Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lana Del Rey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lana Del Rey. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 maja 2023

Lana Del Rey - Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd (2023)

 

Tak się zdarzyło, że ostatnie tygodnie to wysyp albumów wokalistek, a może trafnie byłoby je określić współczesnymi pieśniarkami, które łączą autorski potencjał kompozytorski z głosowymi możliwościami i to niekoniecznie takimi, które opad szczeny u nauczycieli-instruktorów wokalistyki mogą wywołać. Jak sobie przeskrolujecie moje ostatnie muzyczne refleksje, to są tam właśnie przede wszystkim te dotyczące komponujących i śpiewających babeczek, a najnowszy album Lany zamyka teraz tą serię. Tym razem rozmarzona i abym zapewne nie musiał odczuwać mdłości dla kontrastu i równowagi "rzucająca mięsem" Lana zaprosiła mocną ekipę gości (kto tam gości widać już na kopercie) i opierając się na mnogości inspiracyjnej, nie przekładanej na jakiś gigantyczny przesyt pomysłów tak dosłownie, zaproponowała przede wszystkim nutę opartą o brzmienia pianina i bardzo smakowitą retro archeologię. Jednako słysząc że dziewczyna nuty słucha sporo i słucha też rad ambitnych producentów, korzystając tak z bogatej muzycznej spuścizny sprzed lat (mnóstwo tu klimatu z z przełomu lat 50/60-tych) i świetnie owe inspiracje wszczepiając do własnego alt-popowego/dream-popowego stylu i te motywy doskonale dzięki współpracy z macherami studyjnymi aranżując przez pryzmat obecnych możliwości technicznych miejsca w jakim nagrywa. I tutaj też myślę tkwi sedno mojego PROBLEMU z Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd, iż słucha się go dobrze i można się intensywnie nostalgicznie wzruszyć (Candy Necklace i Margaret wygrywają), ale tylko dzięki kilku numerom, słucha się go bez drzemki, bo gdyby nie rzucenie okiem (uchem bardziej oczywiście) na współczesne trendy i takie na przykład modne w hip-hopie i około hip-hopie trapowe kombinowanie w psychodelicznym klimacie (patrz A&W i wiadomo jaka młodsza koleżanka po fachu była tu sprężyną) oraz jeszcze jednej akcji w nasyconym ciekawie bitami i samplami z utworu Lany z przeszłości, to tak jak napisałem, ja bym się zanudził i myślę, że dużo bardziej krytycznie odniósł się tak do całości, jak przede wszystkim do dwóch nie bardzo stricte piosenkowych recytacji - może niepotrzebnie nabijających płycie czas trwania aż do niemal 80-ciu minut. Cztery lata - cztery płyty i chciałoby się aby może jednak Lana przyhamowała i przy następnej okazji naprawdę nagrała coś wyjątkowego i nie obraziłbym się gdyby poszła w nowoczesne elektroniczne dźwięki. Uważam że aż się prosi w jej działaniach o nowe otwarcie, jeszcze bardziej odważne, niż jak to miało miejsce przy okazji wydania jak dotąd jej opus magnum, czyli Norman Fucking Rockwell. 

czwartek, 9 grudnia 2021

Lana Del Rey - Blue Banisters (2021)

 


Czuję się zaskoczony i zdezorientowany, gdy wpadam właśnie na Blue Banisters. Przecieram oczy ze zdziwienia, gdyż tak około marca tego roku odsłuchiwałem i wyrażałem swoją refleksję w przedmiocie Chemtrails over the Country Club, a już dostaje okazję do oddania się zawartości kolejnego albumu. Zakładam więc w obecnych okolicznościach całkowicie naturalnie, iż wystarczająco dobrego materiału bogactwo, spowodowane zostało przerwą od koncertowania i przymusową izolacją, inspirująco wpływającą na artystkę. Nie mam jednak po kilku intymnych spotkaniach z Blue Banisters przekonania, iż to bezdyskusyjnie dobrze, iż cykl wydawniczy Lana tak mocno zintensyfikowała. Bowiem album z początku tego roku już odbierałem jako mniej wyrazisty, od myślę jak dotąd najbardziej przekonującego i w mojej skromnej opinii znakomitego Norman Fucking Rockwell!. Podobne odczucia towarzyszą kontaktom z także Blue Banisters, jednocześnie nie stawiając tegorocznych płyt w pozycji bliźniaczej - posiadają bowiem one tak samo zbieżne, jak i różniące je cechy. Nie ma jednak na tym najnowszym nut wprost kojarzących się z NFR!, a co za tym idzie przeboju totalnego, i to jest ta różnica zasadnicza. Obydwa tegoroczne materiały nie przynoszą też wokalistce absolutnie powodu do wstydu, a jej fanom obaw o jej aktualną kondycję kompozytorską, jako że w jej osobistym dream popie niewiele uległo przeobrażeniom i tak prawdę mówiąc, wszystko co nagrywa to nagrywa w swojej już przewidywalnej lidze aranżacyjnej i lirycznej. To co jako mało obsłuchany w stylistyce mogę dostrzec, to obecne zatopienie dźwięków w skromniejszej formule i chwytliwości ograniczonej do coraz bardziej subtelnych melodii i ornamentyki stonowanej. Utwory z Blue Banisters nie ekscytują mnie na tyle mocno, jak większość materiału ze wspomnianego krążka sprzed dwóch laty. Być może, a może mam pewność, iż mniejsza intensywność, w powiązaniu z minimalizacją środków i typową przebojowością wyłącznie śladową, wpływa na ograniczony potencjał zadowolenia takiego jak ja "niedzielnego" słuchacza. To też tymczasem impuls do głębszego odkrywania smaczków (a są tu, niewątpliwie - na przykład dęciaki w If You Lie Down With Me, czy zaskakujące zaśpiewy w Dealer) i dopiero z biegiem czasu docenieniu otulonego szczelnie rozmarzeniem melodycznym mistrzowskiego warsztatu. Mądrzejsi ode mnie piszą, że wyczuwają odniesienia do surowszego Ultraviolence, a ja nie potrafię się do takich sugestii odnieść, bo zwyczajnie wciąż nie odnalazłem czasu by poznać całą dyskografię Lany - tak od samego początku. Niezależnie od powyższego pewny jestem, iż drugi tegoroczny album artystki nie jest zbiorem na siłę wydanych numerów, tylko świadomą i pełnowartościową kompilacją tego co w ostatnim czasie napisała lub współtworzyła. Nawet jeśli w moim odczuciu wciąż jeszcze nie odkrytą w pełni, co tym bardziej powoduje, iż na uwagę Blue Banisters zasługuje. 

piątek, 19 marca 2021

Lana Del Rey - Chemtrails over the Country Club (2021)

 


Lana jest jak wino i używam tego wyświechtanego porównania, gdyż mimo że mi nie brak bardziej plastycznych porównań, to jednak to akurat bardzo szlachetne idealnie do charakteru jej muzyki koresponduje. Ona jest pisana z wielką subtelną klasą, a jej walory smakowe wytrawne - mimo że pop lubią w zasadzie wszyscy, to trzeba kompetentnego ucha by dostrzec w niej cały bogaty bukiet. Trzy jej ostatnie albumy (w zasadzie nie mam czasu przysłuchać się wcześniejszym), to klasa sama w sobie i całe szerokie spektrum korzystania z wieloletniej popowej tradycji. O Lust for Life i szczególnie entuzjastycznie o Norman Fucking Rockwell nie omieszkałem się wypowiedzieć, a obecnie skreślam kilka nieodkrywczych słów w temacie świeżutkiego Chemtrails over the Country Club. Mimo iż odsłuch kolejnych jej jedenastu nowych kompozycji jest przyjemnością znakomitą, to nie uznam i zakładam że nawet po większej ilości spotkań nie uznam, by Lana przebiła nimi efekt poprzedniczki. Norman Fucking Rockwell jest mniamuśny na tak wielu poziomach, że ciężko było o skontrowanie jego siły oddziaływania, a najnowszy album po prostu pięknie się we mnie osadził i pieści moje uszy zarówno detalami, niuansami i drobiazgami aranżacyjnymi jak oczywiście głosem artystki (słyszę chyba tez gościnne wspomagania), ale nie posiada waloru dzieła nad dziełami. Nie jest to oczywiście żadna krytyka, bowiem nie pisze się z pretensjami o muzyce bez wad generalnie. Ja akurat istotnych wad nie dostrzegam, a w takich trzech otwierających album utworach jak White Dress, najlepszym tytułowym i Tulsa Jesus Freak, to nawet wyczuwam ten sam czar co na Norman Fucking Roswell w całej jego dosłownej rozciągłości. Lana jest jak wino. Uzupełnię sobie teraz lampkę tym cudnym smakiem i będę się konsekwentnie doszukiwał w nim tej wartości, której jeszcze w przypadku Chemtrails nie zauważyłem. 

czwartek, 26 września 2019

Lana Del Rey - Norman Fucking Rockwell (2019)




Refleksja wokół poprzedniego krążka Lany była u mnie dość daleka od konkretów stricte muzycznych, a oscylowała w zdecydowanej części wokół przemyśleń około muzycznych o naturze socjologicznej. :) Powód był prozaiczny, bowiem wchodząc nieśmiało głębiej w stylistykę dream popową nie czułem się wówczas jeszcze na tyle pewnie, aby w miarę kompetentnie oceniać dźwięki. Uciekłem więc w rozważania ważne, absolutnie nie marginalne, ale jednak dalekie od sedna związanego z samymi kompozycjami. Pomimo ciągłego braku odpowiedniego w gatunku osłuchania, dziś już podejmę zwięzłą próbę odniesienia się do cech stanowiących o wartości najnowszego materiału sygnowanego pseudonimem artystycznym współczesnej królowej rozmarzonego popu. Tym bardziej, że nie tylko z punktu widzenia laika jest w nim to coś, co decyduje o określeniu go jako najlepszej produkcji wokalistki. Ja oczywiście nie posiadam tak rozległej wiedzy, a znajomość dokonań Lany ograniczona jest nadal u mnie do dwóch pełnych krążków plus kilku teledysków i singli wcześniejszych. Stąd też ocena najwyższa w układzie odniesienia dotychczasowej twórczości to opinia fanów wieloletnich, a moja sprowadzona tylko do porównań z Lust for Life. Pisząc z perspektywy świeżego sympatyka i w miarę zwięźle, chciałbym jednak dosadnie zauważyć, że wartość Norman Fucking Rockwell spostrzegam na wyższym poziomie niż album sprzed lat dwóch, gdyż ten bieżący akurat będąc rozbudowany do ponad godziny zawiera mniejszą dawkę instrumentalnej banalności. Niby kręgosłup pozostaje ten sam, a o chwytliwości utworów Lany decydują przede wszystkim znakomite linie melodyczne wokali, ale gdzieś pod tą przebojową warstwą stonowanej wokalnej ekspresji pulsują ciekawe, mimo że nie odkrywcze rozwiązania rytmiczne ozdabiane subtelną ornamentyką. Czuć wyraźnie zamiłowanie wokalistki do retro stylistyki i to nie tylko w nawiązaniach wizualnych jak i lirycznych, ale także w sposobie aranżowania współczesnego popu z poziomu zainteresowania tradycją amerykańskiej ballady. Najważniejsze jednak w tej nowej odsłonie (oprócz wspomagania się duetami) w moim przekonaniu sprowadza się do rezygnacji z orkiestralnego przepychu na rzecz dyskretnej trip hopowej elektroniki oraz balansowania emocjami z poziomu samej produkcji, gdzie rola niewycyzelowanego dźwięku dodaje materiałowi tak pożądanego analogowego brzmienia. Szczególnie jest to istotne, gdy przez wzgląd na dość jednostajny klimat, ten nieco przydługi album może odrobinę przynudzać. Wtedy ciepłe, niewychuchane brzmienie wraz z całkiem sporym bogactwem detali (progresywne zacięcia), pozwalają pokonać ewentualne znużenie. Pytanie na jak długo?

P.S. Po skleceniu tekstu przesłuchałem na powrót Lust for Life i nie mam jednak wystarczającego przekonania by nazwać Norman Fucking Rockwell lepszym.

poniedziałek, 11 marca 2019

Lana Del Rey - Lust for Life (2017)




Nie lada wyzwanie stoi przede mną, bowiem nawet gdy w ostatnim czasie na stronach NTOTR77 zamieściłem kilka wpisów odnoszących się do muzyki dalekiej od rockowo-metalowych wzorców, to nigdy do tej pory nie porwałem się na refleksje w temacie płyty tak bardzo od nich odległej. Wprawdzie teksty o płytach Susanne Sundfør, Lorde, Bishop Briggs, Kovacs, Adele czy ostatnio Bille Eilish jawnie i bez wstydu ukazywały moje zainteresowanie także szeroko spostrzeganym ale bardziej ambitnym popem, to upieram się przy przekonaniu, że nigdy jeszcze nie sięgałem po krążki, jak doczytuje tam gdzie bardziej się znają dream popowe. Po pierwsze cieszę się, że podejmuje to wyzwanie i nie zamykam się na gatunki, które dla dojrzałego wiekowo mężczyzny, który częstokroć w młodości wyłącznie jazgotem się karmił powinny stanowić powód do drwin, miast fascynacji. Po drugie zaś, mimo iż brawura we mnie wyjątkowa, to jednak absolutnie nie zamierzam swoich mądrość promować jako wiedzy eksperckiej i ograniczę się (póki co na razie) do skompresowanego wyłuszczenia powodów owego zainteresowania, tudzież tylko w nieco więcej niż dwóch zdaniach zawrzeć jak tą muzykę w gąszczu współczesnej oferty odnajduję - co w zasadzie sprowadza się do jednego. Chodzi zwyczajnie o fakt, że mam od dłuższego czasu przekonanie, iż wartościowy pop bezlitośnie przez kicz mordowany w latach dziewięćdziesiątych odżył w ostatnim czasie właśnie między innymi dzięki płytom takich cudownych kobiet jak Lana Del Rey, oraz wszystkich młodych wokalistek pokroju Lorde, Bishop Briggs i Billie Eilish, idących tą ścieżką, nie tylko powielając ale wręcz kapitalnie rozwijając ten segment muzycznej popkultury, dodając do jego wizerunku za każdym razem osobisty pierwiastek świeżości, oryginalności i kreatywności. Nawet kiedy od wielkiego dzwonu zapoznam się z propozycjami muzycznych stacji radiowych i telewizyjnych, to pośród numerów rzecz jasna (daruję sobie eufemizmy) głupich, odnajdę wykonawców inspirujących się tym co w zasadzie wydawało się już utracone i utwierdzę się w przeświadczeniu, że obecny pop ma dużo więcej wspólnego z popem sprzed trzech/czterech dekad, niż z tym z końca ubiegłego wieku. Niby wówczas w erze afro i trwałej ondulacji cekinowe disco rządziło, ale gdzieś równolegle rozwijały się prądy i trendy o charakterze kontemplacyjnym, przykładające wagę do roli zaangażowanego tekstu i dźwięków które nie miały być tylko podkładem do pląsania lub popijania kolorowych drinków. Tak właśnie widzę Lust for Life i jest to w mym odczuciu szczególnie ważne w dobie skrajności nie tylko w świecie muzyki. Bez uwrażliwiania subtelnym dźwiękiem, bez kontrowania wulgarnych rapsów czy discopolowej celebracji plastiku, kolejne pokolenie nie będzie miało wyboru, a rozbudowana intelektualnie, dla zachowania koniecznego dystansu tak gęsto ironizująca refleksja zostanie już na stałe zmieciona przez prostackie krytykanctwo czy całkowite zatopienie się w hedonistycznej zabawie. Mam więc jeszcze nadzieję, pokładam w części młodzieży resztki ufności, że chociażby znajdą względną harmonię pośród ton lepszych i gorszych inspiracji, unikając tym samym całkowitego odczłowieczenia. Bez takich doświadczonych artystek jak Lana oraz wszystkich małolat pokroju Lorde, Bishop czy Billie, przekazujących genialnie w przystępnej formule egzystencjalną prawdę o życiu tu i teraz, będą oni i tym samym my będziemy zgubieni.

P.S. Jak sięgnę i odpowiednio dokładnie zgłębię kolejne krążki Lany, to obiecuję że napiszę więcej konkretów o muzyce. ;)

Drukuj