Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pearl Jam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pearl Jam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2025

Pearl Jam - No Code (1996)

 

Czy ja mam się z No Code przeprosić, czy nadal traktować czwarty krążek Veddera i ziomków jako pierwszy z tych które może nie zapowiadały od razu katastrofy, ale na dobre zamknęły im wszystkim i następnym, następnym i następnym drogę do najgłębszej głębi mojego serca, tam gdzie debiut, dwójka na stałe zamieszkały, a trójka się tuż przed progiem usadowiła i trochę też swoją nogę w drzwiach do dzisiaj trzyma. Nie raz dawałem bezpośrednio lub pośrednio do zrozumienia, a w domyśle że nawet Metallica tak wcześniej się zasadniczo dla mnie nie skończyła, jak Pearl Jam przestał wywierać wrażenie wystarczające, aby przy nich pozostać i próbować się chociaż fragmentarycznie cieszyć kolejnymi powstającymi materiałami, szczególnie gdy w ostatnich latach jakieś światełko nadziej gdzieś w tym tunelu beznadziei jednak migotało, a finalnie okazało się iż była to tylko ułuda. No Code pamiętam akurat dość wyraźnie i najbardziej przez pryzmat totalnie balladowego Off he Goes, które posiadało ten melodyjny wabik chwytliwy, choć w zupełnie jednak w innej formule brzmieniowej niż na ikonicznych płytach Pearl Jamowych. Tak też podobnie okazuje się mam dzisiaj, że praktycznie tylko wymieniony mnie rusza, a reszta indeksów nie posiada jakiegokolwiek waloru jaki im mógłby zapewnić moją większą przychylność, niż tylko być może na siłę doszukiwanie się w nich kompozytorsko-aranżacyjnych smaczków, bo są raczej bezkształtne, rozmyte i charakteru pozbawione. Smuty straszne najczęściej, jakieś pseudo folkowe akcenty miałkie, a kiedy nieco bardziej energetyczne granie się wbija, to ta energia i ten w niej ładunek eksplozywny jakby nie mógł się wydostać, uwolnić z niewidzialnego pola siłowego. Jakbym miał jeszcze którykolwiek numer pod groźbą wybatożenia na plus wyróżnić, to jeszcze w panice postawiłbym na Present Tense, który w innej konfiguracji towarzyskiej, zapewne na Vitalogy najbardziej, dużo lepiej by wypadł - się odnalazł. To Przecież akurat dobry numer, bardziej niż przyzwoity i teraz kiedy akurat jego finałowy fragment przepływa między słuchawkami, to mam ochotę jego uznać za najlepsze co No Code się w zestawie trzynastu kawałków przydarzyło. Zapewniam zatem że się póki co, a wręcz nie ma mowy bym kiedykolwiek z No Code się przeprosił - w czym utwierdzają mnie już ostatecznie dwa zamykające płytę koszmarki.

wtorek, 23 kwietnia 2024

Pearl Jam - Dark Matter (2024)



Jak się okazuję są w naturze, a w samej rzeczy w sferze muzyki rockowej pewne niezmienne i jedną z nich okazuje się prawidłowość, że od lat na krążkach jednej z legend Seattle, precyzyjnie tej najbardziej paradoksalnie twórczej, bo systematycznie od zarania nagrywającej, są numery fajne, takie czasem nawet budzące nadzieję na ciekawe nowe otwarcie i kompozycje albo wprost miałkie, lub standardy bez większej ikry, poprawne, można by je nazwać po prostu wypełniaczami, przez co całość jest naturalnie nierówna, często niespójna i o litości znowu nie spełniająca (w moim przekonaniu - proszę powstrzymać bunty!) pokładanej uparcie, bez uzasadnienia jak się okazuje nadziei. Niczym zatem szczególnym także Dark Matter się na tle dyskografii najnowszej nie wyróżnia i gdyby nie wciąż doskonały, mimo iż lekko już "zmonotonniały" głos Eddie'go Veddera, to przyjemność z odsłuchu byłaby niska, a tak wokalnie się wystarczająco fajnie wszystko spina, choć nie ma przecież mowy (podkreślam!) aby tak jak niegdyś jego tembr i emocjonalne frazy szarpały, a tylko technicznie jest równo, czysto i bardzo ok w standardach wysokich - jednakże w sumie (podkreślam ponownie!) też nudziarsko przewidywalnych. Może powinienem w tym miejscu wyszczególnić te co lepsze kawałki i przy każdym dodatkowe oklaski w formie emotikony umieścić, przez co jasno dałbym do zrozumienia który z kierunków mi bardziej odpowiada, ale nie uczynię tego, zawłaszcza dlatego, że ja cierpliwość straciłem myślę ostatecznie, więc przez wzgląd na niemal kompletny brak wyrozumiałości nie chcę przedłużać, a i po co konkretnie mam chwalić, jeśli zaraz poczuje potrzebę ganienia i obowiązek w tej sytuacji wymieniania rzeczy dla statusu legendy godzących w tenże. Zatem w jednym zdaniu na zamkniecie tematu - Dark Matter jest poprawny, zdatny jak woda fachowo przefiltrowana do korzystania, a ja w temacie formy twórczej Pearl Jam po jego sprawdzeniu nie zmieniam w zasadzie zdania, nie będąc już spragniony.  

niedziela, 21 lutego 2021

Pearl Jam - Vitalogy (1994)

 


Trudno mówić abym był wyjątkowo lojalnym fanem Pearl Jam(u), kiedy odkąd zrobiłem pierwsze odsłuchy dwójki żaden kolejny album jankesów nie wszedł w moim przekonaniu na poziom tandemu krążków startowych, a rozpoczęta już wówczas w roku 1994 na dobre transformacja w obrębie charakterystyki melodyki nigdy mnie do siebie w stu procentach nie przekonała. Stąd kiedy ta legendarna ekipa zaczyna promocję kolejnego polskiego gigu od zaj****** kosmiczną ceną wejściówki, to szybko godzę się z faktem iż nigdy największych evergreenów na żywca nie usłyszę. Vitalogy odbieram obecnie jako ostatni album który siedział jeszcze (choć jedną już tylko nóżką) w kapitalnym przebojowym szlifie i choć (jak już mam nadzieję wyraźnie zaznaczyłem) kompozycje z Vitalogy w ogólności tylko częściowo pachną debiutanckim Pearl Jam(em), to na tle tego wszystkiego co nagrali w przeciągu kolejnych lat wyróżnia się klasycznym podejściem do popem stuningowanego grunge'u. Jedyną stałą zawsze pozostawały u nich nagie emocje, a zawdzięczali to raz dramatyzmem przesiąkniętym aranżacjom, dwa wokalnym możliwością Veddera, a później jeśli idzie o warstwę instrumentalną surowym korzystaniem nawet z folkowych inspiracji, to ja z pełnym przekonaniem dialog nawiązywałem i nawiązuję wciąż z płytami z lat 1991-1994. Vitalogy jest w tym towarzystwie naturalnie na ostatnim stopniu pudła, ale w porównaniu z pozostałymi pozycjami w dyskografii (uwaga, nie twierdzę że ich fani są głusi - to ja mogę być pozbawiony odpowiednio wrażliwego słuchu) właściwie na wszystkim wzwyż rządzi programowa monotonia. Innymi słowy w przypadku Pearl Jam zanurzam się wyłącznie w retromanii, wznosząc mimo wszystko wciąż żarliwe modły by kiedyś jeszcze mnie zaczarowali. Póki co trzy ostatnie albumy tylko fragmentarycznie były w stanie to uczynić - ale o tym już w ich "reckach" pisałem. Dziękuję zatem za chwilową uwagę. :)

piątek, 3 kwietnia 2020

Pearl Jam - Gigaton (2020)




To ogólnie dość niecodzienna sytuacja, kiedy od tygodnia nowy album doskonale znanego wykonawcy na tapecie, a żadnej pewnej czy wyrazistej opinii nie jestem w stanie sformułować. Chociaż jakaś tam ewolucja jego spostrzegania zauważona i od odczucia rozczarowania, kiedy dwa single przedpremierowe, z których szczególnie Dance Of The Clairvoyants swoim zaskakującym funkowym charakterem i od lat (nad czym mocno ubolewam) oszczędnie przez Pearl Jam eksponowanym groove'm apetyt ogromny rozbudził, przeszedłem do stanu względnego całością zaintrygowania. Powinienem zapewne jeszcze się wstrzymać z archiwizowaniem przekonań, kiedy one niezbyt stabilne, ale może w tej całej zabawie w blogowanie nie chodzi tylko o wytrwałe spisywanie na wieczność aktualnych odczuć, a właśnie na powracanie kiedyś po dłuższym czasie do uczuć chwilowych, zarejestrowanych przez pryzmat świeżości powiązanej z naiwnością. Stąd powyższy fragment potraktuje jako zapis chwilowego niezdecydowania o podłożu niedostatecznej znajomości, a to co poniżej do tekstu dopisze będzie skumulowanym odbiciem obrazu Gigaton rozpoznanym przez środowisko dziennikarzy i fanów. To poniekąd też dla wartości mego zapisu istotne będzie, gdyż pomimo oczywistej znajomości twórczości legendy kultowej sceny Seattle, to ja akurat płyt powyżej Vitalogy jakimś oddanym fanem nie jestem i od niemal zawsze uparcie twierdzę, iż nie jestem w stanie poznać się na ich wartości - wartości owej starając się nie negować. :) Oddając zatem głos tym, którzy zdecydowanie więcej słyszą i rozumieją odnotowuje, iż Gigaton po premierze odebrany został jako potwierdzenie dobrej passy zespołu, która to od 2009-ego roku, czyli od wydania Backspacer trwa i zdaje się rozwijać. Album zebrał recenzje w zdecydowanej większości pozytywne, a chwali się w nim zarówno słyszalną odwagę z jaką Amerykanie korzystają z odświeżonego brzmienia, jak i z klasą trwanie w miejscu w którym słuchacz zawsze odnajdzie znane i lubiane nuty, o immanentnym dla oblicza Pearl Jam charakterze. Kompozycje idealnie balansują pomiędzy rockową energią, a refleksyjną akustyczną formułą, a ich największym walorem jest odczuwalna szczerość przekazu, w którym nie ma podpinania się pod popularne nurty. Vedder, Ament, Gossard, McCready i Cameron tworzą muzykę po swojemu, jeśli już ją urozmaicając to w wysmakowanym stylu, poprzez dodawanie smaczków w postaci fragmentarycznych wycieczek w kierunku właśnie funku, ale i elektroniki czy subtelnej psychodelii, rozmarzonego folku i z rzadka też ucywilizowanego punk rocka. Tym samym Gigaton staje się tyglem w którym zmieszali z wprawą rutyniarza i gorącym sercem pełnego pasji smarkacza różnorodne rockowe inspiracje, nie tracąc oczywiście nie tylko za sprawa głosu Eddiego własnej rozpoznawalności. Na finał dodam jeszcze osobistą refleksję, która myślę w sposób sugestywny odda mój uniwersalny i jak widać trudno reformowalny stosunek do wspomnianej na wstępie dyskografii ekipy ze Seattle - tej  właśnie powyżej Vitalogy. Mianowicie jeśli Gigaton ogólny entuzjazm fanów wzbudza, to ja mimo że uważam (podkreślam - na tydzień od premiery), iż to udany krążek, to życzyłbym sobie aby przed końcem swojego istnienia Pearl Jam jeszcze taki doskonały poziom jaki ostatnio udziałem The Afghan Whigs zaliczyli. 

środa, 26 lutego 2014

Pearl Jam - Vs. (1993)




W 1991 roku takim debiutem odpalili, że jego echo nawet z perspektywy długoletniej słyszalne. Zwyczajnie kult i milczeć - jeżeli ktoś się nie zgadza. :) Jednakowoż tak wysoko poprzeczkę zawiesili, że oczekiwanie na następce przemieszane obawą i nadzieją na coś wielce spektakularnego było. I nadeszła ta chwila, ponad dwa lata po osiągnięciu szczytów za pośrednictwem Ten, kiedy Vs. światło dzienne oficjalnie ujrzała. Ocena tego krążka z perspektywy ponad dwudziestu lat bardzo wysoka, bo pomimo, że odrobinę mniej przebojowa to nadal bogata w cechy, które debiutowi towarzyszyły. W szczegółach i ogólności trochę niespodzianek i fundament klasyczny dla bezpieczeństwa. Numery co jednocześnie chwytliwością do nucenia porywają jak i intrygują ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Drugi ówcześnie album w dorobku, a już taka dojrzałość, jaką z wytrwałością i precyzją inni przez lata budują. Świetne kompozycje i tyle! Szczególnie, że znając dalsze losy grupy, jej poczynania stricte muzyczne, w sensie jakości już nigdy nie wzbili się równie wysoko. Próbując zmodyfikować formułę, zbytnio w eksperymenty czy w następstwie zbyt folkowo-akustyczne brzmienia zawędrowali. Zamiast łamać kolejne bariery, na marginesie wielkiego show biznesu się ukryli, a gwiazda jaka jeszcze chwilę wcześniej błyszczała, nieco zbladła. Fakt, że to nadal sporej klasy było granie, lecz już nie tak atrakcyjne i przede wszystkim dla mnie zbytnio pazura pozbawione. Wniosek jeden końcowy! Ostatni to naprawdę wyjątkowy album grupy i chociaż ich wytrwałość do dziś mój szacunek budzi, muzycznie od tej pory nie byli i nadal nie są w stanie do siebie w pełni przekonać. Nie zmienia to faktu, iż z dumą nadal koszulkę z ich logo zamierzam nosić! Przecież w duszy grają mi już na zawsze Ten i Vs.!

sobota, 19 października 2013

Pearl Jam - Lightning Bolt (2013)




Pearl Jam od dwudziestu lat jest w przekonaniu moim specjalistą od rozczarowań. Żadna od V.S. płytka nie była w stanie dorównać dwóm pierwszym albumom. I jak od lat to czynie, miałem jeszcze nadzieję, że tym razem opakowany w prostą, jednako wysmakowaną oprawę graficzną Lightning Bolt, przełamie tą smutną tendencję. I przyszedł dzień konfrontacji z najnowszym longiem ekipy pięknogłosego Eddie’go Veddera. Bogatszy we wcześniejszą lekturę aktywnego już od jakiegoś czasu w sieci singla Mind Your Manners, który nota bene swoją dynamiką narobił mi sporego apetytu, oczekiwałem krążka przełomowego, przerywającego nijakość jaką od lat serwują. I niech mi moja zwichrowana dusza świadkiem będzie, że pragnąłem ja by ten nowy long oczarował mnie – pochłonął bez reszty. Tyle w kwestii życzeniowej, czas przejść do racjonalnej, rzeczowej analizy. A ta w krótkich słowach finalnie mogłaby być zawarta. Pearl Jam po raz kolejny niestety moim oczekiwaniom nie sprostał. Nagrał album co startuje z poziomu wysokiego bo Gateway, Mind Your Manners i My Father’s Son radę z pewnością jeszcze dają, jednak balladowy Sirens zbytnio w ckliwą nutę uderzając przerywa ten energiczny ciąg na bramkę. Proszę bym źle odebrany nie został, to fachowa kompozycja, jednak zbytnio schematyczna przez co na dłuższą metę wieje z niej miałkość i nuda. Przyzwoite, a nawet fragmentami intrygujące wrażenie robią Infallible i Pendulum, jednak po nich zjazd w nijakość następuje. Nie porywają mnie nawet dwie subtelnie kołyszące kompozycje zamykające album, a może brak mi odwagi by przyznać, iż ulegam ja ich wrażliwej, pięknej aurze? Wyraźnie nawiązują one do autorskiej Veddera ścieżki dźwiękowej do doskonałego dzieła Seana Penna, Into  the Wild. I z pewnością tam odnalazłyby się znakomicie, szczególnie Future Days, kawałek który w towarzystwie wyśmienitych Hard Sun i Society wyglądałby kapitalnie i lśnił wraz z nimi niczym diament. Tutaj wszelako powoduje, że Lightning Bolt przysiada, a ja czego innego się spodziewałem i pewnie tajemnica takiej, a nie innej oceny najnowszej produkcji znamienitych synów Seattle w tym zawarta. Liczyłem na rockową werwę wyczuwalną nawet w tych spokojniejszych balladowych fragmentach, taki żar jak w kultowych Black, Jeremy czy Garden. Otrzymałem natomiast jedynie w równych proporcjach zbitek kawałków dynamicznych, plus takich mocno tajemniczych z nutą eksperymentu oraz kilka co żywcem niemal wyjęte z debiutanckiej solowej Vedder’a produkcji. Niemniej jednak Lightning Bolt to w przekonaniu moim najlepszy krążek Pearl Jam od bardzo długiego czasu i gdyby może nie świetne ostatnie albumy Soundgarden i Alice in Chains propozycja ta zrobiłaby na mnie większe wrażenie, a detaliczna chłodna analiza w odbiorze płyty znacznie mniejsze znaczenie odgrywała. Konkurencja akurat na tyle wysoko poprzeczkę ustawiła wymagania podnosząc, że częściej do powyższych krążków powracam. Wiem też mimo wszystko, że tegoroczny wypiek Pearl Jam od czasu do czasu zagości w mojej duszy, bo zwyczajnie częściowo swoją zawartością na to zasługuje.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pearl Jam - Ten (1991)




Przyznaje szczerze, iż jedynka ekipy Eddie'go Veddera po autentycznym przez lat kilka w niej się zatraceniu przez spory okres późniejszy nie pojawiała się albo wcale, albo też z rzadka bardzo gościła w moim odtwarzaczu. I niezrozumiałe to dzisiaj dla mnie, gdyż odnowiwszy czas jakiś temu głęboki z Ten związek uczuciowy, w przekonaniu moim stanowi on jeden z najwybitniejszych krążków w historii rocka. Jedenaście niewątpliwych przebojów, klimat początku lat dziewięćdziesiątych perfekcyjnie oddających, pełnych emocjonalnej ekspresji raz łkającego innym razem wyrywającego z trzewi głębokie tony Veddera. Album płynie niczym malownicza rzeka, raz wartko innym razem leniwie, zawsze jednak pozostawiając ślad wyraźny w duszach tych co na przygodę tą intensywną się zdecydowali. Skondensowany to w ponad pięćdziesięciu minutach manifest pokolenia, które to pokolenie łącząc w estetyce dźwiękowej wpływy klasycznego rocka z lat siedemdziesiątych z energią i żywiołowością punku oraz echami twórczej progresji i art rocka, tworzyło znienawidzony przez thrashowe środowisko flanelowy grunge. I chociaż motoryczne patatajki i perkusyjne kanonady thrashowe szanuje, a kilka tej rewolucji muzycznej wytopy wręcz wielbię, nigdy zgonu konwencji tej nie wiązałem z modą na grunge. Bardziej skłonny osobiście byłem/jestem zmarginalizowanie jego roli na karby naturalnego zmęczenia materiału złożyć niż przypisywać działalności takich formacji jak Soundgarden, Alice in Chains, Nirvany czy właśnie Pearl Jam.  Zmieniły się czasy, surowa estetyka pokolenia siarczystego wygaru nie wystarczała już do wyrażenia psychiki ówczesnych smarkaczy i tak w miejsce bezpośredniego wyszczekania niezgody, szokowania lekceważeniem norm, wdarły się zdecydowanie bardziej subtelne w poetyckim swoim wymiarze dźwięki Pearl Jam i im podobnych. W tym jednak oryginalność i magnetyzm twórców Ten, iż charakterystyczna śpiewna niezwykle wokalna maniera introwertycznego ich wokalisty wymusiła w sposób naturalny w kompozycjach szlif o niemal balladowo-folkowej aurze. Dzięki niemu mam przyjemność kosztować takich perełek jak Black, Jeremy, Garden, Release czy Oceans. Absolutnych majstersztyków młodzieńczej niewinności i naiwności, wiary w możliwość zmiany tego cynicznego świata, poruszających intensywnie hymnów stworzonych dzięki niepowstrzymanej energii kreacji. I patrze sobie teraz na współczesną młodzieżową kulturę popularną i dreszcz niepokoju prawdziwy mnie przeszywa, gdyż ocenie mojej coraz bliżej starców jeszcze niedawno znienawidzonej gadce, że dzisiejsza młodzież już niewiele warta. Trudno bowiem nie ulec wrażeniu, iż bunt w popkulturze obecnej to tylko i wyłącznie kontestacja bez jakiejkolwiek pozytywnej alternatywy, takiej o konstruktywnym przesłaniu - budować lepsze jutro nie pomagająca, tylko skomleć potrafiąca na psychoterapeutycznej kozetce lub niszczyć w bezwartościowym szale. Albo taka autentyczna rzeczywistość albo przemyślenia moje zwyczajnie naftaliną śmierdzieć zaczynają! :)

P.S. Wiem - na szczęście nie tylko popkulturą dzisiejsze małolaty żyją, underground więcej pozytywnej energii ma do zaoferowania.

Drukuj