piątek, 24 lipca 2026

Le Butcherettes - Don't Bleed (2020)

 

Jestem mocno, bo o sześć latek spóźniony z promowaniem tej znakomitej epki, której jakość w mojej optyce tak wysoka, iż pozwalam sobie dopiero któryś raz (może palce jednej łapki, dwóch łapek) na blogaska wrzucać tekst o krótkim materiale. Tak mi leży to co Teri Gender Bender skroiła i nagrała, na tej wówczas walentynkowej płytce, gdzie jest dużo (he he) o miłości, w poetyckiej (taki Love Someone wręcz na przykład balladowy) estetyce pierwotnie garażowo-punkowej, a w rzeczywistości z istotnym udziałem nowoczesnego sznytu, czyli pływającej w tle brudnej, zadziornej, kompletnie nie miałkiej elektroniki. Teksty refleksyjne i drążące odważnie zagadnienia o naturze kobiecej - dojrzewaniu, przyjmowaniu ról, niosąc bodaj ciężar brzemienia w ciszy, czy może wokół jazgocie wywołującym wstyd. Nie wiem, gdybam sobie poniekąd, bo jakbym miał przecież trafiać z interpretacją, kiedy mojej samczej naturze daleko do empatycznej wrażliwości. Dlatego zasysam więcej z brzmień i pomysłów aranżerskich, niż z treści lirycznej i jak pozwoliłem sobie na starcie dać do zrozumienia, tą sferę Don't Bleed (tytuł mówi dużo i jeszcze więcej) uznać za przezajebistą, stąd taki azymut na przyszłości w rozwoju ekipy życzeniowo propsować. W sumie brak mi wiedzy co się w tym obozie teraz dzieje, a i mam jakieś niewielkie obawy co do dalszego kreatywnego istnienia, bowiem od ostatniego długograja stuka właśnie rok siódmy milczenia. Oby wkrótce czymś w punkt przerwanego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj