Nie wiem czy to dobra, pewnie nie do końca najlepsza okazja (powinienem to zrobić dużo wcześniej), aby pospiesznie przed zbliżającym się i wyprzedanym w dużej hali gigiem Gojiry uzupełnić archiwizacje recenzjo-refleksją albumu z już naprawdę dalekiej przyszłości, gdyż The Link dwie dekady temu został wydany, a śmiem twierdzić że mimo iż charakter nuty Francuzów zmienił się w niewielkim stopniu, to ich cała współczesna koncepcja aranżacyjna jest już zupełnie gdzie indziej. Być może narażę się na krytykę, ale Gojira 2003, a Gojira 2023, to tak jakby nie przymierzając Death z Human, a Death z Symbolic czy The Sound of Persererance - nie sięgając jeszcze bardziej wstecz. Myślę dokładnie o tym (odrzucając z porównania oczywiste różnice gatunkowe), że ewolucja aranżacyjna jest nawet jeszcze bardziej "rzucająca się w uszy" niźli w koncepcji firmowanej przez nieodżałowanego Chucka Schuldinera, a mechanika w konstrukcji numerów Gojry na The Link po prostu nużąca - bez względu na to jak technicznie biegli instrumentaliści tutaj kombinują, to za cholerę nie uzyskują takiego groovu jakim teraz z łatwością swoją twórczość ubogacają. The Link jest oczywiście intrygujący, ale też monotonny nieznośnie i tylko prawdziwy maniak metalu bez duszy może w stu procentach odczuwać satysfakcję podczas konfrontacji. Jest to bowiem w tej formie nuta cholernie zimna, wycyzelowana i naturalnie potwornie zmechanizowana w której nawet sekwencje quasi "solówkowe" nie zmieniłyby ogólnego nastroju dołu totalnego. Takiej Gojiry fanem zatem siebie nie określę i przychylę się nawet do ewentualnego (albo pewnego) zarzutu, że tylko Gojira bardziej przystępna przez "upiosenkowienie" formuły do tej oczywiście summa summarum znakomitej grupy mnie przyciąga, o czym świadczy długi, trudny proces przekonywania się do muzyki Gojiry. Nawet From Mars to Sirius nie miał w sobie tego co ostatecznie odkryłem na The Way of All Flesh. Na The Link słyszę intrygujące pomysły, lecz nie słyszę w pełni wartościowych kompozycji, a może najzwyczajniej wciąż nie potrafię myśleć o muzyce inaczej niż w klasycznym ujęciu, gdzie liczy się wyrazisty temat lub najlepiej wyraziste tematy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gojira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gojira. Pokaż wszystkie posty
środa, 1 marca 2023
poniedziałek, 3 maja 2021
Gojira - Fortitude (2021)
Niemal równe pięć lat po Magmie powracają ze studyjnym albumem liderzy francuskiej sceny metalowej. Ekipa bez wyjątku szanowana, w zdecydowanej przewadze wręcz podziwiana i już jak myślę wystarczająco głośno pukająca do drzwi ugruntowanej sławy, zasługująca na zaproszenie do światowej metalowej ekstraklasy. Grają od lat po swojemu, ale właśnie mniej więcej od trzech albumów (od L’Enfant Sauvage jak sądzę) "morbidowskie" skojarzenia zostają umiejętnie przykryte własnym autorskim stylem. W tym przepisie na sukces mechaniczność nuty sygnowanej logiem Gojira pozostała, ale aranżacyjnie zrobiło się po prostu znacząco swobodniej. Tryskają kapitalnymi pomysłami i gładko wprowadzają je w ramy własnej maniery - bez prężenia muskułów i spinania pośladów, bowiem są świadomi własnej wartości i wiedzą iż zmiany determinują rozwój, lecz też zbyt daleko idące procesy modyfikacyjne mogą zaburzyć te harmonijne w ich założeniu przeobrażenia i co najgorsze zaprowadzić pod kreatywną ścianę. Z pewnością Fortitude jest mniej wyrazisty od Magmy, ale to ta wcześniejsza produkcja stanowiła bardziej "odważny" krok w przód w stosunku do poprzedniczek. Nie odbieram zatem tej cechy jako rozczarowującej - nie jest ona zarzutem, jak i nie czuję w nowym materiale woni pozbawionej naturalnie konceptualnej inwencji wtórności. Przyhamowali jedynie w kwestii ewolucji i przygotowali krążek będący idealnie harmonijnie zbalansowany pomiędzy kilkoma świeżymi atrybutami (patrz: Amazonia i przede wszystkim The Chants), a klasyczną już dla nich wielowątkową zabawą różnorodnymi tematami w obrębie jednej kompozycji, jak i precyzyjnie konstruowanymi numerami o charakterystyce oryginalnie chwytliwego quasi przeboju dla metalowej publiki. We wszystkich utworach jest mnóstwo przestrzeni dla instrumentalnej biegłości i songwriterska swoboda korzystania z nośnych motywów oraz wciąż jeszcze ambitnie połamana rytmika. Pracowici z nich skubańcy, z wielką muzyczną wizją, ogromną samodyscypliną i "hartem ducha", stąd ten sukces im się po prostu należy! Podsumowując, okrzepli, ale nie stali się wtórni. Napisali przeboje, ale też nie pozbawili ich pazura czy wielu interesujących wątków. Pytanie czy odważą się w przyszłości na kolejny krok ku zwiększonej przystępności i czy będą potrafili swój unikalny styl sprzedać bez szkody dla wartości muzycznej studyjnego longa.
P.S. Jeszcze teksty - zaangażowane jak zawsze (to nie jest i nie była nuta z watą liryczną). Wiedzą że świata nie zbawią, ale trochę pomóc mu stać się lepszym mogą - a jak mogą to się starają. Szacun!
czwartek, 9 lipca 2020
Gojira - From Mars to Sirius (2005)
Nie będzie tutaj teraz detalicznego rozbierania poszczególnych kompozycji na sekcje, a sekcji na fragmenty, w których może nie od groma pomysłów, bowiem numery Gojry (szczególnie z początku kariery) pomimo skomplikowanej charakterystyki, to jednak nie jakieś ultramega techniczne wirtuozerskie popisy, a bardziej kręcone z oryginalnością mechaniczne motywy, tylko z pozoru (tak wypowiadają się zawodowi muzycy, a nie pozbawieni warsztatowego pojęcia amatorscy pismacy!) robiące wrażenie grania w lidze jazzowych wymiataczy. Faktem jest jednako, iż te rwane, szarpane z uporem przez pełną długość krążka konstrukcje, nie są łatwo przyswajalne, ale ich konotacje bardziej po linii death metalowej amerykańskiej szkoły spod znaku Morbid Angel, niźli maszynowej młócy wielbionych przez długowłosą brać Panów ambitnych z Messuggah. Prawdę mówiąc to mogę w tych skojarzeniach mocno błądzić, bo nawet jeśli swego czasu (gdy smarkacz tonął w fascynacji ekstremą), ekipę Trey'a całkiem zaangażowanie rozpracowywałem, to akurat nie mam doświadczenia większego z wymienionymi zaraz po jankeskich Bogach Szwedami. Ale nie o to obecnie mi chodzi, by wciskać w szufladki tych co w szufladkach żadnych się nie mieszczą, ale by dać do zrozumienia, że jak wszystko ponad From Mars to Sirius ogarniam za sprawą od lat praktykowanej konsekwencji odsłuchowej, to akurat nad tematem tego bazgrolenia wciąż z doskoku pracuję i liczę, że dostrzegę w końcu tutaj magię czystą o której nie tylko wybitni muzyczni krytycy z atencją się wypowiadają. Słyszę coraz więcej, coraz mniej tajemnicze stają się dla mnie walcowate klimatyczne przestrzenie i spuszczane systematycznie z łańcucha perkusyjne pogonie. Wciąż jednakowoż więcej do zrozumienia, niż zrozumianego - lecz to tylko kwestia czasu. W co nie będąc z zasady człowiekiem wielkiej wiary, bardzo w sensie muzycznej wrażliwości wierzę. Bo fanem wielkim dzisiejszej Mega Gojiry z mega dumą się nazywam!
piątek, 19 sierpnia 2016
Gojira - The Way of All Flesh (2008)
Obecnie Gojira to grupa w środowisku
metalowym na tyle rozpoznawalna, iż większość fanów ostrych dźwięków jest w
stanie prawidłowo ich nazwę wypowiedzieć. :) Za sprawą L'Enfant Sauvage i tegorocznej Magmy wskoczyli do ekstraklasy
ostrego grania w tej nieco futurystycznej formule, lecz dla każdego kto już od dekady z
nazwą się stykał i liznął ich dokonań było jasne, że ci utalentowani, choć nie w
pełni zrozumiali dla wielu francuscy innowatorzy konsekwentnie krocząc dotrą do
tego miejsca. From Mars to Sirius czyli krążek z 2005-ego roku pozwolił im wypłynąć,
wychylić łeb z podziemia, lecz dopiero nagrany w trzy lata później The Way of All
Flesh odnalazł się w działach z recenzjami większości muzycznych periodyków, a
wywiady z jego autorami nie były już wyłącznie fanaberią zorientowanych w temacie
redaktorów. Zachwyt przede wszystkim z perspektywy czasu zawartością The Way of All Flesh jest dla mnie absolutnie zrozumiały, bo ukrywać nie mam zamiaru, że w dniu
premiery byłem krążkiem zaintrygowany, lecz niekoniecznie po wielokrotnych
próbach przyswojenia materiału w pełni ogarniałem jego wartość. Szczęśliwie
przyszedł moment przełomu i już z perspektywy fana oswajającego temat piszę
co myślę o czwartym pełnowymiarowym owocu pracy braci Duplantier i Panów Andreu/Labadie. Po
pierwsze w tej mechanicznej porcji konkretnego łojenia jest ogromna wyobraźnia,
a kompozycje charakteryzują się różnorodnością wykorzystywanych patentów -
posiadają iskrę i ikrę, że tak sobie pozwolę na taką brawurową frazę. Od gwałtownych i
dynamicznych sekwencji z okazjonalnymi blastami po pełne przestrzeni klimatyczne
pasaże. Od muskania strun, solówek wykorzystujących technikę tappingu po całą
gamę sprzężeń, zgrzytów i pisków kojarzących się jednoznacznie z Bogami death
metalu z Morbid Angel. Album wciąga i hipnotyzuje, lecz niestety (i tutaj
pretensja moja) jest odrobinę zbyt długi. W tym natłoku numerów tkwi jego
jedyny mankament, bo umówmy się 75-minutowy stuff jakby nie był sam w sobie
interesujący to potrafi odbiorcę zmęczyć. Wolałbym po góra godzince wcisnąć
przycisk repeat niż po finałowym dźwięku potrzebować przerwy. Mimo jednak tego
minusa jest to krążek wybitny, a numery takie jak singlowy Vacuity, czy równe
mu Oroborus, A Sigh to Behold, A Art of Dying, Esoteric Surgery czy Adoration
of None to klejnoty bezdyskusyjnie. Jak twierdził Joe w jednym z wywiadów
przeprowadzonych na okoliczność promocji The Way of All Flesh płyta była
logiczną kontynuacją drogi i myślę, do dnia dzisiejszego każdy kolejny studyjny
krok jest nią nadal, a sama Gojira może być nazwana jedną z najbardziej
usystematyzowanych kapel na metalowej scenie. Konsekwencja jest ich dewizą, a nieograniczona wyobraźnia znakiem rozpoznawczym.
środa, 6 lipca 2016
Gojira - Magma (2016)
Wpierw podejrzliwie obwąchałem, obadałem spis utworów pod względem ilości i rozmiaru mając na uwadze dwa single wzbogacone świetnymi obrazkami, lecz będące pod względem muzycznym (chyba tylko pozornie) znacznie bardziej proste od dotychczasowych. Pierwszy wniosek dotyczył nie tyle ilości numerów, a ich długości oscylującej pomiędzy dość skromnymi trzema minutami do tylko w dwóch przypadkach minut ponad sześciu, co razem daje niewiele ponad czterdzieści minut muzyki. Tak, to w porównaniu do The Way of All Flesh wynik mizerny, jednak co oczywiste nie ilość się liczy, a jakość która szczęśliwie jest immanentną częścią Magmy. Mimo, że po premierowych sesjach mój entuzjazm nazbyt duży nie był, bo oczekiwania wyśrubowane, a pierwsze wrażenia ambiwalentne, to gdy już miarodajnie przegryzłem się przez konstrukcje i strukturę, dałem czas by Magma okrzepła, a analiza oparta była na odpowiednim doświadczeniu werdykt wydałem dla Gojiry zadowalający. :) Jest inaczej niż dotychczas, jednako ta zmiana nie jest rewoltą, a świadomą ewolucją której należało od Francuzów oczekiwać, szczególnie przez pryzmat rosnącej popularności i wysokich notowań wśród znających temat bezlitosnych częstokroć krytyków. Gdzieś na margines odrzucone zostały charakterystyczne szlify ze sprzężeniami i zgrzytami na modłę dokonań legendy Morbid Angel, a potwornie ciężkie i skomplikowane kanonady ustąpiły miejsca atmosferze w której dominuje groove. Nie ma na Magmie niemal zupełnie death metalu, a jeśli już ktoś się uprze, że jest to najwyżej w ilościach śladowych. Za to słychać ogromny wpływ grup równie popularnych jak nietuzinkowych pośród całego zalewu rockowych czy metalowych indywidualności. Jest Mastodon ze swoją wyobraźnią i Deftones z emocjami potężnych rwanych riffów, jest Voivod z tym swoim kosmosem, Meshuggah ze śmiertelnie poważną zabawą metrum (ale oni tu byli od zarania) i Tool z klarownymi harmoniami i tonami progresywnego zacięcia. Niby materiał krótki, a tak wiele inspiracji przefiltrowanych z wyczuciem i dostosowanych do potrzeb wypracowanego charakterystycznego stylu Gojiry. I zapewne (to cholera nieuniknione ;)) pojawią się ortodoksi, którzy będą kręcili nosami - sam moim nieco z początku do góry i do dołu pokręciłem. Wiecie, że za mało mocy, ciężaru i gwałtu na instrumentach, że próby czystych zaśpiewów i więcej chwytliwości, że muzykom w dupach przez tą adorację krytyki się poprzewracało i o gwiazdorce w mainstreamie marzą. Nie zmienią jednak te żale obiektywnego stanu rzeczy, że miejsce Gojiry jest pośród największych, a Magma zdecydowanie tą drogę na szczyt przetarła, przybliżając do nieuniknionego.
czwartek, 26 maja 2016
Gojira - L'Enfant Sauvage (2012)
Nie ma co dyskutować z teorią zakładającą, że określone
dźwięki trafiają do człowieka w sprzyjających okolicznościach, kiedy jest już
odpowiednio przygotowany do ich przyswojenia. Innymi słowy, prosto z mostu by
jasność pełna była – kiedy przyjdzie na nie czas. :) L’Enfant Sauvage w 2012
roku pomimo prób dość wytrwałych jako całość do mnie nie trafiła, chociaż kilka
kompozycji już od pierwszego odsłuchu wyraźnym echem powracało, gdy cisza
nastawała. Tak już jest jednak, że kierując się powyżej wyłuszczona zasadą często
po dłuższym czy krótszym czasie powracam do tych albumów, które intrygują,
chociaż jakieś wielkiej przyjemności ówcześnie nie przynosiły. Tym razem wtórne
podejście nastąpiło tuż po premierze pierwszego singla z nadchodzącej już
wkrótce płyty. Stranded tak mocno wbił się w mą świadomość, że nie
omieszkałem błyskawicznie odtworzyć zarówno L’Enfant Sauvage jak i The Way of
All Flesh. O tym drugim krążku kilka zdań skreślę niebawem, a teraz maksymalnie
subiektywna refleksja w temacie longa z 2012 roku. Na starcie nomen omen
Explosia z riffem jak przystało na Gojire mechanicznym i sprzężeniami eksplozję przypominającymi. Mocne otwarcie numerem, który akurat melodyjnej
chwytliwości w głównym temacie pozbawiony. Nie trzeba jednak długo czekać by
usłyszeć mechaniczny puls precyzyjnie skonstruowanych riffów współegzystujący z
przebojowym szlifem wwiercającym się w czaszkę. Kompozycja tytułowa to modelowy
przykład tego waloru, który w wykonaniu Francuzów do mnie skutecznie przemawia.
Temat główny zbudowany na przestrzennym motywie to największa siła Gojiry, taki
który swą progresywną naturą i jednocześnie transowym zapętleniem nie wyłazi z
łba łatwo. To samo odczucie towarzyszy mi, gdy z głośników wybrzmiewają Liquid
Fire, Born in Winter, The Axe i przede wszystkim absolutnie zjawiskowy The Gift
of Guilt, który to dodatkowo w wersji koncertowej zamieszczonej w sieci samym ascetycznym obrazem miażdży. Prócz tych perełek by nudy słuchacz nie zaznał ekipa Joe Duplantiera raczy przebogatymi, złożonymi rytmicznie i maksymalnie
zintensyfikowanymi kompozycjami w rodzaju Planned Obsolescence, Mouth of Kala
oraz Pain is a Master, zeschizowanym i ciężarnym The Fall jak i intrygująca
miniaturką The Wild Healer. Podsumowując, natura ekipy znad Loary
skomplikowana, bo w tym matematycznym układzie pancernych
riffów, sprzężeń, pisków, uderzeń perkusji, basowych wygibasów, ryków i w miarę
czystych wokalnych zawodzeń kryje się nie tylko intrygująca kombinatoryka, ale
i progresywna świadomość o ogromnej wyobraźni. Odkrycie tego niełatwe, za to trud rekompensowany godziwą przyjemnością odkrywania tych dźwięków z perspektywy podatności na ich czar.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





