Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My Dying Bride. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My Dying Bride. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lutego 2025

My Dying Bride - Turn Loose the Swans (1993)

 


Tak jak startuje drugi album sztandarowych najtisowych metalowych smutasów, to uczcie się wszyscy rzeźbiący w doom-gothic graniu i klękajcie wszystkie zasłuchane w przygnebiających nutach narody. Wydany w ponad rok od debiutu Turn Loose the Swans wprowadza w klimat genialną wersją, oznaczoną odpowiednią roku sygnaturą znanego Sear Me i myślę od razu czuć, iż ten czas pomiędzy As the Flower Withers nie był spędzony wyłącznie w pubie, a jeśli sporo trunku się lało, bo przecież starsza młodzież to wówczas była, to zapewne w sali prób gdzie szlifowano nie tylko umiejętności techniczne, ale przede wszystkim pracowano nad udoskonaleniem aranży, a i pomysłów chyba nie brakowało, bo krążek jest naprawdę mocno zróżnicowany. Ewolucja charakteru muzyki może nie była tak znacząca, jak w detalach ewolucja podejścia do samego jej tworzenia, stąd w odtwarzaczach miłośników załzawionej czerni wybrzmiał album najzwyczajniej ciekawy i myślę oryginalny, otwierając jeszcze szerzej wrota innym ekipom hołdującym płaczliwym zagrywką w oprawie z wysokiego gitarowego tonażu. Rytmika jak na standardy MDB względnie przekrojowa i jak jednak więcej dołów wręcz funeralnych, tak napędu od czasu do czasu kojarzącego się z korzeniami powściągliwego w sensie wyhamowania pędu death metalu nie skapią. Wchodzą w przyspieszenia, dodają ciężaru, by znienacka rozmyć brutalność przyjemnie ckliwymi bo gustownymi pasażami wioseł z tłem smyczkowym - i to jest MDB stylowa przecież. Mielą, siekają przerażając, miarowo rąbią i ranią, składając do grobu - robią tu to co najlepiej im zawsze wychodziło. Oczywiście jeśli poddany temu sprawdzianowi śmiałek jest wrażliwy na charakter ich twórczości - a ja przez lata tak raz bardziej raz mniej bywałem, a obecnie czując że najbardziej siedzi we mnie jednak ich środkowy etap działalności, szacunek do pradziejów też spory posiadam. Szczególnie kiedy z szacunku przechodzę natychmiast do zachwytu, gdy zawsze na start Sear Me MCMXCIII w mej komnacie rozbrzmiewa. Ach jak oni mnie topią w tej melodii i orzeźwiają dęciakami . 

niedziela, 10 marca 2024

My Dying Bride - Like Gods of the Sun (1996)

 

Wtłoczona pomiędzy darzoną ogromnym szacunkiem ultra klasyczną The Angel and the Dark River, a powszechnie raczej w momencie powstania pogardzaną, a dziś już nie tak bardzo eksperymentalną i rewolucyjną muzycznie 34.788%...Complete. Zawierająca dźwięki podobnie jak ta pierwsza z wymienionych mocno doomowe i jednocześnie takie, które mogły się w tej przygnębiająco mozolnej formule samym muzykom ulać, czego dowodem poniekąd jest właśnie program tej drugiej z wymienionych. Stoję ja po stronie zwolenników twierdzenia, iż potrzebna była ta przyszła z punktu widzenia chwili premiery Like Gods of the Sun przemiana, gdyż w konsekwencji brnięcie w okresie gdy gotycki doom przechodził zmianę warty i uszy sympatyków zaczęły często odwracać się od My Dying Bride w kierunku przykładowo kontynentalnych The Gathering, był jedynym rozsądnym wyjściem z tejże sytuacji na scenie, z której można było przewidzieć, iż zwycięzcą wychodzi ten bardziej odważnie spozierający na przyszłość i gotowy do ryzyka, a nie ten przykuty do defensywnej postawy. Ponadto uważam, iż bez 34.788%...Complete nie byłoby dalszego rozwoju zespołu i co w przypadku My Dying Bride na scenie wyjątkowe, paradoksalnie jeszcze przez długi czas rozwoju klasyczniej formuły. To może nie skomplikowana wyjątkowo akcja przemiany chwilowej skutkującej z sukcesem powrotem niby do korzeni i na nowo budowaniem z owego miejsca startowego swojej pozycji, ale akcja zdecydowanie niesymptomatyczna, bo nie przypominam sobie zbyt wiele grup, podobnie inspirująco dla przyszłych wydarzeń w zespole potraktowałaby epizod "eksperymentalny". Nie o tym jednak tutaj powinienem, bo to następstwa nie bezpośrednie powstania i przyjęcia Like Gods of the Sun skutki, która to płyta chyba furory w stylistyce nie zrobiła, choć nazwanie jej wyłącznie solidnym materiałem też nie oddawałoby jej jakości i znaczenia. Miała bowiem czwarta płyta smutnych Brytoli momenty, a nim z pewnością pamiętany A Kiss to Remember i może jeszcze coś by się tutaj wybrało, a co ja silniej zapamiętałem (kompozycja tytułowa i It Will Come bardzo), ale nie ukrywam, iż całość bez względu że jest od poprzedniczki żwawsza, to i tak nieco przynudza, choć brzmienie głośniki rozsadza, gdyż riffy surowe posiadają moc i dobrze korespondują z atmosferą jakiej niewątpliwie dodawały wówczas praktykowane brzmienia smyczkowe. Jednakowoż jeśli wybieram pomiędzy kolejnym krążkiem, a tym będącym w tym miejscu głównym tematem, to wrzucam do częstszego odsłuchu ten przez ogół fanów MDB mniej szanowany. Nie zmienia to jednak faktu, iż jeśli miałbym znaleźć w dyskografii te albumy ekipy z West Yorkshire, które najbardziej ze starym (uwaga wtręt) Paradise Lost w brzmieniu mi się kojarzą, to postawiłbym między innymi na Like Gods... - nie tylko, ale przede wszystkim jednak przez pryzmat paradajsowatego For You. :)

wtorek, 28 listopada 2023

My Dying Bride - The Angel and the Dark River (1995)

 


Tak dużo na skrzypeczkach pogrywają, a i tak nie udało im się tym "szorowaniem po styropianie" przepłoszyć utwardzonych do stanu hartowanej stali społeczną izolacją metalowców. :) My Dying Bride w 1995 roku nagrali swoją trzecia płytę i tym samym nagrali rzecz w swoim gatunku esencjonalną i naturalnie do ikony ją predysponującą, jak jednocześnie stali się niejako ofiarami rozcieńczania przez rozmiękczanie doom ciężaru gotyckim plumkaniem, co zaowocowało ponadto tak stworzeniem nowego nurtu, jak i kolejnymi w nim grupami, które popularnością w tym czasie zdały się smutalskich Brytoli wyprzedzać. Pije tu do sytuacji z jaką sam miałem z autopsji do czynienia, bo przyznaję że w połowie lat dziewięćdziesiątych wieku ubiegłego, a dokładnie w rzeczonym roku 1995, to u mnie częściej w decku i to w przytłaczającym stosunku kręcił się na przykład Mandylion The Gathering, czy w rok bodajże później Velvet Darkness They Fear Theatre of Tragedy, niż właśnie dzisiaj już legendarny i co najmniej krążek wymienionych Norwegów pod względem obecnego statusu pokonujący The Angel and the Dark River. Theatre of Tragedy myślę nie przetrwał próby czasu i zdaje się lekko żałosnym w tym nowoczesnym rozumieniu produktem czasu i okoliczności, natomiast Mandylion z chęcią wpuszczam w swoje cztery ściany jak mnie ochota na smuteczki muzyczne najdzie, ale numerem jeden pośród najbliższych "rywali" My Dying Bride spostrzegam album podobnie jak Velvet Darkness They Fear wydany w rok po tutaj będącym najważniejszym, czyli Anathemy Eternity pozwolę sobie mieć na myśli. Eternity jest wielkie, choć zaraz po wydaniu  taką estymą zdaje nie było darzone, a ja sam nieco spóźniony w odkrywaniu "anathemowego" grania będąc, dopiero Eternity odkryłem, gdy ekipa dowodzona przez braci Cavanagh Alternative 4 wydała. Wtedy kompletnie na jej punkcie oszalałem i miłość moja wciąż gorąca, mimo że Anathema się zmieniała i niekoniecznie te ewolucje przypadały do gustu innym niż ja fanom. Jednak to inny tekst, w innych okolicznościach już zarchiwizowany, natomiast wracając do sedna i tematu głównego tejże analizy, to teraz kiedy słucham otwarcia łkającej "mojej umierającej panny młodej" z trójeczki, to faktycznie ciary mnie przeszywają konkretne i waham się która z wymienionych płyt doomowo-gotyckich jest jednak z przełomu lat 95-96 dla mnie najważniejsza, bo konkretnymi indeksami każda z nich na czoło potrafi się wysunąć i jak te prawie trzy dyszki lat wstecz MDB lekko mogło mnie mierzić najprostszymi pośród faworytów aranżacjami, to obecnie i również przez te minione lata fazami, oni swoje emocjami zniewalającymi wypełniane miejsce w moim sercu potrafili sobie wymościć. Przepraszam zarazem, że kiedy piszę o największych, a na pewno najbardziej swego czasu popularnych miłośnikach instrumentu smyczkowego w muzyce metalowej, to robię to poświęcając równie dużo im miejsca, jak i ich stylistycznym braciom ziomalom, czy innym Holendrom i Norwegom, ale uważam że to interesujące jest porównanie poprzez konkretne zestawienie, jak i wyrażam pośrednio tym samym opinię, iż gotycki metal czy bardziej zwiewny (ojojojojojoj) doom nigdy nie był tylko i wyłącznie tym czym stał się, kiedy za wiele orkiestracji z parapetów kolejni z fali do tej przecież zacnej nuty bez opamiętania wtłaczali, bo ten gatunek równie szeroki jak każdy inny metalowy i pośród tandety można było znaleźć płyty wykonawców oryginalnie po swojemu i przede wszystkim z wyczuciem (które z krążków nie wyparowało) pisali i nagrywali kompozycje znakomite. Tym samym zamiast rozpisywać się o paradoksalnie ożywczym przygnębieniu jakie The Angel and the Dark River wywołuje i powtarzać wszystkie cechy dźwięków sygnowanych logiem My Dying Bride, które w innych archiwizacyjnych pseudo reckach tego bandu wymieniałem, ja tym razem pokusiłem się o szczęśliwie nie przesadzony długością tekst bardziej przekrojowy i osobiste gusta oraz ocenę podkreślający. Żeby jednak stało się zadość choć odrobinę niezaspokojonej potrzebie dopiszę, iż .... (tutaj proszę wstawić sobie każde mądre zdanie z setek polskich i tysiąca innych reck tej znakomitej płyty, albo zadowolić się tym skromnym ględzeniem).

czwartek, 18 maja 2023

My Dying Bride - A Line of Deathless Kings (2006)

 


A to mocno niespodziewany rozwój sytuacji nastąpił i jak jeszcze kilka lat temu doczuwałem nie tyle znużenie, a wręcz poirytowanie powracając do dyskografii Brytyjczyków (więc sobie darowałem i w konsekwencji jakiś czas nie powracałem), tak ostatnio przeżywam na nowo wzrost ochoty, nie tylko na odtwarzanie tego wszystkiego z ich dyskografii, co przez mnóstwo godzin za starszego łebka ryło mi banieczkę, ale i jak świadczyć będzie poniższy entuzjazm wobec A Line of Deathless Kings, cieszę się potrzebą przewartościowywania stosunku do albumów, które akurat w czasie startu mojej abstynencji "majdaingbrajdowej" wychodziły. Może to nazbyt entuzjastyczne stwierdzenie, bowiem powyżej A Line... wciąż sięgam z niepewnością i nie napiszę, iż dzisiaj (18 maja roku 2023-ego) wiem o nich więcej i to co wiem, zmienia w świadomości mej ich oblicze, ale druknę bez najmniejszego asekuranctwa tezę, iż dziewiąty album długogrający w dyskografii My Dying Bride odbieram zupełnie inaczej, niż w dniach kiedy go nabyłem i bardzo szybko odrzuciłem. Biję się w pierś (ale nie będę jednak od razu posypywał sobie głowy popiołem na znak totalnej pokory wobec wszystkiego co powyżej dziewiątki nagrali), stawiając krążek z roku 2006-ego obok tych, które go bezpośrednio poprzedzały i uznaję, iż jest tak kontynuacją kapitalnego okresu w ich twórczości, jak i logicznym kontynuatorem formuły przyjętej wraz z wydaniem The Light at the End of the World. Nie czuję też potrzeby rozrysowywać w układzie współrzędnych punktów stycznych wymienionych, ani powielać zdania jakimi je wcześniej opisywałem, a jedynie dodam z obowiązku i dla zasady, że coś konkretnego o muzyce należy naskrobać, a nie tylko umieszczając ją w kontekście czasu nostalgicznymi wspomnieniami się podzielić, iż brzmi potężnie, opiera się na wyrazistych gitarowo-klawiszowych melodiach i kręgosłupie powolnego nabijania rytmu, a stonowana na ogół estetyka gotyckiego doom metalu, wzbogacona zostaje przeszywającymi fragmentami ze ścianami dźwięku w roli głównej. Aaron bardziej melorecytuje i śpiewa po prostu, zamiast growluje, co sprzyja uwypukleniu istotnej w komponowaniu fundamentalnej muzykalności, a wymienione cechy ostatecznie połączone wywołują wrażenie dojmujące, tak jak w zasadzie zawsze w przypadku numerów My Dying Bride bywało, więc określenie A Line of Deathless Kings płytą dla nich emblematyczną, rozumiem jako uzasadnione. 

środa, 29 marca 2023

My Dying Bride - 34.788%... Complete (1998)

 


Rewolucja brzmieniowa niewątpliwie - Aaron mówił kiedyś, a było to tuż przed premierą, że zawdzięczają ową przemianę przede wszystkim zmianie miejsca w który album zmiksowano. Na pewno też efekt zamieszczony na 34.788%... Complete był wynikiem zmiany w myśleniu o instrumentarium wykorzystywanym i kompletnej rezygnacji z udziału skrzypiec, a miejsce po nich powstałe wypełnieniu nieagresywną elektroniką z samplowanymi fragmentami i gęstymi gitarowymi motywami. Czas pokazał jednak, iż szok jaki tą zmianą wtedy wywołali (Heroin Chic rządzi), ze wspomnianym brakiem zawodzących smyczków i ogólnie bardziej syntetycznym brzmieniem, okazał się myślę li tylko kosmetyczny oraz chwilowy z istotnymi reperkusjami (he he), gdy wziąć pod lupę kojenie w historii MDB nagrania (wątek za chwilę rozwinę). Mogły one oczywiście pomóc wyjść grupie (a to było ewidentnie potrzebne) z początkowej fazy zżerania własnego ogona, jak również i tak się okazało na kolejnych materiałach (rozwijam porzucony wątek), mogły w praktyce spowodować, że ferment nimi wywołany zmusił muzyków do wyraźnego odwrotu z kierunku rewolucyjnego, jak się okazało na następnych trzech albumach spajając w jedno pomysł nowej aranżacyjnej chwytliwości z przywiązaniem do doom metalowej tradycji. Tak kombinuję, iż właśnie moje ulubione The Light at the End of the World/The Dreadful Hours/Songs of Darkness, Words of Light nigdy nie byłyby tak idealnym balansem pomiędzy surowym doom metalem, a intrygującym gotykiem we względnie przystępnej formule aranżacyjnej, gdyby nie udział w myśleniu o strukturze kompozycji właśnie doświadczenia z 34.788%... Complete. To jest jednak przekonanie z punktu widzenia typa, któremu najintensywniej dreszcze wywołuje wymieniony tryptyk, a który niezupełnie odnajduje się w towarzystwie efektów startowej działalności ekipy z Halifaxu. Dodam jeszcze (bo to dobry moment i miejsce), że 34.788%... Complete pomimo swojej kontrowersyjnej pozornie specyfiki wchodzi mi równie dobrze jak krążki ulubione wymienione, choć będąc uczciwym w stu procentach, to żaden z utworów na niej umieszczonych nie umywa się do takiego The Isis Script. Jednak (kontynuując najszczersze wyznania), to jako całość "trzydziestka czwórka" funkcjonuje na bardzo wysokim poziomie słuchalności i wracać do niej lubię, a ostatnio to wręcz złapałem tygodniową obsesję na jej punkcie. Bowiem perkusja mimo że nie szaleje, to nabija jak na tych smutasów całkiem ekspresywne rytmy, gitary pracują znakomicie wypełniając niemal każdą dostępną przestrzeń wciągającymi tematami, a muzyka zyskuje na tym nie tylko typowy dla MDB klimat, ale także rodzaj transowości. Na koniec dodam, że gdyby zdecydowali się pisać muzykę pod innym szyldem, to zawartość piątego longa udowadnia, iż robiliby to z klasą. Rzekłem

niedziela, 18 grudnia 2022

My Dying Bride - The Light at the End of the World (1999)




Osobiście to ja uważam, że The Light at the End of the World to jeden z najlepszych powrotów na właściwe klasyczne tory jaki widział świat rockowo-metalowy i jednoczesnie nie plując absolutnie na 34.788%... Complete, bo to też wcale nie taki bardzo odległy od ich kanonu krążek jak się ogólnie przyjęło, to jednak magia istoty twórczości Brytoli jest oczywiście zawarta w większym stopniu na materiale z roku 1999, niż wydanym w zaledwie rok wcześniej. Powodów abym niżej stawiał album z "procentami" jest kilka, tak samo jak kilka naturalnie istnieje takich, które powyżej i poniżej wychwalanego czynią lepszym, a na pewno bardziej esencjonalnym i wreszcie odciskającym swój depresyjny wpływ na słuchacza. Bowiem krążek MDB aby był WAŻNY, dla mnie musi być przede wszystkim przygnębiającym w warstwie dźwiękowej i tekstowej oraz ekscytującym formalnie - te riffy muszą porywać, a nie tylko usypiać i te słowa muszą osaczać, a nie tylko smucić. Stąd nawet siedemdziesięciominutowy czas trwania TLatEotW teoretycznie nie przeraża, a praktycznie nie powoduje zaśnięcia - choć nie raz odpłynąłem gdzieś pomiędzy jawą, a snem podczas odsłuchu. To że tej nuty jest aż pod korek oraz fakt iż koperta kolejnej w dorobku MDB płyty bardziej do mnie przemówiła, powoduje że tak The Dreadful Hours kojarzę (uwaga zabawne) "przyjemniej" wizualnie, a Songs of Darkness, Words of Light "przyjemniej" jeszcze dźwiękowo. Ujmując to wprost, ten ostatni jest krótszy i w ilości jeden posiada prawie przeboje, a wpierw wspomniany ma taki obraz na okładce, jaki z miejsca mógł się wbić do mojego osobistego zestawu dzieł optycznie absolutnych. Zaś The Light at the End of the World traktuję jako kapitalny wstęp do tego okresu mojego zainteresowania "klimatycznym" metalem, który w zbliżonym czasie przyniósł między innymi Still Life ekipy Michaela Akerfeldta, przeto okresu wyrywania mnie z objęć "kobiecego" doom metalu o inspiracjach gotyckich i przepychaniu w łapska (ujmę to gatunkowo umownie) doom metalu o inklinacjach progresywnych. To jednak subiektywne spojrzenie na temat, a obiektywnie The Light at the End of the World, to te same "pieśni o złym losie, gniewie, nieszczęściu", tylko bez skrzypiec. To ten sam "majestat, ciężar, hipnotyzujące piękno ponurych melodii - to ten sam potężny growl Aarona Stainthorpe'a" jak u zarania istnienia ekipy z hrabstwa West Yorkshire. Sami muzycy dość pokrętnie uzasadniali ten powrót do "korzeni", jaki by jednak nie był powód tej decyzji, ja z perspektywy czasu i mądrości spod znaku "lepiej być mądrym przed szkodą" i "po fakcie, to każdy mądry" uważam go za tak zdroworozsądkowy jak i asekuracyjny, a czy dalsze brnięcie w ewolucję w cudzysłowie czy w dosłownym znaczeniu zaprowadziłby ich tam gdzie się znaleźli w okolicach początku lat dwutysięcznych (i chyba żałują) ich krajanie z Paradise Lost, czy może byliby gdzieś tam gdzie dla odmiany chyba z satysfakcją odnaleźli się ich inni ziomkowie z Anathemy, to ja przecież nie wiem - wróżką nie jestem, do miana wróżbity tu nie będę aspirował, tym bardziej że to już się nie wydarzy. Zdaje się jednak, iż była to decyzja słuszna, choć doprowadziła przecież do sytuacji kiedy ich albumy stawały się z czasem tak przewidywalne, że w moim przypadku niemal niestrawne, ale jakby triada The Light at the End of the World - The Dreadful Hours - Songs of Darkness, Words of Light by nie powstała, to dla dobra stylistyki byłaby to niepowetowana strata. Zachowując zaś dla równowagi punkt widzenia zainfekowany przekornym poczuciem humoru, to cholera wie co by powstało w zamian i jakby to nowe eksperymentalne na scenę wpłynęło i tej sceny być może nie zrewolucjonizowało. Tym samym mam znak zapytania i "gdybanie" oraz mam jedną z kilku stałych w metalu - kilku pewnych źródeł wysokiej jakości kompozycji, które tak jak wspomniałem w okresie po wydaniu A Line of Deathless Kings przestały mnie akurat silnie emocjonować, bo się osłuchały, bądź jednak straciły ten pierwiastek magnetyczny? Mam zatem kolejne ważne pytanie, a ja nie odpowiem na nie inaczej jak - cholera to wie! Wracam do wyrykiwania na spółę z wymruczaniem The Isis Script, chociaż kocham każdy z tych walców i ronię dodatkową łezkę spotykając na swojej drodze Sear Me w trzeciej odsłonie. 

środa, 9 lutego 2022

My Dying Bride - Songs of Darkness, Words of Light (2004)

 


Pisząc My Dying Bride i Songs of Darkness, Words of Light, myślę album środka. Album idealnie osadzony w centrum stylistyki stworzonej przez Brytyjczyków, który z początku nie został zbyt euforycznie przyjęty, bo nie miał zapewne łatwo, gdyż powstał po doskonałym The Dreadful Hours i w związku z czym ciążyły na nim bardzo wysokie wymagania. Ponadto całkowicie skończył się dobry czas dla smucenia w metalu, bowiem w roku 2004 popularność gotyckiego doomu była daleką przeszłością, a pięć minut metalowego hajpu akurat na spółę podzieliły powroty klasycznych thrashowych załóg i zrzucający ostatecznie z piedestału nu metalowe wynalazki, równie przebojowy, jednak znacznie bardziej siarczysty metal core. Angielskie smutasy jednak finalnie udźwignęły zarówno oczekiwania wiernych szalikowców stylistyki, jak i odnalazły swoją w miarę sporą niszę w gatunku, gdyż Songs of Darkness, Words of Light wymagał zwyczajnie czasu, aby się z jego zawartością oswoić i dopiero z tej perspektywy poddać go uczciwej ocenie. Być może ta totalnie marsowa marszowa natura nowych wówczas numerów, mogła wywoływać poczucie obcowania z przesadnie monotonnym aranżacyjnie materiałem. Jednak dzisiaj główną siłę ósmego krążka najbliższych krewnych formatywnego okresu Anathemy i Pardise Lost upatruję właśnie w idealnym rozłożeniu środka ciężkości pomiędzy ciężar, a poruszający klimat. Klimat hermetyczny i przygnębiający, bez jakichkolwiek fajerwerków i większego udziału aranżacyjnych smaczków, ale z wręcz funeralnymi melodiami i przymglonym, zawiesistym brzmieniem. Klimat hipnotyzujący i posiadający w sobie rodzaj powłóczystego uzależniającego napięcia (A Doomer Lover szczególnie). Klimat wydobyty wyłącznie dzięki podstawowemu rockowemu instrumentarium - z harmonijnej współpracy gitar, basu i jednostajnie akcentującej perkusji, tylko fragmentami wspieranymi brzmieniem ascetycznego klawisza. Dla kogoś takiego jak ja, czyli dla osoby dalekiej od skrajnie fanowskiego przywiązania do dźwięków generowanych przez ekipę z Halifax i osoby która w dodatku weszła w ich muzyczny wszechświat dość sporą chwilę po największych sukcesach, akurat ten materiał jest jednym z najlepszych i wręcz esencjonalnych. Program albumu jest niezwykle równy i oprócz posiadającej zalety bardziej romantycznego okresu twórczości MDB kompozycji My Wine is Silence, żadna z ośmiu pozostałych nie wychodzi przed szereg, ani za innymi się nie wlecze. To oczywiście rodzaj twórczości skrajnie nieprzystępnej i jednocześnie niebezpiecznej. Tylko odważni, bo poszukujący i odporni na sugestywny wpływ muzyki słuchacze docenią jej walory i nie padną ofiarą jej potwornie depresyjnej natury. 

sobota, 15 stycznia 2022

My Dying Bride - The Dreadful Hours (2001)

 


To drugi po powrocie na macierzyste wody, po jak się okazało ograniczonym do jednego albumu wypłynięciu na akweny nieznane i tylko przez moment na tyle inspirujące, aby zdecydować się na dalsze żeglowanie w kierunku nieznanego. Ten chwilowy eksperymentatorski romans z roku 1998 został już Brytolom po wydaniu The Light at the End of the World (1999) zapomniany, a oni sami uznali go za incydent i już nigdy nie poczuli potrzeby ryzykanckiego zarzucania wykutej przez lata miłości do doom metalu na rzecz bardziej atrakcyjnej poszukującemu słuchaczowi estetyki. Temat został zamknięty, a ja domknę go ostatecznie kiedy naturalnie 34.788%... Complete z perspektywy wieloletniej zostanie poddane archiwizacyjnej weryfikacji. Teraz The Dreadful Hours opakowany w jedną z najbardziej mi bliskich opraw graficznych i wspaniały dowód potwierdzający, że My Dying Bride wszędzie może być dobrze, ale w domu to jest im najlepiej. :) Mistrzami  bowiem w jednym - w tworzeniu trzymających w napięciu i ociężale sunących kompozycji, osadzonych na ich pierwszym w nowym milenium wydanym krążku, akurat pomiędzy dość szerokim spektrum stylistycznym. Osadzonych twardo pomiędzy niemal death metalowym The Raven and the Rose (growl i marszowa rytmika, rozkręcająca się w połowie do prędkości jak na normy MDB do wręcz szalone), a Black Heart Romans - wyjęczanej wokalnie i o transowym charakterze doom metalowej snui. Wszystko inne, to kapitalne posługiwanie się powyższymi estetykami, a dokładnie czerpanie z nich wątków i motywów aranżowanych po swojemu, na modłę charakterystyczną dla okrzepłego już sześcioma wcześniejszymi płytami stylu formacji. Jest przekrojowo i wiele tutaj twarzy z historii Umierającej Panny Młodej w tych dziewięciu kompozycjach się odbija, więc gdyby ktoś przygodę z charkotem/wrzaskiem tudzież też zawodzeniem wokalnym o cechach leniwego cedzenia słów przez Aarona Stainthorpe'a miał ochotę zaczynać, to The Dreadful Hours byłby dobrym wyborem. Ja bardzo ochoczo akurat do niego powracam, bowiem darzę krążek z 2001 roku najgłębszym uczuciem i sentymentem, nawet jeśli nie był on dla mnie pierwotnym zetknięciem się z muzyką Anglików. Takiej depresyjnej dawki mrocznej aury, która hipnotyzuje, ale i umęczając odświeża. Bowiem wycisza, uspokaja, rytm spowalniając i tempo wyhamowując - pozwalając każdemu podobnemu mnie delikwentowi się zregenerować.

P.S. Gwoli ścisłości, pośród nowych utworów jest tu też "kotlecik odgrzewany". The Return of the Beautiful w nowej potężniejszej wersji i chyba nawet bardziej posępnej aranżacji. Sugeruję więc dla świeżego fana dwóch powyższych konfrontacyje. :)

Drukuj