Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Buffalo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Buffalo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2022

King Buffalo - Regenerator (2022)

 


Jak sobie wymyślili tak prawie uczynili. Miały być trzy krążki w jednym (2021) roku, są trzy krążki w przeciągu właściwie 13 miesięcy kalendarzowych. A może do końca ich zapowiedzi nie zrozumiałem i jest jak miało być, bądź udało się, ale z drobnym poślizgiem zamknąć projekt w deklarowanym czaso-okresie. To opóźnienie to drobiazg, faktem jest że napisać materiał na trzy albumy i każdemu nadać taki kształt aby nieco go wyróżniał, to nawet w najdzikszych i najefektywniejszych latach dla hard rocka raczej się nie zdarzało. Regenerator zamyka składającą się z trzech części muzyczną wypowiedź i stwierdzam, że dokonuje tego z przytupem, choć nikt dysponujący zdrowymi zmysłami nie powie, że to jakiś olbrzymi skok jakościowy w stosunku do The Burden Of Restlessness i Acheron. To naturalne rozwinięcie koncepcji i świetne (oby już niedługo na tyle rozpoznawalne stylistyczne granie), że King Bufflo wejdzie o co najmniej poziom wyżej w branży i albo się zainteresuje lub pozwoli się zainteresować sobą odpowiedniej wytwórni, która to z większym rozmachem i profesjonalizmem zajmie się rozwojem kariery grupy. Na dziś bowiem jest to faza wciąż startowa, a nazwa nadal jeszcze mało rozpoznawalna na scenie, a niewątpliwie zespół posiada potencjał i z pewnością w jego kompozycjach jest przestrzeń na jego wykorzystanie. Póki co mamy kapitalną motorycznie retro stoner rockową jazdę, której cechą immanentną jej transowa istota, oraz fantastycznie rozwijane tematy melodyjne. Rytmika raczej jednostajna, a jak sobie tak King Bufflo teraz słucham, to mam wrażenie że podobne odczucia towarzyszyły mi kiedy to szwedzka Katatonia przechodziła od fazy black metalowej do tej jaka gdzieś na wysokości Viva Emptiness nabrała intensywnych rumieńców i wówczas dla mnie stała się tak na całego interesująca. Kumaci z miejsca strybią, że mówię o okresie Brave Murder Day - Discouraged Ones - Tonight's Decision, ale oczywiście totalnie umownie tutaj porównuje ją i King Bufflo. Bo przecież wiadomo, że wszystko ponad nakręcane tempo jest różne. Jednak nie obraziłbym się gdyby Amerykanie na kolejnym materiale zrobili może nie fikołka, ale jakąś ciekawą i sympatyczną figurą stylistyczną zaskoczyli. 

poniedziałek, 9 maja 2022

King Buffalo - Acheron (2021)

 


Jak pamiętam, kiedy The Burden Of Restlessness absolutnie na świeżo jako pierwszy materiał Jankesów rozpoznawałem, zapowiadali jego autorzy iż nawet trzy materiały w ciągu jednego roku wydadzą i zastanawiałem się wówczas czy to tak samo mądry jak ambitny plan. Okazało się że z trzech dwa w plan wprowadzili i w jednym roku kalendarzowym dwie salwy oddali i obydwie na wysokim poziomie, więc nie ma co narzekać i podważać zasadność takiej obecnie bardzo niecodziennej decyzji. Sensu też nie dostrzegam w ponownym detalicznym opisywaniu charakteru tej nuty, bowiem jedyna różnica pomiędzy wymienionymi krążkami oprócz ilości numerów i czasu ich trwania ogranicza się naturalnie do wydłużenia kompozycji poprzez zwiększenie w bluesującym stonerze pierwiastka psychodeliczno-progresywnego, który to w większym natężeniu pojawia się właśnie na Acheron. Riffy płyną swobodnie niemal przez cały program płyty jednym tempem i robią przestrzeń dla rozwijania dość melancholijnych melodycznych tematów, okraszanych równo rozbudowanymi atmosferycznymi solówkami, a od święta też klawiszowym klasycznie progresywnym motywem. Album to właściwie zdominowany przez pięknie zaaranżowane pasaże instrumentalne, a wokal jest jedynie tłem i przez charakter barwy wokalisty wtapia się w całość bezkolizyjnie, przez co zatracając charakter. To jednak nie jest wada Acheron, a wręcz przeciwnie, gdyż mało optymistyczne wersy wyśpiewywane w takt średnich temp w takich okolicznościach możliwości głosowych ich aranżu wypadają najbardziej przekonująco. Jest w tej nucie uparte trzymanie się schematu, ale jest też pod powierzchnią budowane napięcie, najwięcej mimo to tutaj eterycznej poświaty, czasem tylko wyraziście podciąganej w wyższe rejestry mocniej wybrzmiewającym akordem, tudzież konkretniejszym riffem. To nuta niemal relaksacyjna, do kontemplacji idealna i kapitalnie wprowadzająca w muzyczną hipnozę. Na kanapie, ze słuchawkami na uszach, kiedy popołudnie przychodzi i tempo dnia spowalnia. 

P.S. Jak tak popisałem, to okazało się że niby krążki podobne, a jednak tak różne. I chyba fajnie!

czwartek, 17 czerwca 2021

King Buffalo - The Burden of Restlessness (2021)

 


Psychodeliczny heavy blues/stoner rock - tak King Buffalo jest tagowany i sama przynależność gatunkowa muzyki Amerykanów mogłaby już przyciągnąć moją uwagę. Jednak w tym konkretnym przypadku to nie nuta, a oprawa wizualna sprawiła, że sprawdzić zapragnąłem z czym mogę mieć do czynienia. Tym bardziej iż głębsze przyjrzenie się kopercie The Burden of Restlessness przyniosło myśli skojarzeniowe z twórczością naszego mistrza niepokojącej artystycznej makabry w osobie nieodżałowanego Zdzisława Beksińskiego. Okazało się nawet (no nieźle!), iż nie było to błądzenie, tylko wprost strzał w dziesiątkę, gdyż Jankesi wykorzystali na okładce jeden z obrazów Mistrza, a dokładnie jak podpowiadają w temacie mądrzejsi, jedno z jego dzieł z końca lat 70-tych. Obraz z frontu robi robotę, wzmaga apetyt, a przede wszystkim przyciąga zainteresowanie i intryguje. Ale za piękną obwolutą musi iść przecież równie atrakcyjna zawartość dźwiękowa i tutaj nie ma w zasadzie do czego się przyczepić, bowiem najnowszy album King Bufflo przynosi wciągającą przy pomocy transowych powtórzeń i hipnotyzujących zapętleń porcję sprawnie zagranego właśnie (etykietowanie się kłania) bluesującego stonera, o progresywnym zacięciu. Jego cechą charakterystyczną trzymanie w ryzach megalomaniackich odlotów, bo muzyka to bogato ilustracyjnie sprofilowana, o wysokim stężeniu przestrzennej wyobraźni, lecz dość ascetyczna w formie. Innymi słowy struktura kompozycji jest przejrzysta i oparta na braku aranżerskich zaskoczeń - stawiająca przede wszystkim na sprawne posługiwanie się dość skrajnym, mimo to płynnie zmiennym natężeniem dźwięku, w miejscu gdzie można by się mocno popisywać biegłością instrumentalną. Ta prostota jest też całkiem pozorna, gdyż bardziej zaangażowane "wsłuchanie się" pozwala pod powierzchnią trochę ciekawych detali wychwycić, a nieco naciągane powiedzenie iż w prostocie tkwi wielka siła oddziaływania, okazuje się regułą którą ekipa King Bufflo mocno do serca sobie biorąc, fantastycznie w praktycznym wymiarze na krążek przeniosła. Zapewne można się czepiać, że album to jeden z tych z których po osłuchaniu zacznie wiać nudą, a przyczynić się do tego znacząco może dość markotny i bez większej siły wyrazu męczący wokal, ale ja przecież nie pisze tu, iż The Burden of Restlessness to dzieło wybitne, ponadczasowe, uniwersalne i etc. Ja nie wyrażam też pretensji do stylu interpretacyjnego Seana McVaya, ja daje jasno do zrozumienia, że album ten fajnie buja, a nawet znakomicie relaksuje, a do tego świetnie dzięki talentowi Zdzisława Beksińskiego wygląda. Mnie na razie to wystarczy i będę obserwował co z tej mąki w przyszłości zostanie wypieczone. 

Drukuj