Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soen. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 stycznia 2026

Soen - Reliance (2026)

 

Nie spodziewałem się kompletnie, kiedy single zapowiadające longplay w sieci się pojawiły, że tak mocno z tak podanym efektem finałowym, czyli już siódmym (i już kolejnym od sztancy) albumem, startowo projektu kogoś kto był rozpoznawalny jako bębniarz Opeth zwiążę. Porzuciłem bowiem nadzieje już niemalże, iż Soen zmieni odrobinę wody na których ostatnio (z pewnością ze względnym powodzeniem - sukcesem pół-mainstreamowym) pływa i podnosząc kotwicę oraz porzucając choć odrobinę ten raczej coraz bardziej banalnie bezpieczny akwen/okoliczności, przeobrazi tym samym ten doskonały/szlachetny, ale jednak pod względem schematu powielający idee kalkomanii, styl pisania. Spieszę donieść, iż ABSOLUTNIE nie wyrwał się poza spokojne, pewne wody i nagrał następną, pobieżnie spoglądając taką samą od kilku lat płytę, ale jest to JEDNO decydujące ale. Ale które trzyma przy tej płycie mnie od pierwszego przesłuchania i nakazuje naturalnie album po raz enty zapętlać i się przez doznane wzruszenia rozkoszować - bez względu na istotnie bliźniacze skojarzenia, wywołujące wydźwięk wspomnianego szablonu, jaki powstrzymuje uzasadnioną nad-euforię. Tylko dlaczego za każdym razem gdy odsłuchuje, to odpływam, bujam się i oczy mam zamknięte, a momentami spod powiek coś się wstydliwego dla faceta wysączy. To jest jakaś magia. Prosta i skuteczna. Reliance bowiem (żadne zaskoczenie) zdecydowanie mocniej odbiera się na poziomie samych emocji, niż słucha analitycznie. Mimo iż spotyka się po drodze kilka ciekawych zagrań, aranży przykuwających uwagę (Drifter), to dominuje skupienie, subtelne korzystanie z klasycznych quasi prog rockowo-metalowych instrumentalnych rozwiązań, gdzie melodie i solówki przede wszystkim zostają w głowie. Najważniejsze to jednak, że Reliance chwyta za serce i duszę kołysze. Daje ukojenie poprzez poruszenie miłe wewnętrzne, a wyróżnione na dzisiaj w mojej opinii Huntress i zamykający album cudowny Vellichor, mogę wciągać kilka razy z rzędu - póki co i to bez pretensji do siebie ochoczo czynię. Tak sobie myślę teraz, w dniu całkiem w sumie wyjątkowym i nastroju raczej nostalgicznym, że być może nowy Soen niczym pod względem też jakości emocjonalnej efektywności nie wyróżnia się od tego wydanego dwa, czy cztery lata temu krążka. Trafił tylko u mnie w odpowiednią, podsycaną licznymi refleksjami - rozczarowaniami i nadziejami porę.

sobota, 2 września 2023

Soen - Memorial (2023)

 

Zaczyna się kapitalnie i chyba lekko inaczej niż do końca przyzwyczaili - jakby znakomity riff wyłaniał się z jakiejś otchłani, by już „po ich niemu” w dalszej fazie czystym brzmieniem zabłyszczeć, ale im dalej w ten akurat znacznie mniej gęsty od gitarowego łomotu las, tym bardziej miękko i oby nie na dłuższy czas lekko nudziarsko. Słychać na Memorial bowiem, iż po drodze sprawdzili się w czymś takim jak Atlantis, czyli w sesji absolutnie subtelnej, gdzie harmonie wokali i gitary brzdąkania z akompaniamentem smyczków w ilości powyżej jednej sztuki oraz klawisza - całościowo w estetycznej manierze piosenki łzawo emocjonalnie drenującej oczodoły. Wymieniam w tym kontekście pisząc już o Memorial niemal całą zawartość szóstego longa Skandynawów, a najbardziej przepięknie zaśpiewany w duecie damsko-męskim Hollowed i zauważam też obok coś co przypomina że w Soen wiosła nie są wyłącznie do plumkania. Tutaj mam na myśli na wstępie zasygnalizowany Sincere, Violence, może kawałek tytułowy i być może nie tak tylko może Icon - jednak indeksy to w towarzystwie pozostałych, które nazwę wyjątkami. Zaiste mam poczucie rozterki i nie wiem czy ten kierunek ckliwy, to dobra opcja na przyszłość, bo gdzie niby indziej jak do ściany za którą tylko banalne ballady może ich ten dryf zaprowadzić, a z drugiej przecież od kilku płyt Soen nie jest już „pro toolowy”, a pro progresywno-gotycki i mając im nieco za złe odpływanie we wrażliwości, to słuchając nowego longa co raz to wpadałem po czubek nosa w tą lampkę z winem sączonym w wieczornej poświacie i się roztkliwiałem (jak ja się żałośnie roztkliwiałem!) - oczywiście w poczuciu winy i do siebie wręcz wstrętu, że taki jestem łatwy i niewiele mi potrzeba do przylepienia etykiety wrażliwy. Memorial to bardzo milusio zaaranżowany album, jednak album raz bardzo oczywisty i dwa (co się wiążę z pierwszą „wadą”) album zdecydowanie nie najlepszy w ich dyskografii, bo do co najmniej dwóch moich faworytów poziomem nie sięga. Sugeruje wpierw przyhamować z cyklem wydawniczym i tak na przykład za cztery może pięć lat powrócić naprawdę na pełnej. :)

P.S. Uważam (zamykając mundrowanie), że nie ma nic dziwnego i pochopnego w sytuacji poddania refleksji Memorial zaraz po odbytych raz za razem pięciu wieczornych odsłuchach, bo nie wierzę by się w kwestii mojego stosunku do niej coś mogło zmienić nawet w najmniejszym stopniu. Dlatego to z marszu uczyniłem i już w dwa dni po premierze jesteście po lekturze tekstu!

niedziela, 7 lutego 2021

Soen - Imperial (2021)

 

Soen na dwóch startowych krążkach wyraźnie poszukiwał własnej tożsamości i chociaż już wtedy na scenie wydawał się pozytywnie wyróżniać i czuć było że w tych czarujących dźwiękach jest potencjał na oryginalność, to często w kontekście Cognitive szczególnie słyszało się uzasadnione głosy o zbieżności tekstury z gigantami z Toola. Jak się okazało już na trójce zespół wyraźnie okrzepł, a czwórka stawiała już grupę byłego pałkera Opeth w świetle własnym. Lykaia i Lotus stały się naturalnym celem podróży Szwedów, a obecny Imperial niczym właściwie mnie zaskakuje i mogę śmiało stwierdzić iż bez dyskusji może stanowić drugą część, czy dalszy ciąg poprzedniego albumu. Stylistycznie jest bowiem bliźniaczo i nawet jeśli oczekiwałem odrobiny świeżych rozwiązań aranżacyjnych i z tego punktu odniesienia mógłbym być rozczarowany swoistym constans brzmieniowym, to nie będę kłamał że Imperial nie potrafił przebić się do mojego serca. Wysoki współczynnik słuchalności i względnie nisko zawieszony próg wejścia powoduje, iż refreny i melodie jeszcze długo po odsłuchu pozostają w głowie i chodzą za człowiekiem uparcie. Zasługa w pozyskaniu sympatii tkwi we wzruszającej melodyce i pięknym pogodzeniu instrumentalnej biegłości z wyrazistością harmonii każdej z kompozycji. Inaczej pisząc, to że nowy Soen mnie porusza powiązane jest wprost z faktem że poprzednie dzieła ekipy Martina Lopeza mnie poruszały. Zastanawiam się jedynie czy mam już przyzwyczaić się iż Soen dotarł do miejsca swojego przeznaczenia i niewiele więcej niż pewności iż zawsze otrzymam bardzo dobre materiały w bardzo znanej mi stylistyce oczekiwać? Czy może już teraz zainteresowani muzycy wiedzą, iż kolejna studyjna realizacja musi przynieść więcej odważnych poszukiwań? Oczywiście będzie to zależeć od świadomości oraz poczucia satysfakcji "ojca założyciela" i jego kompanów. Dzisiaj wciąż są tu gdzie byli przed dwoma laty. Gdzie będą w najbliższej przyszłości nie będę jednak spekulować. Mam jednak nadzieję, że nigdy Soen nie znudzi, popadając tym samym w moją niełaskę. :)

poniedziałek, 11 lutego 2019

Soen - Lotus (2019)




Na najnowszym, już czwartym w krótkiej karierze krążku szarpią Szwedzi struny w kilku numerach naprawdę ostro. W innych zaś sięgają głębokich pokładów dojrzałej emocjonalności, traktując instrumenty z należytą subtelnością i prowadząc długie dialogi solówek gitarowych z basem. W każdym przypadku jest to robione z autentyczną pasją i profesjonalizmem, budując rozważnie napięcie i nie przesadzając z punktami kulminacyjnymi, czy technicznymi zawiłościami, co powoduje iż muzyka względnie gęsta jest też odpowiednio przystępna. Progresywny charakter kompozycji i niebanalna melodyjność, pozwala na osiąganie dobrego balansu pomiędzy otwartością na przebojowość i ambicją warsztatową. To muzyka zbudowana z ciekawych riffów i emocjonalnego zaangażowania, lirycznie traktująca o problemach natury społecznej i duchowej. Wchodzi w świadomość miękko i na długo w niej pozostaje - stanowi spójną i już charakterystyczną dla marki Soen całość, jest dowodem na okrzepnięcie i ugruntowanie stylu, który korzystając z istotnych wpływów muzyki takich marek jak Tool, Katatonia, Porcupine Tree czy Opeth nie powinien być traktowany jako bezpośrednie zapożyczanie. Nie wiem czy w kategoriach ogólnych Lotus jest lepsza od poprzedniego albumu, nie napiszę też z większym przekonaniem czy jest też od niej zasadniczo inna, gdyż mimo iż słucham jej od premiery dość często, to nie poznałem jej odpowiednio wyczerpująco i nie jestem jeszcze do jej wszystkich właściwości przekonany. Liczę że to tylko kwestia czasu.

środa, 8 lutego 2017

Soen - Lykaia (2017)




Nowy Soen jest nieprawdopodobnie uzależniający, zasysa i nie puszcza mimo, że ilość kolejnych bezpośrednio po sobie już wykonanych przesłuchań wskazywałaby na zajeżdżenie numerów poprzez obsesyjną powtarzalność. I chociaż nie jest to tak skomplikowany materiał jak ten z Tellurian, to jednak pośród ogromnej chwytliwości i emocjonalnej intensywności, wyczuwalnych jest sporo aranżacyjnych smaczków do ciągłego odkrywania. To zadziwiające, iż kompozycje skrojone dość schematycznie, pełnię kolorytu odkrywają ze zdwojoną silą po wielokrotnych odsłuchach. Mienią się wtedy bogatymi odcieniami przejmujących emocji, wraz z każdym kolejnym spotkaniem dojrzewając w słuchaczu. Mam zasadne przekonanie, iż magia tej płyty tkwi w świadomości aranżacyjnej, gdyż nie ma niej zbędnego dźwięku, a struktura utworów nie będąc przeładowana nadmiarem idealnie została wyważona. Ogólnie to na chwilę obecną najbardziej harmonijny krążek sygnowany nazwą Soen i ogromny powód do dumy dla tych muzyków. Dziewięć kompozycji w stawce, wraz z zaskakującym, bo tylko bonusowym na edycji limtowanej God's Acre, wśród których nie odnajduję faworyta ani jakiegokolwiek utworu, chociaż w drobnym stopniu odstającego od stawki. Wszystko cholernie równe i precyzyjnie przemyślane, by ta równowaga i harmonia odnosiła się do każdego aspektu krążka – od kwestii czysto wizualnych oprawy graficznej, poprzez koncept liryczny, po merytoryczne uzasadnienie użycia konkretnych rozwiązań melodycznych i rytmicznych. Startując z pułapu, gdzie jednoznaczne skojarzenia z muzyką Toola były rozpoznawane, przeszli przez etap względnego podobieństwa do A Perfect Circle, a teraz wyraźnie korzystając z tego co najlepsze w obydwu uwypuklili trzeci punkt odniesienia swojego stylu. Mianowicie tam gdzie mniej sterylnej mechaniki, a więcej nastrojowej przestrzeni, królują kiedyś jeszcze nieco w tle zatopione, a dzisiaj już pierwszoplanowe opethowe pejzaże, wzbogacane klasycznymi przepięknymi solówkami niczym spod palców Davida Gilmoura i wyrafinowanym brzmieniem szlachetnie użytego klawisza. Aby konstrukcja była kompletna subtelne partie wokalne przenikają do najgłębszych pokładów mojej emocjonalności, napięcie permanentnie wzrasta i dzieje się tak kilkakrotnie na przestrzeni poszczególnych utworów, w symbiozie z raz egzotyczną bliskowschodnią ornamentyką czy innym razem z ambitną rytmiką. Progresja w znaczeniu rozwoju umiejętności kompozytorskich wyznacza kierunek dla Soen i cieszę się ogromnie będąc od dłuższej chwili pod wpływem czaru płynącego z tego urzekającego albumu, że horyzont dostrzegają i z klasą bez ryzykownych działań próbują go osiągać. Bo to płyta która w gatunku wyróżnia się pewnym rodzajem dostojeństwa, a Soen z nikim się nie ścigając nie pragnie na siłę przechodzić na kolejne poziomy strukturalnej komplikacji, zyskując na tym co w dobrej muzyce najistotniejsze – na docieraniu do słuchacza poprzez emocje. Muzyka pisana wewnętrzną potrzebą tworzenia tu dominuje, płynąca prosto z serca, co czuć w każdej sekundzie tej uroczej podróży. Pytanie sobie tylko zadaje będąc nauczony doświadczeniem, biorąc pod uwagę fakt że te albumy, które szybko sympatię zdobywają czasem równie prędko na zasadzie nadmiaru dobra, na jakiś czas na margines muszą być odłożone. Na jak długo potencjału Lykaii wystarczy? Nie wyobrażam teraz sobie by poczucie przesytu przyjemność korzystania z tego wyjątkowo uzależniającego szwedzkiego daru zakłóciło.

P.S. Czekam teraz na emocje koncertowe - bilet na wrocławski gig już nabyty. :)

środa, 3 grudnia 2014

Soen - Tellurian (2014)




Łatka klonu Toola zrzucona, ale ja już na debiucie wychwytywałem te niuanse, subtelne różnice, które własną tożsamość grupie pozwalają zbudować. Czuć jednakowoż pośród tego, co dla Soen już charakterystyczne, inspiracje przechodzące od jednej ekipy Maynarda do drugiej. Czyli na dwójce więcej skojarzeń z A Perfect Circle, z dodatkowymi sporymi archetypicznymi naleciałościami stylu firmowanego przez formacje prowadzoną od  lat przez Mikaela Akerfeldta. To zupełnie oczywiste z racji pochodzenia Martina Lopeza, którego bębnienie swego czasu było istotną częścią marki Opeth. Jest na Tellurian subtelnie i nostalgicznie, ale i z wyraźnym nerwowym pulsem czy dynamicznym akcentem. Taki The Words jest idealnym przykładem wyciszonej atmosfery skupionej na pięknej linii melodycznej wokalu, Koniskas zachwyca brzmieniem motywu prowadzącego, starannie budowanym napięciem, delikatnym, płynnnym refrenem i wybuchem energii w kombinacyjnej drugiej części utworu, a finałowy The Other's Fall to już eksplozja, ekstaza i euforia w jednym. Najogólniej rzecz biorąc każdy z numerów jest świetnie wyważonym przykładem technicznej zawiłości splecionej w uścisku z klimatycznym wykorzystaniem nietuzinkowej atmosfery, gdzie istotną rolę odgrywają płynące, zwiewne zaśpiewy Joela Ekelöfa. Jestem już dzisiaj bogatszy w doświadczenie znajomości drugiego albumu Soen i ogromnie usatysfakcjonowany, bo miałem trafne przekonanie, że z tej mąki wyrośnie wspaniały bochen. Oni moje oczekiwania w stu procentach spełnili dając mi poczucie egoistycznej dumy, iż postawić na odpowiedniego konia w wyścigu do wysokiej jakości potrafię. Z dużą niecierpliwością oczekiwałem tego albumu, z oddechem wstrzymanym, bo to obok Oddland jedna z największych nadziei w klimatyczno-technicznej niszy. Słucham tego krążka z niesłabnącą, wciąż świeżą fascynacją, a on mnie systematycznie zasysa. Wiem jestem już jego niewolnikiem – jestem już w tych kompozycjach zatracony. :)

czwartek, 6 czerwca 2013

Soen - Cognitive (2012)




Czekam na ożywienie poczynań kultowego Toola już ładnych lat kilka. Zamiast krążkowego pracy efektu, działaniami biznesowymi Pana Maynarda karmiony jestem, że wino własne produkuje - promuje je intensywnie. A ja w napoju bogów do końca nie gustuje stąd newsy takie w niewielkim stopniu zainteresować mnie mogą. Lecz do rzeczy! Jak często robić zwykłem portale muzyczne w poszukiwaniu dźwiękowych inspiracji przeszukuje - tak na formacje Soen natrafiłem, nazwiskami nieobcymi firmowaną. Bowiem Martin Lopez i wszędobylski Steve DiGiorgio w kolaboracji z dwoma innymi muzykami z takim doskonale oszlifowanym diamencikiem wyskoczyli, że do dzisiaj choć z albumem przyjaźnie się już od ładnych kilkunastu miesięcy z wrażenia przyklękam, hołd im oddając, pokłony i brawa bijąc. Na fundamencie jawnie do ekipy Maynarda nawiązującym taki zacny aranżacyjny haft wykonali, łącząc puls nerwowy basowo-perkusyjnych kanonad z orientalną często melodyką i wokalem niespiesznie z pewną niezwykle czarującą monotonią czy subtelnością podanym. Choć Toola duch unosić przez cały kontakt z krążkiem się nie przestaje, w żadnym stopniu epigonami załogi Soen nazywać się nie powinno. Cechy własnego stylu umieścić wyraźnie potrafili, mniej brudu, dzikości, więcej zadumy, artyzmu, artrockowego zacięcia, nerwowego pulsu w utworach umieszczając. Na mnie działania owe zaklęcie rzucić, oczarować intensywnie, potrzebę ogromną oczekiwania na nowy album zaszczepić pozwoliły!

Drukuj