Raport natychmiastowy czynię, świadomym będąc że co za szybko to (he he) niezdrowo, a biorąc pod uwagę merytoryki kontekst, pochopnie - narażając się na zmianę przekonań po czasie i być może konieczność odszczekania nawet kluczowych sformułowań. Biorę to niebezpieczeństwo na klatę, ale jestem tak podekscytowany gigantycznie, iż nie w stanie wstrzymać się na minimalne kilka godzin. Dwa odsłuchy w przestrzeni salonu i dwa na słuchawkach i moje uczucie do Dopamine Chamber z fazy "no ja nie wiem, fajnie", przez totalne zauroczenie po oficjalnie miłość deklarowaną ewoluowało. :) Być może należałoby jak to przystoi poważnej rece opisać poszczególne indeksy i powychwytywać z nich motywy, wątki, detaliki i o klimacie poszczególnych też wystukać po jednym zdaniu w klawiaturę, ale wiadomo że pisanie o muzyce w takiej formule, jest mega subiektywne oraz podług słów Franka Zappy nieskończenie bezsensowne. Nie podaruję sobie mimo to kilku wtrąceń dotyczących aranżacyjnych perełek w sznurze klejnotów i tak na przykład, singlowe numery mają takie w sobie, że zauważę na początek basowy beat, trans w Marianne, z charakterystyczną deklamacją, chórkiem powabnym i groovem, który powoduje że brak u amatorskiego tancerza wyczucia rytmu, może nie być problemem w wyrażeniu ciałem co czuje, gdy Marianne w ruchu wchłania. Wyklaskany na starcie Mimesis, Lalu syntchpopowy faworyt, gdzie ejtisowe fantazje klawiszowe, fantastycznie łamane są brzmieniami mechanicznymi, gitarową wyrazistością akordu i rozmarzonym wokalem lub wskakujący tuż po nim Happy for You, rozpoczynający się nieśmiało, a kumulującym jak się okaże w sobie ogromną energię emocji wyrażonych od około połowy ciężkim brzmieniem wioseł. Mimo cech kapitalnych, kawałków wymienionych, niekwestionowanej uważam oryginalności jeszcze w tym miejscu nie identyfikowanego Tongue, na ten moment największą radość podczas obcowania najbardziej z Demolition odczuwam. On mi wstrzykuje optymizm i uśmiech na gębie włącza, chociaż tekst niekoniecznie jest jedynie analitycznym pozytywnym manifestem. Oczywiście wszystko mi tutaj pasuje i każda kompozycja posiada wartość i jakość najwyższą, dzięki przepełnieniu struktur różnorodnymi eksperymentami, tak czysto instrumentalnymi jak nastrojami przemiennymi, a całokształt dzięki temu jest inspirująco interesująca, dojrzała niemożliwie i świetnie słuchalna. Czy to elektroniczne plamy, pstre łatki z zaskoczeń idealnie wszyte, quasi orkiestracje wypełniające tła, balladowe akustyków snuje oraz oniryczne ornamenty, powodujące że album jest wielowymiarowy i głęboki. Płytę zamyka Intimate i mam wrażenie jakby wszystko co się do tego momentu dźwiękowo działo miało przede wszystkim na celu przygotować mnie słuchacza na tą półsenną klamrę hipnotyzującą, jaka w sumie niczym wyjątkowym konstrukcyjnie się nie wyróżnia, lecz jej intymna, mroczna poświata pozostawia mnie w głodzie uzależnienia i gdy tylko ocknę się z działania czaru Dopamine Chamber, potrzebuje, bądź łaknę więcej wciskając ponownie przycisk play. To album idealnie wyprodukowany i w swojej obecnie eklektycznie indie rockowej, tudzież alt rockowej charakterystyce z połyskiem, który jestem przekonany że kolejnych fanów zespołowi, bez użycia najmniejszego podprogowego przymusu napędzi.
P.S. Jak wchłonę od pierwszego do ostatniego znaku teksty, czego z pewnością redaktorka Lalu dopilnuje, to będę jeszcze bogatszy niż teraz już jestem, po kontakcie głównie z nutkami. Przecież jeśli ktoś daje na kopercie określenie "komora dopaminowa", to jasne że musi się pod nim kryć mega błyskotliwy przekaz - może wrażliwy, sarkastyczny, nihilistyczny, zakładam że nazbyt może dla swojej psychicznej zguby niebezpieczny, z pozycji póki co indywidualnego mentalnego szczęścia, ale w mało szczęśliwym, skomplikowanym interakcyjnie i przebodźcowanym na potęgę świecie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz