Wieczór niedzielny, w wymiarze ponad dwugodzinnym na nieodległej emigracji, w kinie lokalnym spędzony. Pośród zewnętrznych symptomów nadchodzącej chwilowej odwilży - poddanej natychmiast jednak w wątpliwość, gdy tylko dzienne nieśmiałe promienie słońca zniknęły pod naporem wciąż jeszcze błyskawicznie kończącego czas panowania względnego światła zmroku. Warunki zrazu idealne by zaszyć się w ogrzewanym pomieszczeniu i w wygodnym fotelu, w przymilnym szczerze towarzystwie, oddać się kontemplacji z wielu stron przychylnym gigantycznie okiem ocenianego, wysokokalorycznie emocjonalnego filmowego obrazu. Jednocześnie, gdy seans nieuchronnie w atmosferze prze-potęgi wzruszenia dotarł do finału, okoliczności przyrodnicze i aura nieco niesprzyjająca się okazała, bo mocno by się chciało gdy ostatnie tony stężonego nieprzeciętnie dzieła Chloé Zhao wybrzmiały - przysiąść chociażby w parku na ławeczce i słuchając szumu drzew i korzystając z rozgrzanego powietrza, przepracować w sobie to wszystko co przez te krótkie, wyrwane z codziennej z prozą życia szamotaniny, przez około dwieście czterdzieści minut, tak wiele dobra dostarczając, tak silnie rodzicielskie impulsy eksponując, zdziałało. Piszę te skorelowane jak tylko potrafię z atmosferą seansu wersy refleksjo-recenzji, w dwie ponad doby od wydarzenia i gdy wszystko co osiąść we mnie miało, właściwie się umościło, pamiętam przede wszystkim wciąż kolosalnie aktywnie, jak ta szokująco-poruszająca interpretacja tragicznych losowych sytuacji z życia Williama Szekspira mnie poskładała i jak trudno było bezpośrednio po, dojść do siebie, gdy nogi wiotkie i ciężkie równocześnie. Chcę przez to dać do zrozumienia, że wszystko co do tej pory o potędze emocjonalnej Hamneta zostało napisane i powiedziane, w moim przekonaniu pochodzącym z przeżytego doświadczenia jest prawdą i żadne blokady przed wyrzuceniem z siebie w łez postaci targających mną uczuć, nie mogły być wobec mocy emanującej z ekranu skuteczne. Bowiem Hamnet to raz Olimp aktorski, gdzie każda rola emocjonalnie dotyka niewiarygodnie i technicznie może stanowić wzór niedościgniony, a wyróżnienie Jessie Buckley i tego młodszego z braci Jupe, ma tylko sens w kontekście chemii w relacji i indywidualnego osiągniecia oraz talentu na praktykę przełożonego, a dwa historia której inscenizacyjnie-interpretacyjna wersja kompletnie zmienia moje zakulisowe, symboliczne spostrzeganie literackiego dzieła, którego ząb czasu nie śmie od kilku wieków nawet zadrasnąć. Chloé Zhao wraz z doskonale dobranymi, idealnie śmiem twierdzić czującymi jej intencje i nie tylko podążającymi za jej artystycznym głosem, ale ten kierunek ubogacającymi współpracownikami (wspomniane aktorstwo szczytowe, ale i muzyka z tła i sprzed sceny oraz wizualna koncepcja), stworzyła przejmująco smutne, totalnie szczere i niezwykle empatyczne DZIEŁO z finałowym KATHARSIS - z kompletnym udziałem tak treści wprost słowami wyartykułowanej, ale i ciszą operując, w tony subtelne wrażliwie uderzając, symboliką oraz mistyką malowanej spójności. Dzięki każdej z osób, przejętej kalibrem i zmotywowanej możliwościami szlachetnego wpływu na widza, w ten żałobny tren zaangażowanej oraz psychologicznej przejrzystej erudycji, trafnie ujmującej jak inaczej, na swój chłodem pozornym irytując, doświadczenie straty niepokornie wrażliwi, mocno rozedrgani mężczyźni przeżywać mogą. Zamknięci przez kulturowe nakazy, szczelnie odizolowani odpowiedzialnością za niepodsycanie już ekstremalnej depresji, wrzą i upadają w środku - niby zimni, niedotykalni w rzeczywistości wyjący z rozpaczy równie rozdzierająco jak kobiety. Coś tylko kategorycznie im zabrania póki są zdolni do utrzymania świadomości, tym bólem się dzielenia, tego bólu publicznego wprost wypuszczania.
środa, 28 stycznia 2026
piątek, 5 marca 2021
Nomadland (2020) - Chloé Zhao
Kiedy jakiś czas temu, gdy o potencjale Nomadland naturalnie było cicho ja już przeczuwałem, iż o osobie Chloé Zhao w najbliższym czasie może być głośno. Obejrzany wówczas The Rider wyraźnie dawał do zrozumienia, że przy sprzyjających wiatrach jej talent rozkwitnie, tudzież złapie nawet mainstreamowy wiatr w żagle, a jej filmy staną się pretendentami do najbardziej zacnych branżowych nagród. Nie trzeba było długo czekać aby się przekonać jak domniemania ciałem się stają. Właśnie od co najmniej miesiąca bardzo głośno jest o jej nowym filmie, a ja w tym momencie jestem po seansie Nomadland i jak się okazało obejrzałem cudnie ascetyczną w formie, poetycko-nostalgiczną balladę, która rzecz jasna w kwestii użytych środków wyrazu w kilku kluczowych względach wyraźnie nawiązuje do jej poprzedniego filmu. Miałem więc ogromną przyjemność zapoznać się z filmem zupełnie dalekim od wyobrażeń kina nagrodami obsypywanego, a jednak na tyle mocno zapamiętywalny i tak bardzo ludzki w swoim wymiarze emocjonalnym, iż nie budzi mojego sprzeciwu absolutnie fakt, że został już szczodrze doceniony. Obraz bowiem z pogranicza surowego dokumentu i życiowej fabuły, z urzekająco naturalistycznymi kreacjami zasługuje na wyróżnienie w zalewie wszelkiej kinowej nadprodukcji sprofilowanej z premedytacją pod zysk lub właśnie festiwalowe laury. W tym kontekście kino tak skromne i tak samo z siebie widzowi się nie narzucające, to niezwykle miła odmiana. Wartość jego przede wszystkim duchowo ludzką, wreszcie prostą sugestywnie społeczną publicystyką stoi i bez cienia fałszu poruszająco hipnotyzuje. Jedynie może doskwiera brak energetyzujących emocji - w sensie ich podkręcania w punktach kulminacyjnych, przez co narracja jest dość jednowymiarowo płaska i tym samym może być dla widza bardziej przypadkowego zwyczajnie nużąca. Opowieść oto płynie i dzieje się w niej tyle ile widz z fundamentalnych prawd jest w stanie bez prowadzenia za rączkę wyczytać. Bez jakichkolwiek stylistycznych czy gatunkowych sztuczek - tylko człowiek i konteksty. Piękną melancholijną podróż z cudownymi tematami muzycznym Ludovica Einaudiego w tle właśnie wchłonąłem. Czuję się ubogacony, czuję się spokojny, czuję się bezpieczny.


