Ta druga część, to jak donosili i rację mieli, to jest potęga - epicko rozbuchana, w stu procentach bez złudzenia olbrzymia satysfakcja dla Villeneuve'a jako reżysera z niewątpliwą fiksacją na punkcie zrealizowania swego marzenia właśnie o potężnej ekranizacji Diuny. Dla widza wkręconego w powieść Franka Herberta, domniemam także rozkoszne spełnienie i imponujące wyobraźni przełożenie na język filmu z (podkreślę) kapitalnym obrazem i dźwiękiem. Natomiast dla kogoś mnie podobnego, kogo może za łebka wyłącznie fantastyka w klimacie Star Wars pociągała, a teraz to typa trzymającego się od niej na własne, naturalne i świadome życzenie dość daleko i tylko incydentalnie, gdy coś ważnego (np. Villeneuve'a Arrival się pojawi, to z przyjemnością i fascynacją korzystam), to Diuna treść i Diuna wizja, jest wyłącznie egzotyką odciągającą na moment od gatunków w których jako dojrzały realista-ponurak gustuję. W tej adaptacji Villeneuve'a zatem (aby mieć coś więcej niż fajerwerki) doszukuję się zatem jakichkolwiek konotacji z mocnymi dramatami i kiedy zrzucić z niej całą tą epickość optyczną i dotrzeć do surowego fundamentu, to coś tam coś tam, lecz bardziej klasyczne przecież namiętności i inne takie charakterystyczne od zarania dla ludzkości żywioły wszelakie emocjonalne, bliskie bardziej niż koszula naturze ludzkiej - podobnie jak w historycznym kinie dramatycznym i poniekąd kinie realistycznym tutaj też rządzą. Oczywiście nie jest to zaskoczenie, bo kręgosłup adaptowanego dzieła czerpie z erudycyjnej historycznej wiedzy o relacjach władzy z człowiekiem, przetrwania w warunkach permanentnej rywalizacji i wpływie religii czy szerzej wierzeń na podsycanie kierunku na konfrontację, bądź tychże roli pozytywnej, jako motywacji do walki ze złem o obliczu tak ludzkim jak i anty boskim. Innymi słowy gdyby się lekko uprzeć, a nie trzeba w sumie nawet lekko bo jak na dłoni widać, że fabuła oparta na gigantycznych rozmiarach książkowym filarze, to podobnie do Władcy Pierścieni obserwacje społeczno-politycznych akcji z dziejów ludzkości przełożone pod potrzeby powieści science fiction, czyli kosmetyka przede wszystkim plus masa inwencji, polotu – ogólnie kreatywnej zmyślności i zdolności do tworzenia wymyślonych światów. Fajnie fajnie, ale ja wolę stąpać po ziemi i dokładnie, dogłębnie analizować małe kwestie, które rzecz jasna fragmentami obszerniejszych w systemie naczyń połączonych, niż gubić się (bo niestety jakby wyraziście Villeneuve merytorycznej strony nie przekazał), bo ja nie ogarniałem wszystkiego pewność mam i wstydu nie czuję, więc odważnie się przyznaję. Odbieram zatem całościowo Diunę według pomysłu Kanadyjczyka najbardziej prozaicznie jako zjawisko miazga, ale w sensie spektakularnego widowiska za grube pieniądze. Triumf wyobraźni i pomysłowości, który zrobił wrażenie na milionach widzów w podobny sposób jak na mnie. Uważam że świetnie, że fantastycznie, a teraz żądam w końcu od Wielkiego Reżysera dzieła na poziomie serducha emocjonującego, a nie jedynie potęga produkcyjną ekscytującego - chcę powrotu do klimatu Pogorzeliska, ale może być i Sicario, Wroga też, bądź Nowego początku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denis Villeneuve. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denis Villeneuve. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 maja 2024
poniedziałek, 29 listopada 2021
Dune / Diuna (2021) - Denis Villeneuve
Poniżej nie zaoferuję rozbudowanej analizy treści i także nie
ma co liczyć na słowo nawet konfrontujące pracę Villeneuve'a i Lyncha, bowiem pośród
jak zdążyłem się ostatnio przekonać (być może nie w większości w deklaracjach)
powszechnej znajomości dzieła Franka Herberta, ja dla odmiany staje przed Wami
z prawdą na ustach, która brzmi: ja Diuny nie czytałem, ja nawet Diuny według Lyncha nie oglądałem! Powyższe zapewne stawia mnie w świetle niezbyt przychylnym
i wręcz nawet w pozycji całkowicie niesprzyjającej, by swoje zdanie wypowiadać
i aby ono jeszcze było traktowane poważnie, jako kompetentne. Dlategóż właśnie, niezbyt ochoczo do seansu „nowej” Diuny przystępowałem, bowiem nie było we mnie
ani ciśnienia na zapoznanie się z klasyką, ani tym bardziej sentymentem napędzanej
motywacji, bądź dostrzeżonej szansy, aby na garbie/wydmie Diuny w mediach społecznościowych
zaistnieć. :) Jedno co mnie przekonało, to oczywiście gorące obecnie nazwisko kanadyjskiego reżysera,
którego filmy z pasją nie od wczoraj czy przedwczoraj oglądam. Od wielu lat (najszczerzej
pisząc) czynię to bardzo systematycznie, śledząc w ten sposób rozwój jego
kariery. Aby w zgodzie z zasygnalizowaną szczerością wypowiedzi pozostać, obsada tak znakomita
też mi nie była nieobojętna (Isaac, Chalamet, Brolin, Bardem geniusze, plus o Jezu jak ja lubię spojrzenie Rebeki Ferguson) i miała aktorska ekipa swój wpływ na pobudzenie kultową historią
zainteresowania. Wziąwszy pod uwagę, iż porównywać nie mam z czym, to też moja
maksymalnie subiektywna ocena posiadać może walor powiązany z czystością
percepcji i na tym naturalnie się skupiłem, przy rozdziewiczającym z tytułem
starciu - o tym mimo obawy z ekscytacją teraz Wam donosząc. Widać pieniądz,
pieniądz zainwestowany w znakomity wizualny efekt - wysublimowany i w
hollywoodzkim stylu widowiskowym pozostający. Ale prócz pieniądza, jest doskonałe oko i
wyborna myśl narracyjna. Mozolna i hipnotyzująca, ale przede wszystkim dla
takiego świeżaka jakim ja w temacie jestem, jasno świat Diuny wyjaśniająca - nakreślająca
skutecznie, bo efektywnie, kształty jego i reguły w nim funkcjonujące. Przyznaję,
iż sprawnie mnie Villeneuve w tą epicka opowieść wciągnął i jej klimat pod
względem wizualnym też odmalował. Majestatyczne ujęcia i surowy futuryzm oraz
jego części składowe, jak pojazdy ważki, czyli ornitoptery oraz dziesiątki innych wytworów i koncepcji powstałych w umyśle Franka Herberta. Zrezygnował Villeneuve jak domniemam tym samym, z mnóstwa literackich niuansów w dialogach
oryginału przemyconych. To mniejszy minus dla miłośników powieści Herberta i większy
plus dla wszystkich, którzy mogliby poczuć się przytłoczeni bogactwem zawartym
w pierwowzorze i być może skutecznie zaciekawieni sięgną w najbliższej
przyszłości po tekst Herberta - bo bakcyla połkną, a nie wciskanym bez opamiętania
bakcylem się zakrztuszą. W tym układzie w sumie na dwoje babka wróżyła - czego
kumatym nie ma potrzeby wyjaśniać. Podsumowując, ale unikając jak widać
telegraficznego skrótu. Morze piasku i ocean wyobraźni. Potężna technologia zaprzęgnięta
do artystycznej wizji. Niby cała cytryna wyciśnięta, ale jeśli to prawda, że wizja filmowa
nigdy nie dorówna potencjałowi literackiego pierwowzoru, to sporo cytrynowej treści w książce pozostało. Zatem bez dyskusji udana adaptacja,
ale kto wie, czy kiedyś w przyszłości ktoś nie zrobi tego jeszcze lepiej. Póki co poczekam i zobaczę jak dalsze losy Planety Arrakis Kanadyjczyk mi sprzeda.
P.S. W swojej fantastycznej konwencji film wielki, ale poza
nią tylko coś w stylu bardziej mrocznych i filozoficznie rozbudowanych Gwiezdnych
Wojen, z kapitalnie osaczającą muzyką. Oglądałem nie dlatego, że jest to Diuna, obejrzałem i tłustym drukiem jeszcze raz na koniec to przekonanie eksponuje,
gdyż jest to Diuna według Denisa Villeneuve'a.
czwartek, 12 października 2017
Blade Runner 2049 (2017) - Denis Villeneuve
Napiszę jak jest wyłącznie z własnej
perspektywy, nie pokuszę się o detaliczne porównania czy przesadne analizy –
tutaj o BR2049 będzie prosto z mostu. Zresztą, po co niby miałbym to robić, na cholerę
konkurować z masą tekstów wyczerpujących temat tak dalece, że korzystając
jedynie z podstawowych sformułowań nie byłbym w stanie dodać nic nowego, a już
tym bardziej ciekawego. Temat w przestrzeni internetowej jest maksymalnie
zagospodarowany i nic już nie pozostało takim jak ja amatorskim pismakom, jak tylko dla własnych potrzeb archiwizacyjnych spisać podstawowe refleksje cisnące
się tuż po zakończonym seansie. Sprawa wygląda tak, iż te prawie trzy godziny seansu, to
doskonała robota pod względem zsynchronizowania fabuły jedynki z kontynuacją. Obydwie
odsłony znakomicie współgrają ze sobą w tej kwestii i nie ma się czego czepiać,
tylko chwalić trzeba. Na komplementy zasługuje również strona wizualna, zdjęcia
wykonane z rozmachem, kadry wypieszczone, scenografia i wszystko, co z tym
segmentem powiązane. To absolutny majstersztyk na który patrzy się z podziwem
i estetyczną przyjemnością, podobnie odbieram udźwiękowienie, które za sprawą
przeszywających odgłosów i rasowo skorelowanej z wizją muzyki wrażenie robi wystarczająco dosadne, by po opuszczeniu sali kinowej jeszcze w trzewiach czuć te wibracje. Tyle technika, teraz wartość treści i znaczenia, czyli odpowiedź na pytanie, co pod tą
efektowną warstwą dla wzroku i słuchu skrywane jest dla intelektu? Nie ma co narzekać,
na grymasy także tutaj nie ma miejsca, albowiem Villeneuve pokusił się o
niezwykle ambitną w założeniach i intrygującą dla umysłu w praktyce analizę
psychologiczną potrzeb ludzi, replikantów i nawet hologramów. Potrzeb, które
nawzajem przez byty zrodzone i wykreowane są zaspokajane i w różnych konfiguracjach implikują całą paletę problemów natury egzystencjalnej. Postawił na filozoficzne poszukiwania
autentyzmu w relacjach, zagubionej w świecie bez emocji istoty człowieczeństwa,
w okolicznościach i sytuacjach, w których paradoksalnie replikanci czy
hologramy stają się bardziej ludzkie niż człowiek. Zadał wiele pytań podpartych kompletnym zgłębieniem problematyki, znakomitym przygotowaniem
merytorycznym. Ale! Jak film Ridley’a Scotta to było zjawisko, pełna chemia,
nawet rodzaj fenomenu zrealizowanego w tej jednej wyjątkowej chwili, idealnych
okolicznościach sprzężenia przypadków, tak wizja Villemeuva to tylko i aż
potężna machina produkcyjna i obsesyjna wręcz pedantyczność. Tam w pierwowzorze
był czarujący futurystyczny romantyzm, którego tu na próżno szukać, tutaj
natomiast jest zimna mechaniczna precyzja na wszystkich poziomach produkcji – w
obrazie, dźwięku, nawet grze aktorskiej. Jest intelektualna łamigłówka w
psychologicznej przenikliwości filozoficznego przesłania, chirurgiczna sterylność
i monumentalizm podniesiony do potęgi. Nie ma niestety duszy, tego czynnika
dodającego wartości nienamacalnej, wartości emocjonalnej i duchowej, będącej
najsilniejszą stroną pierwowzoru sprzed trzydziestu pięciu laty. Ja przynajmniej
jej nie dostrzegłem i jeżeli ona była to w proporcjach zupełnie dla mnie niewystarczających.
piątek, 18 listopada 2016
Arrival / Nowy początek (2016) - Denis Villeneuve
Denis Villeneuve po cichu, bez większego rozgłosu
(choć w Wenecji Arrival zaistniał) swą najnowszą produkcję na ekrany kin wprowadził i
udowodnił, że nie potrzeba rozmachu realizacyjnego, by wspaniały obraz
science fiction nakręcić. Tak po prawdzie to sam gatunek filmowy został wykorzystany
instrumentalnie, wątek "kosmitów" jako pretekst, aby złożone wnioskowanie
przeprowadzić i wartościowe przesłanie przekazać. Zatem pusta widowiskowość tak
często goszcząca w formule fantastyki naukowej, byłaby co oczywiste nie na
miejscu, gdy o ważkich kwestiach się rozprawia i do wymagającego intelektu
widza chce się dotrzeć. Temat filmu jest zaskakujący, a konstatacje gorzkie.
Język jakim się posługujemy oferuje nam ogromne bogactwo opisu wszelkich
procesów, jakie w naszym życiu bezustannie zachodzą. Nieograniczone możliwości
wiążą się także z mnogością interpretacji konstruowanych stwierdzeń i budują w
każdym z nas schematy odczytywania i formułowania treści. Pewnego rodzaju
wytrychy, skróty myślowe, szablony ułatwiające i utrudniające jednocześnie możliwości
porozumienia. Jest także paradoksalnie wewnętrznym więzieniem w jakim sami często
nieświadomie się zamykamy, redukując nasze zdolności komunikacji do minimum.
I nie mam tutaj na myśli wyłącznie ograniczeń w zasobie słownictwa, ale przede
wszystkim sposobu spostrzegania tej „broni”, „narzędzia”. Poznaj język partnera
interakcji, a zrozumiesz metodykę jego widzenia rzeczywistości – zarówno w
wymiarze makro jak i mikro. To ciekawe spojrzenie na kwestię istoty języka,
wymiaru czasu, jego początku i końca oraz funkcjonowania w pętli implikuje sporo
pytań i zmusza do drobiazgowego rozbierania tej teorii na czynniki pierwsze.
Może te teoretyczne wizje nie do końca jasne i przejrzyste, zapewne posiadające
pewne luki logiczne, ale mające w tym konkretnym przypadku bezpośrednie
przełożenie na praktyczne funkcjonowanie człowieka oraz uzasadniane są przekonująco barwnie i uczuciowo emocjonująco. Przyznaję, że nie
przypominam sobie bym kiedykolwiek po seansie w stylistyce sci-fi czuł się tak
ogromnie poruszony. A tym razem oglądając finałowe sceny moje oczy się zaszkliły
i poczułem, że jest to ważny moment w kształtowaniu osobistego oglądu
rzeczywistości, a umieszczenie w kontekście wydarzeń wątku rodzinnego, kwestii
straty dziecka dodatkowo poruszyła instynkty ojcowskie. Wysłannicy obcej
cywilizacji, którzy zagubionym i skłóconym mieszkańcom ziemi oferują „nowy
początek”, świeże spojrzenie na rolę języka, to zabieg tak intrygujący
intelektualnie jak równie wzruszający emocjonalnie. To przecież fundamentalne
pytanie – jak mamy porozumieć się z istotami z kosmosu skoro tak trudno
nam dogadać się między sobą w zakresie jednego tylko gatunku, czasem jednej rodziny? To smutne, że
wiemy do czego prowadzi niezrozumienie i jak kończą się kolizje na tej linii,
innymi słowy znamy przyszłość i rozumiemy konsekwencje, ale godzimy się tymi
kosztami. Zakładam, iż potrzebne przewartościowanie i nowe otwarcie inaczej upadek mamy zagwarantowany.
piątek, 2 października 2015
Sicario (2015) - Denis Villeneuve
Spisuję moje wrażenia późnym wieczorem przy dźwiękach genialnej muzyki Jóhanna Jóhannssona i uwierzcie mam dreszcze. Te wiolonczele i kotły przeszywają na wskroś, chwytają za gardło uściskiem równie mocarnym jak zdjęcia autorstwa genialnego Rogera Deakinsa - operatora kamery w takich dziełach jak m.in: No Country for Old Men, The Shawshank Redemption, The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford, Revolutionary Road i wielu jeszcze innych imponujących hiciorach. Jestem dobę po seansie i przywołane przez dźwięki obrazy powodują, iż czuję gwałtowny puls, ten sam który towarzyszył mi przez dwie godziny obserwacji działań grupy agentów rozpracowujących meksykański kartel narkotykowy. Sicario to fenomenalna akcja z odpowiednim wartkim tempem, kilkoma znaczącymi interwałami i zaskoczeniem w finale jak przystało na wciągającą i w napięciu utrzymującą strukturę thrillera. Bez jakiegokolwiek elementu który można by nawet w przypływie złośliwości określić mianem naciągany. Wszystko do bólu wręcz realistyczne, twarde z ogromną siłą wyrazu, intensywne i skoncentrowane na ustawicznym wbijaniu widza w fotel w oparach gęstniejącej atmosfery przerażenia, przygnębienia i ekscytacji. To produkcja która w swoim gatunku szczytów sięga pozostawiając mnie w poczuciu przenikającego się zachwytu z obawą, bo z kina wychodząc przez dłuższą chwilę smutek we mnie zagościł, zastanawiałem się czy szybko lub nawet czy kiedykolwiek jeszcze obejrzę kino akcji na takim poziomie. Kino absolutne, które w idealnej symbiozie łączy dramaturgię fabuły z klimatem, pełną adrenaliny akcję z fundamentalnymi pytaniami o współczesną kondycję człowieczeństwa, a wybitne aktorstwo z wyjątkową charyzmą reżyserską. Przecież ta koegzystencja precyzji Villeneuve'a z modelowym warsztatem głównych bohaterów przyniosła doskonałość najczystszą. Nie po raz pierwszy twierdzę i zapewne nie po raz ostatni, iż miarą każdego mistrza reżyserii jest umiejętność wykrzesania z aktorów maksimum ich talentu i warsztatu. Tak jak darze szczerą estymą Del Toro i Brolina, to jednak by być w pełni uczciwym muszę/chcę oddać sprawiedliwość Emily Blunt, która miotając się pośród najwyższego sortu twardzieli, będąc manipulowana, poddawana presji, przechodząc przez piekło zderzenia z monstrualnych rozmiarów brutalnością przestępców i bezwzględną determinacją "przedstawicieli prawa", robi to na poziomie oscarowym. Poprzeczka podniesiona przez Denisa Villeneuve'a na niebotycznej wysokości teraz zawieszona, ponawiam na koniec pytanie kto będzie w stanie sięgnąć takiego poziomu i jak szybko to nastąpi?
P.S. Do dnia konfrontacji z Sicario uznawałem Villeneuve'a za twórcę o ogromnym potencjale, lecz nie do końca spełniającego pokładane w nim nadzieje, gdyż Incendies mną wstrząsnęło boleśnie każąc w samych superlatywach warsztat reżysera opisać, lecz ani zbyt przekombinowany i sterylny The Enemy, a tym bardziej wzorcowo tylko poprawny Prisoners tego zachwytu nie podtrzymały. Teraz za sprawą Sicario już nie tylko nadzieję w potencjale widzę, teraz jestem pewny, że tym przełomem na stałe Kanadyjczyk do elity dołączył.
piątek, 24 października 2014
Enemy / Wróg (2013) - Denis Villeneuve
Incendies wrażenie spore na mnie zrobiło, ferment konkretny w mej świadomości powodując. Prisoners natomiast sztampowym podejściem do tematu znużył, pomimo zręcznie
przywołanego klimatu klasycznych thrillerów czy kryminałów. Teraz zaś przyszedł
czas na Enemy i spory znak zapytania przed seansem został postawiony! Bo
Villeneuve swym rzemiosłem zarówno nadzieję daje, jak i obawy wzbudza, a ja
nadal ze sporym dystansem patrzę na zachwyt branżowej krytyki względem jego
dokonań. Tym bardziej, że kilka faktów czy opinii odnośnie jego najnowszej
produkcji, skrajnie od siebie się różniących. Zatem aby staranny werdykt wydać,
obejrzałem Wroga niezwykle uważnie, w niczym niezmąconym skupieniu. Co
zapamiętałem - dziewięćdziesiąt minut quasi oryginalnej kompozycji, dopieszczonych, pełnych specyficznej poetyki kadrów i tajemniczej warstwy
muzycznej. Permanentnej masturbacji nijakim bohaterem, którym człowiek
powtarzalny, znaczy w zamkniętym cyklu
funkcjonujący. Prób wciągnięcia mnie w wydumaną, osobliwą tak drażniąco
niejasną fabułę, osnucia przygnębiającym klimatem, zaciekawienia naciąganą
maksymalnie tajemnicą i oczarowania jedynie poprawna grą aktorską. A efekt bez
szału niestety! Ja, niemal bezkrytyczny zwolennik psychologicznych
dramatów w tym przypadku daleki od zachwytu pozostaję, gdyż sam bez pomocy nie
jestem w stanie zagadki rozwikłać, czy puenty zrozumieć. Bez potrzeby
wspierania się megalomańskimi wyjaśnieniami reżysera, który albo z góry
zakładał, że popisze się swoją umysłową erudycją, wyższość wobec takich jak ja
manifestując. Bądź też, kiedy spostrzegł, iż przekombinowany niejasny zakalec nakręcił,
teraz ratować się musi licznymi przypisami, które na szaradę nieco światła mogą
rzucić. Uczciwie sprawę stawiając, są walory, jest i sporo wad w tej układance, a precyzyjniej pisząc irytujących elementów. Głównym zarzutem, brak klucza, co ten chaos pomógłby uporządkować.
Może ja i mało bystry się okazałem, lub też posiadając jednak potencjał
umysłowy z góry zakładałem, że jak reżyser ambitny to banalne deskrypcje, jakie
przebiegiem ekranowych zdarzeń prowokowane tu naturalnie nietrafione. Bo
czekałem na ten wytrych bez powodzenia, próbując po omacku zakładane
skomplikowane wyjaśnienie odnaleźć i finalnie bez jasnej odpowiedzi pozostałem.
Co w tej sytuacji „tępemu” pozostało – przeszukiwanie sieci w celu odnalezienia prawdy przez reżysera objawionej i konfrontowaniu jej z własnymi spekulacjami.
Teraz bogatszy w tą wiedzę, przyznać muszę, że najbardziej intrygujące jest
pytanie, czy Villeneuve z premedytacją taką strategie założył, czy tak akurat
mu wyszło? ;)
P.S.
Bardzo, ale to bardzo chciałem zostać tym filmem porwany, bo wyborny plakat
robił ogromny apetyt – niestety to wyłącznie poprawna próba bycia nader
intelektualnym i oryginalnym pośród reżyserskiej elity, co w bezpośredniej konfrontacji z efektem, dla mnie, oznacza porażkę. Poprzeczka wysoko, a zawodnik jeszcze nie
do końca przygotowany na pokonanie takiej wysokości. Pewnie potencjalnie jest w
stanie, ale według mnie jeszcze nie przy tej okazji.
piątek, 12 września 2014
Incendies / Pogorzelisko (2010) - Denis Villeneuve
Labirynt jakiś czas temu widziałem i nie dostrzegłem w nim tego czym szeroka rzesza widzów się zachwycała. Dziś nim Wroga, czyli najnowszą odsłonę twórczych możliwości kanadyjskiego reżysera obejrzę szansę na konfrontację z najwyżej ocenianym jego dziełem otrzymałem. Pogorzelisko na ekranie TVP Kultura zagościło, a ja nie mogłem sobie odmówić by swoim złośliwie krytycznym spojrzeniem go nie objąć. Obwąchałem więc co nieco na jego temat i w chwilę po tym już z nieukrywaną nadzieją z zupełnie biegunowo odmiennym przekonaniem, że ocena Denisa Villeneuve'a w moich oczach wzrośnie punktualnie dwadzieścia minut po dwudziestej zasiadłem przed ekranem. I teraz już wyraźnie mogę stwierdzić, iż czas ten ponad dwugodzinny przeżyciem był zaprawdę wyjątkowo poruszającym. Historia kobiety jej śmiercią zainicjowana, a za pośrednictwem pogrążonych w żałobie dzieci prowadzona spory ślad pewnie na dłuższy okres we mnie pozostawi. Potomstwo ścieżką życia matki kroczy, odkrywa i rozumieć przełomowe wydarzenia zaczyna - między wierszami czyta, przez pryzmat bezlitosnej historii rzeczywistość zgłębiając. Odnajdują dramatyczną prawdę, jaka na ich przyszłe życie wpływ decydujący będzie miała - powody w zdarzeniach z przeszłości zaplątane, które osobowość matki tak dotkliwie poraniły. Villeneuve co krok zaskakuje i robi to niemal do końca w świetnym stylu, by w finale przegiąć odrobinę naciąganym zbiegiem okoliczności. Jednako mimo wszystko sposób w jaki oddał czasy niespokojne, bezlitosny okres wojny religijno-etnicznej, przemocy, okrucieństwa bez granic i nienawiści jaka tylko zemstą choć w niewielkim stopniu może być zdławiona, to robota bardzo wysokiej jakości. Obserwowałem te potworności, morze cierpienia, zdziczenie oprawców i niemal fizyczny ból odczuwałem. Bezradność jednostki wobec masowego obłędu w jakim człowiek się zatraca, kiedy podstawowa wrażliwość i empatia z fanatyzmem przegrywa. Człowieczeństwo ogniem strawione - pogorzelisko pozostawione! Wypalona ziemia może na nowo owoce prawości zrodzi do czasu aż ponownie wyjałowiona mrocznymi ludzkimi instynktami zostanie! Ten cykl jest nieunikniony. :( Niezwykle mocne kino, które nie pozostawia obojętnym - ono udrękę przynosząc oczy otwiera.
P.S. Wiem w strasznie wyniosły, poetycko-pompatyczny niemal ton wszedłem, ale w tym przypadku to jak najbardziej usprawiedliwione.
sobota, 8 marca 2014
Prisoners / Labirynt (2013) - Denis Villeneuve
Ot taki przykład gdy niestety przeciętność wszelka w jednej produkcji się spotyka, bo trudno mi inaczej niż poprawnymi określić wszelkie składowe tego obrazu. Począwszy od sztampowego scenariusza po niewystarczająco wyraziste, standardowe role kilku czołowych współcześnie aktorów, w niekoniecznie charyzmatycznym stylu poprowadzonych przez obiecującego przecież reżysera. Znakiem szczególnym, nieszczególnie akurat mnie w kinie interesującym, przepracowanie podczas seansu niemal wszystkich klisz dla gatunku właściwych. Nawet zgrabnie zaaranżowany klimat miejsc, deszczowej smutnej aury i bardzo angażujący charakter treści nie są w stanie ponad dostatecznie uwagi przykuć i oceny radykalnie podnieść, kiedy człowiek oczekiwał dzieła i kiedy zagadka po pięćdziesięciu minutach rozwiązana (taki bystry jestem) a wrzące podskórnie emocje zbyt mało bezpośredniej naturalności w sobie posiadają. Wymagałem więcej, sprawdzam powiedziałem, a wynik tego doświadczenia jedynie dzięki psychologicznej podstawie odrobinę więcej niż dobry. ;)
P.S. Na pewno jedno akurat z tej produkcji zapewne w pamięci mojej pozostanie - to jak zwykle kapitalna rola aktora charakterystycznego jakim Paul Dano. To może ze względu na specyfikę roli nie taki spektakularny majstersztyk jak kreacje w Aż poleje się krew czy Zniewolonym, jednak kolejne potwierdzenie jego wybornej klasy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







