Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ron Howard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ron Howard. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 września 2025

Eden (2024) - Ron Howard

 

Trochę obrót spraw okazał się nieoczekiwany, gdyż spodziewam się opartej na autentycznych wydarzeniach wstrząsającej opowieści, "skonstruowanej z zeznań tych co przetrwali", a nie przypadkowo posklejanej z karykaturalnego w wielu momentach aktorstwa satyry czy groteski. Oczekiwałem okrutnej historii z jakiej taki wyga jak Howard uczyni materiał zarazem na porządną kinową frekwencję i jakościową hollywoodzką szlachetność, a obsadę zainspiruje, bądź jeśli będzie trzeba przymusi do wyciskania odpowiedniej gęstości emocjonalnych soków. Wyszło jednak bardzo średnio, a gdyby zapomnieć o sentymencie do Howarda, to trudno się pogodzić z tym, iż taki niepokojący potencjał został tak bardzo przez mega doświadczonego speca od dobrze (w miarę ambitnie) skonstruowanego kina dla mas zmarnotrawiony. Bez chyba kontroli kręcono, bowiem tylko zdjęcia stanowią jakąś większą wartości i to też zapewne ze względu na pejzaże jakie rejestrują. Jeśli nie posiada się potrzeby obcowania z kinem frapująco skonstruowanym i opowiedzianym z autentycznym vibem, to może w sumie Eden zaspokoić takie popularne gusta. Wówczas uzna się iż fajne i mrocznie brutalne to było, a Howardowi będzie się oklaskami dodawać kolejne poziomy do reżyserskiego ego. Ja Panu nie dodam - przykro mi, podstaw brak. Nie było to doświadczenie w jakikolwiek dla mnie do zapamiętania. O, już o nim prawie zapomniałem!

P.S. W temacie treści, gdyby jeszcze kogoś przekornego interesowało. Ona pobudowana na psychologicznych mechanizmach, które budzą się w rzeczywistości surowego, bezwzględnego survivalu. O minispołeczności i jednostkach walczących nie tylko o przetrwanie (zaspokojenie głodu), ale i dominację (bzik bzik i jeszcze raz bzik). Innymi słowy o ludziach wpadających w obłęd i robiących rzeczy jakich w innych warunkach by absolutnie nie zrobili, a nawet nie pomyśleli, iż są zdolni je czynić. Bowiem człowiek jest niebywale niebezpieczny gdy z lęku świruje, bądź poddaje się obsesji chorego interesu i iluzorycznego pieniądza.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Thirteen Lives / Trzynastu (2022) - Ron Howard



Historia przez media swego czasu mocno nagłośniona i na bieżąco jak kojarzę relacjonowana. Akcja ratunkowa, która dla takiego fachowca jak Ron Howard okazała się idealnym fundamentem na którym mógł wznieść typową dla siebie hollywoodzką konstrukcję. Jak widzę wszystkich szczegółów zmagań z naturą wówczas jednak nie znano, lub nie ujawniano, a to w jaki sposób udało się uratować trzynastu chłopców z drużyny piłkarskiej odciętych przez intensywne deszcze zalewające w porze monsunowej jaskinie do której weszli, to pełna brawura i ogromne ryzyko. Stąd ta laurka dla bohaterów owych wydarzeń jest całkowicie zasłużona i nie zgłaszam sprzeciwu, że ją się jako filmowy hołd dla poświęcenia oddało. Howard robi swoje, ogranicza wprowadzenie do absolutnego minimum i z miejsca niemal przechodzi do rzeczy, a sam z siebie trzymający w napięciu realistyczny scenariusz wystarczająco skutecznie napędza ekranowe wydarzenia, czyniąc to czego można było się spodziewać, czyli dając kino bez oryginalnego charakteru, za to z wprost oddziałującymi emocjami. Zbudowano dramaturgię, widz przeżywa to co obserwuje i ten czas przed ekranem mija znacznie szybciej niżby te 150 minut projekcji zapowiadało, bo technicznie wszystko gra bez zarzutu i robi wrażenie też sposób w jaki zdjęcia powstały. Nic więcej chyba dobrego oprócz zwrócenia jeszcze uwagi na świetnego Viggo Mortensena jednak o Trzynastu nie mogę napisać.

piątek, 20 maja 2022

Apollo 13 (1995) - Ron Howard

 

Kiedyś to był numer jeden w temacie hollywoodzkiej historycznej interpretacji najbardziej płodnych lat amerykańskiego programu kosmicznego. Czasu intensywnego podboju przestrzeni kosmicznej, czasu rywalizacji dwóch największych ówczesnych mocarstw, wreszcie czasu ambicji ponad zdrowy rozsądek. Od połowy lat dziewięćdziesiatych żadna inna produkcja nie mogła konkurować z Apollo 13 Rona Howarda (specjalisty od bardzo dobrze ale daleko od zjawiskowo :)) i dopiero kiedy młody, obiecujący i za chwilę już doświadczony i hurtowo nagradzany Damien Chazelle nakręcił Pierwszego człowieka, wówczas kino weszło na kolejny jeszcze wyższy poziom zaawansowania technicznego, a sam Chazelle zagwarantował mu niewyobrażalnie wysoki poziom artystyczny, w wydawałoby się dość przewidywalnej stylistyce. I taki też akurat był Apollo 13 - doskonały warsztatowo, aktorsko pierwszoligowy, ale niestety schematyczny i pod względem targających emocji i pulsu podskórnego dość jałowy, jak na potencjał historii (choć lipy kompletnej nie ma, pompatyczna nuta działa :)). Żeby było jasne, kiedy nastąpiła jego premiera byłem zachwycony i stał się on jednym z moich ówcześnie ulubionych filmów. Ale w owym zamierzchłym czasie moje oczekiwania były znacznie niższe, a i chyba gust wciąż jeszcze za mało wysublimowany, więc entuzjazm był usprawiedliwiony i niejednokrotne powtarzanie seansu zrozumiałe. Dzisiaj poddany autopsji wypada bardziej blado, widać w nim wszystkie charakterystyczne wady mainstreamowego kina najtisowego, ale sentyment i do nostalgia, a tym samym słabość, nadal nie pozwala mi krytykować go w oderwaniu od smarkatej więzi, więc wróciłem kilka dni temu, obejrzałem przypominając sobie obrazy z przeszłości i konteksty wcześniejszym projekcjom towarzyszące. Wniosek mam stąd jeden, cholernie szanuje ale absolutnie już nie wariuje. Zestarzał się w miarę dobrze, ale jednak się zestarzał i nawet jeśli mógłby pozostać bardziej taki jak kiedyś, to ta oczywista wada nie postawi go pod pręgierzem krytykanctwa czy tym bardziej kpiarstwa, bo nie zasługuje! Apollo 13 jest też taki jak większość filmów Rona Howarda - zachowawczy i rzemieślniczy, inaczej reżyser niczym nie ryzykował i trzymał się kurczowo sprawdzonej metody realizacyjnej. A czy to źle czy dobrze żalezy od subiektywnego punktu widzenia, a mój jest właśnie taki niby trochę na tak i trochę na nie, kiedy ćwierć wieku temu był w stu procentach na tak.

piątek, 27 listopada 2020

Hillbilly Elegy / Elegia dla bidoków (2020) - Ron Howard

 

Doświadczony branżowym obyciem, zbyt rzadko jak na swój doskonały warsztat wychodzący ponad rzemieślniczą sztancę Ron Howard, skroił kolejny film z potencjałem na nagrody Akademii. Takie zapowiedzi zza oceanu, rozbiły się właśnie o pierwsze (w skali globu nic nieznaczące :)) wrażenia naszej w pełni zawodowej, lub aspirującej do zawodowstwa krytyki. Czytam przed seansem między innymi (mimo że rzadko to robię), iż coś w scenariuszu nie pykło, że nawet jeśli to nie całkowita porażka, to jednak film zrobiony „w starym złym hollywoodzkim stylu” i ogólnie sporo w zaledwie dwóch poznanych (lecz myślę reprezentatywnych dla klimatu przyjęcia komentarzach) uwag, w stronę roboty reżysera kierowanych. Zaraz po tej lekturze oglądam i faktycznie coś (gdyby się tylko złośliwie czepiać) może być na rzeczy, bo te przeskoki ustawiczne pomiędzy retrospekcjami są szarżującą dynamiką męczące, ale taka przyjęta forma i nie ma w niej opcji by się w pogubić, to niestety ładunek emocjonalny poszczególnych scen zostaje momentami zagubiony, tudzież rozmyty. Mimo to są też rewelacyjne fazy, w których Elegia kopie konkretnie i emocjonalnie potrafi szczególnie ekstremalnie potargać. Natomiast aktorsko (nie do wiary, krytycy czepiają się też charakteryzacji) iskrzy tak jak powinno i gdyby nie te małostkowe wady w obrębie organizacji opartej na prawdziwych wydarzeniach fabuły, to Howard mógłby mieć pewność, że też zawojuje inne kategorie i coś więcej oprócz walki o indywidualne nagrody dla Glenn Close (jest w tej roli tak stanowcza wychowawczo, jak ja jestem lub jak myślę że jestem :)), czy Amy Adams (jest tu w tej roli tak emocjonalnie rozpieprzona, jak mam nadzieję, że ja nigdy jednak nie będę :)) uzyska. To fakt z którym ja nie mam zamiaru prowadzić dyskusji, że ten duet dosłownie nokautuje z ekranu, a ich wspólne interakcje wstrząsając nieprawdopodobnie, mogą też otwierać człowiekowi szeroko oczy na własne słabości, bądź fakty z biografii. Ostra tutaj rodzinka, totalny żywioł, zaklęty krąg rodzinnej przemocy, z której pomimo gigantycznego wysiłku nie sposób się wyrwać. Trudno być ponad tym, gdy koszmary wspomnień powracają i w dzieciństwie konsekwentne nasiąkanie osobowości ciągłą nerwówką odbija się czkawką zaburzeń, a w lustrze, co by nie uczynić widać tylko tą nienawidzoną gębę bezradności i złości. Mimo że nie dostałem w stu procentach tego, czego się spodziewałem, to przyjąłem na klatę wystarczająco wiele, by z przekonaniem stwierdzić, że to obraz zasługujący na uznanie. Ten film oglądany z chłodnym dystansem wiele traci, nabiera zaś wtedy większego znaczenia, gdy osobiste zaangażowanie wzbudzi. Jestem przekonany, że nie zważając na wymienione powyżej niedoskonałości, akurat ze mną zostanie na długo.

piątek, 15 września 2017

The Paper / Zawód: Dziennikarz (1994) - Ron Howard




To jest ten rodzaj kina, którego mnie osobiście dzisiaj brakuje. Pojawia się od czasu do czasu, lecz w bardzo ograniczonej ilości i najczęściej w wersji okrojonej z tej właściwej dla produkcji z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych magii równowagi. Albo jest na maksa poważnie, cholernie ambitnie lub czysto rozrywkowo, a kiedyś tacy mistrzowie jak Ron Howard spoglądający na świat z perspektywy kamery potrafili połączyć kapitalne poczucie humoru z ważkimi tematami, odkrywając na przykład kulisy pracy dziennikarskiej w podrzędnym dzienniku vel. brukowcu i relacje w życiu prywatnym jego załogi. 24 godziny roboty w podkręconym do maksymalnych obrotów tempie, w szalonym pędzie gdzie oryginalne osobowości ludzi pasjonatów, ścierają się aż iskry lecą, a z tego tarcia w atmosferze cholernie kreatywnego fermentu powstaje poranna dawka lokalnych wieści. Ten świat to już poniekąd historia, bo papierowe dziennikarstwo zastąpione tym internetowym i szelest stron przy świeżo zaparzonej kawie to już wyłącznie w domach emerytów się zdarza. Ale to oczywistość i też nie tak do końca prawda, bo czy redakcja drukuje czy wkleja to i tak informację musi zdobyć i przetworzyć. :) Ale do rzeczy, gdyż nie o tym chciałem „donosić” zainspirowany tym co po raz przy okazji emisji zobaczyłem. Zauważyłem bowiem rzecz banalną, ale jakże istotną dla funkcjonowania człowieka, że tak zwyczajnie, tak po prostu to ekstra lubić swoją robotę, z pozytywnym przemęczeniem, czasem wręcz entuzjazmem budzić się z rana, by po sobie popołudniu względnie już późno wieczorem z poczuciem zadowolenia z dobrze wykonanej pracy dobry materiał pozostawić. Nieistotne czy będzie to tekst spisany, czy jakakolwiek inna solidnie zrobiona, namacalna, dostrzegalna praca – byleby wykonana z pasją i zaangażowaniem. Tyle że coś za coś, bo doba nie jest z gumy i jak pasja z pracą jest tożsama to cała energia w nią wtłoczona nie pozostawia nic albo niewiele dla prywatności. Cierpią pewnie w różnym natężeniu ważkie tematy - rodzinne relacje naturalnie i przede wszystkim. Sęk w tym by równowagę względną odnaleźć, nie wpaść w wir szaleństwa, zachować umiar i proporcje wyważyć. Kierować się zdrowym rozsądkiem i wyrozumiałością - szczęście przecież od doskonałej symbiozy zależy.

P.S. Gwoli ścisłości i aby cokolwiek konkretnego o samym filmie się pojawiło, bo powyżej więcej swobodnego odlotu niż merytorycznego sedna, a może ktoś kto tutaj trafi wolałby suche fakty, niźli jakieś natchnione ale w rzeczy samej komunały w duchu Paulo Coelho przeczytać. Zatem dla tych koneserów szablonowej formy zdań kilka. :) Dobry temat dziennikarze wyłapują, angażują się w realizację założonego celu, z dylematami się mierzą, moralne przekonania próbie poddają i nerwowość wprowadzają. Pismacze śledztwo dynamicznie jest prowadzone i ryzyko w bezpośrednim powiązaniu z karierą i rodziną się pojawia. Realizację we wszystkich technicznych aspektach świetną i aktorstwo rewelacyjne obserwujemy, a w rolach głównych ówczesna hollywoodzka śmietanka: Michael Keaton, Randy Quaid, Robert DuVall oraz dwie temperamentne kobitki Glenn Close i Marisa Tomei taki popis dają, że "klękajcie narody i respekt na grubo". Tyle! Mało? Trudno! Kropka!

środa, 10 maja 2017

Cinderella Man / Człowiek ringu (2005) - Ron Howard




Ron Howard to świetny rzemieślnik z przebłyskiem geniuszu od czasu do czasu, który fundament w postaci jak zawsze dobrej historii najlepiej przez życie napisanej (co autentyzmu dodaje i przed przeszarżowaniem chroni), potrafi kapitalnie zagospodarować. W tym konkretnie przypadku nią życie nieco przez historię zapomnianego boksera, który licznymi zbiegami okoliczności w biedę wpędzony musi z przeciwnościami walcząc bezpieczeństwo rodzinie zapewnić. Zrealizowany według hollywoodzkich wytycznych, by za serducho chwytało i napięcie w miarę możliwości wciąż rosło - czepiać się zatem nie bardzo jest czego, bo Howard żadnego ryzyka nie podejmuje, ale i trzymając się formuły nie ogałaca produkcji z wysokiego natężenia przeżyć, kreując sprawnie więź widza z bohaterami i tym sposobem ich emocjonalnie angażując. Sekwencje walk są bardzo dobre - czuć pot czuć adrenalinę, sam bohater siłą charakteru, determinacją, honorowymi zasadami i uczciwością sympatię wraz z  szacunkiem zaskarbia. Drugą szansę z nieodłącznym pakietem obaw o zdrowie i życie otrzymuje, wraz z podejrzliwością o to kto tu komu dobry interes zapewnia, bo boks to od zawsze przede wszystkim żniwo dla promotorów i wszelkiej maści pijawek, a prawdziwy przyjaciel pośród nich wszystkich to prawdziwy wyjątek. W tej roli wybitny aktor tła występuje - przed orkiestrę nie wychodząc prawdziwy koncert umiejętności znakomity Paul Giamatti daje.

środa, 23 marca 2016

In the Heart of the Sea / W samym sercu morza (2015) - Ron Howard




Naszła mnie ochota na przygodę, zatem ochoczo w założeniach kino niezobowiązujące od Rona Howarda na ekran wrzuciłem. W samym sercu morza jako na klasyce oparta rozrywka egzamin zdał na ocenę bardzo dobrą. Opowieść o starciu z legendarnym Moby Dickiem w widowiskowym rzecz jasna ujęciu z profesjonalnym warsztatem aktorskim (Brendan Gleeson, Cillian Murphy oraz w centrum postawny Chris Hemsworth), to zdecydowanie kawał pasjonującego (jeśli przyjąć stosowne nastawienie :)) kina. Ale czego innego mogłem oczekiwać po takim reżyserskim rutyniarzu jakim Ron Howard. Jako kierownik tego zamieszania wykazał się regulaminową rzemieślniczą wprawą dopilnowując aby nie było do czego pod względem formalnym się przyczepić. Sztorm jak na ekstremalną sytuację jest odpowiednio intensywny i wizualnie wrażenie robi konkretne. Załoga żeglarzy posiada cechy twardzieli i rysy zakapiorów, kapitan jest teatralnie stanowczy i jak na wychowanego w dostatku arystokratę z przerostem ambicji niedostosowany do skrajnych warunków i dowódczych obowiązków. Wieloryb gigant z ludzką osobowością wzbudzający postrach i poniekąd zasługujący na empatię, a bohater, heros innymi słowy (efekt Hemswortha :)) równie odważny jak światły. Wizualnie jest bogato i sugestywnie - dynamika ujęć wciąga w akcję, a kapitalna charakteryzacja to jedna z wisienek na tym efektownie udekorowanym torcie i prztyczek w nos dla Eastwooda (wiecie, rozumiecie do czego pije). Całokształt utrzymuje przez dwie godziny w skupieniu dostarczając przygody jakiej oczekiwałem i może to był błąd, że w kinie seansu swego czasu sobie odmówiłem, bo w warunkach wielkiego ekranu wrażenie zapewne byłoby jeszcze większe. 

P.S. Proszę nie brać zbyt opacznie mojego tonu, bo pomimo odrobiny w słowach ironii i czysto widowiskowego potencjału produkcji chwilami to zaskakująco realistyczny i wstrząsający obraz. Gdy tylko wykazać się wspomnianym stosownym nastawieniem, nie wymagać irracjonalnie od adaptacji klasycznej przygodowej powieści skomplikowanych subtelności, to gwarancja dobrze spędzonego czasu jest pewna. Film dla całej rodziny, nie dla nader intelektualnie rozbudzonych rodziców - przecież to oczywiste. :) 

poniedziałek, 2 listopada 2015

The Missing / Zaginione (2003) - Ron Howard




Odnoszę wrażenie, że to film nieco zapomniany, a już z pewnością mocno niedoceniany. Skąd ta ignorancja i pomijanie go, kiedy o wartościowym kinie mowa? Być może odpowiedź tkwi zarówno w gatunku jakim western i jego niewielkiej popularności jak i co naturalne patrząc na twórczość reżysera, silnym przywiązaniu Rona Howarda do klasycznej formuły kina. The Missing przecież to typowy obraz Howarda, z gatunku tych co tak naprawdę niczym nie zaskakują, są dość przewidywalne, a jednak (i tutaj największy walor) potrafią intensywne przeżycie zagwarantować. Są w nim emocje soczyste, jest budowana konsekwentnie więź widza z bohaterami i historia która bezpośrednie uniwersalne prawdy o życiu i relacjach międzyludzkich zawiera. Całość wyprodukowana w charakterystycznym hollywoodzkim stylu, gdzie idealny balans pomiędzy widowiskowością, a wartością treści zostaje zachowany. Ze wspaniałą obsadą, na czele z Cate Blanchett (bezapelacyjnie jedna z najlepszym współczesnych aktorek) i Tommy Lee Jonesem, który to z tym filozoficznie cierpiętniczym wyrazem twarzy szczególnie na dzikim zachodzie niezmiernie przekonująco wypada. To esencjonalne amerykańskie kino, czyli musiała być w nim zawarta szczypta banału w dojrzałej historii i odrobina nieracjonalności w działaniach bohaterów. Jednak kiedy atmosfera spowita błękitną mgłą w surowym klimacie osadzona uwagę zasysa, to i te drobne hollywoodzkie wady nie rażą. Mnie przynajmniej nie drażnią, bo z odpowiednim dystansem zawsze do tego rodzaju filmowej sztuki staram się podchodzić. Liczą się przede wszystkim przeżycia tu i teraz, bez kombinowania na siłę i poszukiwania form niekonwencjonalnych. Jak rozplątywać węzły skomplikowane mam ochotę to z pewnością nie sięgam po twórczość Rona Howarda - jak mam potrzebę obejrzeć klasyczne kino z emocjami wtedy w stronę  twórczości "Rudego" się zwracam.

P.S. Jedna rzecz aktorska biegłość gwiazd, inną kapitalna rola tej małolaty, która dziś już jest dorosłą kobietą. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Backdraft / Ognisty podmuch (1991) - Ron Howard




Absolutna klasyka z gówniarskich czasów, która jak systematycznie sprawdzałem (bo to ten gatunek filmu do wielokrotnego użycia :)) atrakcyjna i dzisiaj dla mnie pozostaje. Bo podatny na tego rodzaju mundurowe dramaty jestem, kiedy profesjonalnie i z pasją są nakręcone. Howardowi powyższych cech odmówić nie można, co udowodnił po częstokroć. Kapitalne kino typowo po jankesku zrealizował, odpowiednio skutecznie emocje podkręcając za sprawą fabuły i ścieżki dźwiękowej. Ze znakomitą obsadą, intensywnym tempem i efektami specjalnymi nadal wrażenie robiącymi. Wyborny dramat ze sporym udziałem kina akcji, w którym jądrem obok pasjonującego śledztwa, praca i rodzina, sukcesy i porażki - jak w jednym jest w porządku to w drugim na harmonię liczyć nie można. Spiąć je, symetrię między nimi zachować niemożliwe - herosi taką cenę za zaangażowanie płacą. Niby pachnie na mile szablonem, banałem, a porusza, porywa i ekscytuje. Gdzie tkwi recepta na sukces? Może w znalezieniu złotego środka, proporcji idealnych. Myślę że to dobry trop. 

czwartek, 8 stycznia 2015

Rush / Wyścig (2013) - Ron Howard




Przemknął mi ten tytuł jakiś czas temu przed oczami, wiedziałem że to Ron Howard jego reżyserem, ale plakat i polskojęzyczny tytuł skutecznie zniechęciły do szerszego zapoznania się z tematem. Zakładałem naiwnie, że to niestety wyłącznie kolejna lepsza lub gorsza wariacja z cyklu jacy szybcy, jacy wściekli – jacy kiczowaci. ;) Szczęśliwie jednak pewne blogerskie okoliczności przekonały mnie, że to zupełnie inna bajka niż zakładałem. I to fakt! To nie jest infantylna zabawa dla dzieciarni, tylko solidna produkcja, bardziej niż na spektakularny efekt obrazem kreowany, stawiająca na psychologiczny aspekt sportowej gry. Oparta na autentycznej rywalizacji legendarnych kierowców F1 w osobach, Austriaka Niki Laudy i Brytyjczyka Jamesa Hunta. Zupełnie inne osobowości, pewnie i motywacje, ale ta sama pasja i pragnienie sukcesu. Starcie pełnego wigoru wirażki i metodycznego pasjonata, pełna dramaturgii i różnobarwnych emocji – koguciej pyskówki, ale także szacunku i lojalności. Dwóch gladiatorów, których areną tor, a paliwem czysta wysokooktanowa etylina. Rydwanami surowe maszyny, a celem sława i spełnienie. Solidnie zagrana i wyprodukowana, bez nadmiernego nadęcia i ciśnienia na dzieło. Dynamiczna i odpowiednio wystylizowana, tak po prawdzie poziomem i specyfiką realizacyjną przypominająca niedawno powstałą biografię Steve’a Jobsa kręconą ręką Sterna. Fajna, ale piać z zachwytu i unosić się z super entuzjazmem nie zamierzam, może po bardzo, ale to bardzo drobnej części dlatego, że w kinie lata temu coś podobnego już było – Szybki jak błyskawica w spolszczeniu się to nazywało. ;)

piątek, 11 kwietnia 2014

A Beautiful Mind / Piękny umysł (2001) - Ron Howard




Niczego porywająco oryginalnego w temacie Pięknego umysłu nie wymyślę, a że to produkcja tak hollywoodzko modelowa (w pozytywnym znaczeniu), w taki też szablonowy sposób kilka zdań po kolejnym seansie spiszę. Największym życiowym sukcesem pokonanie własnej ułomności i takiego czynu John Nash dokonał, przy okazji zdobywając uznanie świata nauki swoimi wybitnymi osiągnięciami. Sam jednak byłby bezsilny wobec destrukcyjnej mocy schizofrenii i tu role niebagatelną kobieta jego życia odegrała. Będąc wyrozumiałą, troskliwą, a zarazem konsekwentnie oddaną prawdziwą głęboką miłością się wykazała. Wspierany przez rodzinę i przyjaciół genialny umysł, nękany permanentnym zaburzeniem drogę przez mękę przeszedłszy na szczyt zdołał się wspiąć, a prestiż i uznanie jakie zdobył, bezcenne. Poruszająco powyższą autentyczną historie Ron Howard opowiedział, może bez spektakularnych fajerwerków, jednak z dużą dozą ciepła i silnych emocji. Z dbałością o wciągającą atmosferę, klasyczne arkana filmowe, ze świetnie dobraną obsadą i jej efektownymi kreacjami. Zasłużenie to wzorcowe w formie kino laury najwyższe zebrało, na lata pozostając w pamięci, już dziś status legendarny posiadając. Tyle!

Drukuj