wtorek, 7 lipca 2026

East of Eden / Na wschód od Edenu (1955) - Elia Kazan

 

Lalu się całkiem mocno po obejrzeniu efektem podniecała, ja natomiast pozostałem raczej niewzruszony, więc gdyby nie natłok u niej innych okoliczności niesprzyjających spisywaniu refleksji, to w tekście poniższym więcej byłoby opinii pozytywnej lub wręcz entuzjastycznej, niż tej jak się okaże dość wstrzemięźliwej, ale nie napiszę że rozczarowującej w odczuciu i w odniesieniu do meritum. Zatem jeden film, a dwa stany po skosztowaniu i moje pierwsze przekonanie, bądź obawa iż może czegoś nie zrozumiałem, na coś nie byłem odpowiednio wrażliwy, więc ocena kompletnie nie będzie nasączona pewnością siebie - raczej zdystansowana, pozostawiająca pootwierane furtki do ewentualnej zmiany zdania, gdy okaże się być może kiedyś, że coś zaświtało, jakieś połączenia w przemyśleniach zatrybiły i w konsekwencji przymusiły w poczuciu wstydu, głowy spuszczonej do oddania Kazanowi i Deanowi sprawiedliwości. Może się tak zdarzyć, gdy przynajmniej zrozumiem jak doskonałym fundamentem była powieść Steinbecka, bowiem na półce wypycha się do przeczytania tegoż biografia, a przecież nic do trafionego odbioru twórczości nie przybliża jak znajomość kontekstów z życia i inspiracyjnych sprężyn. Na dzisiaj jednak napiszę tylko tyle (zostawiając miejsce na ewentualny edit, tudzież coś w rodzaju poszerzonej erraty), iż faktycznie temat ambicjonalnej, podszytej zazdrością walki o względy ojca plus konkurowania dwóch braci o serce jednej kobiety, to podstawa iście dla opowieści bogatej w namiętności i dramaty perspektywiczna, ale w przypadku kina hollywoodzkiego z połowy lat pięćdziesiątych i sposobu w jaki uniesienia w nim były ukazywane, dla mnie jak się okazało nazbyt emfazą przesiąknięte, kiedy w dodatku maniera Jamesa Deana bywała równie emocjonująca co przeszarżowana – w sumie zasługująca na kultową adorację. Zatem waham się, ale fascynująca i doceniona przez miłośników, w praktyce literatura Steinbecka, w formule kina Kazana u mnie na ten moment uznania na jakie się nastawiłem nie zdobyła. Może jednak to nie tylko problem aktorstwa jakie dzisiaj lekko przekoloryzowane uczuciowo, ale właśnie podstawa była nadmiarowo melodramatyczna i popuszczająca wodze w kierunku taniej sensacji, a sam Steinbeck nie był pewny czy zmierza w trafnym kierunku, sam nie wiedząc do końca i niejasno mącąc, co sądzi o ówczesnej kondycji człowieka. Być może konstrukcja jego prozy była nazbyt złożona, do zekranizowania w formule oddającej jej najważniejsze walory niezdatna. W końcu być może postaci były mało wiarygodne, mimo że sposób opowiadania wymagającej historii, na kartach był pełen życia. Mam może też poczucie, iż ta wielowarstwowa i podsumowana mocnym finałem quasi epopeja rodzinna, nie jest adresowana do typów mnie podobnych, całkiem solidnie impregnowanych na przejaskrawianie. Nie uważając jednocześnie, że sagi rodzinne, jeśli są psychologicznie wiarygodne, bywają gatunkiem jaki wywołuje we mnie uczulenie. Patrzcie proszę na moje przykładowe uwielbienie dla Wichrów namiętności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj