Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iced Earth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iced Earth. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 listopada 2021

Iced Earth – Something Wicked This Way Comes (1998)

 


W tym momencie o Something Wicked This Way Comes kilka słów napiszę i tym samym zamknę na dobre (chyba?) temat Iced Eart na blogu, bowiem raz - to ostatni z czwórki (1995-2001) album przed którym sobie przyklękami i dwa, to ten krążek z pierwszego miejsca poza podium, czyli w moim subiektywnym odczuciu z tych już legendarnych najsłabszy. Nic po wydaniu Horror Show z obozu Jona Schaffera tak w pełni mnie nie przekonało i mam pewność, że obecnie po kompletnie mnie niezrozumiałych polityczno-ideologicznych odlotach lidera Iced Earth mnie nie zainteresuje. Żal tylko kompozytorskiego talentu jego, że na drobne rozmieniony i że w żadnym stopniu po wyżej wymienionych latach największego rozkwitu marki, nie potrafił swojej muzyki odpowiednio pod wymogi kolejnych epok przystosować, zamykając tym samym szansę na jej ewolucję oraz nie był w kolejnych fazach działalności w stanie zatrzymać na stanowisku frontmana takiego głosu jakim dysponował/dysponuje Matt Barlow. To już przeszłość i to se nie vrati - swojej historyczno-patriotycznej fiksacji (znaczy zajoba zwyczajnie) Schaffer z własnego postrzegania rzeczywistości nie wykreśli, a Barlow już tym bardziej na współpracę z szurem nie da się namówić. Mam więc to co mam i z tym co mam będę miał pomimo wszystko ogromną przyjemność swój kontakt odnawiać, bo co by o prywatnych poglądach i ich genezie w życiu Schaffera nie pisać, to sukinkot w tandemie z Barlowem stworzył cztery genialne albumy, które w estetyce heavy-thrashu mają niewielu godnych konkurentów i choćby szury zawładnęły całym globem, ja będę o nich z właściwą estymą się wypowiadał i pozwalał ponieść się tym epickim hymnom. Something Wicked This Way Comes napiera na mnie zawsze z impetem. Wtedy, kiedy gitarowo-perkusyjne galopady ogniście buchają z membran i dają szansę na poddanie się emocjom pełnym (w tym przypadku znośnego) patosu, gdy epickie kompozycje wylewają się uduchowionym strumieniem z rozbudowanych struktur. Jest też cholera tu ballada pod w jakby mocno znaczącym przez pryzmat tego co powyżej napisałem znaczącym tytułem i tak ballada, to nie przesada, zaśpiewana z oczywistym przejęciem przez Barlowa kręci tak, że jakbym k**** miał choć minimalne przekonanie iż jak śpiewam to nie krzywdzę otoczenia, to bym wył razem z Barlowem do tchu utraty - takie to klasycznie kapitalne cacuszko. Ale to nie jest jednak najlepszy numer na albumie, bo jednak za hymn number one śmiem uznawać Blessed Are You i ten wykon nad wykony, w którym wpierw wokalista we mnie resztki wstydliwości (tak wraz z śpiewam głośno) morduje, by po chwili dramaturgia w głosie frontmana na moment ustąpiła świetnej solówce i na koniec, na powrót do finału wraz z wielką skalą możliwości Barlowa prowadziła. Podsumowując, Something Wicked This Way Comes, nawet jeśli subiektywnie osądzając jest o pół gwiazdki słabsza od The Dark Saga, Burnt Offerings i także Horror Show, to nie zmienia myślę obiektywnej prawdy, że to płyta fantastyczna, o jakiej nagraniu całe bataliony ejtisowych heavy-thrashowców w swojej karierze marzyły. 

czwartek, 22 października 2020

Iced Earth - Horror Show (2001)

 


Ale bajka! Znaczy kreskówka! No znaczy zabawa literacką fikcją spod znaku budzących grozę u dzieciarni klasycznych postaci. ;) Natomiast bez złośliwości okazuję się, iż zasadniczo pod względem liryków nic się nie zmieniło, bowiem ekipa Jona Schaffera od zawsze lirycznie fajnie balansuje na granicy kiczu i akurat w konwencji heavy metalowej odnajduję się z takim przekazem znakomicie i nie można jej wskazywać paluchem (w odróżnieniu od połowy takich), jako grupy która jest najbardziej na bakier z dobrym smakiem. Kiedy wówczas trafiłem na pierwsze informacje dotyczące koncepcji albumu Horror Show, to przyznaję iż się zaniepokoiłem, że będzie to infantylny niewypał, a okazało się że zwyczajnie nie jest akurat tym czego sceptyczne wizje mi wtedy nie szczędziły. Trzeba zwyczajnie przejść ponad powierzchownym banałem tych wszystkich Dracul i innych, tym samym dotrzeć do głębokiego sensu ich psychologicznych konstrukcji. Najlepiej jednak skupić się na tym co w epickim heavy/thrashu najważniejsze, czyli czystej przyjemności obcowania z fenomenalnie oddziałującymi na emocje kompozycjami. Kompozycjami oczywiście dość wtórnymi, bo żadne nowe lądy nie są odkrywane, gdy fani to maniacy przywiązani do tego co było i będzie póki długie pióra nie odpadną, albo pokryją się całkowicie siwizną. Inną kwestią jest to co w rzeczywistości z tą grupą się stało, gdy genialny wokalnie Matt Barlow (stylistyka brana pod uwagę), postanowił skończyć ze sceną i zamienił metalowy na policyjny image. Wtedy się posypało - przynajmniej dla mnie. Dlatego też ja akurat złego słowa również dzisiaj o Horror Show nie dam powiedzieć, choćby się ze mnie dorośli śmiali. :) Sentyment do Iced Earth z Barlowem i jakość warsztatowa instrumentalnej roboty włożonej w Horror Show nie pozwala!

piątek, 17 kwietnia 2020

Iced Earth - The Dark Saga (1996)




Iced Earth to dla mnie obecnie wyjątkowa, bo jedna z nielicznych moich heavy thrashowych fascynacji - są też tacy co twierdzą, że to grupa power metalowa. ;) Grupa która może nie przetrwała tych wszystkich lat, odkąd ekipę Jona Schaffera poznałem z konsekwentnym, bezdyskusyjnym subiektywnym uznaniem, lecz mimo iż dłuższe lub krótsze pauzy powodowane wahaniami fascynacji w odsłuchach miewałem, to dzisiaj z ogromną przyjemnością powracam do okresu zapoczątkowanego kapitalnym Burnt Offerings i kontynuowanym znakomicie na kolejnych trzech krążkach. To jak teraz powyżej świadomie donoszę, sytuacja niezwykła, że te archaiczne galopady w większości przypadków od wielu już lat konsekwentnie omijane, tu w wykonaniu amerykanów tak intensywne emocje we mnie wzbudzają, bowiem natężenie w nich patosu często graniczące z przesadą, a jednak w formule "icedearthowej" nie tylko znośne, ale o zgrozo PORYWAJĄCE. Podobny kasus zaliczam, kiedy odpalam albumy szwedzkiego Evergrey i tak samo mocno poddaje się melodyjnej melancholii z maksymalnie chwytliwymi refrenami - często i gęsto podbijanych chóralnymi zaśpiewami. W przypadku Iced Earth nie przeszkadza mi nawet zaprzęganie do heavy formuły wątków (jak to ma miejsce w omawianym za moment przedmiocie konkretnie, komiksowych), czy innych opierających liryki na nie do końca mega poważnym fundamencie sprowadzonym do kwestii literatury popularnej. Uważam bowiem naturalnie, że w przypadku power-heavy metalu jest to symbioza znakomita i nawet jeśli czasem dość infantylna, to akurat w twórczości Iced Earth z pewnością nie sprowadzona li tylko do smarkatych banałów. W sumie myślę tutaj przede wszystkim o sile ekspresji jaką The Dark Saga obficie wypełniona i wysokim stopniu autentyczności na poziomie emocjonalnym. Zasługa oczywiście niebagatelna w wokalnym warsztacie Barlowa i fantastycznej umiejętności dozowania napięcia w liniach melodycznych nakreślających wciąż nowe punkty kulminacyjne, których osiągnięcie powoduje zawsze u mnie (to wstydliwe, ale taka jest prawda), ekstazę. :) Cóż, tak już jestem emocjonalnie skonstruowany, a Barlow z kumplami w konwencji heavy thrashowej znajdują bez problemu drogę do mojego serca. Zatem jeśli nachodzi mnie ochota (a nachodzi systematycznie), na patos w gitarowej galopadzie, mroczną melancholijną atmosferę, ale i ciężki konkretny riff oraz chóralne wyśpiewywanie refrenów, to sięgam po wspomnianą czwórkę z dorobku Iced Earth. Najczęściej jednak odpalam mroczną sagę i nie wstydzę się (pracuję nad tym) tej wielkiej słabości. Uznaję więcej nawet, że po Iron Maiden nikt nie potrafił wznieść się na tak wysoki poziom jak oni, sięgając w latach 1995-2001 gatunkowego uniwersum. Koniec paplania, bombastyczny finał A Question of Heaven rozbrzmiewa!

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Iced Earth - Burnt Offerings (1995)




To dla mnie zaiste zaskakujące, iż w roku 2019-tym nagle zapałałem gorącym uczuciem do zapomnianych od dłuższego czasu heavy metalowców z Iced Earth, a tym bardziej że u podstaw tego kuriozalnego uczucia dostrzegam przede wszystkim ogromny sentyment, lecz szczęśliwie, co mnie nieco usprawiedliwia akurat nie wyłącznie. :) Znaczy już donoszę, iż odnowiłem swą więź z początkową i środkową fazą działalności ekipy Jona Schaffera, kiedy wokalnie w zespole udzielał się Matt Barlow i w kompozycjach Amerykanów oprócz epickiego patosu równie dużo było siarki. Pamiętam że po rezygnacji Barlowa szybko straciłem zainteresowanie tego rodzaju formą metalu, a złożyła się na to nie tylko wspomniana decyzja frontmana i poszukiwanie przez zespół inspiracji w monumentalnych konstrukcjach, ale także ogólna ówczesna posucha w heavy gatunku, który paradoksalnie powracając wówczas do łask, jednocześnie bardzo szybko obniżył poziom jakościowy. Nawet chwilowy powrót Barlowa przy okazji realizacji i promocji drugiej części Something Wicked (The Crucible of Man) nie zmienił sytuacji i tylko udowodnił, że z tej mąki już takiego wypieku jak lata wcześniej nie będzie. Wiedziałem oczywiście co w międzyczasie w kwestii kariery Iced Earth się dzieje, nie trudno było bowiem śledząc co w metalowej trawie piszczy usłyszeń doniesień o kolejnych próbach powrotu do łask i angażu mniej lub bardziej znanych heavy głosów, lecz żaden z późniejszych albumów grupy, czy to przesłuchany w całości czy fragmentarycznie już mojego zainteresowania, tym bardziej fascynacji nie wzbudził. Cztery płyt i pozamiatane, finito! Burnt Offernigs, The Dark Saga, Something Wicked This Way Comes oraz Horror Show, to cztery szczyty i każdy z nich jak się okazuje nawet obecnie, po niemal zupełnym moim rozbracie ze stylistyką (jedynie na uszy chętnie Maiden wrzucam, ale też w bardzo ograniczonym zasięgu) posiadają tą moc, która podkręca mnie do czynów żenujących, innymi słowy zmusza abym we względnie kontrolowanym uniesieniu wycinał tematy na powietrznym wiośle, towarzyszył w głębokim zaśpiewie wokaliście i też obowiązkowo zarzucał  łbem w rytm heavy/thrashowych hitów. :) Jeżeli entuzjazmu mi nie zabraknie to pojawia się na bloga stronach kolejne systematyczne wpisy odnośnie jankeskiej wersji heavy metalu, a że jak pisze się o muzyce, to oprócz ogólnych wniosków, rysu historycznego, czy luźno powiązanych z tematem osobistych dykteryjek powinno chociaż zdanie się pojawić bezpośrednio o samych dźwiękach, to więc teraz z poczucia obowiązku dopisuje, że Burnt Offerings jest najgroźniejszym z krążków Iced Earth. Mam tu na myśli natężenie mocy i ciężaru, ponurego mistycyzmu i mistrzowskiego operowania napięciem z użyciem siarczystego riffu, rozbudowanych solówek, siłowego bębnienia oraz quasi orkiestracji niczym piekielnej metalowej symfonii. To na razie na tyle.

Drukuj