W tym momencie o Something Wicked This Way Comes kilka słów napiszę i tym samym zamknę na dobre (chyba?) temat Iced Eart na blogu, bowiem raz - to ostatni z czwórki (1995-2001) album przed którym sobie przyklękami i dwa, to ten krążek z pierwszego miejsca poza podium, czyli w moim subiektywnym odczuciu z tych już legendarnych najsłabszy. Nic po wydaniu Horror Show z obozu Jona Schaffera tak w pełni mnie nie przekonało i mam pewność, że obecnie po kompletnie mnie niezrozumiałych polityczno-ideologicznych odlotach lidera Iced Earth mnie nie zainteresuje. Żal tylko kompozytorskiego talentu jego, że na drobne rozmieniony i że w żadnym stopniu po wyżej wymienionych latach największego rozkwitu marki, nie potrafił swojej muzyki odpowiednio pod wymogi kolejnych epok przystosować, zamykając tym samym szansę na jej ewolucję oraz nie był w kolejnych fazach działalności w stanie zatrzymać na stanowisku frontmana takiego głosu jakim dysponował/dysponuje Matt Barlow. To już przeszłość i to se nie vrati - swojej historyczno-patriotycznej fiksacji (znaczy zajoba zwyczajnie) Schaffer z własnego postrzegania rzeczywistości nie wykreśli, a Barlow już tym bardziej na współpracę z szurem nie da się namówić. Mam więc to co mam i z tym co mam będę miał pomimo wszystko ogromną przyjemność swój kontakt odnawiać, bo co by o prywatnych poglądach i ich genezie w życiu Schaffera nie pisać, to sukinkot w tandemie z Barlowem stworzył cztery genialne albumy, które w estetyce heavy-thrashu mają niewielu godnych konkurentów i choćby szury zawładnęły całym globem, ja będę o nich z właściwą estymą się wypowiadał i pozwalał ponieść się tym epickim hymnom. Something Wicked This Way Comes napiera na mnie zawsze z impetem. Wtedy, kiedy gitarowo-perkusyjne galopady ogniście buchają z membran i dają szansę na poddanie się emocjom pełnym (w tym przypadku znośnego) patosu, gdy epickie kompozycje wylewają się uduchowionym strumieniem z rozbudowanych struktur. Jest też cholera tu ballada pod w jakby mocno znaczącym przez pryzmat tego co powyżej napisałem znaczącym tytułem i tak ballada, to nie przesada, zaśpiewana z oczywistym przejęciem przez Barlowa kręci tak, że jakbym k**** miał choć minimalne przekonanie iż jak śpiewam to nie krzywdzę otoczenia, to bym wył razem z Barlowem do tchu utraty - takie to klasycznie kapitalne cacuszko. Ale to nie jest jednak najlepszy numer na albumie, bo jednak za hymn number one śmiem uznawać Blessed Are You i ten wykon nad wykony, w którym wpierw wokalista we mnie resztki wstydliwości (tak wraz z śpiewam głośno) morduje, by po chwili dramaturgia w głosie frontmana na moment ustąpiła świetnej solówce i na koniec, na powrót do finału wraz z wielką skalą możliwości Barlowa prowadziła. Podsumowując, Something Wicked This Way Comes, nawet jeśli subiektywnie osądzając jest o pół gwiazdki słabsza od The Dark Saga, Burnt Offerings i także Horror Show, to nie zmienia myślę obiektywnej prawdy, że to płyta fantastyczna, o jakiej nagraniu całe bataliony ejtisowych heavy-thrashowców w swojej karierze marzyły.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iced Earth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iced Earth. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 listopada 2021
czwartek, 22 października 2020
Iced Earth - Horror Show (2001)
Ale bajka! Znaczy kreskówka! No znaczy zabawa literacką fikcją spod znaku budzących grozę u dzieciarni klasycznych postaci. ;) Natomiast bez złośliwości okazuję się, iż zasadniczo pod względem liryków nic się nie zmieniło, bowiem ekipa Jona Schaffera od zawsze lirycznie fajnie balansuje na granicy kiczu i akurat w konwencji heavy metalowej odnajduję się z takim przekazem znakomicie i nie można jej wskazywać paluchem (w odróżnieniu od połowy takich), jako grupy która jest najbardziej na bakier z dobrym smakiem. Kiedy wówczas trafiłem na pierwsze informacje dotyczące koncepcji albumu Horror Show, to przyznaję iż się zaniepokoiłem, że będzie to infantylny niewypał, a okazało się że zwyczajnie nie jest akurat tym czego sceptyczne wizje mi wtedy nie szczędziły. Trzeba zwyczajnie przejść ponad powierzchownym banałem tych wszystkich Dracul i innych, tym samym dotrzeć do głębokiego sensu ich psychologicznych konstrukcji. Najlepiej jednak skupić się na tym co w epickim heavy/thrashu najważniejsze, czyli czystej przyjemności obcowania z fenomenalnie oddziałującymi na emocje kompozycjami. Kompozycjami oczywiście dość wtórnymi, bo żadne nowe lądy nie są odkrywane, gdy fani to maniacy przywiązani do tego co było i będzie póki długie pióra nie odpadną, albo pokryją się całkowicie siwizną. Inną kwestią jest to co w rzeczywistości z tą grupą się stało, gdy genialny wokalnie Matt Barlow (stylistyka brana pod uwagę), postanowił skończyć ze sceną i zamienił metalowy na policyjny image. Wtedy się posypało - przynajmniej dla mnie. Dlatego też ja akurat złego słowa również dzisiaj o Horror Show nie dam powiedzieć, choćby się ze mnie dorośli śmiali. :) Sentyment do Iced Earth z Barlowem i jakość warsztatowa instrumentalnej roboty włożonej w Horror Show nie pozwala!
piątek, 17 kwietnia 2020
Iced Earth - The Dark Saga (1996)
Iced Earth to dla mnie obecnie wyjątkowa, bo jedna z nielicznych moich heavy thrashowych fascynacji - są też tacy co twierdzą, że to grupa power metalowa. ;) Grupa która może nie przetrwała tych wszystkich lat, odkąd ekipę Jona Schaffera poznałem z konsekwentnym, bezdyskusyjnym subiektywnym uznaniem, lecz mimo iż dłuższe lub krótsze pauzy powodowane wahaniami fascynacji w odsłuchach miewałem, to dzisiaj z ogromną przyjemnością powracam do okresu zapoczątkowanego kapitalnym Burnt Offerings i kontynuowanym znakomicie na kolejnych trzech krążkach. To jak teraz powyżej świadomie donoszę, sytuacja niezwykła, że te archaiczne galopady w większości przypadków od wielu już lat konsekwentnie omijane, tu w wykonaniu amerykanów tak intensywne emocje we mnie wzbudzają, bowiem natężenie w nich patosu często graniczące z przesadą, a jednak w formule "icedearthowej" nie tylko znośne, ale o zgrozo PORYWAJĄCE. Podobny kasus zaliczam, kiedy odpalam albumy szwedzkiego Evergrey i tak samo mocno poddaje się melodyjnej melancholii z maksymalnie chwytliwymi refrenami - często i gęsto podbijanych chóralnymi zaśpiewami. W przypadku Iced Earth nie przeszkadza mi nawet zaprzęganie do heavy formuły wątków (jak to ma miejsce w omawianym za moment przedmiocie konkretnie, komiksowych), czy innych opierających liryki na nie do końca mega poważnym fundamencie sprowadzonym do kwestii literatury popularnej. Uważam bowiem naturalnie, że w przypadku power-heavy metalu jest to symbioza znakomita i nawet jeśli czasem dość infantylna, to akurat w twórczości Iced Earth z pewnością nie sprowadzona li tylko do smarkatych banałów. W sumie myślę tutaj przede wszystkim o sile ekspresji jaką The Dark Saga obficie wypełniona i wysokim stopniu autentyczności na poziomie emocjonalnym. Zasługa oczywiście niebagatelna w wokalnym warsztacie Barlowa i fantastycznej umiejętności dozowania napięcia w liniach melodycznych nakreślających wciąż nowe punkty kulminacyjne, których osiągnięcie powoduje zawsze u mnie (to wstydliwe, ale taka jest prawda), ekstazę. :) Cóż, tak już jestem emocjonalnie skonstruowany, a Barlow z kumplami w konwencji heavy thrashowej znajdują bez problemu drogę do mojego serca. Zatem jeśli nachodzi mnie ochota (a nachodzi systematycznie), na patos w gitarowej galopadzie, mroczną melancholijną atmosferę, ale i ciężki konkretny riff oraz chóralne wyśpiewywanie refrenów, to sięgam po wspomnianą czwórkę z dorobku Iced Earth. Najczęściej jednak odpalam mroczną sagę i nie wstydzę się (pracuję nad tym) tej wielkiej słabości. Uznaję więcej nawet, że po Iron Maiden nikt nie potrafił wznieść się na tak wysoki poziom jak oni, sięgając w latach 1995-2001 gatunkowego uniwersum. Koniec paplania, bombastyczny finał A Question of Heaven rozbrzmiewa!
poniedziałek, 10 czerwca 2019
Iced Earth - Burnt Offerings (1995)
To dla mnie zaiste zaskakujące, iż w roku 2019-tym nagle zapałałem gorącym uczuciem do zapomnianych od dłuższego czasu heavy metalowców z Iced Earth, a tym bardziej że u podstaw tego kuriozalnego uczucia dostrzegam przede wszystkim ogromny sentyment, lecz szczęśliwie, co mnie nieco usprawiedliwia akurat nie wyłącznie. :) Znaczy już donoszę, iż odnowiłem swą więź z początkową i środkową fazą działalności ekipy Jona Schaffera, kiedy wokalnie w zespole udzielał się Matt Barlow i w kompozycjach Amerykanów oprócz epickiego patosu równie dużo było siarki. Pamiętam że po rezygnacji Barlowa szybko straciłem zainteresowanie tego rodzaju formą metalu, a złożyła się na to nie tylko wspomniana decyzja frontmana i poszukiwanie przez zespół inspiracji w monumentalnych konstrukcjach, ale także ogólna ówczesna posucha w heavy gatunku, który paradoksalnie powracając wówczas do łask, jednocześnie bardzo szybko obniżył poziom jakościowy. Nawet chwilowy powrót Barlowa przy okazji realizacji i promocji drugiej części Something Wicked (The Crucible of Man) nie zmienił sytuacji i tylko udowodnił, że z tej mąki już takiego wypieku jak lata wcześniej nie będzie. Wiedziałem oczywiście co w międzyczasie w kwestii kariery Iced Earth się dzieje, nie trudno było bowiem śledząc co w metalowej trawie piszczy usłyszeń doniesień o kolejnych próbach powrotu do łask i angażu mniej lub bardziej znanych heavy głosów, lecz żaden z późniejszych albumów grupy, czy to przesłuchany w całości czy fragmentarycznie już mojego zainteresowania, tym bardziej fascynacji nie wzbudził. Cztery płyt i pozamiatane, finito! Burnt Offernigs, The Dark Saga, Something Wicked This Way Comes oraz Horror Show, to cztery szczyty i każdy z nich jak się okazuje nawet obecnie, po niemal zupełnym moim rozbracie ze stylistyką (jedynie na uszy chętnie Maiden wrzucam, ale też w bardzo ograniczonym zasięgu) posiadają tą moc, która podkręca mnie do czynów żenujących, innymi słowy zmusza abym we względnie kontrolowanym uniesieniu wycinał tematy na powietrznym wiośle, towarzyszył w głębokim zaśpiewie wokaliście i też obowiązkowo zarzucał łbem w rytm heavy/thrashowych hitów. :) Jeżeli entuzjazmu mi nie zabraknie to pojawia się na bloga stronach kolejne systematyczne wpisy odnośnie jankeskiej wersji heavy metalu, a że jak pisze się o muzyce, to oprócz ogólnych wniosków, rysu historycznego, czy luźno powiązanych z tematem osobistych dykteryjek powinno chociaż zdanie się pojawić bezpośrednio o samych dźwiękach, to więc teraz z poczucia obowiązku dopisuje, że Burnt Offerings jest najgroźniejszym z krążków Iced Earth. Mam tu na myśli natężenie mocy i ciężaru, ponurego mistycyzmu i mistrzowskiego operowania napięciem z użyciem siarczystego riffu, rozbudowanych solówek, siłowego bębnienia oraz quasi orkiestracji niczym piekielnej metalowej symfonii. To na razie na tyle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



