Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valley of the Sun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valley of the Sun. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2024

Valley of the Sun - Quintessence (2024)

 

Valley of the Sun dotąd zawrotnej, ani też względnie sporej kariery nie zrobili i tak sobie wiodą muzyczne życie kapeli raczej bardziej koncertowo klubowej dla bardzo głęboko w nisze zaangażowanego fana stoner rocka, niż szerszego maniaka muzyki gitarowej - chociaż kto wie, może zna ich więcej fanów niż bym mógł przypuszczać. Piszę tak gdyż to co grają absolutnie na większą uwagę sceny powinno zasłużyć, mimo iż od początku jak ich znam, to w zasadzie nikłe zmiany estetyczne były do nuty wprowadzane i bez złośliwości mógłbym napisać, że na tegorocznym krążku znalazły się bardzo bliźniacze numery do tych jakie w systemie około trzech lat przerwy pomiędzy albumami od roku 2014-ego mam okazję poznawać. Pamiętam że jeszcze na starcie się mocno ekscytowałem, bo ten wokal, bo ta przebojowość ich kompozycji mogła mi namieszać w główce, ale im dalej od debiutu, a bliżej do dzisiaj to on przygasał - bez względu na fakt niepodważalny że wszystko co do tej pory pochodzący z Cinncinati rockersi nagrali trzyma poziom bardzo wysoki i gdyby może numery bywały zaaranżowane mniej szablonowo i ich melodyjność bujająca ustąpiła nieco miejsca pomysłom wychodzącym poza ograne motywy, to drzwi do większej rozpoznawalności mogłyby stanąć szerszej otwarte, a Amerykanie prześlizgnęliby się w miejsce gdzie ktoś z branży silniej postawiłby na ich promocje w stawiających na periodykach. Tak mamy świetne kompozycje, ale tylko w sensie fajnego flowu przez cały program płyty, ale bez przeżywania bardziej skomplikowanych czy najzwyczajniej złożonych z różnych barw żarliwych emocji. Tak po prostu otrzymujemy kolejną płytę Valley of the Sun przy której śmiało można sobie pokiwać bańką i pobujać się w równym rytmie, przytakując na pytanie czy fajnie się tego słucha, ale żeby wpadać już w zachwyty i wróżyć jeszcze świetlaną sceniczną przyszłość, bo zasługują to nie. Mocna ekipa w wyższych stanach średnich - chyba już po kres, bo nic nie wskazuje przełomu.



poniedziałek, 20 czerwca 2022

Valley of the Sun - The Chariot (2022)

 


Kolejna porcja takiej fajnej po prostu południowej jankeskiej nutki, zasadniczo oprócz mega chwytliwej przebojowości niczym bardziej rzucającym się w uszy nie wyróżniającej pośród gatunkowej konkurencji. Jak już przy okazji poprzednich wydawnictw Valley of the Sun podkreślałem, te dźwięki są ogólnie megaśne, a w szczególe ze względu na bliźniacze niemal podobieństwo poszczególnych kompozycji po kilkunastu intensywnych (bo w kółko) odtworzeniach niestety nudne. Bije z nich fantastyczna południowa energia witalna, riffy ukręcone to ekstraliga estetyki, ale jest wciąż i nie mam wątpliwości iż wciąż będzie to ale. Ale że to, ale że tamto - czyli nie ma dotknięcia palca bożego czy innego maga wielkiego. To ta sama właściwie liga co od kilku lat porywający mnie norweski Lonely Kamel i ten sam ekscytujący wokalny feeling w obydwu, ALE "wielbłąd" na każdym albumie potrafi wykrzesać z siebie prócz napędzającego zainteresowanie intrygującego posmaku czegoś niby podobnego, jednak coś stylistycznie nieco odmiennego. Natomiast "dolina" kręci te podkreślam fajowe, mimo to monotematyczne gitarowe zawijasy i nie jest w stanie wejść na kolejny poziom rozwoju. Zafiksowali się panowie i żadne zmiany w składzie nie doprowadziły do wyrwania się z wciąż tej samej orbity. Robią swoje, okopali się w tej twierdzy i nosa nie wychylają, bez względu na fakt że The Chariot w kilku momentach względnie zaskakuje, jednak te zaskoczenie lub zaskoczenia na nic wielce przełomowego nie pozwalają liczyć. Prorokuje że ich szklany sufit jest nie do przebicia, co nie wyklucza iż ch wie co jeszcze kiedyś nagrają. Ja pozostaje z nimi i mogą liczyć na moje odsłuchowe wsparcie, nawet jeśli tracę odrobinę cierpliwość i bardzo licha koperta The Chariot wizualnie zniechęca. :)

wtorek, 4 czerwca 2019

Valley of the Sun - Old Gods (2019)




Istnieją i to w sporej reprezentacji takie grupy, które nie w czasie na scenie się pojawiły - za późno, generacyjnie niewstrzelone w trendy lub też poniekąd winę za ograniczoną ich popularność zrzucić należy na fakt, iż do wyjścia z cienia brakuje im iskry (może Bożej ;)), która to walorom ich muzyki dodałaby tego czegoś, właśnie dla zanotowania pełnego sukcesu koniecznego. Jedno i drugie zdaje się udziałem Valley of the Sun, bowiem największy hajp na stoner grunge'owe granie po linii głównie Kyuss i późniejszych inkarnacji kyussopochodnych, to co najwyżej druga pięciolatka lat dziewięćdziesiątych. Ponadto od kapitalnego mini albumun The Sayings of the Seers dwa kolejne i ten obecny krążek nie przyniosły już aż tak przez czterdzieści kilka minut ekscytującego materiału. To za każdym razem, jak i obecnie naprawdę fajna porcja mielenia pustynnego piachu na gryzący pył, ale podobnych płyt bliźniaczych kapel w  chyba obecnie kończącym się względnym trendzie stonerowym jest cała masa, a chwytliwa i na swój przyjemnie transowy sposób godna zauważenia propozycja rockersów z Cincinnati (ze świetnymi wokalami i gęstym wykorzystaniem fuzz efektu) nie w pełni eksploatuje tkwiący w kompozytorskich umiejętnościach potencjał. Przynajmniej ja po pierwszym kontakcie ze wspomnianym powyżej mini oczekiwałem w późniejszych latach od nich więcej finezji, niż wyłącznie wierności hipnotycznie serwowanym kilkunastu klasycznym riffom. Nie skreślam ich, mimo że trochę tutaj grymaszę, to nawet przez chwilę nie pomyślałem by odbierać im prawo do prawdziwego błysku przy okazji czwartego longa. Będę czekał!

wtorek, 17 maja 2016

Valley of the Sun - Volume Rock (2016)




W dwa lata po premierze pełnowymiarowego debiutu Valley of the Sun z drugim longiem na moją playlistę się wciskają. Szczególnie skutecznie to robiąc podczas podróży, gdyż to z definicji nieskomplikowane rockowe granie idealnie sprawdza się w aucie, gdy pokrętło głośności niemal na maksa ustawione, a wyobraźnia dźwiękami pobudzona rozpościera wizję prostej po horyzont drogi, pośród surowej spalonej słońcem przyrody. :) Idealnie muzyka proponowana przez Amerykanów z takim obrazem koresponduje i krew w żyłach rozgrzewa. Bez zbędnie wypasionej instrumentalnej ekwilibrystyki, wydumanych aranżerskich sztuczek, nader intelektualnej pozy i pretensji do gwiazdorki. Czysty esencjonalny rock, jedna nogą zatopiony w stonerowym piachu, drugą odziany w grunge'ową flanelową koszulę. Zagrany z mocą i pasją, ogromnie chwytliwy, żywy i pobudzający. Bez niespodzianek w porównaniu do drugiej epki i długograja Electric Talons on the Thunderhawk z charakterystyczną wokalną manierą frontmana, tak dobrze znaną z początku lat dziewięćdziesiątych. Może i numery są odrobinę  szablonowe, lecz nie ma to znaczenia kiedy liczy się przede wszystkim dobra zabawa i zwykła spontaniczna rozrywka. Jedyne co może przeszkadzać (może to tylko subiektywne odczucie), to nieco zbyt suche brzmienie, którego wadą zatracenie detali pod zmasowaną ścianą gitarowego grzania. Gdyby nieco inaczej dźwięk spreparować efekt byłby jeszcze bardziej witalny.

P.S. Dorzucam dopisek, bo doszukałem się nowej inspiracji w ich numerach, dokładnie pisząc to słyszę, że Solstice i Wants and Needs posiada w sobie rytmicznego ducha The Cult. Wiecie, rozumiecie, ten charakterystyczny gitarowy puls. Mylę się? ;)

wtorek, 22 kwietnia 2014

Valley of the Sun - Electric Talons of the Thunderhawk (2014)




Odrobinę wody w dół rzek spłynąć musiało nim pełnowymiarowy produkt tej niewielu osobnikom znanej załogi światło dzienne ujrzał. Zapowiadany jako naturalne rozwinięcie stylu zaprezentowanego na mini  The Sayings of the Seers, dopiero teraz pod szyldem Electric Talons of the Thunderhawk swoją zawartością cieszy. Raduje się autor tych słów, bowiem materiał to na zdecydowanie wysokim poziomie, gdzieś pomiędzy przebojową manierą brzmienia Seattle, a stonerowym mieleniem zawieszony. Z klasycznie manierycznym zawodzeniem zdolnego krzykacza oraz  wyśmienitym wyczuciem gatunkowych wymagań. Kapitalny zmysł kompozytorski, talent niezaprzeczalny ekipy VOTS każe przypuszczać, że jeśli w sukurs możliwościom i umiejętnościom przyjdzie fart w postaci zainteresowania zamożniejszej (oczywiście w kategoriach niszowych) wytwórni to wkrótce szerzej ich szyld na rynku wypłynie. Jest ku temu fundament i okoliczności sprzyjające, gdyż od lat nie było takiego top nakręcenia na tego rodzaju granie. Znaczy mam tu na myśli przestrzeń daleką od mainstreamowej tandety, co zarabiając kasę produkt jałowy i kiczowaty daje. Ta wartościowa mym zdaniem moda dosięga tych co w gitarowym młóceniu na klasycznej podbudowie, swych idoli poszukują. Do tych muzycznych fanów początku lat dziewięćdziesiątych z pewnością Valley of the Sun ma ogromną szanse skutecznie dotrzeć i swą propozycją w głowach im zamieszać. Teraz jak na razie ich zasięg jeszcze dosyć mizerny, zatem w środowisko flanelowo-pustynne czas wpuścić więcej informacyjnej inicjatywy. Pojawił się świetnie zapowiadający band i potrzeba mu wsparcia – słuchać, chwalić, rozpowszechniać, a mam przekonanie, że już wkrótce za ciosem idąc jeszcze lepszym albumem nas poczęstują. Czekam więc już na kolejny akt!

P.S. Manewr pewien wobec Valley of the Sun zastosowałem, sklejając w jeden album Electric Talons of the Thunderhawk i The Sayings of the Seers - dzięki temu pełny, taki całkowicie satysfakcjonujący materiał zyskałem. :)

Drukuj