Po pierwsze okładka - fantastyczna, która przyciąga i myśl się pojawia zrazu, że fajowo by było gdyby zawartość tak jak obrazkowa mogła zahipnotyzować. Po drugie już się cieszę że jest większa szansa, bo to nie album o długości na pokaźną drzemkę, tylko zaskakująco krótki, zwarty materiał, jaki można by określić dłuższą epką niż typowym około godzinnym długograjem, charakterystycznym najczęściej dla Radiohead smęcenia. Zwarty i krótki to nie znaczy że mniej bogaty, bowiem mam wrażenie że w trzydziestu ośmiu minutach zawarto tu dużo więcej ciekawych pętli i urozmaiceń, niż w każdym innym kogoś innego krążku o takiej długości. W dodatku bardzo rytmicznie ukierunkowany The King of Limbs to tak bez zaskoczeń rozwijający ich styl materiał, jak znak iż coraz głębiej penetrują perkusyjne przestrzenie, wzbogacane dęciakami i podporządkowaną rytmicznym zabawom trip-hopową elektronikę. W sumie brak tutaj w większości typowej melodyki, rządzi rozedrganie i transowy minimalizm, więc słuchając wpada się w rodzaj hipnozy półsennej z której wyrywają ostatnie dźwięki i inaczej niż często w przypadku albumów z przesadzona długością, chce się jeszcze raz play wcisnąć, wracając na wygodna kanapę i na powrót wtapiając w wybrzmiewającą nutę. Przyciąga od razu uwagę niepokojący, dziś z perspektywy roku 2026 i debiutu takich muzycznych dziwaków jak Squid, bardzo ich stylowi podobny Morning Mr Magpie, a dalej kompozycje zdają się idealnie ważyć subtelną piosenkowość z nerwowym charakterem niepokojących, plamami wypełnionych suit - Lotus Flower. Najbardziej jednak przejmujący i poprzez promowanie przez Denisa Villeneuve w Labiryncie (Prisoners) w pamięć zapadł mi Codex i wszystkie jego doskonałe walory, stawiające utwór jako doskonale zaaranżowaną perełkę pośród najmocniej wzruszających rzeczy - wszystkich rzeczy w muzyce elektronicznej nietuzinkowych i minimalistycznych. Kocham Codex, wokal w nim Yorke'a i ten jego pohukujący temat, więc nie przestanę go darzyć uczuciem, tak samego w sobie w kontekście filmu, jak i części składowej świetnego longplay'a, zamykanego odprężającym Separator, klarownym i też intrygującym motywem jaki teraz koreluje ze Squid, odmiennym do startowego, ochoczo jazzującego Bloom.
niedziela, 26 kwietnia 2026
piątek, 27 czerwca 2025
Radiohead - The Bends (1995)
Radiohead rockowy, bez jeszcze kursu na zawiasy, więc i charakter drugiego albumu od przyszłych inny. Wydany przed przełomowym, bowiem wprowadzającym Radiohead na salony związane z największymi muzycznymi nagrodami branżowymi OK Computer, The Bends to po prostu alternatywny rock, podlany dość obficie nostalgicznym sosem. Całkiem zgrabna, chwytliwa mieszanka wpływów sceny britpopowej i art rockowej na pozostałości inspiracji zza oceanu, czyli bardziej szorstkich wioseł - nawet kojarzono swego czasu stylu Yorke'a z manierą Billy'ego Corgana. Krążek potrafiący wcisnąć się w umysł i tam pozostawić ślad po sobie - album wielowarstwowy, ale też mam wrażenie solidnie poukładany. Zagrany tak z zacięciem jak i z serducha, więc każda nuta ma znaczne, a teksty nie przepływają naturalnie gdzieś obok muzyki, a celnie ją dopełniają. Mimo że to nie granie z jakim najsilniej powiąże się Radiohead w przyszłości i zyska przychylność fanów ze względu na gigantycznie istotną kwestię emocjonalną, to z The Bends także czuć podobną siłę oddziaływania, tyle że o innym rodzaju jej zintensyfikowania. Nie będąc wciąż związany z dźwiękami Radiohead tak mocno jak z wieloma innymi wyrazistymi ekipami, przyznaję że momentami to ja nawet nie dziwie się dlaczego kluczowi członkowie Anatehemy tak mocno podkreślali znaczenie w ich dojrzewaniu muzycznym twórczości grupy York'e i Greenwooda. Ja nie tylko się nie dziwię, ja zaczynam momentami rozumieć tą "anathemową" więź, jakiej nie sposób wybaczyć, jeśli na zawsze zostałoby się ze swoimi fascynacjami w metalowej szufladce.
sobota, 12 kwietnia 2025
Radiohead - OK Computer (1997)
Dzień dobry popołudniu, informuję (zauważam bardziej), iż od premiery ostatniej studyjnej płyty melancholijnych wyspiarzy minie za około miesiąc bez już okładu, lat dziewięć i będzie to dziewiąta rocznica mojego niespełnionego do dzisiaj postanowienia dotyczącego zgłębienia tychże wyspiarskich smutasów dokonań. Tak się właśnie ma czas od wydania A Moon Shaped Pool do mnie, a że jest jeszcze i wciąż żywe w mojej świadomości skojarzenie, iż kiedy moja topkowa Anathema skręcała w progresję i elektronikę, to tak sama podkreślała inspirację Pink Floydami jak i akuratnie wymieniała pośród głównych sprężyn motywacyjnych dorobek Radiohead, to ja ju wówczas podejmowałem próby dotarcia do fenomenu grupy współtworzonej, współzarządzanej przez Thoma Yorke'a. Wówczas próby raczej nieudanej, jeśli za kryterium sukcesu uznać zbudowanie przywiązania do nazwy i nazwy nuty, ale teraz w cholerę lat później, kiedy raz jestem dokładnie w fazie odkurzania starego i do starego nieokiełznanego się wgryzania (Portishead, Massive Attack, Smashing Pumpkins przede wszystkim) wydaje się iż będzie tak łatwiej, jak efektywniej. Posiadam na wyciągnięcie ręki to przekonanie, gdyż zacząłem sobie coraz bardziej detalicznie w głowie dzielić i składać OK Computer i kiedy zasysam do wnętrza wątki takie kompozycyjne jak w Subterranean Homesick Alien, to nie tylko one w jasny sposób moje myśli przyjemnie wysyłają w stronę rzeczonej Anathemy, ale poczułem iż w tej muzyce mocno rezonuje, współrezonuje wzajemna chyba inspiracja odpowiedzialnych za pisanie kawałków Radiohead i daleko nie szukając także Porcupine Tree. Zatem chcę powiedzieć, iż powiązałem sobie na potrzeby subiektywnej refleksji osoby Stevena Wilsona i Yorke'a oraz bodaj Jonny'ego Greenwooda - biorąc pełna za ten myk odpowiedzialność. Powiązałem bo pomimo iż prawie kompletny każdy laik zauważy różnicę gatunkowo-stylistyczną, to duch twórczy w tych dwóch ekipach jest wspólny, więc czemu aby miałbym udawać, że go nie wyczuwam. Porcupine Tree zasysnąłem swego dość odległego czasu na pełnej na wysokości In Absentia, natomiast Radiohead nadal w moje łaski dopiero się próbuje za moją zgodą wciskać i nawet jeśli gdzieś jeszcze echa moich zapewne niesprawiedliwych opinii sugerujących (pretensjonalny, nudny zespół) pobrzmiewają, to znacznie bliżej mi dzisiaj do stwierdzania w towarzystwie, że Radiohead (przynajmniej na OK Computer) jest tak na poziomie dźwiękowym jak i koncepcyjnym całkiem intrygujący. Emocjonalny jak najbardziej, psychodeliczny w elektronicznej powłoce bardzo, paranoiczny nie trudno poczuć, wywrotowy jak na ówczesne trendy i wcześniejszy kierunek grupy a jakże, koncepcyjny należy uszanować, proroczy raczej bez dyskusji, gorzki obowiązkowo i dla równowagi bez histerii w ocenie funkcji technologii we współczesnym i przyszłym świecie wyważony. Jest też dla mnie nadal niezgłębiony właściwie - ale przyciągający jest.



