Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grave Pleasures. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grave Pleasures. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Grave Pleasures - Plagueboys (2023)

 

Grave Pleasures to takie ejtisy bezczelne, jakie myślałem jeszcze jakiś czas temu, że dawno i na wieki pogrzebane, a tu zostają spod grubej warstwy współczesnych trendów zapomnienia wykopane i przyznaję działają, bowiem tak dobrze korespondują z czasami przełomu i zagrożenia, jak i doskonale oddając klimat i charakter z konkretnym wyczuciem składają hołd scenie sprzed już lat czterdziestu. Przypomnę iż fińscy instrumentaliści z brytyjskim wokalistą zaczynali jako Beastmilk, jednak zmuszeni przetasowaniami w składzie (bodajże rozpad na dwa fronty) zmienili szyld i od tej pory z każdą kolejną (to trzecia jako GP) pozostając w kanonie gatunkowym, jednocześnie cały czas z lekka modyfikują komponowane dźwięki, więc nie można im zarzucić kompletnego zarzucenia tendencji ewolucyjnych na rzecz odgrywania co album jeden do jednego tego samego. Plagueboys jest jak na album Beastmilk/Grave Pleasures oczywiście nihilistycznie gotycko post punkowy, ale z nutką popowej chwytliwości, której (tutaj zagwozdka w postaci paradoksu sprzeczności) niby tutaj mniej, a nóżką tupać chce się jakoś jeszcze bardziej. Album wbrew pozorom nie jest skrajnie łatwo przyswajalny, bo aranżacje z wokalami czasem wybijają z poczucia obcowania z nutą płynącą w maksymalnie przyjaznych uchu klimatach, stąd trzeba dać mu w sobie okrzepnąć, a nie jest to żaden proces trudny myślę, bowiem album wymusza na przykład na mnie potrzebę ponownego skorzystania ze swojej oferty po każdym odbytym odsłuchu, tym samym skutecznie do siebie przekonując. Także test trzeciej płyty uważam za zaliczony z oceną nieomal maksymalną i pokładam nadal duże w nich nadzieje, gdyż oprócz mroku czuć w tym wciąż znamiona progresji, składając przy okazji bardzo osobistą deklarację,  nie będąc nigdy fanem Killing Joke czy Joy Division, ultrasem Grave Pleasures to ja się czuję.

P.S. A teraz można się kłócić czy ta nuta to bardziej zimna fala czy post punk! :)

środa, 18 października 2017

Grave Pleasures - Motherblood (2017)




"Nihilistyczne przyjemności" na Motherblood zapowiadane przez szefa Grave Pleasures, to żadna czcza gadka tylko fakt. Chociaż nie mam dyplomu z lingwistyki, czy innej filologii angielskiej, ba gramatyka na poziomie średnio zaawansowanym czasem dla mnie wstydliwą barierą, to samo rozszyfrowanie tytułów skłania jednoznacznie do powyższej tezy. Zresztą przetłumaczcie sobie sami, a jak się mylę to bez ogródek wrzucajcie mi tutaj od totalnych tłumoków językowych, bo na lincz zasługuję. Ok, spokój na sali, nie pchać się! Wątek tekstów i tytułów nadanych kompozycjom z Motherblood uznaje za zamknięty, wstydu sobie o ile jeszcze nie za późno oszczędzę i przechodzę raźno do samej muzyki, bo ona to dopiero mnie rajcuje. Od startu czuć, że na nowym krążku będzie intensywniej, piosenki są zwarte po linii Climax i równie przebojowe jak na Dreamcrash. Melodyka i chwytliwość numerów to jedno, to zarówno nawiązanie do debiutu pod szyldem Grave Pleasures, jak i bezpośrednie skojarzenia z Beastmilk. Drugie to zwiększenie tempa i masywności, które wskazuje na przekonanie, iż Dreamcrash nieco zbyt był złagodniał w stosunku do pierwotnego aktu stworzenia. Trudno spośród dziesięciu ciosów o podobnej sile wyróżnić te mocniej wpijające się w świadomość, bo poziom równy cholernie. Jednak po kilku odsłuchach jakieś faworyzowane odnotowałem i nie omieszkam się swoim maksymalnie subiektywnym wyborem podzielić. Numer jeden to Doomsday Rainbows, Mind Intruder, Atomic Christ, Infatuation Overkill I Haunted Afterlife, czyli 5/10 to od początku te pieśni atomowe, które nucę z żarliwą pasją. Ale nie mogę jednocześnie napisać, że pozostałej piątce czegokolwiek brakuje i jestem przekonany, iż za chwil kilka i one zaistnieją pośród mych faworytów. Powiem więcej, ja mam wyraźne przekonanie graniczące z pewnością, że pełen program krążka w równym stopniu będzie zachwycał, bo on już teraz przy odrobinie dobrej woli przecież mnie zachwyca. Nie dziwię się, zatem wytwórni Century Media, że nie szczędzi kasy na obrazki do singli, że trzy wałki zostały natychmiast przyozdobione klipami, bo w tej produkcji jest potencjał ogromny nie tylko na wypromowanie zespołu na nazwę z najwyższej półki. Ośmielę się stwierdzić, że w Grave Pleasures jest potencjał na wywołanie mody na takie granie, a to nawet w niszy dalekiej od mainstreamu niezły kawałek grubo posmarowanego masłem chleba. Wypracowanie trendu na bardziej dosadne The Cure, bardziej intensywne The Sisters of Mercy, bardziej przebojowe The Fields of Nepheilim i wreszcie bardziej złowieszcze Joy Division? Czyli innymi słowy przyciągnięcie do ejtisowego mrocznego rocka publiczności składającej się z maniaków cięższych brzmień, zwolenników obrazoburczych ideologii. Bo może Grave Pleasures mimo jawnego nawiązywania do zimnej fali i brzmień lat osiemdziesiątych to już jakość sama w sobie, na tyle własna, że należałoby skończyć z takimi porównaniami i czekać tylko na falę kolejnych bandów penetrujących te posępne tereny - grup które będą w recenzjach odnoszone do formacji Mata McNerney'a. Pożyjemy, jak coś w międzyczasie nie pierdolnie i zobaczymy. Atomowy grzyb nie jest przecież wykluczony.

P.S. I jaka tu jest cudna okładeczka, śliczniutka ta oprawa graficzna.

poniedziałek, 21 września 2015

Grave Pleasures - Dreamcrash (2015)




Bardziej szyld Beastmilk mi pasował, dosadniej i sugestywniej charakter muzyki oddawał, stąd żałuje, iż kwestie organizacyjne czy też biznesowe logo zmienić nakazały. Jednako jak mawiają dziennikarze poczytnego Faktu - nie samym nagłówkiem brukowiec stoi. ;) To taki cierpki żart, może gdybym wiedział co to samokrytyka, nawet suchar. Do śmiertelnie poważnego tonu jednakże powracając, ważniejsza jest treść, a dokładnie jej oddziaływanie na odbiorcę niż nawet najbardziej krzykliwa fasada. Szczęśliwie bardziej interesuje mnie muzyka niźli sensacje na których żerują sępy w padlinie gustujące i ich nieświadome (bo głupie) ofiary. Nawiasem pisząc korzystające pełnymi garściami z wszelakiego dorobku cywilizacji łacińskiej, w naszej hipokryzją przeżartej rzeczywistości w dziewięćdziesięciu kilku procentach żarliwi, choć zdystansowani od praktyki katolicy. Proszę łaskawie o wybaczenie, że tu i teraz taką kwiecistą w formie, a przygnębiającą w treści dygresję kreślę ale podświadomie coś mnie gnębi i w taki sposób się ujawnia. Gówno zawsze będzie śmierdziało, bez względu jakimi ekskluzywnymi perfumami zostanie odór kamuflowany! Stop, ostatecznie kończę podświadomości projekcję, bo nie o moich frustracjach tylko o debiucie Grave Pleasures miałem pisać. Czekałem więc niecierpliwie na przyjście Kvohsta w nowym/starym wcieleniu z pewną obawą czy poziom Climax zostanie utrzymany. Powrócił na szczęście w chwale choć pierwsza sesja z Dreamcrash fragmentami dosyć trudna była, bo to co odróżnia debiut Grave Pleasures od startowego longa Beastmilk to stopień przyswajalności od pierwszego odsłuchu. Kiedy krążek sprzed dwóch lat z biegu porywał, to tegoroczny album musiał dostać co najmniej kilka szans by swoje walory w pełnej krasie zaprezentować. Teraz kiedy od premiery tygodnie już minęły, a licznik odtworzeń drugą lub nawet trzecią dziesiątkę wskazuje widzę i słyszę więcej, czuje intensywniej i powracam z entuzjazmem do tych numerów. Odnajduję tutaj zimną falę, gotycki półmrok, punkową szorstkość i odrobinę surówki wylewającej się z głośników. W jednym tyglu te składniki zmieszane i w finezyjnej formie podane. Z każdym kolejnym kontaktem aktywnie apetyt na jeszcze zaostrzające, czyniąc mnie co zaskoczeniem smakoszem tego rodzaju grania. Pytanie czy jest na rynku ktoś im podobny czy są może na scenie ewenementem i do archiwalnych nagrań ojców inspiratorów wkrótce zacznę sięgać, mimo że do tej pory nie bardzo było mi z nimi po drodze?

Drukuj