Łapę jeszcze w minimalnym stopniu ochotę na muzyczny atak frontalny i tak się składa, iż nie wybieram wówczas poszukiwań tego co obecnie jest fali w gatunku death'u grind corem zainfekowanego, choć wiem że młodzi ostatnio z większym zapałem w brutalnym graniu się wykazują, tylko jako jednak dość niedzielny już miłośnik sonicznego gwałtu stawiam na nazwy z żelaznej klasyki i teraz donoszę (jednocześnie archiwum bloga uzupełniając), iż sięgając w tych sytuacjach po krążek brytyjskiej legendy coraz częściej zamiast dotychczas chyba mojego ulubionego Enemy of the Music Business czy w dalszej kolejności któregoś innego ze zbioru "nowego odrodzenia", czyli wszystkich krążków wydanych po roku 2000 ale paradoksalnie nie Smear Campaign dotychczas, to właśnie tenże atakuję. Jest to dla mnie zaskoczenie dość spore, bowiem wcześniej jakoś owy album mi się nie zapamiętał jako ten przyjemnie osłuchany i raczej traktowałem go z rezerwą graniczącą niemal z obojętnością, a tu taka niespodzianka - on na przełomie 2023/2024 wskakuje na pudło spychając w kategorii napalmowej współczesności z niego przykładowo Order of the Leech i wraz ze wspomnianym Enemy of the Music Business i Time Waits for No Slave, kompletując miejsca na podium. Cholera jednak wie czy to sytuacja długofalowa, czy może jednak efekt chwilowy, ale jak doczytuje teraz, kiedy sięgam po archiwalne teksty wywiadów z muzykami, to w tym krążku pokładali oni znaczące nadzieje na przedłużenie dobrej passy i wzbogacenie swojej propozycji o większe stylistyczne zróżnicowanie i to w kontekście poprzednika (The Code Is Red...Long Live the Code) poniekąd daje się usłyszeć, gdyż takie In Deference z finałowym motywem jakby z estetyki Cradle of Filth zaczerpnięte (a to akurat niespodzianka, bo dla smaczku Anneke van Giersbergen tam robi te charakterystyczne wokale), to raczej coś wyjątkowego. Ponadto Barney rzuca wyzwanie swym strunom głosowym i idzie w sukurs nieco bardziej melodyjnym motywom, próbując czystego śpiewu, więc to nie tylko podkręcone punkowe tempa i miażdżące zwolnienia w sensie instrumentalnym, ale obok eksperymentów głosowych, także motywy z większą dozą przestrzeni, choć nie nazwać Smear Campaign materiałem mega ekstremalnym, byłoby głupota rzuconą w eter, i to po ch**. :) Smear Campaign to energia, inteligencja i konsekwencja - napierdalanka ale z głową dla zwrócenia w sensie publicystycznym uwagi na wszystko to co od zawsze ten zaangażowany społecznie i politycznie band uznawał za godne potępienia. Smear Campaign to bez względu na tendencje do dźwiękowych urozmaiceń nadal zwarty i furiacko kopiący po zadzie kawał soczystego mięcha - jakby to głupio nie zabrzmiało w kontekście bodajże weganizmu frontmana. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napalm Death. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napalm Death. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 21 marca 2024
piątek, 9 października 2020
Napalm Death - Throes of Joy in the Jaws of Defeatism (2020)
Oni są fenomenem - nawet pośród innych legendarnych metalowych ekip zdecydowanie wyrastającym ponad najwyższy poziom zaufania, jakim może być darzona formacja ze stażem sięgającym początków w latach osiemdziesiątych. Piszę to z pełnym przekonaniem, bez konieczności podpierania się czy kierowania opiniami największych fanów, bądź oddanych ze wszechmiar uzasadnionej idei ich promocji dziennikarzy. Sam od dość sporego okresu nie jestem szalikowcem ekstremy, jak i maksymalnie szczerze nawijając miewam chwilami przekonanie, iż Napalm Death grając właściwie stylistycznie niemal niezmiennie i powtarzając się w charakterystycznych zagrywkach nie powinien obecnie ze względu na niewielki udział odkrywczości w ich muzycznym stylu uznawany być za latarnika oświetlającego nowe drogi kolejnym pokoleniom miłośników deathowej młócy. Jeśli już ich szanować, to uważam że właśnie za wytrwałość i to co ponownie za sprawą Throes of Joy in the Jaws of Defeatism obecnie uczynili. Przyznaję że w moim osobistym odczuciu najnowszy krążek Brytoli spostrzegam w tej samej kategorii w jakiej umieściłem przed dwudziestu laty Enemy of the Music Business. Czasy dla brutalnego grania inne, sytuacja muzyków też zdecydowanie wiekowo bardziej zaawansowana, przez co w ich organizmach zapewne mniej testosteronu niż wówczas dzisiaj buzuje, ale otwarcie kolejnego rozdziału w ich historii jest kurwa podobnie zajebiście spektakularne. Przypierdolili za sprawą nowych numerów z podobną świeżością i siłą krusząc szczęki, tudzież chociaż te szczęki o posadzkę w poczuciu zadziwienia zainteresowanym maniakom obijając. Nie przeprowadzili rewolucji, ani nie przedefiniowali stylu, tylko wykorzystując potencjał stylistyki z porywająca intuicją poszerzyli ją o soczyste rozwiązania. Tym samym obcując z tym samym zespołem cieszę się dźwiękami błyskotliwie zaaranżowanymi i z ogromną świadomością interpretowanymi. Ja już teraz czuję, że słucham albumu z pudła - krążka który historia oceni nie tylko jak wypada w przypadku trzymających poziom weteranów łaskawie, ale wręcz entuzjastycznie. Umieszczając Throes of Joy in the Jaws of Defeatism (nawiasem pisząc świetny tytuł) pośród największych dokonań wyspiarzy, czas nie popełni błędu. Oklaski i wiwaty niech trwają!
P.S. Od roku 2000-ego kitu ani raz nie wcisnęli, ale też od premiery Enemy of the Music Business nie nagrali materiału tak żywego, tak organicznego, tak świeżego - tak bardzo przytulającego mnie na powrót do ekstremy. Poszukam teraz jakiegoś spranego t-shirtu z czachami. :)
wtorek, 9 lipca 2019
Napalm Death - Order of the Leech (2002)
Piszę teraz, skrobię sobie właśnie bardzo spontanicznie bez lektury wcześniejszych recenzji i w tym momencie nie pamiętam, czy podobnych mądrości w osobistym tonie nie wyrzuciłem z siebie przy okazji refleksji w temacie Enemy of the Music Business. Tak się wówczas zdarzyło, a było to w okolicach jesieni roku dwutysięcznego, że nagle została mi przywrócona wiara we wciąż możliwy na bieżąco inspirujący wpływ Napalm Death na death metalową scenę, który został zachwiany kierunkiem stylistycznym i stagnacją jaka wiązała się z działalnością Brytoli w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Może ja nie dałem tym albumom odpowiedniej ilości czasu i nie wgryzłem się w ich konstrukcje na tyle głęboko bym dostrzegł coś więcej ponad monotonny ciężar i kiedyś jeszcze odszczekam te słowa. Może też w tym czasie daleko mi było do poziomu zaangażowania ultrasa legendy, a znajomość klasyki w postaci Harmony Corruption czy Utopia Banished, nie mówiąc już o krążkach z lat osiemdziesiątych była dość marna, gdyż kontakt z nimi nawiązany ograniczył się do ciekawości gówniarza robiącego pierwsze kroki w świecie gitarowej rzezi. Nieprzygotowany na taką intensywność i siłę płynącą z odebranego przekazu skupiłem się jak instynkt i potrzeby nakazywały na konsekwentnym wgryzaniu w materiały i gatunki o pośrednim stopniu masywności - w międzyczasie łykając też sporo bardziej modnego wtenczas grania. Tak czy inaczej przygoda z Napalm Death w moim prywatnym wydaniu nie przebiegała według klasycznego scenariusza i (docieram wreszcie do puenty wprowadzenia), dopiero nowe otwarcie pod szyldem Enemy of the Music Business pochłonęło mnie bez reszty. Taśma (płyta nadal dla studenciny gołodupca była nieosiągalna) została przykładnie wyeksploatowana i naturalnie zespół w takiej kapitalnej formie narobił gigantycznego apetytu na więcej. Więcej przyszło po dwudziestu sześciu miesiącach i o dziwo nie wpadło w ucho tak natychmiast jak to w przypadku genialnej poprzedniczki było. Mocowałem się z Order of the Leech zaskakująco długo, nawet przez moment się poddając i absolutnie nie rozumiem obecnie co mogło wpłynąć na taki spraw obrót. Przecież obiektywnie rzecz biorąc krążek stanowi wyraźną kontynuacje wątków jakimi przez dwa lata mnie karmili, czyli potworną intensywnością w formule całkiem zwartych deathowych przebojów. ;) Oczywiście w tej koszącej riffem młócce nie ma łatwych do zasymilowania tematów, ale i harmonie mimo wymagającej osłuchania konstrukcji dalekie są od festiwalu niezrozumiałych dysonansów. Płyta kopie równo przez trzy kwadranse, jest spójna i zwarta niczym monolit. Bezkompromisowo miażdży, a co najistotniejsze ani przez moment nie nudzi, bowiem rodzaj ekspresji zaprzęgnięty do wspomnianego miażdżenia opiera się o kapitalne aranżowanie biegłości instrumentalnej w procesie twórczym wykorzystującym olbrzymią wyobraźnię muzyczną. Zresztą kto lubi ten okres w dyskografii wyspiarzy ten doskonale wie o czym mówię. Ko-niec!
czwartek, 8 marca 2018
Napalm Death - The Code Is Red... Long Live the Code (2005)
Przekaz będzie zwięzły, idealnie dopasowany do charakteru jedenastego długograja Brytoli. Swego czasu zdefiniowali grindcore, w chwilę później zorientowali go na death metal i z każdym kolejnym krążkiem udoskonalali formułę, która już dawno przyniosła im status legendy. Może nie zawsze podejmowane kroki były na miarę ich wielkości, ale nigdy też totalną kichą nie obrazili swoich fanów, poziom wysoki niczym niemiecka motoryzacja utrzymując. The Code is Red...Long Live The Code to jeden z największych powodów do dumy, album rewelacyjnie zaaranżowany, kontrolujący w mistrzowski sposób hałas intensywnie generowany. Jadowity, energetyczny, wręcz tryskający adrenaliną - jak spore grono komentatorów zauważało, ze sporym udziałem punkowych korzeni w strukturach kompozycji. Świeży, pomimo iż nie przynoszący przecież znacznych zmian, nieco urozmaicony (Morale) i przez ponad trzy kwadranse w mistrzowski sposób emocjonujący. Ciekawy kontekstowo i zaangażowany społecznie, z błyskotliwymi i racjonalnymi przemyśleniami zawartymi w dosadnych lirykach. Nie zbaczając z obranej drogi, nadal stanowiąc niewyczerpane źródło inspiracji, w szybkich pociskach skumulowali całą esencję wielu lat doświadczeń, zasługując na ogromny szacunek. Gromkie brawa!
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Napalm Death - Time Waits For No Slave (2009)
Time Waits For No Slave to jak się teraz z perspektywy lat i dwóch późniejszych płyt zdaje ostatni album (a może to jednak Utilitarian) z serii zapoczątkowanej przez Enemy of the Music Business. Mam tutaj na myśli charakter, który odjeżdża zarówno od typowej grindowej młócki, gdzie dominuje punkowy wkurw i asceza środków, jak i zimnej, niemal industrialnej tonacji, czy też noisowych odjazdów na rzecz rozbudowanych kompozycji w duchu instrumentalnej progresji. Bo oto numery są złożone nie tylko z furii i mrocznej klaustrofobicznej atmosfery, totalnej agresji na przemian z ultra ciężkimi zwolnieniami miażdżącymi bezlitośnie. One znacznie częściej mieszczą się w przedziałach, gdzie średnie tempa wyznaczają środek ciężkości, a arsenał zasobów aranżacyjnych daje więcej możliwości kombinacyjnych, jak i pozwala utwory nazwać znacznie chwytliwszymi. Żeby była jasność, a żadnemu radykałowi nie dać powodu do "złośliwej" krytyki, pisząc iż album jest chwytliwy, nie mam na myśli typowego znaczenia tego frazesu - ja tylko postrzegam Time Waits For No Slave jako materiał bardziej przejrzysty w formie, a przez ten fakt przystępniejszy. Riffy jak zawsze złożone dostają więcej przestrzeni w duchu technicznego death metalu, pozbawione jednako zostają w ramach coś za coś rebelianckiej furii i swoistej anarchii. Niebagatelną, a nawet często kluczową rolę w uzyskaniu takiego efektu odgrywa produkcja kładąca nacisk na wyrazistość, czasem nawet nazbyt podkręconą sterylność dźwięku, uwydatniając zaciekle detale poszukiwań brzmieniowych i progresywny charakter wciąż przecież ekstremalnej gitarowej rzezi. Napalm Death z Time Waits For No Slave to pełna pasji i energii wciąż ekspansywna maszyna do cięcia ostrymi riffami. Tym razem jeszcze bardziej precyzyjna i ukierunkowana na nowoczesne eksperymenty brzmieniowe w mocno ograniczonej konwenansami estetyce. To cholernie mechaniczny album, w którym duch Napalm Death zostaje jednak zachowany, aczkolwiek pewnie dla wielu fanów tego pierwszego, najmocniej bezkompromisowego oblicza będzie on bardzo trudno dostrzegalny. Dla wszystkich tych, którzy zapewne w tym kierunku nie odnaleźli spełnienia, ekipa Shane'a Embury'ego nagrała dwa lata temu książkowo gwałtowny Apex Predator - Easy Meat. Znaczy, dla każdego coś mile napierdalającego. :)
piątek, 2 września 2016
Napalm Death - Utilitarian (2012)
Nie dziwi mnie, że dobra passa Napalm Death trwa, bo materiały studyjne cyklicznie fanom podsuwane trzymają od lat bardzo wysoki poziom, lub wzlatują nawet ponad to czego się od nich oczekuje. Utilitarian sprzed czterech lat jest tej tezy żywym dowodem przekonując nawet malkontentów, że wieloletnia obecność na scenie i funkcjonowanie w niszy z natury formalnie ograniczonej nie musi skazywać weterana na sentymentalne (czytaj bo świeżości brak) powielanie klasycznych rozwiązań sprzed dekady lub nawet dwóch. Napalm Death to zespół wyjątkowy z wielu powodów, których wymienianie w tym miejscu byłoby wyłącznie klonowaniem oczywistych i jednoznacznych opinii jakich w środowisku się dorobili. Zatem daruję sobie mnożenia komplementów, których bezsporną zasadność w pełni uznaję i napiszę tylko, iż Utilitarian oferuje wszystko to z czym ekipa Brytoli utożsamiana. Obłędną dynamikę i ciężar z brutalnym brzmieniem, punkową zadziorność, metalowe precyzyjne cięcia i noise'owy zgiełk, a ponadto urozmaicenie w postaci czystych i potężnych chóralnych zaśpiewów. Ich niewiele, lecz właśnie w tym zabiegu siła - w tym drobnym wybiegu tkwi spora atrakcja. Absolutnie nie zmienia ona charakteru kompozycji, jest jedynie skutecznym sposobem na ożywienie standardowej koegzystencji skrzeku Mitcha Harrisa z bulgotem Marka Greenwaya. To prawdziwie furiacki, zintensyfikowany pokaz siły weteranów, którzy nie bardzo chcą spuścić z tonu, dowodząc z przytupem, że zyskany szacunek jest czynnikiem zobowiązującym i skutecznie mobilizującym. Ale oni jak napisałem - są przecież wyjątkowi, stąd to mnie nie dziwi.
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Napalm Death - Enemy of the Music Business (2000)
Byli i pozostają nadal forpocztą
zmetalizowanego grindcore'a mimo, iż niemal trzy dekady od debiutu minęły.
Gdzie tkwi ich siła, w jaki sposób osiągnęli niepodważalnie wysoką pozycję w
branży, jakby nie protestować także w sporej mierze zależnej od trendów. Ano paradoksalnie w
byciu sobą ta moc sprawcza, jakby to banalnie nie zabrzmiało i jakby to określenie nie było ostatnimi czasy przez celebrytów deprecjonowane. Żaden trend ich
nie zniewolił, nie miał takiej możliwości, kiedy w składzie grupy sami
ponadprzeciętnie świadomi, wyjątkowo inteligentni i o silnej osobowości ludzie.
Wystarczy lektura jakiegokolwiek wywiadu z muzykami Napalm Death by zrozumieć o
czym tutaj koślawo chcę pisać. Fakt przez te lata sporo się w ekipie Brytoli
działo, bo do cholery musiało zważywszy na potencjał i szerokie horyzonty
poszczególnych członków kapeli. Nie będę jednak teraz szerzej historii
przedstawiał i o analizę wpływu napalmowych muzyków na rozwój ambitnego łojenia
czy dogłębnie rozumianej alternatywy się silił. Są mądrzejsi w tym temacie ode mnie
i im pozostawiam te głębokie rozważania. Sam być może przy okazji opisywania
subiektywnych odczuć względem krążków Napalm Death gdzieś między wierszami
wtrącę własne trzy grosze, lecz zastrzegam nie mam ambicji w buty eksperta
włazić. Wrzucam od czasu do czasu na słuchawki albumy wyspiarzy i jakie mi
emocje wówczas towarzyszą bez zbędnej filozofii napiszę. A zaczynam o napalmach
właśnie od Enemy of the Music Business, gdyż dla człowieka, który w poważne
zainteresowanie gitarowym mięchem dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych
wchodził to naturalne. Nie było opcji by wszystko z miejsca poznać, internetu z
wiedzą wszelaką wtedy człowieku nie mogłeś uświadczyć zatem informacje
czerpałeś z mniej lub bardziej profesjonalnej prasy muzycznej, ewentualnie od kolesi
starszych z odpowiednio właściwym zajobem i cierpliwością do młodzieży. :) Zresztą
nie kręcąc, potężna ściana dźwięku i prędkości osiągane przez Embury'ego i spółkę
były nie do ogarnięcia u początków mojej metalowej przygody. Moment przełomowy
nastąpił w roku milenijnym za sprawą "wroga" właśnie, a recenzje
entuzjastyczne znacznie przyspieszyły proces ogarniania miażdżących dźwięków
generowanych przez tych muzycznych szaleńców. W przekonaniu wielu, także i moim, teraz znacznie
bogatszym od ówczesnego to właśnie tym albumem dokonali nowego otwarcia
wkraczając na ścieżkę prowadzącą ich wprost na drogę do doskonałości. W jej
kulminacyjnym miejscu symbioza entuzjazmu i dojrzałości, młodzieńczej pasji i
dorosłej pokory. Enemy of the Music Business to hipnotyzująca dawka precyzyjnej
brutalności, furii nastawionej na miażdżenie wszelkiej hipokryzji, podłości
kamuflowanej szerokim serdecznym uśmiechem - pazerności i obłudy. Na poziomie
rzecz jasna tekstów jak i dźwięków potraktowanych takim brzmienie, że głośniki
zmuszone do zniesienia ekstremalnych przeciążeń. Blasty, punkowe galopady i
piekielnie masywne zwolnienia z kroczącymi riffami. Potworna dynamika, obłędne
tempo czasem tylko skondensowana masa rozbijana względnie chwytliwym motywem. Soniczny
gwałt na moim słuchu i ideologicznych przekonaniach. Za sprawą instrumentów
podpiętych pod piece i eksploatowanych w warunkach wykluczających gwarancję producenta oraz dzięki mocy głosu Barney'a wypluwającego z trzewi z przenikliwym publicystycznym zaangażowaniem i wściekłą dosadnością wszystko co go wkurwia, by po wszystkim
odnaleźć spokój i sprawiać wrażenie wyjątkowo zrównoważonego człowieka.
Właśnie, jak nie jesteś w stanie powstrzymać skurwiającego się na potęgę świata
to nie daj chociaż skurwić się sobie samemu i nie pozwól by ta nadęta banda korporacyjnych i politycznych pajaców o frustracje cię przyprawiła! Manifest inspirowany muzycznie stworzyłem. :)
P.S. Osz cholera zakładałem, że tekst
będzie znacznie krótszy, a tu paplanina rozrosła się do rozmiarów odwrotnie
proporcjonalnych do długości kompozycji Napalm Death. Obiecuje, że nawijając o
kolejnych krążkach powstrzymam się od zalewu słów. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






