Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sam Mendes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sam Mendes. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2023

Empire of Light / Imperium światła (2022) - Sam Mendes

 

Jeśli posiada się doskonałe artystyczne oko i dysponuje inteligentną koncepcją, a do tego od lat owocnie współpracuje z takim mistrzem obiektywu jakim niewątpliwie Roger Deakins, to kręci się zawsze majstersztyki dla kino-koneserów, w których dla dopełnienia ideału praktycznych walorów, dorzuca z naturalną łatwością także znakomite prowadzenie wybitnych aktorów. Sam Mendes nigdy w zasadzie nie zawodzi i jeśli udany ale jednak myślę dla jego kariery (tak pieniądze i sentyment przesądziły) niekoniecznie potrzebny romans z agentem 007 wyhamował produkcje sygnowanych jego nazwiskiem wybitnych dramatów, to teraz po eksperymencie formalnym z wojennym 1917, wraca do tego co jednak potrafi najlepiej i co nie sprzeda się w multipleksach imponująco, ale pozostanie w widzu wrażliwym w postaci pięknego wspomnienia i refleksji. Imperium światła brakuje może tak silnego, bo bezpośredniego pierwiastka egzystencjalnego i tym bardziej kontrowersji jakie spowodowały, że American Beauty i Revolutionary Road wyrosły na jedne z najmocniejszych produkcji ostatniego dwudziestopięciolecia, lecz posiada czar gigantyczny i jestem gotów uznać go za godnego porównań do największych dokonań uznanego w środowisku Brytyjczyka. Swoją rolę bowiem doskonale odgrywa tło wykreowane dla romansu bohaterów, a dokładnie nostalgiczne ujęcie miłości do filmu i nawiązanie sentymentalne do najlepszych czasów kin rozkwitu. To w jaki sposób Mendes potrafi tu uchwycić przestrzeń i czar jaki z tej uroczo wzruszającej ekspozycji pochodzi, to dodatkowa atrakcja towarzysząca głównej relacji pomiędzy bohaterami. Rzadko też  ktoś tak pięknie opowiada o samotności i potrzebie miłości - o wreszcie chwilowym spełnieniu i tak poruszająco o tragedii traumatycznego dzieciństwa, wpływającego bezpośrednio na zaburzenia psychiczne. Dzięki talentowi Mendesa rozpoznajemy głęboko nieszczęśliwe, samotne, bo budowane na nieudanych relacjach życie cichej i smutnej kobiety. Permanentne doświadczenia frustracji i epizody depresji przełamane światłem niestety nikłej miłosnej nadziei. Nic tak przecież skutecznie nie wyciąga z zaburzeń psychicznych będących następstwem długotrwałej samotności niż zainteresowanie i odwzajemnione uczucie. Wystarczy być w stanie BYĆ, bo życie to stan umysłu, a stan umysłu to wprost wyznacznik komfortu BYCIA. Proste! ;)

P.S. Kapitalna Olivia Coleman w tym jak się okazało (tylko przez chwilę miałem wątpliwości że może być inaczej) błyskotliwym, choć na pozór lekko przesłodzonym melodramacie z wątkiem wirusa rasizmu, jak domniemam napisanym z wręcz erudycyjnym rozpoznaniem materii tematycznej i ja to szanuję i sobie życzę więcej, jeszcze więcej i wciąż więcej takiego do bólu klasycznego i do bólu wzruszającego kina.

wtorek, 4 lutego 2020

1917 (2019) - Sam Mendes




To historia z pewnością wysoce wstrząsająca, bo nie jest widz w stanie przejść obojętnie obok ton ludzkiego nawozu rozkładającego się w błocie pośród zasieków z drutu kolczastego. Nie ulec dojmującemu przygnębieniu i nie poddać się mrożącemu krew w żyłach przerażeniu, przebywając wraz ze śledzonymi krok w krok bohaterami w otoczeniu dziesiątek kilometrów okopów, płomieni i zgliszczy. Będąc permanentnie poddawanym oddziaływaniu przejmującej ciszy, unoszącej się niczym dokuczliwa mgła nad tym cmentarzyskiem ludzkiej bezmyślności. Myślę iż po części 1917 jest kolejny obrazem przyczyniającym się w najlepszy z możliwy sposób do uzupełniania tradycji spektakularnego kina wojennego, w którym bez nazbyt obfitego korzystania z dydaktycznego moralizatorstwa, to ilustracyjnym charakterem narracji przede wszystkim przekazuje się treści potwornie sugestywnie punktujące bezsens wojennej pożogi. Jednako przez wzgląd na fakt, iż przed treścią i jej przesłaniem kroczy dumnie techniczny wymiar produkcyjny, to sama opowieść staje się podrzędna w stosunku do pomysłu realizacyjnego i w dużym stopniu koncentruje na sobie uwagę widza. Ja przynajmniej jako odrobinę tylko zorientowany w niuansach warsztatowych laik, póki nie obejrzałem zdjęć przedstawiających kulisy jego powstawania, nie bardzo rozumiałem jakim cudem w jednym niezwykle długim ujęciu kamera tak płynnie się porusza, a wokół nie ma śladów całej zmechanizowanej infrastruktury w rodzaju szyn czy innych elementów zapewniających stabilizację obrazu. Czyniłem to tracąc naturalnie kontrolę nad sednem wydarzeń, na rzecz analizowania technicznej strony pracy Rogera Deakinsa. Teoretycznie na ekranie rozgrywał się dramat, a ja praktycznie w sporym stopniu zastanawiałem się między innymi ile prób podjęto, by tym jak się okazuje sprytnie oszukanym jednym strzałem przejść przez dynamiczny charakter losów postaci. Zamiast więc w stu procentach przeżywać podsuwaną tak bezpośrednio z perspektywy żołnierza opowieść, ja dryfowałem po jej obrzeżach, stanowiących przecież jedynie narzędzie, a nie jego istotę. Te wzbudzające podziw zabiegi operatorskie są rzecz jasna najwyższej klasy i korzystanie z ogromnych możliwości techniki oraz przygotowania wszelkiego (niewiarygodna koordynacja i synchronizacja pracy całej ekipy techników i aktorskiej) to coś nietuzinkowego, coś co robi ogromne wrażenie, ale niestety odciąga znacznie uwagę od wydarzeń stricte fabularnych. A przecież znając doskonale dotychczasowy dorobek filmowy Sama Mendesa wiem, iż to emocje intensywne i błyskotliwość intelektualna zawsze decydowały o wyjątkowości jego twórczości, a jakby w przypadku 1917 nie starał się innowacyjnymi metodami zintensyfikować doznań widza, to brakło mu zwyczajnie miejsca na rozbudowaną warstwę psychologiczną. Film rzeczywiście poraża formą, ale stawiając na wymiar wyjątkowo widowiskowy on zaniedbuje siłę i głębię wyrazu. Stąd staje się bardziej spektakularnym popisem warsztatu Rogera Deakinsa, zamiast być kolejnym przenikliwym intelektualnie arcydziełem Sama Mendesa.

środa, 21 listopada 2018

Jarhead / Jarhead: Żołnierz piechoty morskiej (2005) - Sam Mendes




Ze względu na kilka detali, zdaje się, iż poniekąd inspiracja dla Mendesa pochodziła od kultowego kubrickowskiego Full Metal Jacket, chociaż bezpośrednio scenariusz oparty został o książkę niejakiego Anthony’ego Swofforda, który jak oficjalne notki donoszą opisuje własne przeżycia z lat 1988-1991, kiedy jako kapral Marines przechodził wymagające szkolenie i brał udział w operacji Pustynna Burza. Akcja osadzona w czasie konfliktu w Zatoce Perskiej nie bardzo przypomina jednak typowe produkcje wojenne pełne ścielących się gęsto trupów („Każda wojna jest inna i każda jest taka sama“), bowiem wymiany ognia w zasadzie brak i więcej tutaj psychologii postaci wespół z całą masą groteski podkreślającej życie w męskiej watasze, z codzienną niegroźną gejowszczyzną pomagającą radzić sobie z ciśnieniem oczekiwania na starcie z wrogiem. Dzięki genialnemu oddaniu atmosfery degradującej ludzką psychikę, scen samograjów z wisielczym humorem oraz wizualnym majstersztykom (między innymi płonące w ciemnościach szyby naftowe) oraz kapitalnej ścieżce dźwiękowej (przykładowo Something In the Way wiadomo kogo), mimo że nie leją się hektolitry krwi, to jednak piekło wojenne jest wyraźnie odczuwalne, przybierając formę wewnętrznej walki z wciąż kumulującym się nieuwolnionym napięciem i tęsknotą za najbliższymi. Sam Mendes nie pozwala na poczucie obcowania z jakimś podrzędnym odgrzewanym po raz enty kotletem, tylko pełnowartościowym, osobnym produktem o wysokim natężeniu cech stanowiących o jego nieprzesadzonej wyjątkowości. Czym jest wojna na której oczekuje się na cholera wie co? Wojna na której akurat ofiary nie zawsze giną od kul! To pytanie zasadnicze, głośno postawione na które odpowiedź w sensie przesłania pomiędzy wierszami w codziennym życiu wojaka zostaje zakamuflowana. Że Mendes to reżyser wysokiej klasy z pokaźny dorobkiem nie muszę tutaj szczegółowo przekonywać, bo kilka tytułów których twórcą mówi same za siebie, a Jarhead bezdyskusyjnie do tej kategorii dzieł wielkich w jego dorobku należy, o czym jeśli jeszcze się człowieku nie przekonałeś, to zrób to jak najprędzej. To k**** rozkaz! 

czwartek, 12 listopada 2015

American Beauty (1999) - Sam Mendes




To już 16 lat od premiery minęło, w międzyczasie Sam Mendes kilka perełek wyreżyserował i na dobre potwierdził swój wysoki status za sprawą American Beauty początkowo zdobyty. Start miał zaprawdę kapitalny, bo historia Lestera Burnhama, który to z pokornego pantoflarza w wyemancypowanego mężczyznę się przeistacza, to dzieło dziś już klasyczne - takie co nic ze swej uniwersalności nie straciło. Może jedynie w pewnym wiekowo skonfigurowanym obszarze percepcji perspektywę odbioru zmieniło, w innej zaś dodatkowych barw, intensywniejszego kolorytu nabrało. Taki to obraz co wartość i znaczenie własne uzależnia nie tylko od wieku, ale i przede wszystkim życiowego etapu. Kryzys wieku średniego przychodzi do każdego w swym czasie, zapewne w formie i specyfice indywidualnej, lecz pewność jest iż on dotrze, nie ma przed nim ucieczki. Kierunek i schemat wszystkim wspólny, jedynie charakter jego osobisty, bo od wielu zmiennych uzależniony. Najtrudniejszym on wyzwaniem, gdy życie osobiste i rodzinne w gruzach leży, kiedy rozmontowane przez obojętność, często też bezradność wobec osobniczej emocjonalności we frustracji głębokiej zostaje zatopione. Rodzina przecież to galaktyka planet względnie autonomicznych, gdzie orbity się przecinają, a pola przyciągają lub odpychają w zależności od skomplikowanych wzorów. Te modele od wielu istotnych czynników zależne i w wielu przypadkach serią zaniechań czy błędów z przeszłości stymulowane. Nie ma prostego szablonu, który uniknąć ich pomoże, tutaj jedynie ustawiczna i systematyczna czujność, zaangażowanie głębokie oraz wiedza pokorą motywowana może względnie negatywne skutki pomóc okiełznać. Gwarancji powodzenia oczywiście brak, gdy o złożony byt ludzki chodzi! Taki alegoryczny obraz mam przed oczami, gdy dzieło Mendesa próbuję okiełznać, jego treść i przesłanie w pełni zrozumieć. Ono przeraża i bawi jednocześnie, tak je jako niemal czterdziestolatek odbieram, w ten sposób spożytkować i na doświadczenie przełożyć próbuje. Wyrwać z istoty i kontekstu jak najwięcej, by zminimalizować potencjalne dramatyczne skutki jakich we własnym życiu mogę doświadczyć. Bo American Beauty to lekcja życia jaką daje kino pełne wartościowej treści i niezwykłego artyzmu. Jest ono idealnym przykładem na to że sztuka wysokich lotów może posiadać znaczący walor pragmatyczny.

P.S. Na marginesie - obecnie Sam Mendes już drugiego Bonda własnego autorstwa do kin wprowadza, a ja nadal pierwszego jeszcze nie obejrzałem, bo wciąż obawiam się konfrontacji popkultury made in Mendes z prawdziwą sztuką w jego wykonaniu. 

piątek, 14 sierpnia 2015

Away We Go / Para na życie (2009) - Sam Mendes




Sam Mendes to absolutna czołówka, nazwisko niezwykle gorące w hollywoodzkiej fabryce snów. Nieskorym teraz tutaj wszystkich dzieł jakiego spod jego rąk wyszły wyliczać. Ktoś kto z ambitnym kinem obyty z pewnością zna każdą z nich i zgodzi się z moją wysoką pod względem wartości oceną. Ja za fana jego twórczych rozważań bezwzględnie się uznaję, stąd nie rozumiem dlaczego Away We Go do tej pory nie poznałem. Tym bardziej, że to jak się okazuje w żadnym wypadku obraz ustępujący tym bardziej popularnym. To ta sama klasa bardzo wysoka, bo zbudowana na przenikliwym spojrzeniu w głąb ludzkiej natury. Kameralna opowieść o zwykłych, lecz niezwyczajnych ludziach. Ciepła, bezpretensjonalna, pozbawiona nadętej moralizatorki historia pary spodziewającej się dziecka, podróżującej spontanicznie i zbierającej doświadczenia z cudzych przeżyć pochodzące. Pełna osobliwych postaci osadzonych w świecie przeróżnych filozoficzno-ideowych przekonań. Poruszających, ekstrawaganckich, groteskowych a nawet błazeńskich. I wśród nich na kocią łapę żyjąca para głównych bohaterów, trwająca bez twardych podstaw materialnych prawdziwie głęboko czystą, bo nieskażoną konwenansami relację ukazuje. Pielęgnowaną z zaangażowaniem, wypełnioną wyrozumiałością i cierpliwością. Dojrzałą emocjonalnie, pełną pasji i racjonalnego dystansu ale i może nieco naiwną, bo jeszcze jakąkolwiek trudną próbą nie zweryfikowaną. Życie pisze przeróżne scenariusze, startowy entuzjazm i idealistyczne przekonania paść mogą pod naporem codziennej prozy życia. Czy jednak szczęście nie wynika przede wszystkim z optymizmu i dobra jakim się najbliższe otoczenie obdarowuje. To na zasadzie wzajemności wraca i o sile relacji stanowi. Z tej perspektywy ta idealistyczna i quasi beztroska postawa "pary na życie", to największy ich kapitał, który unieść bagaż przyszłych doświadczeń pomoże, a i może rutynę przekuć w niekończącą się ekscytacje pozwoli. Prosty, urokliwy i dojrzały to obraz - równie  nostalgiczny jak zdroworozsądkowo zabawny. Ja zgorzkniały typ na zmianę buchałem śmiechem i w refleksji się zanurzałem, bez jakichkolwiek zgrzytów jakie te dwa na pozór skrajne stany mogą wywoływać. 

środa, 27 sierpnia 2014

Road to Perdition / Droga do zatracenia (2002) - Sam Mendes




Gangsterka w amerykańskim wydaniu, osadzona w latach prohibicj, jednako w tym przypadku to tylko tło dla wzruszającej historii relacji syna z ojcem. Jak Sam Mendes przyzwyczaił, jego obrazy to majstersztyki sztuki filmowej. Tutaj fabuła idealnie skorelowana z dopieszczonymi kadrami, precyzyjną maestrią ujęć, dominującą rolą detali w rodzaju "płynącej" równomiernie kamery, artystycznych pauz, zwolnień czy narastania dynamiki, raz subtelnie innym razem gwałtownie. To kompozycja doskonała, skonstruowana z mistrzowsko zmontowanego obrazu i fonii, gdzie ścieżka skomponowana przez mistrza filmowej dźwiękowej narracji przeszywa do głębi. Taka doskonałość w której każdy komponent z pietyzmem wykonany by finalnie jednorodny, spasowany zegarmistrzowsko mechanizm tworzyć. Poezja formy, dojrzałość treści i wirtuozja gry aktorskiej, a każdy gest, zbliżenie mimiki takich ikon jak Newman, Hanks, Tucci, Craig dostarcza niezwykłych wrażeń. Nawet Jude Law, który z rzadka potrafi mnie swą grą przekonać trafnie obsadzony, by wykorzystując okazje dać popis prawdziwy. Brakuje mi określeń mój zachwyt opisujących, poprzestanę na powyżej użytych i dodam tylko, iż każdy kolejny seans odkrywa z jeszcze większą intensywnością głębie doznań, dostarcza emocji i porusza choć oczywiście wiem jak się cała historia zakończy. To magia kina najwyższej jakości by porywać za każdym razem równie mocno lub nawet mocnej.

wtorek, 13 maja 2014

Revolutionary Road / Droga do szczęścia (2008) - Sam Mendes




Historia małżeńska, taka poniekąd standardowa nie w sensie szablonu fabularnego, jaki wykorzystuje, a ciągu zdarzeń co bez wątpienia wielokrotnie w relacjach ludzkich powielany. Para się poznaje, zauroczenie, czasem nawet głębokie uczucie, a potem codzienność, co iskrę gasi i w miejsce żaru lodowaty chłód wtłacza. Wiem, że to spłycenie wątku jednak schemat ten osią obrazu Sama Mendesa, a detale licznie uchwycone kluczem do zbudowania sieci pytań, refleksji i wątpliwości. Dzięki pełnym autentycznych emocji scenom, dialogom gwałtownym i wybitnym kreacjom tandemu Winslet/DiCaprio napięcie narastające zenitu sięga, eksploduje lawinowo wręcz o dreszcze przyprawiając. Ona zimna, on krewki, wybuchowy – on miglanc, wymuskany niespełniony karierowicz, ona sfrustrowana ambitna kobieta, taka co czerpać satysfakcji z roli pani domu nie potrafi. Tu istotną rolę klimat miejsca pełni, amerykański sen o domku na przedmieściach, cichym żywocie pośród szablonowo przykładnego sąsiedztwa niby od kalki wzajemnie odbitego. Wszyscy zuniformizowani, tak samo szczęśliwi, radość czerpiący z błahostek, sprawnie frustracje skrywający pod kiczowatym anturażem. Ofiary mentalności stadnej, reklamówkowej propagandy niewolnicy, bez odwagi, bez charakteru, odtwórcy infantylnej obowiązującej powszechnie linii. Wymagania, oczekiwania i ustawiczna gra z pozorami na czele, filtrowanie zachowań, przecedzanie przez sito tego, co na zewnątrz może się przedostać.  To tło, a esencją dramatycznych zdarzeń schemat codzienności, który niełatwy do przełamania cieniem na psychiczną kondycje i relacje się kładzie – prawdę mówiąc trudno jednoznacznie określić ten związek przyczynowo-skutkowy. Faktem jednak, że narastająca frustracja głównym powodem wkroczenia na ścieżkę do dramatu zmierzającą. A jej finał? Milknę i tym, co jeszcze nie widzieli szczerze polecam, bo to co Sam Mendes wyreżyserował, a znakomitości aktorskie wykreowały to prawdziwy majstersztyk. Znakomity przykład kina ambitnego, wielopłaszczyznowego, dojrzale spostrzegającego rzeczywistość i niezwykle sugestywnie ją prezentującego. W moim postrzeganiu dzieło wybitne i uniwersalne! Drodzy Państwo Wheeler nie jesteście oczywiście wyjątkowi, a wasze próby ratowania związku w żadnym stopniu skazane na sukces – one takie żałosne, kiedy się ze sobą wciąż rozmijacie. Ktoś się nie zgadza? Rozumiem, tylko rozbitków z problemami emocjonalnymi stać na taką szczerość i trzeźwe spojrzenie - to takie symptomatyczne, prawda Johnie Givings? ;) :) 

P.S. Na marginesie nieco taka uwaga, spostrzeżenie bystre, że o lata świetlne kreacje Winslet i DiCaprio odległe od tych drewnianych przesadnie egzaltowanych z Titanica. :) Wiem, że zupełnie inne to produkcje, inne założenie, pewnie różni adresaci i oczywiście twórcy za kamerami - jakby zestawiać bawiącego się gadżeciarskim iPhonem gówniarza z dojrzałym artystą, co nowoczesny sprzęt dla realizacji swych pomysłów zakupił. :) 

Drukuj