Najlepszy krążek "anderssonowego" Lucifer(a) - z pierwszych z brzegu opinii wychwytuję takie wnioski i się zastanawiam czy to pod każdym względem lepsze numery od tych jakie wraz z partnerką i kumplami Nicke nagrał, odkąd zaangażował się w ten projekt - być może na dobre kosztem Imperial State Electric i jak się okazuje na szczęście, nie kosztem The Hellacopters, który ostatnio powrócił, mnie akurat zaskakując. Nie mam stuprocentowej pewności - trochę się jednak, iż piąteczka najbardziej przyjazna zgadzam. Ona w sumie kontynuuje stylistyczne eksploracje jakie pojawiły się i też były rozwijane na poprzednich czterech albumach i z tej perspektywy pozostaje kompletnie przewidywalna, choć jak zasugeruje, zespół w miejscu się nie zatrzymał i chyba utkwienie na jakiejkolwiek mieliźnie w estetyce powielanej, jemu mimo to nie grozi. Szczególnie kiedy pomimo wszystko i wbrew wcześniejszej obiegowej opinii lekko potrafi jednak entuzjazm słuchacza pobudzić, akcentami przykładowo słyszalnymi w At the Mortuary, które przede wszystkim we wstępie sugerują black-sabbathowe ukłony. Myślę natomiast że najważniejszym czynnikiem wzbudzającym we mnie ewentualny entuzjazm zasugerowany zaznaczeniem we wstępie, jest fakt że nowe kompozycje posiadają jeszcze bardziej chwytliwy flow i dzięki temu najzwyczajniej spędzenie czasu z kolejnym albumem Lucifer(a) jest dużą przyjemnością. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach obecnie już od Nicke nie oczekuje odkrywania chociażby w najmniejszym stopniu nowych terytoriów, które odkrywał w młodości. Teraz gość raczej wyłącznie dla własnej satysfakcji i przyjemności spędzania czasu z najbliższymi przyjaciółmi pcha te swoje i nie do końca swoje (Lucifer właśnie) projekty, korzystając obficie z osobistego doświadczenia (i nadal dużej muzycznej wyobraźni), krojąc z archaicznych w zasadzie, lecz co niezwykle istotne z młodzieńczą werwą przemielanych bardzo tradycyjnych estetyczno-stylistycznych patentów swoje. Wzorców rzecz jasna przebojowego, lajtowego occult rocka, czy szerzej rock'n'rolla z diabłem w tle i z uroczo czasem przesadnie frazującą wokalistką, choć ja nadal ponad Lucifer(a) z Johanną Sadonis, stawiam Blues Pills z Ellin Larsson - gdyż ona z tej maniery tak obficie nie korzysta. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucifer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucifer. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 15 lutego 2024
środa, 2 lutego 2022
Lucifer - IV (2021)
W twórczym ciągu wciąż Nicke Andersson pozostaje. Nie wiem jaki jest obecny status Imperial State Electric, za to pamiętam że w kwestii Death Breath sobie na razie odpuścił, ale w ekipie Lucifer jako pałker, rozpoznawalna twarz i wujek "dobra rada" jak widać działa ostro. Ponadto też oznajmił ostatnio o powrocie do życia The Hellacopters - za czym już praktyczna realizacja poszła w postaci kilka tygodni temu jednego singla i kilka dni temu drugiego, promowanego w obu przypadkach teledyskiem. Tutaj jednak krótko ponawijam o czwartym albumie ekipy, w której skład wchodzi bieżąca sympatia Nicke w osobie Johanny Sadonis. Głosu jej akurat nie uznaję za mój ulubiony i wyżej stawiam właściwości i możliwości kilku innych Pań, które w retro rocku, czy ogólnie w szeroko rozumianym bardziej mrocznym rocku się udzielają. Stąd każdy kolejny album Lucifer nie jest dla mnie wydawnictwem z góry skazanym na komplementowanie, bo aby tak się zdarzyło jakość kompozycji musi wysuwać się ponad manierę wokalną Johanny, lub zwyczajnie doskonale z nią korespondować. Czwórka nie różni się jakoś dramatycznie od wszystkiego czego do tej pory pod tym wyrazistym szyldem nie wydali, ale też nie jest li tylko kolejnym powtarzalnym zbiorem piosenek, akurat szybko bo w dobie pandemii napisanych. Z marszu IV wydali, a ona już przez wizualna oprawę sugeruje, iż więcej okultyzmu, a mniej rock'n'rolla w klimacie nowego albumu przemycą. Lucifer od startu wprost komunikują kim z przeszłości się inspirują i mam (oczywiście jak na swoje ograniczone z taką klasyką osłuchanie) przekonanie, że właśnie na najświeższym albumie są najbliżej tych wzorców. Także, a może zwłaszcza w kwestii archaicznie organicznego brzmienia.
środa, 1 kwietnia 2020
Lucifer - III (2020)
Bo to jest tak, że mógłbym śmiało kąśliwie napisać (kontynuując poniekąd retorykę użytą przy okazji "recki" poprzedniego krążka Lucifer), że legendarny Nicke Andersson był się z wzajemnością zakochał w urodziwej kobiecie, która dzieli podobne z nim fascynacje muzyczne i dołączył do grupy w której ona udzielała się wokalnie, a że miłość potrafi racjonalny ogląd sytuacji znacząco zaburzyć, to nie wychwycił (przynajmniej na rzeczonej dwójce), że czasami ciężko będzie zdzierżyć, przynajmniej części jego fanów jej głos. ;) Tyle że na ten właściwy dla rzeczowej oceny moment, to jestem zaskoczony, iż na trójce nie odczuwam jakiegokolwiek dyskomfortu słuchowego, nawet kiedy Johanna Sadonis wchodzi w dość wysokie rejestry - więc nie mam powodu by marudzić na własności jej głosu. Mam też przekonanie, że w porównaniu do poprzedniczki bieżący krążek jest dużo przyjemniejszy w kontakcie, bowiem nawet jeśli obiektywnie niewiele się w kwestii formalnych inspiracji i aranżacyjnej formuły zmieniło, to mam wrażenie jakby wszystkie klocki wykorzystane do złożenia tej konstrukcji lepiej zostały ze sobą spasowane. Jeżeli miałbym być w tych okolicznościach precyzyjny i do tego jeśli jestem w kogokolwiek oczach wiarygodny jako quasi dziennikarz, to bardziej rozbudowanej analizy względem inspiracji z przeszłości czy cech wspólnych z wykonawcami współczesnymi polecam poszukać w tekście dotyczącym właśnie Lucifer II. Tutaj dodam tylko, że nie przypuszczałem, iż od czasów fascynacji tą bardziej popularną (czyli datowaną od momentu powstania High Visibility, szeroko znanego i równie szeroko cenionego The Hellacopters) twórczością Nicke Anderssona się zainteresuje i będzie to akurat płyta Lucifer. Niemniej jednak czyniąc odsłuchy z nieukrywaną satysfakcją, to nie mogę napisać pozostając ze sobą w zgodzie, że na dzisiaj Lucifer bardziej cenię od Blues Pills czy też Gentlemans Pistols. Gdzieś głos zarówno Ellin Larsson jak i Jamesa Atkinsona bardziej mi się klei do ucha i pasuje do tego rodzaju retro stylistyki. No nie potrafię zwyczajnie wykrztusić, że Johanna jest świetna, mimo że w takiej mega uroczej retro balladzie jak Cementery Eyes wypada zjawiskowo.
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Lucifer - II (2018)
Ich debiut (doskonale wiem dlaczego :)) przeoczyłem i o nowym, kolejnym projekcie, w
który akurat tym razem poprzez „romansik” Nicke Andersson wkręcony, dopiero
teraz przy okazji II usłyszałem. Nie wypadało jednakowoż by go zignorować, chociaż
to gadanie o poznaniu Johanny i odnalezieniu tej właściwej partnerki życiowej
trochę poprzez wydźwięk "harlequinowy" słabe. :) Złamałem się jednak
pod presją ciekawości i obawy o to, że coś ważnego na retro scenie przegapię, zważywszy iż to co spod łap Nicke wychodzi, chociaż nie zawsze jest w swej stylistycznej
formule oryginalne, to jednak zawsze poziom wysoki trzyma. Lucifer z
perspektywy wyłącznie nowego krążka w moim odczuciu, to jak się okazuje tylko w miarę sprawna zabawa
retro stylistyką spod znaku occult rocka, a nawet bardziej spopowiałego rock’n’rolla
z blondwłosą niewiastą na wokalu. Cały anturaż z Lucifer powiązany jasno daje do zrozumienia, gdzie szukać sprężyny dla ich muzyki. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oczywiście i
całej pierwotnej scenie brytyjskiej, ze sporym udziałem również tej
amerykańskiej, możnaby rzec od Blue Öyster Cult po stary Fletwood
Mac. Jednak ze względu na fakt, iż ja w tych latach jeszcze tego świata nie
zamieszkiwałem i obecnie też nie bardzo historię ówczesnej sceny tak szczegółowo z uwzględnieniem nazw drugo i trzecioligowych na wyrywki
znam, to zwłaszcza posiadam skojarzenia z bieżącymi naśladowcami stylistyki
sprzed lat. Czuć w tym graniu co z łatwością wytłumaczalne pewne schematy
wykorzystywane przez Nicke niegdyś w The Hellacopters, a obecnie w Imperial State
Electric. Lecz mimo wszystko przez wzgląd na obecność w składzie wokalistki, to moje
myśli podczas kontaktu z Lucifer biegną w stronę na przykład krajanów Nicke z Blues Pills. Te skoczne
patataje dodatkowo od razu też wzbudzają porównania z wyspiarzami z Gentlemans
Pistols oraz jak się wsłuchać, a może bardziej odczucia zważyć, to ta brzmieniowa
konwencja jest czymś w rodzaju co poniektórych wybiórczych dokonań Witchcraft - tylko
powtarzam z kobitką za mikrofonem. Innymi słowy, jak słucham tej płyty to
trudno powstrzymać się od wielu porównań i co gorsza wychodzą one niestety na
niekorzyść Lucifer. Po pierwsze, lecz niedecydujące, to wszystko już było grane
wielokrotnie, w różnych konstelacjach wpływów i inspiracji z większą lub
mniejszą dozą własnej wizji. Po drugie tak naprawdę pośród tych dziewięciu
kompozycji nie ma ani jednej, która by czymś szczególnym przykuła moją uwagę na
dłużej niż kilka odsłuchów. Fakt, jest na ich drugim krążku rozrywkowo i miło dla uszu, jest na nim cholernie
przebojowy numer Dreamer z fajną linią melodyczną, zwłaszcza we fragmencie
refrenu. Ale reszta... hmmm no cóż, to tylko poprawne bez większej pasji odgrzewanie patentów
złotej ery. Raczej rzemieślnicza robota, co dziwi kiedy patrzeć na fakt iż Nicke deklaruje ogromną miłość do tego rodzaju muzycznej formuły. Może
fascynacja jedno, a możliwości kompozytorskie drugie? Może męska bezgraniczna miłość zakłóca krytyczny
osąd względem brzmienia głosu partnerki, która się stara, ale w pewnych
fragmentach zbytnio od rdzenia muzyki odjeżdżając powoduje niewielki, ale
jednak słuchowy dyskomfort? Niemniej jednak absolutnie źle nie jest, z tym że jak konkurencja wokół spora to i więcej od nowych nazw na nasyconej retro scenie wymagam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


