Czekałem na nowy film
Ariela Vromena ze sporą ciekawością, gdyż The Iceman usatysfakcjonował mnie w
zupełności i naturalnie liczyłem na kolejną pozycję na podobnym wysokim
poziomie. Niestety (i tu zawieszam na chwilę głos, by oddać charakter i
intensywność konsternacji, jaka mnie dopadła) już po kilkunastu minutach seansu tego,
co okazało się następcą ekscytująco ukazanej historii Richarda
Kuklinskiego. Criminal to zupełnie inna bajka i określenie bajka można
traktować dosłownie, kiedy jedynie weźmie się drobną poprawkę na fakt, że to
naiwnie opowiedziana fikcja tylko, że dla dorosłych – szczególnie tych łasych na
sensacyjną durnotę w miałkiej patetycznej oprawie. Problem istnieje na poziomie
scenariusza, bo od strony produkcyjnej nie bardzo jest do czego się przyczepić,
jednakże techniczny wymiar plus gwiazdorska obsada nie jest w stanie uratować
produkcji, gdzie skala użytych szablonów wraz z płycizną intelektualną i
emocjonalnością sztuczną przechodzi niemal wszelkie granice przyzwoitości. Żeby
się nie pastwić na twórcy i samemu festiwalu wyłącznie gorzkich słów sobie oszczędzić,
ograniczę się do powściągliwego stwierdzenia, iż dla mnie osobiście, przez
pryzmat oczekiwań było to rozczarowanie ogromne, natomiast dla fanów niezobowiązującego
kina akcji zapewne będzie to produkt (tak dosłownie produkt) zajebisty. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ariel Vromen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ariel Vromen. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 lipca 2016
sobota, 16 listopada 2013
The Iceman (2012) - Ariel Vromen
Przed seansem obawy miałem, bo oto zupełnie mi nieznany reżyser zabiera się za temat, czy gatunek kinowy, którego oddanym niemal bezkrytycznie wyznawcą jestem. I niepewność we mnie wysokie stężenie przybrała, czy potencjał historii adaptowanej nie zostanie zaprzepaszczony. Szczęśliwie z wersją optymistyczną się skonfrontowałem, że świeża krew nie położyła tego obrazu - taka bowiem refleksja już niemal od początku filmu mi towarzyszyła. Wkręciła się produkcja Ariela Vromena w mą świadomość na całego, serducho w wielu momentach intensywnie zabiło puls energetycznie pobudzając. Niewyobrażalne dosłownie, że żadna to fikcja fundamentem scenariusza (ta makabryczna rzeźnia przykładowo), jeno fakty wyłącznie. Rola Shannona tutaj, wraz ze świetnie oddanym klimatem czasów ówczesnych podstawą dla osiągniętego wybornego efektu. Kapitalnie oddana osobowość na wpół psychopatyczna, zawieszona między dwoma równoległymi światami, które naturalnie musiały się w końcu przeniknąć, by finalnie jedynie gruzy pozostawić. Koegzystencja rodzinnego spokoju, sielanki amerykańskiego modelu z początku lat 60-tych, na równi z pełnym przemocy kamuflowanym życiem "zawodowym". Zimny, bezwzględny twardziel ze skumulowanymi, ukrytymi i piętrzącymi się wewnątrz emocjami, które eksplodowały pod postacią bezradności wobec kreowanych latami zawiłości. Zaplątał się chłop, nie napisze "bidny", bo jakoś pomimo jego oddania dla rodziny nie jestem w stanie darzyć go sympatią. Bo to chyba tak naprawdę skurwiel bezlitosny mimo wszystko był.
P.S. Porównajcie sobie jeszcze zimny ryj Michaela Shannona z tym Ryana Goslinga, jakim w Drive szpanował. Komu prędzej zeszlibyście z drogi? ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

