O nadużywaniu alkoholu filmów w kinie była cała masa i jeśli akurat nie były trunki wszelakie głównym ich bohaterem, to zawsze gdzieś swoje miejsce miały i rolę niemarginalną odgrywały. Ostatnio na naszym podwórku wokół ich oddziaływania to rzecz jasna Smarzowski w Pod mocnym aniołem gorzko bawił, a w hollywoodzkim wydaniu jak teraz sobie na zawołanie przypominam ponad dwie dekady temu głośny Zostawić Las Vegas zasłużony chyba szum wzbudził. Obecnie Thomas Vinterberg idzie w procentowy temat i nareszcie od czasu Polowania kręci tak jak od niego ja oczekiwałem. Tworzy obraz naturalnie subiektywnie patrząc niemalże kompletny, w charakterystycznym stylu z naciskiem na narracje surową i wykorzystane środki dość ascetyczne, przez co bezpośrednie ich użycie pozwala skupić się na kluczowych bohaterach, a nie dekoncentrować się obserwując na przykład popisy speca od spektakularnych ujęć. Kamera z łapy, odrobina tylko artystycznie sprofilowanych odjazdów i aktorzy grający w punkt bez posiłkowania się tanimi chwytami - to jest walor w pracy Vinterberga fundamentalny. Nie ukrywam iż samo podejście do problematyki alkoholowej jest też wielce oryginalne, a przez to treść jednocześnie potraktowana z dystansem lecz bez popadania w przerysowaną groteskowość. Gdyż do poważnego uzależnienia prowadzi droga od zabawy do częstokroć śmiertelnego dramatu, a same procenty nie wszystkich ich amatorów przecież zabijają. Jest Na rauszu pozbawiony tych wad, które wielokrotnie rozprawy o wpływie gorzały na życie człowieka przyprawiały wprost o banał, bo mega intelektualna emfaza materię demonizowała lub z drugiej strony niekoniecznie przez pryzmat dobrego humoru eksploatowanie widowiskowych alkoholowych upadków mogło wzbudzać przekonanie o instrumentalnym wykorzystywaniu istotnego tematu, a częstokroć zwyczajnego go ośmieszania. Jest też mimo licznych zalet Na rauszu filmem nie tak od strony kulturowej uniwersalnym, bo można się czepiać pewnych w treści szczególnie z punktu widzenia wschodnioeuropejskiej tradycji kompletnego upadlania się pod pozbawionym wszelkich hamulców etanolowym wpływem. Innymi słowy nie takie balety najebani Polacy czy Rosjanie rozkręcają i duński model mimo iż też jak na absolutnie dalekie od abstynencji skandynawskie pochodzenie może robić wrażenie, to jednak cywilizowanemu zachodniemu światu dość daleko do ekstremalnego modelu słowiańskiego. Zwyczajnie zachodnie nacje to jednak mają słabe nerwy i do wszystkiego podchodzą niezrozumiale spięci robiąc przysłowiowo z igły widły. :) Konkluzja jest jednak bez względu na szerokość czy długość geograficzną jasna i wciąż aktualna. Alko ogólnie jest fajny, ale konsekwencje nadużywania tej mocy odprężającej już nie bardzo. Ale w sumie to nie on jest największym problemem - on jest tylko następstwem problemów człowieka z samym sobą i jako takim wyłącznie narzędziem które może pomóc, jak i potwornie zaszkodzić. Niewątpliwie uważam iż to najlepszy obraz Vinterberga z jakim miałem dotychczas do czynienia. Duński reżyser robiąc film po swojemu, bez większych ograniczeń formalnych udowodnił, że można stworzyć coś zarówno oryginalnego jak i głęboko penetrującego temat. Oczywiście najbliżej Na rauszu formalnie do Polowania, a najdalej do Z dala od zgiełku - co tylko wychodzi mu na zdrowie. Ogólnie Thomas Vinterberg w języku duńskim jest zdecydowanie bardziej interesujący niż Thomas Vinterberg wciskany w kino angielskojęzyczne. Ręka w górę kto się z tą tezą zgadza!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Vinterberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Vinterberg. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 stycznia 2021
niedziela, 16 czerwca 2019
Kursk (2018) - Thomas Vinterberg
Po pierwsze, Vinterberg którego do tej pory poznałem to reżyser nierówny, więc nie było pewności, błyśnie
czy zawiedzie - pół na pół czysto praktycznie. Po drugie, zawsze mam
obawy jak za temat "po rosyjsku" zabiera się ktoś z zachodu - ktoś pozbawiony
naturalnie koniecznej wschodniej mentalności. Donoszę, iż w mojej subiektywnej
ocenie, która być może jest zbieżna ze średnią uzyskanych opinii nie ma
dramatu. Znaczy dramat jest, nie notuje go jednak w sensie niskiego poziomu, bowiem całkiem emocjonująco rozgrywa się on w głębinie i na powierzchni, zarówno jako cierpienie marynarzy jak i ich rodzin w obliczu tragedii, której z pewnością udałoby się uniknąć gdyby
nie post radziecki system zarządzania zasobami oraz chora narodowa ambicja. Na ekranie przez dwie godziny wpierw heroiczna, a
później już tylko desperacka walka o przetrwanie, powolne świadome umieranie mimo wszystko bez patosu, za to wciąż z nadzieją na ocalenie. Ogromna akcja ratunkowa, ale niestety prowadzona
przez skostniałą biurokracje przy użyciu przestarzałego i zaniedbanego sprzętu.
W wyniku rażących błędów i nieodpowiedzialności poświęcenie życia załogi w imię absolutnie
irracjonalnej wielkomocarstwowej dumy. Zaskakująco przekonujący jest to dramat, jednak niepozbawiony
quasi hollywoodzkiej pompy i nie w pełni wykorzystujący psychologiczny
potencjał. Oparty na głośnych autentycznych wydarzeniach i jak się mimo
wszystko zdaje z dużym realizmem oddający okoliczności tragedii. Przyznaję, że głównie osadzony na skrótach myślowych i schematach gatunkowych, które taki jeszcze niewyrafinowany miłośnik kina jak ja przyjmuje z umiarkowaną ale jednak satysfakcją i tak tylko ociupinkę wymuszoną wyrozumiałością. Oczywiście od czasu do czasu.
sobota, 28 stycznia 2017
Kollektivet / Komuna (2016) - Thomas Vinterberg
Komuna, czyli inaczej jak skomplikować sobie życie próbując
uniknąć rutyny! Sypie się ten chytry plan na rewolucję, bo ludzie się gubią w wielopoziomowych
relacjach, gdy pokusy rządzą i kolejne kryzysy implikują. Otwartość
wyrozumiałość vs. zazdrość, gdy o uczucia w relacjach partnerskich idzie. Do
tego nic tych ludzi na starcie nie łączy, jedynie tylko wspólnota miejsca,
chociaż w teorii i w praktycznych próbach próbują to zmienić i poniekąd połowicznie to się udaje. Uciekając od konwenansów w kolejne sformalizowane rytuały
się zapętlają - rozmowy, zebrania, zasady, prymat grupy nad indywidualizmem,
brak czasu i przestrzeni na samotność. No cóż Thomas Vinterberg po jednorazowym romansie z
kinem angielskojęzycznym powrócił do ojczyzny i chociaż nie porwał, to jakieś
tam emocje szczątkowe wzbudził. Ja akurat finalnie to pomimo wszystko jestem
rozczarowany, nawet gdy dostrzegam w Komunie ambicje, to jednak poziom intelektualny i przede wszystkim intensyfikacja przeżyć jest mniejsza od tego w Polowaniu. Jest jeszcze jeden szkopuł, mianowicie nie mogłem podczas
seansu pozbyć się skojarzeń języka duńskiego (tadam!) z Gangiem Olsena. :) To
cholera zabawne i mocno zaburzające perspektywę odbioru. Bo jak skupić się na
powadze tematu zaproponowanego przez Vinterberga, kiedy słysząc te farfocle i widząc
specyficzną ekspresję aktorów wciąż kultowa komedia w głowie. :) Swoją drogą afektacją i ogólnie tą karykaturalną nienaturalnością pewnych zachowań aktorzy nie ułatwiali mi tego skupienia.
piątek, 11 grudnia 2015
Far from the Madding Crowd / Z dala od zgiełku (2015) - Thomas Vinterberg
Widzę, że przez duże studio filmowe (wiem, to koprodukcja) talent
Michaela Vinterberga został dostrzeżony i z charakterystyczną wprawą
zagospodarowany. Na jak długo w mainstreamie ze swoją twórczością zakotwiczy, to się
okaże, bo ta anglojęzyczna produkcja, mimo że od strony wizualnej zachwycająca to
już emocjonalnie nijaka. Fakt że ten melodramat kostiumowy (jakby w innych
gatunkach to się nie przebierali), od strony technicznej jest poprawny, taki
rzekłbym rzemieślniczy. Dzieje się tutaj sporo w sferze relacji międzyludzkich, jednak w moim przekonaniu zawartość prawdziwych, poruszających emocji jest
niemal zerowa. Może problem tkwi w tym, że ja nie jestem w stanie takich
melodramatycznych uniesień w odpowiedni sposób spożytkować przetwarzając na
pełne emocjonalnego zaangażowania przeżycie i co istotne ckliwe wzruszenie.
Wyzuty jestem z tego rodzaju płaskiej uczuciowości, co w przypadku Far from the Madding Crowd nie pozwala na zachwyty, ale i dumny, że prostymi wręcz
pretensjonalnymi środkami reżyser kupić mnie nie zdołał. Prawdę mówiąc to
wynudziłem się w czasie seansu ogromnie, przebrnąłem przez tą historię na raty,
aż w czterech podejściach i gdyby nie ciągła nadzieja, że w którymś momencie
przełom nastąpi i z kwadratowej emocjonalnie opowieści prawdziwa żywa
dramaturgia się wykluje, to już po kilkudziesięciu minutach przestałbym się
maltretować. Z szacunku dla dotychczasowej twórczości Vinterberga do końca
dotrwałem i żałuję tego poświęcenia, gdyż płonne okazały się me nadzieje. Jedyne
co na pochwałę zasługuje, to praca operatora, który pięknie sielską atmosferę
wiktoriańskiej wsi w zdjęciach uchwycił. Scenografia i kadry rzeczywiście są
czarujące, niestety scenariusz, a dokładniej ujmując przełożenie założeń na
rezultat to całkowita porażka. Powtórzę, że nieprzymuszonych emocji w najmniejszym
stopniu nie dostrzegłem, tym bardziej ich nie poczułem i tego reżyserowi tego
formatu nie mogę wybaczyć.
P.S. Dla Pań męski Matthias Schoenaerts, a dla Panów dziewczęca Carey Mulligan – znaczy sugeruję, że pomimo wszystko każdy zdoła jednak w tym obrazie znaleźć jakieś plusy. :)
poniedziałek, 21 lipca 2014
Jagten / Polowanie (2012) - Thomas Vinterberg
Jest kino europejskie, jest mocny temat,
jest przeżycie konkretne! I chociaż już na wstępie zaznaczę, iż z arcydziełem
wybitnym w tym przypadku się nie zetknąłem, to z pewnością Polowanie za
wysokiej klasy produkcje uważam. Może pod względem artystycznym czy
warsztatowym to nic wyjątkowo porywającego, raczej jedynie solidne rzemiosło
rządzi, jednako sugestywny wymiar historii daje radę i bezlitośnie podnosi
ciśnienie. To bez cienia wątpliwości mocne kino, pozornie ospałe, a
tak emocjonalnie gwałtownie targające. Ciężki seans i wciągający,
trzymający w napięciu obraz, duże obciążenie psychiczne - naprawdę konkretny
cios. Nie zwykłem treści zdradzać, skłonny zawsze jestem do refleksji
wyłuszczenia zrozumiałej wyłącznie dla tych co z obrazem już kontakt mieli. Nie
zmienię i w tym przypadku zasad, jednako zdecydowanie łatwiej materie omówić
gdy jasno fabuła byłaby tu nakreślona. Zachęcę zatem do seansu, ostrzegając, że
ciężki balast po nim odczuwalny będzie, a poniżej zwięźle w kilku zdaniach
kłębiące się we mnie emocje uwolnię. Jak łatwo z człowieka w oczach innych
potwora zrobić, jak niewiele potrzeba by go zniszczyć - odrobinę zbiegów
okoliczności, przypadkowości, większej lub mniejszej złej woli i histerii
zdrowy rozsądek wraz z faktami na margines sprowadzającej. Konsekwencją
tytułowe polowanie, bezwzględna nagonka i osaczenie - zaszczucie w ostracyzmu
więzach. Kto za to odpowiedzialność ponosi, co doprowadza do takiego obłędu?
Wiele powodów, tropów czy koncepcji wyjaśniających, jednako nie potrafię
uwolnić się od przekonania, iż jedno z kluczowych uzasadnień w naturze
człowieka zawarte. W niej zbyt wiele instynktów zwierzęcych które ewolucja
gatunku jedynie w sensie formy zmieniła. Ich natężenie, intensywność bez zmian
i na tyle silna, że rozum w żadnym stopniu nie jest w stanie obrazu instynktem
obronnym formowanego zweryfikować. Potrzeba ochrony stada i instynkt stadny
dominują, doświadczenia jednostkowe, synteza i analiza na marginesie
bezrefleksyjnie ląduje. Na drugim biegunie poprawność polityczną w sensie
ogólnym umieszczam, ona współczesną chorobą w równym stopniu rozsądek
zżerającą. Liczą się pozory, teatr złudzeń kreowany, egoistyczne pobudki które
zewnętrzny obraz jednostki ponad trzeźwością i rozwagą stawiają. W tym
tyglu kształtowani, zbyt wyczuleni na jedne słowa jesteśmy, jednocześnie zbyt
głusi na inne. A wewnątrz naszej histerii kolejne dorastające pokolenia coraz
szybciej świadome i bardziej bezwzględne. Chrońmy tych najbardziej bezbronnych,
ale w ferworze szlachetnych działań "dziecka z kąpielą nie
wylewajmy". Tak często z dobrych intencji wyłącznie ofiary wynikają! :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)




