Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clutch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clutch. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 września 2022

Clutch - Sunrise on Slaughter Beach (2022)

 


Zadaje pytanie, dlaczego potencjalnie najlepszy od prawie dekady album Clutch jest tym od chyba zarania ich najkrótszym? Mam z tym do k**** nędzy naprawdę problem i nie jest to sytuacja akurat jednostkowa, ograniczona do przypadku Sunrise on Slaughter Beach, że z jakichś niezrozumiałych powodów na krążku absolutnie wspaniałym brakuje jedno/dwu utworowego domknięcia i zamiast dzieła totalnego, dostaję właściwie poczucie zawodu, kiedy jestem przecież tak cholernie wniebowzięty. Paradoks, pierd***** paradoks i zaiste niewybaczalny żart z fana. Bowiem ja najszczerzej jak jestem w stanie twierdzę, że te dziewięć numerów posiada zarówno wszystko co najlepsze w bezpretensjonalnym rockowym stylu Amerykanów, jak i część z nowych kawałków otwiera drzwi na świeże rozwiązania, które na powrót pozwalają mi wierzyć, że przed Clutch jeszcze wszystko, a nie za nimi już to co najlepsze, a przed nimi już tylko kompulsywne odgrzewania starego kotleta. Tym bardziej, że w kontekście poprzednika Sunrise on Slaughter Beach, to zaledwie odrobinę więcej niż jego połowa czasowa. 57-minutowy, momentami już męczący Book of Bad Decisions i 34-minutowy bohater tej dalekiej od wyłącznie merytoryki refleksji. No o co chodzi? Czy chodzi właśnie o fakt, iż wtedy przesadzili, a teraz w reakcji świadomie pozostawili niedosyt? Coś musi w tym być z takiego myślenia, a ja przypominam, że jestem przez to na nich wkur****, bo nie trzeba było radykalnie, a wystarczyło racjonalnie. Wówczas bezdyskusyjnie uznałbym Sunrise on Slaughter Beach za płytę równą Blast Tyrant (2004) w znaczeniu wagi dla historii Clutch - taka w niej intrygująca siła i kapitalny groove. Kopie i buja, wyciska poty i uspokaja - brzmi potężnie, jest krzepka, ale i ma w sobie lekkość, tudzież charyzmę i transowość. Bo te przynajmniej bardziej rozpasane kompozycje w sensie budowy, to hard rockowe, czy może psychodeliczne stoner rockowe bluesy z progresywnym zacięciem. Z fantastyczną przestrzenią dzieloną pomiędzy instrumentalne wariacje, a bezpośrednie popisy wokalnej retoryki. Mimo pretensji nie dałem chyba najmniejszych powodów do przekonania że nie jestem oddanym fanem SoSB! Bije brawo i opadają mi ręce - k**** jednocześnie. 

wtorek, 18 września 2018

Clutch - Book of Bad Decisions (2018)




Book of Bad Decisions, to odrobinę twardszy orzech do zgryzienia, jak porównać twardość skorupy przez którą w tym przypadku trzeba się przebić, a jaką przebić należało kiedy pierwsze odsłuchy Psychic Warfare dokonywałem. Tą zewnętrzną powłokę przez którą dociera się do jądra kompozycji, by pozwolić jej wkręcić się w czachę jako chwytliwa struktura piosenkowa. Takie mam przekonanie, iż bieżący album jest nieco bardziej wymagający, lub co raczej nie wchodzi w grę jest on w znaczącej przewadze pozbawiony pierwiastka przebojowości na rzecz innych środków wyrazu. Może Book of Bad Decisions posiada bardziej tłusty sound, brzmienie jest mniej wyraziste, nieco nawet mętne, stąd takie wrażenie? Może jednak wracając do startowej tezy potrzeba więcej czasu by przebić się do warstwy osadzającej pierwiastek chwytliwości poszczególnych kompozycji w świadomości słuchacza? A może to tylko moje odosobnione przekonanie i bredzę robiąc z siebie w tym momencie pośmiewisko? Udźwignę jednak ewentualną wzmożoną aktywność krytyków, szyderę arogantów, tudzież hejterów wściekłą agresję i dotąd będę nowy long Clutch katował, aż się przegryzę i wgryzę w niego dostatecznie. Póki jednak to nie nastąpi będę z uporem maniaka trzymał się powyższej wyłuszczonego odczucia z nadzieją przekorną, że ten stan będzie trwał na tyle długo by cieszyć się długotrwałym rozszczepianiem zawartości nowego longa na czynniki pierwsze, miast o nim po dwóch, trzech odsłuchach wiedzieć już wszystko i za kilka tygodni odrzucić go w kąt, wyciągając go z niego tylko sporadycznie. Wiem natomiast ponad wszelką wątpliwość jedno! Jestem przekonany o fakcie sięgnięcia przez Clutch gatunkowego uniwersum już kilka płyt wstecz, a wszystko co potem to już tylko balansowanie pomiędzy większą surowością southern rocka, a groovem funkowej swobody. Z tej perspektywy postrzegam Book of Bad Decisions jako krążek który z okrzepłej formuły wyciągnął wszystko co mógł w tej sytuacji wyrwać. Chodzi rzecz jasna o harmonie i równowagę pomiędzy powyższymi quasi skrajnościami. Mając bowiem teraz w słuchawkach jego zawartość, pomimo iż ona nie tak bezpośrednia jak się spodziewałem, to mimo wszystko nie jestem w stanie wydobyć z siebie grama więcej krytyki ponad tą powyżej, która przecież w zasadzie znamion krytyki nie wyczerpuje. Bo oto bez cienia ironii Book of Bad Decisions odbieram jako płytę znakomicie eksplorującą dotychczasową twórczość ekipy z Maryland, zarówno pod względem metody i treści. Metody sprawdzonej, jednak nie tożsamej ze schematyzmem i treści związanej z szablonem, jednak absolutnie nie tożsamej z nudą. Clutch ma przede wszystkim wtłaczać w organizm odpowiednio intensywną dawkę pozytywnej adrenaliny, pobudzać do pstrykania paluchami, tupania nóżką i karkiem rytmicznego potrząsania, w drugiej kolejności zaś do poszukiwania w swojej twórczości większej ambicji. Tyle, że najczęściej Amerykanie z łatwością łączą oba moje wymagania, a Book of Bad Decisions nie jest w tym akcie zadowalania wyjątkiem. Nawet jeśli te 15 numerów rozgryza się nieco inaczej niż piosenki z poprzedniczki, to zarówno w  wersji ze znakomitymi obrazkami jak i sauté robi się to z ogromną przyjemnością. Oklaski!

środa, 20 czerwca 2018

Clutch - Robot Hive/Exodus (2005)




Sięgam pamięcią do wydarzeń nie tak odległych, bowiem z perspektywy chyba już ponad ćwierćwiecza rzetelnego osłuchiwania się gitarowym graniem, ta niemal dekada którą mam na myśli od kiedy zbiegiem okoliczności trafiłem na Clutch i zażarło od startu, to niemal jak dłuższa tylko, ale jednak chwila. Na wysokości z grubsza Starnge Cousins from the West, ale bez bezpośredniego od tego krążka impulsu rozpocząłem zażyłość z dyskografią Amerykanów. Piszę to wszystko, gdyż zaraz po zapoznaniu się z albumem z 2009-ego roku sięgnąłem jeszcze rzecz jasna bez większej orientacji akurat po Robot Hive/Exodus i z tej perspektywy pierwotnej konfrontacji z "kuzynami" był on w moim przekonaniu zbiorem nieco lepszych numerów, gdzie "nieco" należy odbierać jako określenie odzwierciedlające w rzeczywistości nikłą praktycznie różnicę. Mam takie osobiste (maksymalnie subiektywne przekonanie), iż obydwa albumy, wtedy bez znajomości innych pozycji z dyskografii Clutch porwały mnie i pozwoliły na dobre wkręcić się w dźwiękową propozycje obywateli stanu Maryland. Jednak im więcej materiału Clutch przerabiałem, tym mocniejszego przekonania nabierałem, że w konfrontacji ze znakomitymi Blast Tyrant i From Beale Street to Oblivion, a z czasem też ze szczytowym osiągnięciem grupy w postaci Earth Blues i niewiele mu ustępującym Psychic Warfare, to jednak Robot Hive/Exodus zalicza z pewnością nie nokaut, ale po twardej walce minimalną, bo opartą o drobne niuanse porażkę na punkty. Niby nie ma czego właściwie się czepiać, bo każdy z trzynastu autorskich (zaindeksowanych całościowo pod w sumie czternastoma pozycjami) numerów, to rzeczy doskonale skomponowane, z rewelacyjnym groovem, świetnym jak zawsze wokalem Neila Fallona i nie takimi prostymi jakby się zdawało bluesująco-swingującymi southern-rockowymi riffami, lecz gdzieś bez tego pazura, który na produkcjach faworytach dosadnie w kręgosłup kawałków był wtłoczony. Na Robot Hive/Exodus jest w każdym bądź razie luz, dystans, mega bujający flow i co fundamentalne sporo więcej klawiszy dodających przestrzeni, kosztem właśnie typowo rock'n'rollowej dynamiki. Czego nie uważam za wadę i też doceniam jako walor, bo uatrakcyjnia muzyczną charakterystykę ekipy brodacza, więc jak tylko zaczynam (tak jak teraz) zdziebko kręcić nosem oceniając go w układzie odniesienia z powyżej wymienionymi siostrami i braćmi, to z miejsca sam przywołuję się do porządku dokonując uzasadnionej samokrytyki w akcie samodyscyplinarnej moralnej chłosty. Szczególnie tuż po wybrzmieniu ostatnich akordów pod numerem czternastym umieszczonego fantastycznego coveru Howlin" Wolfa. Toż to majstersztyk niewątpliwie, wałek jak się patrzy, zaśpiewany tak, że czapki, kapelusze, berety, peruki, treski i inne nakrycia z głów! Who's Been Talkin' gdyby w tej interpretacji usłyszał sam Chester Arthur Burnett, mam pewność niezachwianą, że pokiwałby głową z uznaniem i może nawet wycharczał jakiś dowcipny komplement.

wtorek, 6 czerwca 2017

Clutch - From Beale Street to Oblivion (2007)




Jest początek czerwca 2017-ego roku, czyli za zaledwie kilka dni oczekuję kapitalnej sztuki zagranej przez amerykanów w Katowickim Mega Clubie. Jak szacunek dla wyczekiwanego bandu nakazuje, należy przed gigiem odpowiednio merytorycznie się przygotować, czyli intensywny przegląd dyskografii uczynić. Akurat w przypadku Clutch ograniczam ją przede wszystkim do studyjnych nagrań od Blast Tyrant w górę i od razu zauważam zerkając na autorskiego bloga, że akurat From Beale Street to Oblivion tekstem jeszcze nie został na jego łamach uhonorowany. Wpisałem się zatem przez przypadek w niechlubną tradycję ignorowania tego krążka, bo jak dostrzegłem robiąc przegląd magazynów muzycznych sprzed lat, gdy krążek w 2007 roku ujrzał światło dzienne niewiele w prasie wzmianek o tym fakcie zaistniało. Trudno zrozumieć, dlaczego ówcześnie tak znakomity przecież efekt pracy ekipy Neila Fallona został zmarginalizowany. Może się mylę, może tylko nie dysponuję tymi polskojęzycznymi tytułami, w których o płycie i to zapewne wyłącznie w ciepłym tonie pisano. Niemniej jednak dziwi, że kapitalna kontynuacja dobrej passy po Blast Tyrant i Robot Hive/Exodus głośniejszym echem w branży się nie odbiła. Zresztą zespół o takim potencjale i jakości wybornej zasługiwać powinien na status mega gwiazdy, miast sprzedawać w stosunku do elity popowej śladowe ilości krążków i prezentować swój doskonały funkujący blues rock w przybytkach pokroju zaniedbanego Mega Clubu. To jest rzecz oczywista, temat na obszerniejsze analizy dotyczące miejsca pierwotnego rockowego grania w ogólnie rozumianej pop kulturze oraz gustów, o których trafione przekonanie rzecze – "... się nie dyskutuje.". Dla mnie, bynajmniej nie totalnego odszczepieńca, ale z pewnością osobnika o preferencjach estetycznych różnych od miłościwie w mainstreamie panujących, Clutch to synonim szczerości działań i zachowań biegunowo odmiennych od "celebryckich". Idealny także przykład na zbudowanie z elementów może oczywistych, często już wyeksploatowanych (triada - hard rock, blues, funky), hybrydy jedynej w swoim rodzaju i z miejsca jednoznacznie z dobrą, bezpretensjonalną muzą kojarzonych. Natomiast sam From Beale Street to Oblivion jako top reprezentacyjny, mieści w sobie w idealnych proporcjach wszelkie znamiona charakterystycznej muzycznej maniery zespołu. Od dynamicznych rockerów w postaci otwierającego You Can’t Stop Progress i startującego zaraz za nim z równą mocą Power Play, czy One Eye $, poprzez hiciory w rodzaju mega nośnego The Devil & Me, White’s Ferry wyrastającego z natchnionego brzdąkania, przechodzącego w energetyczny trip i kończąc klimatem z początku. Krew pod ciśnieniem tłoczą i bioderka do podrygiwania zachęcają takie cacuszka jak pulsujący znakomicie Electric Worry, Rapture of Riddley Walker, względnie Opossum Minister i rewelacyjny (ukłony po raz kolejny) Mr. Shiny Cadillackness. Nie ma miejsca na słabsze momenty, nie doświadczam obniżki formy w tym idealnym konglomeracie rytmu, melodii i ciężaru. Wybieram się zatem jak na wstępie wspomniałem do stolicy Górnego Śląska z ogromnymi oczekiwaniami, by w post przemysłowym otoczeniu poczuć atmosferę wyśmienicie rozbujanego amerykańskiego blues/rocka.

sobota, 24 października 2015

Clutch - Psychic Warfare (2015)




Tak się składa, że na poważnie to Clutch dość późno i w przypadkowych warunkach poznałem. Może już gdzieś o tym pisałem i ponownie zanudzać anegdotami zabawnymi tylko dla wtajemniczonych nie zamierzam. Jeżeli nie dzieliłem się tą historią to trudno, nie pójdzie w świat i tyle. :) Istotne, że zbieg okoliczności dał mi szansę na zapoznanie się z tak rasową ekipą i mam tu na myśli prócz co oczywiste muzyki, to i kwestie około muzyczne - bardziej te z samym podejściem muzyków do biznesu, wiecie, rozumiecie, lanserką, gwiazdorzeniem itp. związane. Nie ma w tych Amerykanach nawet grama napuszenia, jest za to (jak ich tak rzecz jasna z perspektywy fana obserwuje) pełna naturalność i ogromna pasja do robienia na własnych zasadach muzyki, takiej jaka w ich sercach gra. Powracają systematycznie z wybornymi materiałami i wycierają deski sceniczne podczas ciągłych tras. Pieniądze ich zepsuć nie mogły, bo i pewnie kokosów te działania nie przynoszą ale lojalność i uwielbienie ze strony fanów już w poczucie wyjątkowości co ego nieźle podkręca, to już akurat wpędzić mogło. Oni odporni są na te pokusy - takie wrażenie odnoszę, taką pewność z każdym kolejnym rokiem działalności Clutch zyskuje. Skupiają się chłopy na muzyce i po raz kolejny słychać to nowym krążku. Na otwarcie (i zakończenie, by klamrą spiąć całość także) tematyczne sample pewnie z jakiejś filmowej niskobudżetowej produkcji i dalej z impetem grzeją na rubaszną rockową modłę kolejne dynamiczne numery. Bez udziwnień, zatrzęsienia detali i niemal chwili dosłownie wytchnienia. Właśnie "niemal" gdyż mniej więcej w połowie albumu na chwilę tempo zwalniają i uspokajają "Salonem zagłady" i zaraz za chwilę kołyszą "Matką Bożą (??? ;)) w elektrycznym świetle". To jednak tylko takie przygotowanie do drugiej rundy, gdzie serie ciosów mocarnych zostają ponownie wymierzone. Runda pierwsza i ta finałowa aż puchną od testosteronu napędzającego dynamikę, tu pośród samych killerów na czoło wysuwa się sunący bez opamiętania (dosłownie) "Szlachetny dzikus", odrobinę funkująca "Szybka śmierć w Teksasie", eksplodujący w refrenie "Łasy na czarownicę", numer singlowy oraz zamykający krążek kapitalnie stopniujący napięcie "Syn Virginii". Wysokie obroty, pełna moc, rura i do przodu. Radocha, że maszyna w takiej formie i zapierdala aż się tumany kurzu po okolicy roznoszą. Przyznam, że akurat towarzystwo premierowego krążka Clutch podczas podróży samochodem mocno ryzykowne. Posiadają te dźwięki moc wyjątkową która do ciśnięcia prawego pedała w podłogę prowokuje. Jazda daje wtedy potężny zastrzyk adrenaliny, wodze puszczają i k**** jestem na drodze nie tylko potencjalnym zagrożeniem. Zatem rada taka by jak kto mistrzem kierownicy takim na poziomie zawodników Nascar (obowiązkowe amerykańskie skojarzenie) nie jest, to niech lepiej tego rockowego "sprzęgła" (ha! taki żarcik) zbytnio nie eksploatuje lub jak sobie tej przyjemności w wozie odmówić nie może to jeździ wtedy wyłącznie z odpowiedzialną małżonką co zbytnią ekspresję męża potrafi skutecznie powstrzymać. Sprawdzę z pewnością w praktyce jak się ma ta teoria do rzeczywistości, bo ze mnie wyłącznie rekreacyjny kierowca, żaden zawodowiec, a okazja będzie z pewnością bo najnowsza kapitalna produkcja ekipy brodatego towarzyszy mi od premiery na okrągło, dosłownie wszędzie.

P.S. Wszystkie tłumaczenia tytułów kompozycji autorskie, podparte teoretyczną, mało praktyczną znajomością języka angielskiego. :) Stąd gdyby jakiś ekspert moją pracę analizował bardzo proszę o wyrozumiałość. Porzucając wrodzone i utrwalone dobrym wychowaniem kulturalne maniery, (czasami trzeba) - względnie niech się odpieprzy i dupy mi nie zawraca swoim pedantyzmem i egoistyczną potrzebą karmienia swej próżności. Tutaj ja mam wyłączność na jej tuczenie i nie mam zamiaru rezygnować choć z grama tłuszczu jakiego może mi dodać. Fuck off and die! Chociaż na cholerę mi twoja śmierć, żyj jak chcesz i daj żyć innym. Poprawność językowa to przecież nie wszystko! Nie bądź człowieku Miodek. Ha! Bez urazy rzecz jasna. ;)

czwartek, 12 czerwca 2014

Clutch - Blast Tyrant (2004)




Przygoda z Clutch, a precyzyjnie mówiąc moje z tymi typami początki, gdzieś po części wcześniej już opisane zostały. ;) W tym miejscu przypomnę jedynie, że jakoś tak późnawo na nich wpadłem i do tej pory niezbyt ochoczo do albumów sprzed Blast Tyrant sięgam. Trudno to może wytłumaczalne, gdyż żadnego znacznego przeskoku stylistycznego, czy rewolucji pomiędzy nim, a poprzednikiem nie można zarejestrować. Jednakowoż we mnie taki opór tkwi i Pure Rock Fury wraz z kilkoma wcześniejszymi produkcjami wrażenia równego albumowi z tym charakterystycznym malunkiem, nie robi. Takie moje "widzi mi się" lub podświadomości figiel i szansy nadal w perspektywie nie widzę by to przekonanie zostało zreformowane. :) Nie będzie ochów i achów w temacie działalności do 2004 roku, nie będzie też zjadliwej krytyki bo i podstaw do niej naturalnie brak ;) gdy argumenty do "bo tak" ograniczone. ;) Za to w superlatywach o Blast Tyrant i w ogólności postawie grupy nie omieszkam się porozpływać! Zasługują amerykańce na nie, bo zwyczajnie kawał przebojowego riffowania na bluesowo-funkowych korzeniach zbudowanego tutaj zaserwowali. Jakbym ja mniej bamboszową osobowość posiadał, mniej spokojne, takie ułożone maksymalnie życie sobie cenił to bez chwili namysłu w takiej kapeli chciałbym instrumenty okładać. Właśnie takie bezpretensjonalne, pozbawione nadętej retoryki młócenie najbardziej mnie kręci, pełne kapitalnego wyczucia rytmu, z groovem bez napinki i swobody masą. To czuć, że goście wybornie się bawią odgrywając swoje numery, świetnie ze sobą współpracują - są kumplami co browara jammując wychylą. To ich pasja, a przy okazji źródło zarobkowania. Może odrobinę się zagalopowałem, bo obecnie popularność z bycia muzykiem w takiej niszy gatunkowej funkcjonującym profitów na miarę bamberskiego przepychu nie przynosi. I pewnie dobrze bo kasa już zbyt wielu zepsuła, artystyczny poziom z gruntem zrównując. Rozumiecie, pełny brzuch, dostęp do wszelkich uciech za zielone osiągalnych, zabija to co w wartościowym muzykowaniu się liczy. Nie ma motywacji, gdy wszystko na wyciągnięcie ręki lub pod sama gębę podstawione. W przypadku Clutch takiej obawy nie ma, bo ani supergwiazdami, czy sezonowymi bohaterami muzycznych stacji się nie staną. Ich działalność to wycieranie desek scenicznych tylko dla wtajemniczonych, oddanych fanów, wylewanie hektolitrów potu w niewielkich klubach z profitami ograniczonymi za to z energią i szacunkiem szczerym jakie od tych nielicznych szczęśliwców co na ich twórczym potencjale się poznali, płyną. Ja jednym z nich się czuje, wybranym spośród miliardów by czerpać radość w muzyce zawartą. Dziękuje więc za ten rodzaj wrażliwości jakim obdarzony (komu dziękczynienia składam - trudna sprawa, tyle zmiennych na mnie wpływało) ;) ważne jedynie, że w tym miejscu się znajduje i satysfakcje z takiego obrotu spraw posiadam. Odpływam sobie zatem w towarzystwie Blast Tyrant i zawartej w niej magicznej formule, dźwiękowej witalności. Analizuje, bardziej czuje sercem niźli rozmieniam na detale bo muzyka prócz wymiaru czysto intelektualnego tą własność nadrzędną w postaci dobrej zabawy powinna posiadać. Tutaj jej tony z wartością dodaną jaką unikanie miałkości i zwyczajnej popeliny. Jest fajnie i intrygująco, czego sobie życzyć więcej? Może jedynie zachowania tej formy? To życzenie Clutch ostatnio spełnił aż nadto, wyśmienitego Earth Rockera wydając!

piątek, 31 stycznia 2014

Clutch - Strange Cousins From The West (2009)




Clutch powyżej pewnego, oczywiście wysokiego poziomu nie schodzi i kiedy nawet Strange Cousins From the West z perspektywy ubiegłorocznego, mocarnego albumu nieco bardziej blado wypada to i tak zdrowo buczy i huczy w głośnikach. Gdzie powód takiej niezawodnej formy, ja się pytam :) i natychmiast sobie odpowiedź podaje! Myślę, że w dwóch jasnych punktach on zawarty – rubasznym  wokalu Neila Fallona oraz świetnym wyczuciu blues-rockowej formuły. Te dwie fundamentalne cechy twórczości gości będących klasycznym przykładem alter ego dla zmanierowanej muzycznej sceny wszelkiego rodzaju sortu, niosą ze sobą uniwersalną prawdę o wartości muzycznej pasji. Znaczy, że jak się ma talent to nie potrzeba pajacowania, pudrowania gęby, spektakularnych kiczowatych tricków i przypinania naciąganej kontrowersyjnej ideologii. Na pierwszym i jedynym froncie liczy się sama muzyka, spisana i odegrana z pasją w sposób naturalny, niewymuszony. Ona na lata szacunek wśród fanów zdobywa bez względu na przejściowe mody czy trendziarskie chwilówki. Tym szlakiem Clutch podąża, a estyma jaką otoczony nie do uzyskania przez te wszystkie błyszczące tandetą produkty menadżerskiej chciwości. Dzięki takiej postawie, jakość ich albumów uniezależniona od całej tej marginalnej merytorycznie, a tak istotnej promocyjnie w dzisiejszej medialnej rzeczywistości gry pozorów. Egzystują sobie gdzieś na uboczu z armią wiernych i co kilka lat obdarowują ich łaską nowego albumu, czy trasy koncertowej. Tak oto w 2009 po dwóch latach przerwy, poleceni kuzyni z zachodu na chatę moją za pośrednictwem ekipy z Maryland się wbili i pełną chwytliwego blues-rockowego groovu dźwiękową materią za gościnę podziękowali. Niejednego browara w ich towarzystwie od tamtej pory zdarzyło mi się wysączyć, sporo kilometrów w podróży spędzić, a nadal obecność ich systematycznie pożądana. Taki już tego krążka urok, że nudy pomimo prostoty jaką obdarzony zupełnie podczas odsłuchu  nie doświadczam. Nieskomplikowana jego natura w żadnym stopniu z tępą nijakością związana, ona wyłącznie z podstawową wartością w szczerych intencjach zawartych utożsamiana. Naprawdę fajnie mieć takiego bezinteresownego kumpla!

wtorek, 4 czerwca 2013

Clutch - Earth Rocker (2013)




Strange Cousins from the West kazał domniemywać, iż Clutch teraz wraz z kolejnymi produkcjami dryfować będzie coraz głębiej w rejony bluesujące, jak jednak się okazało wraz z poznaniem Earth Rockera, goście z Maryland jedynie wyciszyli nastroje by uderzyć z nowym impetem pokazując wszystkim pseudo-rockowym wypierdkom kto tu na granicy nastrojowego bluesa i dynamicznego rocka dominuje! Earth Rocker to bowiem wybuchowa 45-cio minutowa petarda wyciszona jedynie w środkowej fazie za pomocą kapitalnej perełki w postaci Gone Cold. Być może tylko po to aby dać fanom choć odrobinę tego co w pewnym stopniu silniej zaakcentowane zostało na poprzedniczce. W moim przekonaniu Earth Rocker to krążek dynamiką dorównujący mojemu ulubionemu Blast Tyrant tyle, że wszelkie funkowe niemal naleciałości albumu z 2004-ego roku zostały tu zastąpione typowo energiczną rockową tradycją. Szlachetne jak zwykle klasyczne instrumentarium nad którym muzycy panują w sposób kapitalny zostało zaprzęgnięte w tylko jednym celu – dać słuchaczowi porcje archetypicznej typowo męskiej rozrywki bez jakiś przesadnych fajerwerków, wyłącznie buzujące dojrzałym testosteronem. Jednak nawet najlepsze utwory mogłyby być pogrzebane przez wokalną nieudolność frontmana. Clutch oczywiście może się tego problemu nie obawiać, gdyż niewiele grup ma takie szczęście by posiadać w swoim składzie wokalistę kompletnego z barwą doskonałą, wręcz wymarzoną dla stylu w którym się poruszają. Neil Fallon dodaje świetnego feelingu liniom melodycznym, kapitalnie akcentując frazy, głębokim brzmieniem podkreślając moc rockowego sznytu. Krótko mówiąc dla każdego kto zaczyna żyć pełnią kiedy w jego żyły wlewają się bujające tradycyjne rockowo-bluesowe dźwięki produkt to wprost wymarzony na długo tłukący się w głowie, chodzący za pośrednictwem szlachetnej przebojowości za człowiekiem pomimo zapadającej już ciszy wokół! Kurwa znów im się to udało – kocham tych Amerykanów!

Drukuj