Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Lee Hancock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Lee Hancock. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 kwietnia 2021

The Little Things / Małe rzeczy (2021) - John Lee Hancock

 

Dawno nie widziałem tak konwencjonalnie po hollywoodzku zrobionego kryminału. W klasycznej odsłonie śledztwo się toczy, a od praktycznej strony warsztatowej John Lee Hancock po kolei odhacza wszystkie charakterystyczne dla gatunku chwyty. Trochę mroku, sporo niepokojących dźwięków w tle, efektownie pracująca kamera i posiadający swój wdzięk płynny montaż. Bohater to typ po przejściach, z tajemnicą za nim się wlekącą, jakimiś śmierdzącymi sprawami za kołnierzem, a może on tylko zrezygnowany po latach brodzenia w kryminalny głównie. Nie uniósł ciężaru i się gość po prostu rozkleił? I mógłby to być strzał na miarę nawet Siedem Finchera, gdyby nie był to film po pierwsze drażniąco sterylny produkcyjne i od sztancy z aptekarską drobiazgowością odbity. Także w scenariuszu tu coś nie pyka, bo przez jankeską wyobraźnię odrobinę przeładowany, przez co klimat się rozmywa, zamiast atmosfera sukcesywnie gęstnieć. Jedyny duży i wyrazisty plus (poza świetnymi zdjęciami gablot w ruchu), to kreacja Jareda Leto - błyskotliwego czuba, w charakterze podejrzanego pogrywającego sobie widowiskowo ze stróżami prawa. I dla równowagi proporcjonalnie wielki minus dla koszmarnego Remi Maleka w roli jednego z tych stróżów. Podsumowując, to akurat po kryminale z łapy Johna Lee Hanckocka czegoś znacznie smakowitszego się spodziewałem.

P.S. O Denzelu Washingtonie nic nie wspomniałem, gdyż nawet jeśli gra role główną, to odgrywa ją tak po swojemu, znaczy jest i ani go ganić, ani chwalić.

poniedziałek, 15 lipca 2019

The Highwaymen (2019) - John Lee Hancock




Rewers legendarnej historii Bonnie Parker i Clyde’a Barrowa, nakręcony dla Netflixa przez istotnie przywiązanego do tradycji klasycznego kina Johna Lee Hancocka. W obsadzie z dwoma już mocno dojrzałymi (absolutnie nie mógłbym napisać zgredziałymi!) gwiazdami amerykańskiej fabryki snów. Kevin Costner i Woody Harrelson na odpowiednim miejscu, w rolach facetów z przyrodzeniem z granitu, dokładnie pisząc zahartowanych w boju emerytowanych strażników Teksasu, o których jak donoszą archiwa przypomniano sobie w roku 1934, gdy ówczesne nowoczesne metody śledcze zawiodły, a krwawe żniwo rajdu Bonnie i Clyde’a przybrało rozmiary kompromitujące polityków odpowiedzialnych za wymiar ścigania. Nowoczesne metody śledcze, czyli namierzanie, radio i podsłuchy, wyedukowani, teoretycznie otrzaskani agenci federalni vs. przestarzałe metody, a głównie intuicja, doświadczenie, spryt i brak patyczkowania się - żadnej taryfy ulgowej. To poniekąd western (takie przez cały seans odnosiłem wrażenie) tyle, że w okolicznościach czasu, kiedy po rewolwerowcach zostało tylko wspomnienie, a miejsce dzikich band zajęła może i jeszcze krwawsza gangsterka. W miejsce karych, gniadych, siwych wierzchowców przyszła rewolucja motoryzacyjna, Fordy roczniki dwudzieste i trzydzieste, a sama Ameryka stała się dzikim zachodem nie dla  samych złoczyńców z wyboru, ale także farbowanych lisów - bankierów i skorumpowanych polityków. Mnie The Highwaymen zdecydowanie kupił, choć nie oczekiwałem szczególnie wiele, to otrzymałem tyle by w zupełności wystarczyło. :) Skradł przez ponad dwie godziny moje męskie serducho, gdyż między innymi skrzył się dosadnym sarkastycznym dowcipem w postaci kozackich tekstów, a odpowiedzialni za casting kapitalnie przede wszystkim dinozaurów obsadzili - bardzo autentycznego w tej pozie twardziela Costnera i genialnego jak zwykle, bez względu na rodzaj roli Harrelsona. Ponadto co równie decydujące, wymiar dramatyczny ze strategicznym nostalgicznym usposobieniem zaadaptowany do potrzeb fabularnej historii, to rodzaj tej jedynej przeze mnie akceptowanej moralizatorskiej kalki, jakiej swego czasu Clint Eastwood w przypadku genialnego Bez Przebaczenia użył. Z tym jednako jednym istotnym zastrzeżeniem, że William Munny i Ned Logan jako wyjęci spod prawa życia pozbawiali, a Frank Hamer i Maney Gault posiadali na to formalne przyzwolenie jako strażnicy – ostatni sprawiedliwi.

czwartek, 9 lutego 2017

The Founder / McImperium (2016) - John Lee Hancock




Do „Maka” to ja nie chodzę, bo jest mi nie po drodze. Problemem nie jest mój weganizm czy wegetarianizm, a zmysł czysto estetyczny. Zwyczajnie nie lubię patrzeć na te zunifikowane postaci, w mordę uprzejme, ze zautomatyzowanym posłuszeństwem wobec klienta. Nie jestem w stanie zdzierżyć tych sztucznych uśmiechów przyklejonych do twarzy, ludzi odzianych z godności, niczym małpy wystawionych na widok klienta i ogólnie całego tego kolorowego plastiku wokół i na tacce. Natomiast biografie, czy inne quasi monografie wszelkiej maści od zawsze były mi po drodze, zatem na film o postaciach związanych z początkami fast foodowego giganta pójść musiałem, chociaż te wszystkie nazwiska z burgerowego imperium absolutnie mi nieznane. Dodatkowym atutem filmu zdawał się Michael Keaton, który drugą młodość na ekranach przeżywa i zdaje się przekonywać, że ten powrót sięga sporo wyżej niż to, czym przed laty zasłyną. Tutaj żadnego zawodu nie zanotowałem, bo w roli Ray’a Krocka odnalazł się wyśmienicie i rzeczywiście to on obok kilku równie dobrych aktorów stanowi o ogólnie pozytywnym wrażeniu, jakie film na mnie zrobił. Typowo amerykańska historia, sen amerykański spełniony, czyli od niemal zera do dosłownie miliardera. Od zdesperowanego sprzedawcy szejkerów, który trafia na żyłę złota i dzięki WYTRWAŁOŚCI i niestety, co w biznesie symptomatyczne, bezwzględności, w wątpliwych etycznie okolicznościach zmienia mały rodzinny interes w korporacyjnego potentata, trzęsąc w wieku przedemerytalnym całym rynkiem. Zeżryj konkurencję zanim ona ciebie skonsumuje, złam umowy, bo one jak serca, a ludzie przecież je łamią. Idź po całości, bez skrupułów, wpadając w obsesję, stając się zawodową pijawką w bezlitosnym świecie interesów. Nagrodą będzie fortuna i LEGENDA, którą twoja postać zostanie owiana, a koszty? Jakie koszty? Z kasą jesteś do przodu, a ludzie, których po drodze zdeptałeś, jakoś się pozbierają i odnajdą w nowych okolicznościach. Pomimo, że The Founder to taka wdzięczna, nieskomplikowana w formie, nieprzekombinowana opowieść o kreacji, to jednak płynący z niej morał jest niestety gorzki, mimo masy cukru w tej light coli. To tajemnica upadku dobrej idei, na rzecz pogoni za pieniądzem i sławą. Kuluary zbudowania nowego amerykańskiego kościoła, w którym miast gorliwego symbolicznego konsumowania Chrystusa, wpierdala się wprost tłuste kotlety, budując wokół idealistyczny mit. Jako historia, socjologiczny i biznesowy fenomen jest to fascynujące, lecz niestety z za małą ilością ikry opowiedziane. Poprawnie i z momentami, z niezłym tempem, ale bez permanentnego napięcia.

piątek, 4 lipca 2014

Saving Mr. Banks / Ratując Pana Banksa (2013) - John Lee Hancock




Fascynujące kulisy genezy powstawania legendarnej disneyowskiej superprodukcji. Ze wspaniałym wartościowym przesłaniem, dojrzałą puentą, wybornym aktorstwem i urokliwą warstwą muzyczną. Piękny, taki promienny film, równie zabawny co poruszający - jakby zbudowany ze światła i mroku jednocześnie. Równie dosadnie ukazujący człowiecze słabości co jego zalety. Z niezwykle pozytywnym przesłaniem co nie demonizuje ludzkich błędów, a pozwala w nich odnaleźć szansę dla siebie. Wyjątkowy dla mnie bezspornie, w prostej formie zamknięty, a tak niezwykle bogaty emocjonalnie. Wzruszający i głęboko dotykający, łączący lekką, niemal typową gatunkowo familijną rozrywkę z poważną treścią. W nim fascynujący świat wykreowany, bez tej współcześnie wszechogarniającej technologicznej ściemy. Taki prawdziwie czarujący, baśniowy niemal - dziś niestety tak trudny do odnalezienia.  Ja w nim się zatraciłem z pasją śledząc starcia dwóch silnych osobowości, śmiechem beztrosko wybuchając by w chwile później łzy wzruszenia spływające ocierać. On do wielu, szczególnie ojcowskich refleksji mnie skłonił, o oczywistościach przypomniał, wspaniały analityczny portret ludzi z krwi i kości prezentując. Jestem zachwycony, oczarowany! Od czasu Marzyciela nie oglądałem tak bajecznie uroczego obrazu! Polecam wszystkim, nie tylko tym uczuciowym duszom. :)

P.S. Oczywiście chylę czoła, pokłony bije przed pełną obsadą - zachwycającą Emmą Thompson, wybornym jak zawsze Paulem Giamattim, przekonującym Tomem Hanksem i coraz częściej potwierdzającym klasę Collinem Farrellem. Niemal jak muszkieterowie - wszyscy za jednego, jeden za wszystkich! Cudowne wszystkie kreacje, od tych epizodycznych do pierwszoplanowych. Bez wyjątku!

Drukuj