Zaczyna się niczym wskrzeszony do życia klimat Chłopców z ferajny, bo to taki charakterystyczny sznyt narracyjny i dialogów specyfika, więc nie powiem bym nie był na początku podekscytowany i ogólnie do końca spoko to było, jakby jednak podskoczyć przywołanego tytułu nie miało prawa i możliwości. Nie ta historia, finezja i rozmach, ale jednak tak klasycznie po amerykańsku porządnie -hollywoodzki show niejako filmowy, gdzie przede wszystkim widowisko kosztem zapewne dokumentalnej staranności. Świetnie spreparowana pod szerokie gusta z morałem napisana przez życie bajeczka, w stylu niemniej jednak gustownego kina rozrywkowego. Podstawa to książka niejakiego Danny'ego Lyona - paradoksalnie raczej dokumentalny jak doczytuje zapis monograficzny dotyczący jednego z „klubów” motocyklowych z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. O facetach i ich zabaweczkach przedłużających im ego, zasadniczo więc idzie o opowiadanie atrakcyjne testosteronowej historii, która to okazuje się w zasadzie przestrogą, bowiem chłopczyki to tak motoryzacji pasjonaci, zagubieni romantycy, amatorzy łatwej bitki, jak i kompletne zjeby czy groźni frustraci. Trzyma ich w grupie stadna siła, wszystkie te lojalnościowe braterskie wartości oraz dobra mało odpowiedzialna zabawa, a dzielą ambicje i różne wizje rozwojowe, wraz z ekstremalnie patusiarskimi. Im większy bezwzględny wariat, tym silniejszy strach, znaczenie istotniejsze, więc „klub” mutuje w gang i dobra zabawa zmienia się w ofiar opłakiwanie. Recenzje zawodowej krytyki w tym przypadku chłodne, a ja może w swej ocenie jestem za mało krytyczny, bowiem bardzo lubię ten groove w amerykańskim stylu, to poczucie humoru w raczej mimo luzu poważnym dramacie, a najbardziej to polecam, gdyż moja jedna z najnowszych ulubienic Jodie Comer (przypominam Marguerite de Carrouges w Ostatnim pojedynku) ponownie na ekranie i uwierzcie, znów jest mega zjawiskowa!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeff Nichols. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeff Nichols. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 listopada 2024
wtorek, 21 marca 2017
Loving (2016) - Jeff Nichols
Oparta na autentycznych wydarzeniach
historia państwa Loving, mieszanej amerykańskiej pary, która w latach 60-tych popełniając w stanie Wirginia mezalians, naraziła się na szereg prześladowań oraz w finale
dzięki zaangażowaniu ambitnych prawników doprowadziła do zmian w Konstytucji Stanów
Zjednoczonych. Jednak do zwycięstwa w batalii przeciwko niesprawiedliwości
prowadziła bardzo kręta ścieżka, pełna poświęceń i wątpliwości, obaw o sens
walki i lęku przed jej reperkusjami. Podjęta ryzykowna gra nie gwarantowała
przecież triumfu, a z pewnością miała istotny wpływ na napięcia pomiędzy małżonkami
i bezpieczeństwo rodziny w społeczeństwie przesiąkniętym rasowymi podziałami.
Zaletą niewątpliwie obrazu jest jego kameralna forma, skupienie się przede
wszystkim na opowieści o ludziach, których zwykłe życie komplikuje
niezrozumiałe prawo i cały medialny szum
rozpętany wraz z sądową batalią. Niewiele tutaj polityki, a same ideologiczne
podłoże sprawy jest tłem w którym odnajdujemy relacje rodzinne, przeżycia
wewnętrzne bohaterów i prawdziwą miłość. To stonowany film, można by napisać
taki cichy, chwilami może nazbyt subtelny, ale jest w nim paradoksalnie sporo
napięcia i krzyk, tam gdzie strach ustawiczny i życie ciągłe w niemej pokorze
prowadzi do wyrwania się z bezradności i przeciwstawienie dyskryminacji. W
czasach silnej segregacji rasowej, w jednym z najgorętszych miejsc Ameryki,
gdzie radykalizmy dotkliwie wrosły w ludzką mentalność.
P.S. Czy tylko mnie powierzchowność i
sposób aktorskiej interpretacji Rutt Neggy kojarzył się z naszą Gabriela
Muskałą. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

