końca tego roku jest zapowiedziana. Przyznam że takie akcje z "odgrzewanymi kotletami" z rzadka mogą liczyć na moje zainteresowanie, aprobatę, nie mówiąc już iż mogą one rozgrzać moje serducho. W przypadku Crippled Black Phoenix okazało się iż rzecz ma się zupełnie inaczej i zostałem ja wręcz pochłonięty zawartością The Wolf Changes Its Fur But Not Its Nature od pierwszych dźwięków, promującego pomysł 444 - na jakie wpadłem oczywiście surfując beztrosko po zasobach internetu. Dalej poszło już gładziutko, bowiem wszystko co treścią opisywanego krążka z łatwością do odnalezienia w sieci i wspaniałą muzyczną przygodą, w zasięgu jednego kliknięcia, a ja od premierowego pełnego odsłuchu korzystam z niej obficie i jestem mocno zaskoczony jak silnie we mnie rezonuje i zaraz po sprawdzeniu oryginałów (nie wszystko znałem, CBP jako priorytetu do tej pory nie traktowałem), nasuwa mi się jeden podstawowy wniosek, że soczysta produkcja i rozmach aranżacyjny nie tyle zmieniły ich charakter, co dodały im siły i mocy. Wspomniany sztandarowy 444 to idealny przykład i kapitalna zachęta do sięgnięcia po całość, jeśli ceni się klimat epicki, lecz bez grama przesady powodującej iż z emocjonującego hymnu kompozycja zmienia się w tandetnego emocji wyciskacza. Crippled Black Phoenix wydają zatem w dwóch fazach jeden album dwupłytowy i znów zalewają mnie finalnie oceanem dźwięków, podobnie jak uczynili to wypuszczając materiał poprzedni, lecz na szczęście nie popełniają podobnego błędu jak w przypadku Banefyre, który tą ilością mnie przytłoczył i w sumie zniechęcił, gdyż do tej pory po kilku pierwotnych podejściach nie zdołałem spisać w jego temacie opinii. Wprowadzenie kolosa w dwóch krokach, to zdecydowanie lepszy pomysł aby dać szansę odbiorcy się z nim zaprzyjaźnić, a ja chłonąc i rozkoszując się "krokiem pierwszym" mam w sobie teraz apetyt na "krok drugi". Sekret tkwi chyba zatem w ilości, ale też formie i jakości materiału. Ten obecny ma wszystkie cechy jakie zainteresowały mnie kiedyś projektem Justina Greavesa i tak sobie kojarzę, iż w ostatnich latach tak miło zaskoczony zostałem opublikowaniem "wykopalisk", gdy Antimatter zaproponowali w 2022  A Profusion of Thought.

czwartek, 21 września 2023

Crippled Black Phoenix - Ellengæst (2020)

 

Słucham sobie w tym momencie trzeci raz z rzędu Ellengæst po kilkumiesięcznej przerwie i dopada mnie refleksja prosta, która już kiedyś lekko korzenie w mojej głowie zapuszczać zaczęła, że ten krążek to najlepszy album Crippled Black Phoenix jak zdarzyło mi się więcej niż około dwudziestokrotnie przesłuchać, a przewaga jego nad ostatnim, to zdecydowanie bardziej zwarta formuła, bowiem nie jestem fanem albumów o przesadnie dużej zawartości muzyki, a niestety Banefyre takimż właśnie kolosem jest i mnie akurat niełatwo z tym żyć. O Bronze i Greate Escape pisząc też bodajże napomknąłem, iż przesadne rozmiary nie sprzyjają w moim przypadku nawiązaniu z płytą trwałych relacji, a Ellengæst mimo iż niewiele krótszy, to myślę za sprawą ciekawszych, bo mniej szablonowych aranżacji w konfrontacji z wymienionymi zyskuje. Progrock na całego, mroczny (cold wave wpływy robią swoje) i wielowątkowy, a w dodatku urozmaicony licznymi wokalami (zacnymi nazwiskami, bowiem wówczas coś tam się w relacjach wewnątrz zespołu w międzyczasie popsuło i główny głos męski zdezerterował. Formuła która otwiera nowy rozdział w życiu CBP, lecz trudno by było napisać aby nie rozjeżdżając się z rzeczywistością autorytatywnie stwierdzić, iż kompletnie nowe otwarcie z zupełnie odmienną stylistyką przewodnią. Mnie jako raczej z przyczajki obserwatora poczynań ekipy dowodzonej przez Justina Greavesa, Ellengæst jawi się jako coś świeżego lecz oczywiście mocno związanego z rozwijanym od lat sukcesywnie fundamentem, więc nie jako rewolucja, a właśnie ewolucja tym razem już bezdyskusyjnie nakierowana na progrockowe momenty, gdzie można popisać się rozwijanym tematem, jakąś frapującą ale przede wszystkim atmosferyczną solówką, a także przy okazji opowiedzieć dojmująco oddziałującą historię. Takież wrażenie album z 2020 roku na mnie robi, korzystając zarówno stylistycznie z wypracowanego charakteru muzyki Brytyjczyków, jak i inklinacji idealnie w tym układzie do kierunku zamierzonego pasującej. Nie tworząc absolutnie dźwięków w gatunku nowych, formacja Greavesa nie ogranicza się li tylko do ich z instrumentów schematycznego wydobywania, a urozmaicenie w postaci sampli kojarzących się z jednym ze wcześniejszych etapów działalności Anathemy dodaje nabrzmiałej od powagi nucie epickiego rozmachu i zimnogotyckiego mroku oraz dodatkowego waloru ilustracyjnego, bez poczucia że słucha się nieznośnie intelektualnego przekazu. 

czwartek, 1 grudnia 2022

Crippled Black Phoenix - Bronze (2016)

 


Przed ponad dwoma miesiącami się wydawało, że wpadłem po uszy w muzykę CBP. Plan był wówczas ambitny, aby z miejsca wręcz podzielić się refleksjami w przedmiocie Bronze - tuż po takowych wrzuconych, a odnoszących się do Greate Escape. W kwestii tegorocznego Banefyre byłem już dość ostrożny, bowiem jego kolosalne rozmiary oscylujące całościowo w okolicach dziewięćdziesięciu minut, już na wstępie, już z racji przeładowania ilością muzyki dawały podstawy do większej wstrzemięźliwości. Inaczej pisząc pomyślałem, iż zanim najnowszy krążek rozkminie, zdecydowanie bliżej przyjrzę się przed wszystkim tym krótszym albumom i wtedy dysponując naturalnie większą wiedzą i rozeznaniem, będę mógł sam też sobie odpowiedzieć na pytanie co się zmieniło i gdzie te zmiany CBP mogą poprowadzić. Ambitne plany szlag jednak szybko trafił, bo już po intensywnym zapoznaniu się z tandemem wydanym w latach 2016-2018 trochę mi się od tych smutnych dźwięków ulało i teraz myślę, iż potrzeba mi będzie nie tylko kilku miesięcy, a może nawet czasu liczonego w półroczach, aby się zdopingować do sprawdzenia głębszego czegoś poza Bronze i Greate Escape właśnie - czyli tak po prawdzie albumów nieomal bliźniaczych w sensie zawartości ulokowanych w jednakowej wręcz stylistyce. Niewiele albo nic ich nie odróżnia, choć kompozycje nie opierają się na autocytatach, tylko wciąż z dużą dozą wyobraźni rozwijają swoje struktury na fundamencie korzystania z podobnych patentów. Patrzę ja na Bronze i Greate Escape w innej kolejności powstawania, więc siłą rzeczy krążek starszy porównuję z tym powstałym w dwa lata później, ale wydaję się, iż nie ma to jakiegoś decydująco zamieniającego perspektywę spojrzenia, bowiem jeden jest naturalnie konsekwentnym rozbudowywaniem motywów poprzedniego, a ich walory oparte są na kreowaniu hipnotyzującej atmosfery, która zaś bazuje na progresywnym rozwijaniu głównego tematu, na bazie korzystania z inspiracji postfloydowskich - z tym że przy wykorzystaniu narzędzi aranżacyjnych, których konotacje bliższe są scenie metalowej. Zatem więcej w tej nucie przytłaczającej atmosfery, a i oczywiście natężenie dźwięku obfitsze i riffy intensywniejsze - chociaż do pokrewieństwa z przykładowo doom metalem daleko, bo to granie w swej istocie rockowe, ale tak rockowe jak rockowa była swego czasu Anathema wypełzająca z metalowej niszy w kierunku szerszych przestrzeni. Przez to materiał może nie jest typowo zdatnym do machania głową, ale wielokrotnie się zdarza, że oprócz potupania czy pobujania, można też piórami zatrzepać, jeśli się je posiada. Co ważne pośród długich partii gitarowych czy dla odmiany żmudnego wystukiwania rytmu dla plumkającego wiosła wspieranego klawiszowym tłem, można natknąć się na fragmenty w których elektronika dorzuca zimnofalowe ingrediencje czy całkiem futurystyczne brzmienia, niejako wówczas wyrywając mnie z letargu, tudzież przymuszając do nieco żywszej reakcji. Najważniejsze iż muzyka na Bronze donikąd to nie płynie, a te cymesy którymi jest przyozdabiana wytrącają ją z ewentualnego nudnawego aranżacyjnego reżimu, przez co 68 minut nie trwa aż tyle ile rzeczywiście prawie siedemdziesięciominutowy album trwać mógłby, gdyby czas nie był wartością względną. ;)

wtorek, 27 września 2022

Crippled Black Phoenix - Great Escape (2018)

 


Tak tak, tak tak - wiem wiem wiem! Jak osłuchani architekci wyszukanych gustów muzycznych twierdzą, to Crippled Black Phoenix, ten wielowątkowo ale surowo mielący kochamy, a ten od kilku albumów zdecydowanie skręcający w stronę progresywnego rocka, to już omijamy! Okej okej okej - trochę rozumiem, że wychowani na ekstremie, to akurat na Great Escape niewiele dla siebie znajdą, bo znacznie bliżej tu do przestrzeni jakie David Gilmour wraz z kompanami tworzył, niż do noise'owego odlotu, ale proszę też o wyrozumiałość dla gustów kogoś takiego jak ja, kogoś kto to docenia, a nawet cieszy się kiedy Anathema czy Tiamat ewoluowały z oczywiście doskonałego początkowego i środkowego etapu swojej działalności, w klimaty "floydowskie". Z tej wstydliwej perspektywy tego który kocha plumkające i jęczące gitary i czuje ciary, kiedy artyści budują napięcie rozwijając piękne tematy, aby je wszystkie wreszcie spuentować chwytającą za serducho solówką albo też skontrować epickim crescendem. W moim odczuciu, jakiego to podstawą powyższa wrażliwość estetyczna, przemiana CBP w zespół progresywny jest wielką niespodzianką i też okazją do czerpania satysfakcji z kontaktu tak na przykład z Great Escape czy Bronze, jak szansą w przyszłości, by małymi kroczkami przesunąć ciężar zainteresowania na albumy z początkowej fazy działalności. Nie jest przecież wykluczone, że rozpoznawanie wartości ich muzycznej drogi i docenienie jej, zawsze musi odbywać się podług standardu, od rzeczy starych do współczesnych. Jak akurat obecnie czynię to startując od wyżej wymienionych, a czy naturalnie po całkowitym dotarciu do ich wnętrza skoncentruje się na Ellengæst lub tegorocznym Banefyre, bądź na biegu wstecznym sięgnę po krążki kiedyś kiedy na początku drugiej dekady nowego milenium fragmentarycznie były tylko rozkminiane, to aktualnie nie wiem. Wiem natomiast że Great Escape w swoim czasie zignorowany, nawet wówczas raz nie przesłuchany, dziś dzięki sprężynie Banefyre, odbieram jako dzieło wielkie i materiał jaki już bezdyskusyjnie staje się moim guilty pleasure. ;) Nie rozumiem więc, jak można nie czuć z nim bliskiego związku, a takich numerów jak otwierający To You I Give, prawie zamykający Las Diabolicas, czy nie wchodząc w detale każdy inny stanowiący integralną część programu GE, nie uznawać za jedne z największych dokonań postrocka. Abstrahując od tematyki płyty i okoliczności oraz kontekstów jakie spowodowały jej powstanie oraz znaczenia terapeutycznego dla osób bardziej lub mniej odpowiedzialnych za jej kształt i zawarte w niej emocje (bo o tym przeczytacie wszędzie gdzie się podejmuje wzniosłe próby analizy tak intymnej twórczości) i koncentrując się w zamian na kwestiach czysto muzycznych, to ta szeroka kompilacja klimatycznych stylów, gdzie nie ścierają, a współegzystują takie gatunki jak fundamentalny tu post rock, rock neoprogresywny oraz także stoner, psychodelia, nowa i zimna fala, folk jak i liczna dźwiękowa reprezentacja elektroniki, jest po prostu niezwykle ekscytująca. Słuchanie Great Escape w całości, to (jakby to banalnie nie zabrzmiało) po prostu wspaniała muzyczna przygoda. Przygoda angażująca, a ja przede wszystkim taką w kategorii muzyka cenię najbardziej. 

P.S. Więcej o mnóstwie pominiętych teraz elementów muzyki CBP przy okazji refleksji w przedmiocie Bronze, co oczywiście i tak nie wyczerpie tematu nawet w połowie. :)

Drukuj