Sobie Jack wymyślił, że z zaskoczenia i że w atmosferze tajemnicy - cholera wie na jakich nośnikach i czy w ogóle. Jakieś akcje w sklepach płytowych sieci Third Man w trzech znanych miastach, takim sławnym Londynie i takich Detroit oraz Nashville amerykańskich z tego co nety pisały fani dostawali vinyle podpisane jedynie No Name, bez opisów indeksów - ale za darmo. :) Potem już raczej względnie normalnie krążek bardzo niebieski pojawił się w obiegu i już na pełnej zaczął przyciągać uwagę nie tylko formułą promocji, ale swoją zawartością, bowiem najnowszy album Jacka jest archaicznie ognisty, czyli zawiera sto procent drapieżnego rocka w rocku. Bliżej No Name do tradycji The White Stripes niż wszystkiego innego wypuszczonego pod imiennym szyldem, co stanowi z pewnością mega zaskoczenie, ale umówmy się dla stęsknionych maniaków rzeczonego duetu to żaden powód do utyskiwania, a naturalnie sytuacja spełniająca ich wieloletnie marzenia. Każda kompozycja z nowego longa to tak pokłonienie się sobie samemu z okresu startowego jak oddanie hołdu wszystkim największym tuzom z pierwszego jak i tak drugiego czy trzeciego rzędu zespołom rockowym z czasów brytyjskiej rockowej prosperity. Oczywiście Stonesi, Zeppelini (przecudny i kozaczny Archbishop Harold Holmes) się nasuwają, ale i te ekipy o których gdzieś historia przez lata zapomniała, a jakie przykładowo zostały niedawno poniekąd opisane w formule encyklopedycznej w pracy Ra'anan Challeda "W bocznej ulicy". Piszę o tych wszystkich wspaniałych zespołach jakie (to dla wtajemniczonych) disc jockey jako rozgrzewkę puszczał przed około dziesięcioma laty na jednej z tras koncertowych Rival Sons. Pamiętam doskonale jak mnie ekscytowały te numery lecące z siedmiocalówek (7") i innych raczej mało znanych ówczesnym pocztówek muzycznych. Coś fajnego i ciekawego, a ja właśnie zawartość No Name tak sobie kojarzę i przywołuje ona bardzo miłe wspomnienia. Jest niby inaczej niż na maksymalnie eksperymentalnych krążkach poprzednich (niby tak, niby nie), które mnie jednocześnie kręciły i odpychały, bo przyznaje można było mieć wrażenie iż panuje tamże inspiracyjny bałagan. Powalały na kolana co niektóre motywy i rozwinięcia ichże, ale też wystawiały mnie na sprawdzian cierpliwości, gdy kombinowanie posunięte było zbyt daleko i nazbyt niezrozumiale numery ewoluowały. No Name od początku do końca jest spójny i ekscytujący, zatem ja włączam już jego natychmiast do faworytów ostatnich miesięcy, a być może i za pstryk kończącego się 2024 roku. Na koniec jeszcze wyjaśnię, bowiem każdy kto się tu na blogaska zaplątał zasługuje na szczerość i prawdy zakamuflowanej wyłuszczenie, że niby No Name jest inne, a jednak słychać, że to White solowy, a nie duetowy czy grupowy, bo zmieniły się priorytety udziwnionego na rzecz surowo klasycznego, ale nie zmienił się ogólny flow. Ja przynajmniej nie miałbym problemu aby to nowe postawić obok white'owego starszego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack White. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack White. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 września 2024
poniedziałek, 15 sierpnia 2022
Jack White - Entering Heaven Alive (2022)
Jestem zaskoczony! Nigdzie bowiem nie trafiłem wcześniej na informację jakoby Jack miał w tym roku wydać dwa albumy z premierową nutą, a może w nieodpowiednich, znaczy niekompetentnych źródłach myszkowałem lub zwyczajnie nie interesowałem się na tyle rzetelnie, czy wreszcie sam John Anthony Gillis ukrywał przed fanami własne plany. Tak czy inaczej po naprawdę dobrym (bo doskonale ważącym eksperymenty i siarczyste rock'n'rollowe granie) Fear of the Down natychmiast przyszła pora na program zupełnie inny, bo właściwie to semi akustyczny, a momentami po całości akustyczny. Niestety nie takiego J.W. ja od J.A.G. oczekuję i tak jak dwa numery otwierające - pierwszy z fajnie słyszalnymi progami, a drugi z fajnym (bardzo typowym dla niego) klawiszem w połowie utworu, to dalej ta folkowa (poniekąd też beatlesowa) formuła mimo że na swój właściwy dla balladowej konwencji klei się do uszka, to też gdybym sobie podczas odsłuchu w łóżku zaległ, natychmiast by mnie uśpiła. Żebym nie został nietrafnie zrozumiany - instrumentalnie i aranżacyjnie wszystko brzmi bardzo dobrze, a taki na przykład genialnie bluesowy i zaprzeczający moim powyższym słowom I've Got You Surrounded (With My Love) wysforowuje się pośród partnerów na zdecydowanego mojego faworyta, bo jest FANTASTYCZNY. Pozostałe kawałki jednak (uprę się) nie powodują intensywniejszego bicia serca, a te fragmentaryczne w nich drobiazgi działające na plus (wejścia zgrabnie intrygujących motywów), to zbyt mało, bym miał donosić iż Jack właściwie przez 3/4 czasu nie ględzi. Nie napiszę jednako iż daje tu plamę, napiszę iż forsuje mnie akurat w większości nieinteresującą estetykę.
poniedziałek, 11 kwietnia 2022
Jack White - Fear of the Dawn (2022)
Kiedy nie słyszę nuty White'a, nie tęsknię i tym bardziej za jej obecnością w moim życiu nie płaczę. Zmysłów też nie tracę, kiedy od czasu do czasu z czymś co skomponował i nagrał się "zobaczę". ;) Tak to już jest, że The White Stripes oprócz tego co znają chyba wszyscy, to resztę znam bardzo wybiórczo. Krążki The Dead Weather dla odmiany mam całkiem dobrze rozpracowane i akurat do nich czuję większą miętę, zaś to co firmuje pod szyldem The Raconteurs szanuję, ale ponad miarę ogólnie takiego post beatlesowskiego grania nie propsuję. Solowym dorobkiem natomiast potrafi typ mnie kupić, a jeśli nie kupić tak wprost, to chociażby na tyle mocno zaintrygować, że mielę przykładowo zawartość Boarding House Reach z roku 2018 tak długo aż jego eksperymentalny charakter i potwornie chaotycznie z początku porozrzucane klocki, zaczną tworzyć w miarę przyswajalną konstrukcję jako całość. Nie ukrywałem kiedy właśnie ten album poddawałem refleksji, iż "nawet jeżeli kilka utworów cieszy ucho sprawną, czasem nawet genialną żonglerką analogowymi brzmieniami organów, czy różnej maści innych elektronicznych wynalazków, wraz z soczystymi gitarami przywołującymi ducha bogatego muzycznie przełomu siódmej i ósmej dekady XX wieku - interesującej fuzji rocka, bluesa, soulu, jazzu i funku, to ciężar niezgrabności pozostałych ściąga krążek jako całość, w otchłań z dużym jaskrawoczerwonym napisem nosz kurwa mać, p-r-z-e-k-o-m-b-i-n-o-w-a-n-e” i w sumie uznałem, że ok, ale takie poszukiwanie kompromisu pomiędzy sentymentem do klasycznych analogowych brzmień, a odjazdami w kierunku większej ekscytacji, badającej granice akceptacji słuchacza, w tym konkretnym ujęciu nie wypełniło znamion koniecznej spójności. Dzisiaj jednak mogę śmiało po kilku podejściach do nowego materiału napisać, że te ograniczone do co najwyżej połowy tuzina odsłuchy wystarczają, aby złożyć puzzle w całość i cieszyć się względnie błyskawicznie oddanymi do recenzji kompozycjami, na takim poziomie jak to miało miejsce kiedy Lazaretto rozdziewiczałem. Zwyczajnie Fear of the Dawn łapie taki przelot, który wpada w ucho, ale i nie nudzi natychmiast, bo groove i drive tych numerów, mimo użycia masy różnorakich syntezatorowych efektów i natłoku przesterów gitarowych trzyma je w ryzach łatwiejszej przyswajalności. Stąd już dzisiaj efekt odsłuchowy jest dla mnie atrakcyjny i nie zakładam też że przez to, ten tuzin nowych kawałków szybko starci na świeżości.
piątek, 23 marca 2018
Jack White - Boarding House Reach (2018)
Wypadałoby jak dobry obyczaj i wytrenowany przez samouka pismaczy warsztat
zobowiązuje, jakieś intro na starcie urodzić. W przypadku od wielu lat dyżurnej
nadziei światowego rocka, coś w rodzaju natchnionego i z nutką żartu otwarcia o
wprowadzaniu do gatunkowej tkanki eksperymentatorskiej wizji, świeżego
pierwiastka etc. Bowiem akurat w takim tonie zapewne większość mainstreamowych
muzycznych periodyków napisze i spora część dziennikarskiej braci, mniej lub
bardziej niezależnej w podobnej tonacji, przyklaskując, ochoczo "własne" zdanie
zaproponuje. Niestety nie odnotowuję w tym momencie przypływu większego
natchnienia i byłby to raczej poród w bólach kamieni nerkowych, zamiast
finezyjnej przedmowy w cudownych naturalnych okolicznościach zrodzonej. Poza tym, co
istotą części merytorycznej tekstu, nie odczuwam po kilku kontaktach z Boarding
House Reach potrzeby utożsamiania jeszcze gorącego krążka White’a z dziełami z
rodzaju tych przełomowych. Może kiedyś? Nie wykluczam, choć nie wierzę. Tu i
teraz odbieram go jako próbę wykonania pewnej złożonej sekwencji
skomplikowanych ruchów, sondujących nastawienie fanów lidera White Stripes do
tego rodzaju poszerzania muzycznych horyzontów i utwierdzenie siebie samego w przekonaniu o
znaczącym wpływie na współczesny obraz szeroko pojmowanie rocka. Album (żeby nie
budować atmosfery porażki) jest w kilku, względnie kilkunastu momentach udanym
odjazdem Jacka, wraz z ciekawymi wynajętym na tą okoliczność instrumentalistami,
w kierunku fuzji wielogatunkowej. Jednako posiada również liczne wady, w
postaci mielizn i prób łapania zbyt licznego stada srok, za ich imponujące,
lecz delikatne ogonki. Gdyby te trzynaście kompozycji zredukować do pięciu, sześciu (Connected by Love, Why Walk a Dog?, Corporation, Ice Station Zebra, Over and Over and Over, Who is it Me?!) to w
takim układzie ilościowym, w moim przekonaniu album z powodzeniem obroniłby
się, jako mini z niewyżywołanymi ambicjami, a pomiędzy numerami byłby do
wychwycenia wspólny mianownik. Trudno jednak w tej obszernej formule nie
dostrzec piętna, jakim Boarding House Reach obarczone. Brak spójności bowiem,
to problem zasadniczy i ponad nim, jakbym się nie starał, nie daje rady przejść do porządku dziennego. Nawet jeżeli te kilka powyżej wymienionych utworów cieszy ucho
sprawną, czasem nawet genialną żonglerką analogowymi brzmieniami organów, czy różnej maści innych elektronicznych wynalazków, wraz z soczystymi gitarami przywołującymi ducha
bogatego muzycznie przełomu siódmej i ósmej dekady XX wieku - interesującej fuzji rocka,
bluesa, soulu, jazzu i funku, to ciężar niezgrabności pozostałych ściąga krążek jako całość, w otchłań z dużym jaskrawoczerwonym napisem “nosz kurwa mać,
p-r-z-e-k-o-m-b-i-n-o-w-a-n-e”.
P.S. Jestem pewny, że się nie znam, mój niewyrafinowany gust, w sensie “kiedy człowiek już się pogodzi, że ma słaby gust i w 9/10 przypadkach podejmuje złe decyzje, to żyje się jakoś łatwiej” nie pozwala mi rzecz jasna docenić geniuszu
White’a.
sobota, 28 czerwca 2014
Jack White - Lazaretto (2014)
To dziwne nieco, że będąc sfiksowanym miłośnikiem okładania instrumentów na klasycznie retro rockową modłę nigdy tak naprawdę nie zagłębiłem się w twórczość The White Stripes czy innych White'a projektów. Jakoś tak nie pod drodze mi było z mainstreamowymi gwiazdami - tymi co przez dziennikarskich mądrali (fachowcami często na wyrost zwanymi) przed szereg wystawiani i jako zjawiska na scenie opisywani. Rzecz jasna dziennikarski proceder promocyjny odbywał się w atmosferze "wzajemnego zrozumienia" :) znaczy rączka rączkę myje, coś za coś itp. itd. Teorią spiskową tutaj zaśmierdziało, jakbym poddał się wszechogarniającemu mitowi o sitwie maluczkimi sterującej. :) Z pewnością jak w każdej tezie ziarnko prawdy ukryte, jednako w obłęd nie popadając nieco zdystansuje się od powyższych spiskowych sugestii. :) Pozostanę tylko przy przekonaniu co dotychczasową twórczością ekip White'a tak w pełni nie pozwala mi się zachwycać - znaczy, że oni nie tak zjawiskowi i zasługujący na laury jak się próbuje wmówić. Jest sporo grup, które zdecydowanie więcej w tej niszy mają do zaoferowania, a których albumy ze względów różnych od czysto muzycznych, na poziom popularności równy The White Stripes nie są w stanie się wznieść. Nie narzekam, nie lamentuje bo jak wielokrotnie dawałem do zrozumienia zbytnia rozpoznawalność psuje artystę w konsekwencji negatywnie na jakość twórczości oddziałując. Nie zaleje również teraz tego tekstu nazwami tych tajemniczych perełek, bo zwyczajnie jak ktoś ciekaw to przejrzy łamy NTOTR77 i odnajdzie ich bogactwo w szerszej perspektywie przeanalizowane. Przydługiego wstępu kres tu następuje i do sedna ochoczo bezzwłocznie przechodzę. :) Nim druga solowa odsłona Jacka, czyli Lazaretto na tapecie. Poprzedniczka mi akurat umknęła, zatem optyka moja czysta niczym łezka - świeżo na ten krążek sobie zerkam. Pochlebne opinie środowiska na swój sposób szanuje ;) ale najbardziej własnym przekonaniom ufam, mój gust, moje doświadczenie Lazaretto przefiltruje. :) Co słyszę? Jest tu wszystko co w fundamentalnym ujęciu rockowej spuścizny przez lata było eksponowane. Stonesowa niechlujność i przede wszystkim nonszalancja, beatlesowska chwytliwość i poetyka, surowa zeppelinowska drapieżność, blues spod znaku Free i southern rock Lynyrd Skynyrd, że tylko z największymi sceny porównam. Jest pop, country, folk, psychodelia i nawet odrobina glamowego muśnięcia. Odczuwam na Lazaretto kameralną, intymną wrażliwość jak i pompe z rozmachem podaną. Bujają banalne po części melodie, burzą krew przesterowane gitary, łomoce na różne sposoby sekcja rytmiczna, a dla pikanterii intryguje pianino, wycinają skrzypce pasaże, plumka banjo czy głos dają inne ciekawe klawiszowe brzmienia. Wszystko wzbogaca fakturę kompozycji czyniąc album zajmującym dźwiękowym doświadczeniem. Dzięki właśnie temu otrzymałem naprawdę FAJNY krążek, co może nie rzuca gwałtownie na kolana ale z pewnością cieszy szczególnie, gdy w aucie sobie pogrywa, a człowiek na chwilę oddaje się szczególnej kontemplacji i odizolowanej (bo w kabinie :) ) z otoczeniem relacji. Będę wracał z pewnością do niego, odkrywał liczne detale, zachwycał się by też jednocześnie torturować miałkością i nazbyt wyeksponowaną we fragmentach prostotą. Wiem jednak jedno! Po Lazaretto nadal fanatycznym zwolennikiem tego co robi White nie zostanę. Powtórzę - zbyt wielu takich co robią to lepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




