Nie spodziewałem się kompletnie, kiedy single zapowiadające longplay w sieci się pojawiły, że tak mocno z tak podanym efektem finałowym, czyli już siódmym (i już kolejnym od sztancy) albumem, startowo projektu kogoś kto był rozpoznawalny jako bębniarz Opeth zwiążę. Porzuciłem bowiem nadzieje już niemalże, iż Soen zmieni odrobinę wody na których ostatnio (z pewnością ze względnym powodzeniem - sukcesem pół-mainstreamowym) pływa i podnosząc kotwicę oraz porzucając choć odrobinę ten raczej coraz bardziej banalnie bezpieczny akwen/okoliczności, przeobrazi tym samym ten doskonały/szlachetny, ale jednak pod względem schematu powielający idee kalkomanii, styl pisania. Spieszę donieść, iż ABSOLUTNIE nie wyrwał się poza spokojne, pewne wody i nagrał następną, pobieżnie spoglądając taką samą od kilku lat płytę, ale jest to JEDNO decydujące ale. Ale które trzyma przy tej płycie mnie od pierwszego przesłuchania i nakazuje naturalnie album po raz enty zapętlać i się przez doznane wzruszenia rozkoszować - bez względu na istotnie bliźniacze skojarzenia, wywołujące wydźwięk wspomnianego szablonu, jaki powstrzymuje uzasadnioną nad-euforię. Tylko dlaczego za każdym razem gdy odsłuchuje, to odpływam, bujam się i oczy mam zamknięte, a momentami spod powiek coś się wstydliwego dla faceta wysączy. To jest jakaś magia. Prosta i skuteczna. Reliance bowiem (żadne zaskoczenie) zdecydowanie mocniej odbiera się na poziomie samych emocji, niż słucha analitycznie. Mimo iż spotyka się po drodze kilka ciekawych zagrań, aranży przykuwających uwagę (Drifter), to dominuje skupienie, subtelne korzystanie z klasycznych quasi prog rockowo-metalowych instrumentalnych rozwiązań, gdzie melodie i solówki przede wszystkim zostają w głowie. Najważniejsze to jednak, że Reliance chwyta za serce i duszę kołysze. Daje ukojenie poprzez poruszenie miłe wewnętrzne, a wyróżnione na dzisiaj w mojej opinii Huntress i zamykający album cudowny Vellichor, mogę wciągać kilka razy z rzędu - póki co i to bez pretensji do siebie ochoczo czynię. Tak sobie myślę teraz, w dniu całkiem w sumie wyjątkowym i nastroju raczej nostalgicznym, że być może nowy Soen niczym pod względem też jakości emocjonalnej efektywności nie wyróżnia się od tego wydanego dwa, czy cztery lata temu krążka. Trafił tylko u mnie w odpowiednią, podsycaną licznymi refleksjami - rozczarowaniami i nadziejami porę.
czwartek, 22 stycznia 2026
sobota, 2 września 2023
Soen - Memorial (2023)
Zaczyna się kapitalnie i chyba lekko inaczej niż do końca przyzwyczaili - jakby znakomity riff wyłaniał się z jakiejś otchłani, by już „po ich niemu” w dalszej fazie czystym brzmieniem zabłyszczeć, ale im dalej w ten akurat znacznie mniej gęsty od gitarowego łomotu las, tym bardziej miękko i oby nie na dłuższy czas lekko nudziarsko. Słychać na Memorial bowiem, iż po drodze sprawdzili się w czymś takim jak Atlantis, czyli w sesji absolutnie subtelnej, gdzie harmonie wokali i gitary brzdąkania z akompaniamentem smyczków w ilości powyżej jednej sztuki oraz klawisza - całościowo w estetycznej manierze piosenki łzawo emocjonalnie drenującej oczodoły. Wymieniam w tym kontekście pisząc już o Memorial niemal całą zawartość szóstego longa Skandynawów, a najbardziej przepięknie zaśpiewany w duecie damsko-męskim Hollowed i zauważam też obok coś co przypomina że w Soen wiosła nie są wyłącznie do plumkania. Tutaj mam na myśli na wstępie zasygnalizowany Sincere, Violence, może kawałek tytułowy i być może nie tak tylko może Icon - jednak indeksy to w towarzystwie pozostałych, które nazwę wyjątkami. Zaiste mam poczucie rozterki i nie wiem czy ten kierunek ckliwy, to dobra opcja na przyszłość, bo gdzie niby indziej jak do ściany za którą tylko banalne ballady może ich ten dryf zaprowadzić, a z drugiej przecież od kilku płyt Soen nie jest już „pro toolowy”, a pro progresywno-gotycki i mając im nieco za złe odpływanie we wrażliwości, to słuchając nowego longa co raz to wpadałem po czubek nosa w tą lampkę z winem sączonym w wieczornej poświacie i się roztkliwiałem (jak ja się żałośnie roztkliwiałem!) - oczywiście w poczuciu winy i do siebie wręcz wstrętu, że taki jestem łatwy i niewiele mi potrzeba do przylepienia etykiety wrażliwy. Memorial to bardzo milusio zaaranżowany album, jednak album raz bardzo oczywisty i dwa (co się wiążę z pierwszą „wadą”) album zdecydowanie nie najlepszy w ich dyskografii, bo do co najmniej dwóch moich faworytów poziomem nie sięga. Sugeruje wpierw przyhamować z cyklem wydawniczym i tak na przykład za cztery może pięć lat powrócić naprawdę na pełnej. :)
P.S. Uważam (zamykając mundrowanie), że nie ma nic dziwnego i pochopnego w sytuacji poddania refleksji Memorial zaraz po odbytych raz za razem pięciu wieczornych odsłuchach, bo nie wierzę by się w kwestii mojego stosunku do niej coś mogło zmienić nawet w najmniejszym stopniu. Dlatego to z marszu uczyniłem i już w dwa dni po premierze jesteście po lekturze tekstu!
niedziela, 7 lutego 2021
Soen - Imperial (2021)
Soen na dwóch startowych krążkach wyraźnie poszukiwał własnej tożsamości i chociaż już wtedy na scenie wydawał się pozytywnie wyróżniać i czuć było że w tych czarujących dźwiękach jest potencjał na oryginalność, to często w kontekście Cognitive szczególnie słyszało się uzasadnione głosy o zbieżności tekstury z gigantami z Toola. Jak się okazało już na trójce zespół wyraźnie okrzepł, a czwórka stawiała już grupę byłego pałkera Opeth w świetle własnym. Lykaia i Lotus stały się naturalnym celem podróży Szwedów, a obecny Imperial niczym właściwie mnie zaskakuje i mogę śmiało stwierdzić iż bez dyskusji może stanowić drugą część, czy dalszy ciąg poprzedniego albumu. Stylistycznie jest bowiem bliźniaczo i nawet jeśli oczekiwałem odrobiny świeżych rozwiązań aranżacyjnych i z tego punktu odniesienia mógłbym być rozczarowany swoistym constans brzmieniowym, to nie będę kłamał że Imperial nie potrafił przebić się do mojego serca. Wysoki współczynnik słuchalności i względnie nisko zawieszony próg wejścia powoduje, iż refreny i melodie jeszcze długo po odsłuchu pozostają w głowie i chodzą za człowiekiem uparcie. Zasługa w pozyskaniu sympatii tkwi we wzruszającej melodyce i pięknym pogodzeniu instrumentalnej biegłości z wyrazistością harmonii każdej z kompozycji. Inaczej pisząc, to że nowy Soen mnie porusza powiązane jest wprost z faktem że poprzednie dzieła ekipy Martina Lopeza mnie poruszały. Zastanawiam się jedynie czy mam już przyzwyczaić się iż Soen dotarł do miejsca swojego przeznaczenia i niewiele więcej niż pewności iż zawsze otrzymam bardzo dobre materiały w bardzo znanej mi stylistyce oczekiwać? Czy może już teraz zainteresowani muzycy wiedzą, iż kolejna studyjna realizacja musi przynieść więcej odważnych poszukiwań? Oczywiście będzie to zależeć od świadomości oraz poczucia satysfakcji "ojca założyciela" i jego kompanów. Dzisiaj wciąż są tu gdzie byli przed dwoma laty. Gdzie będą w najbliższej przyszłości nie będę jednak spekulować. Mam jednak nadzieję, że nigdy Soen nie znudzi, popadając tym samym w moją niełaskę. :)






