Samael to na poziomie błyskawicznej stylistycznej przemiany zaiste gatunkowe kuriozum - zerkając po pierwsze przez jedno ramię na współczesną jego historię, gdzie ogólnie trudno o zachwyty, gdyż z pozycji kultowej spadł na własne niejako życzenie do niższych stanów średnich, nie zdobywając w sumie nazbyt wielu nowych fanów, tracąc jednocześnie oczywiście tych najstarszych, ale i tych którzy także okresem Etrenal byli zafascynowani. Kiedy natomiast spojrzeć właśnie przez drugie (może to być lewe) ramię głębiej w przeszłość, pomijając oczywiście surowy czas początku zamierzchłych lat dziewięćdziesiątych, a koncentrując się na przekraczaniu granicy black metalu w kierunku elektroniki, to można odnieść wrażenie, iż tak najbardziej wciąż szanowany Passage, jak o krok ku jeszcze większej przystępności gatunkowej przesunięty Eternal miały w sobie bardzo dużo pierwiastka perspektywicznie ewolucyjnego. Niestety im dalej w elektronikę, tym mniej w Samael było tak przestrzeni, a w nim powietrza, a więcej jak się okazało i słychać to najsilniej z pozycji dzisiaj kompresującego ambicje tandetnego niemal techno bitu. Reign of Light kompletnie się obecnie u mnie nie broni, ale Eternal to zupełnie inna historia i poniekąd wciąż jestem zaskoczony, bowiem sporawo z tego co gdy miał premierę czułem, dzisiaj też na mnie oddziałuje. Podniosła, epicka w pewnym sensie, choć przecież nie może być mowy o rozbudowywaniu struktur i instrumentarium charakterystyka kompozycji z Eternal, łączy się spójnie z niebanalną elektroniką - czasem słyszę iż w klawiszowym ujęciu nie tak daleko było na przykład Eternal do Nexus Polaris Covenant (świetny Being). Wiąże dudniący puls mechanicznej elektronicznej perkusji ze ścianą wioseł, które podporządkowane są nadrzędnej roli rytmu, z szeroką gamą syntezatorowych motywów, które z kolei mogą kojarzyć się zarówno z atmosferą orientalnych zagrywek, jak i transowymi, kosmicznymi pejzażami, jakie niewątpliwie koperta płyty może sugerować. Na Eternal brakło jednak szamańskiej wręcz aury z jaką kojarzę Passage i ostatni krążek Samel jaki w stu procentach nadal szanuję bardziej przemawiał/przemawia do mnie na poziomie syntetycznej quasi orkiestrowej chwytliwości (potężny The Cross), niż mrocznego, nawiedzonego obrządku, co absolutnie nie odbiera mu siły, która w tych okolicznościach tkwi myślę, w uwolnieniu się na dobre od oczekiwań black metalowych purystów. To powiazanie z zaskakująco dobrym przyjęciem Passage, gdzie przeskok stylistyczny jest najmocniej odczuwalny, a co dało wówczas ekipie Vorpha i Xy luz, odwagę i przekonanie o intuicyjnie trafionym kierunku. Co nie uchroniło jak się okazało wizerunku Samael przed w pewnym sensie w przyszłości w środowisku kompromitacją, bo okazało się, iż pewność siebie ich zgubiła - gustu (bardzo żałuję) pozbawiła. Jak tak można było z poziomu kultu do prawie synonimu żenady.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samael. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 grudnia 2024
środa, 29 grudnia 2021
Samael - Passage (1996)
Historia Samael to zarówno typowa droga mrocznych metalowych projektów z lat dziewięćdziesiątych powielona, jak i zjawisko pośród nich nieco odmienne. Paradoks odmienności w przypadku Samael polega na fakcie, iż ścieżka jaką obrali, w odróżnieniu od innych ikon tamtego okresu zaprowadziła ekipę Vorpha pod ścianę nazbyt szybkiej ewolucji stylu i w żadnym stopniu aż do dzisiaj pomimo prób podjętych nie dała szansy na przywrócenie szacunku fanów sceny. Być może najbliżej Samael do Tiamat, przez wzgląd na tempo dynamiki zmian, bowiem nie trudno dostrzec iż obydwie formacje niezwykle krótko cieszyły się poważaniem i uznaniem metalowych ortodoksów i tak Szwedzi już po Clouds przestąpili przez granicę wyrozumiałości, tak Samael nagrywając Passage przyniósł amatorom ich surowego black metalu zagwozdkę, przez długi czas nie podlegającą procesowi przyswojenia przez przyzwyczajenie. Jednako dalsze losy ekip wymienionych, to już zupełnie inne doświadczenia w zmaganiu się z zagospodarowywaniu fanowskiego elektoratu, bo tak jak Tiamat za sprawą ambicjonalnych bodźców zdołał w przyszłości nagrywać albumy docenione, tak Samael po wydaniu Eternal, już nigdy dobrego słowa od krytyki się nie doczekał. I słusznie, gdyż lipne pomysły serwował, częstokroć z dzisiejszej perspektywy wręcz nieznośnie prostackie i nie dające się współcześnie nawet z dozą dobrej woli wysłuchać w całości. Passage mimo swojej kontrowersyjnej otoczki albumu odcinającego Szwajcarów od sceny black metalowej, był i wciąż stanowi kawał potężnej i pompatycznej dawki łomotu oraz kompozytorskiej śmiałości wżenionej z wyczuciem w bombastyczne formy. Intensywne wrażenia akustyczne i ich zdatność do zawijania grzywą plus jadowite wokalizy i ciężkie jak najczarniejsi diabli gitary. Prostota parapetowych orkiestracji, ale jednak w tej swojej repetytywnej formule monotonna pod względem rytmiki prostota z głębi trzewi, przez co nadal ekscytująca. Mroczna ceremonia z zimną narracją, przez co jej architektura intrygująca i mimo że ćwierć wieku na rynku, to nadal absorbuje. Jak wiemy i nie słyszałem aby Pan Ciemności miał poniższą regułę podważać, jedyna stałą we wszechświecie jest zmiana. Ta akurat była zmianą perspektywiczną. Sęk w tym, iż okazało się jednak, że tylko przez krótką chwilę. Nic dobrego z niej w przyszłości nie wyniknęło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
