Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Behemoth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Behemoth. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Behemoth - Thelema.6 (2000)

 

Patrzę Diabeł za progiem - skinął raz lewym rogiem, raz prawym rogiem i zachęcił by po gigantycznej przerwie (eksportowego metalowego fenomenu polskiego nie słucham na co dzień) skierować swoje ucho ku w miarę niedalekiej (he he ;)) przeszłości i zacząć uzupełniać archiwizację "behemothową" o kolejne wsteczne albumy, powstałe na przełomie wieków i jeszcze w płodnych mocno latach dziewięćdziesiątych. Zamiast cofać się od Zos Kia Cultus, los tak chciał że włączyłem najpierw przypominająco Theleme.6 i mimo że ogólnie dzielę wobec niej zaskakującą, z wieloma bardziej zdeklarowanymi fanami nieco krytyczną opinię, to jestem zarazem w stanie przyznać że pod kilkoma względami nie broniąc się ówcześnie najbardziej znakomicie, to odtworzenie jej nie było jakimś koszmarem wstydliwym. Słychać że brzmienie mogłoby być mniej sterylne, bębny nagrane na padach mniej plastikowe i bas mniej schowany, ale trudno mi też nie ulegać sile naprawdę dobrych, dzisiaj kanonicznych kilku kompozycji. Podoba mi się w Thelemie że to jeszcze nie jest kompletnie ukierunkowanie na amerykański death łojenie, doprawione epickim i teatralnym anturażem, a granie jakie dotykając chwytliwych nutek, uderza selektywnymi, precyzyjnymi metalowymi partiami, a nie metalem w nieznośnie podniosłej (apokaliptycznej chyba) manierze. Ja tu bardziej słyszę segmentami wpływy melodyjek slayerowych (Vinvm Sabbati, Pan Satyros), końcowego etapu działalności nieodżałowanego Chucka Schuldinera (Inflamed With Rage i wejście w utwór), niż jego ziomalów spod znaku totalnej apokalipsy - choć ogólnie czuć gdzie ta ścieżka Nergala prowadzi. Szanuję z perspektywy czasu, mam jednocześnie świadomość, że to lekko nazbyt syntetyczne brzmienie, ale podoba mi się ono bardziej niż to wykręcane na Demigod i jemu bliskich, bowiem nie jest przytłaczające i po kilku odsłuchach nie odrzucasz płyty nie przez względy muzyczne, a przez przesadzone skompresowanie brzmienia. Na marginesie kiedyś jeszcze na zasugerowanych krążkach stosowane patenty inżyniera dźwięku mnie tak nie irytowały jak obecnie, gdy coś na playlistę z okolic 2004 roku wskoczy - czemu wyraz dawałem bodaj gdy o nich coś wystukiwałem. Natomiast jak by spotkanie na nowo z piątym Behemotha długograjem nie było katorgą, to zdaje sobie sprawę, że nigdy mnie ta nuta nie porwie i nie porwała, bo zupełnie otoczka oraz sama prąca na szkło gadka sternika do mnie przemówić przekonująco nie potrafi. Stąd może te mieszane odczucia i mało głęboka analiza, gdy nie uznaję się za fana, ani większego sentymentu w kontakcie nie odczuwam. Darski zawsze robił wszystko po swojemu i zdaje się zawsze miał plan, więc obecne miejsce pośród najbardziej dochodowych kapel około-blackowych, nie jest rzecz jasna zbiegiem okoliczności. Chciał chłopak mieć metalową machinę do "szołmenowania" i ma, a Thelema.6 to początek drogi na sam szczyt - puchnąc i rosnąc, a tym samym zamieniając garstkę fanów undergroundowych, na miliony mainstreamowych. I na pewno nie jest to nie w porządku!

środa, 21 maja 2025

Behemoth - The Shit Ov God (2025)

 

Absolutnie nie wiem co się myśli i pisze o nowym krążku ekipy zarządzanej twardą ręką przez Nergala, zatem to co w minimalistycznej formule nabazgrole o The Shit Ov God może być totalnie nieprzystające do jego publicznej oceny, co może jedynie dodać mojemu zdaniu wartości w sensie prawdy nieskażonej wpływami opinii obcych. Zarazem może okazać się przekonaniem kompletnie z dooopy kogoś, kto z black/death metalem stylistycznie pokrewnym gustom Darskiego nie ma obecnie niemal nic wspólnego, a jego obiektami porównawczymi albumy które dawno już straciły przypisany im z początku przymiotnik świeży i jedynie mogły nie odkleić się od nich etykiety w rodzaju "potężny". W dodatku nie bardzo rozumiem skąd u mnie to wciąż aktywne i za każdym razem gdy Behemoth materiał wydaje intensywnie pobudzone poczucie obowiązku prowokującego do odsłuchu i stanowiska przedstawienia. Nie słucham bowiem jak już doniosłem takiej nuty za często, bądź wręcz nie pojawia się ona w moim płytowym życiu w ogóle. Dlatego też pokora moje usprawiedliwianie potęguje i ja zupełnie nie będę miał ochoty na walkę polemiczną, gdyby nawet pojawiła się radykalnie różna, skrajnie odmienna od mojej opinia. Ja tylko chciałem zatem sobie zarchiwizować, że The Shit Ov God na poziomie podstawowym poznałem i gdzieś tam sobie w świadomości pośród innych krążków najbardziej rozpoznawalnej polskiej marki ją umieściłem. Chciałem tylko w sumie dać do zrozumienia że lepiej się tego słucha bez wizji niż ubarwia nutę wizualną koncepcją przywiązanego niestety do epickiego kiczu Nergala. Gdy The Shit Ov God się jedynie w formie dźwiękowej kręci, to ja coraz słabszym jednak sentymentem przywiązany do mega jak na estetykę popularnego Enthrone Darkness Triumphant (wiadomo kogo) wyłapuję skojarzenia z takim kierunkiem na pełnej potęgę brzmienia wykorzystującego black metalu. Nie oczywiście jeden do jednego, bo w takich proporcjach nie sposób tutaj tych albumów do jednego mianownika sprowadzać, ale jest na The Shit Ov God często więcej Dimmu Borgir niż Behemotha. Może nie aż tak diabelsko quasi orkiestracyjnie przebojowego jak w wykonaniu Norwegów i bez tak podobnie wyrazistych tematów w zarys wlanego, ale jednak jeśli nie jestem już w stu procentach na detale i ogólniki głuchy, to jednak. Behemoth w takim wydaniu jest (uwaga pocisk) wreszcie jakiś bardziej niż tylko aranżacyjnie poprawny, bowiem jest w sensie umiejętności zszywania motywów i motywów tkania profesjonalnie, zapamiętywalny w końcu. Wiadomo też że to już nie taki black metal straszny (nie drżyjcie świętojebliwi), choćby nie wiem jak bardzo obrazoburczych tekstów Nergal z siebie nie wypluwał, gdyż to się przejadło, trochę swoim ogonem arogancji przykrztusiło i wcześniejszym rozmachem kontrowersji tematy przegrzało. The Shit Ov God najzwyczajniej słucha się dobrze, bez jakichkolwiek jednak silniejszych emocji i kiedy bez obrazków to bez jednocześnie poczucia zażenowania. Inaczej nawet jeśli to dźwięki potężne, patosem wciąż po korek napełnione, to też w całym kontekście i otoczce wizualnej nie od dziś niemałe konsternacyjne zażenowanie wywołujące. 

P.S. Ma Nergal niby ten potencjał instrumentalistów kapitalny, ale nie ma Nergal już pasjonującego, w żadnym stopniu, porywającego pomysłu na naprawdę kontrowersyjną i zarazem emocjonującą sztukę i choćby skały sr***y i wysry-wały kolejne zawijasy bluźnierstwa, to ch**a więcej ponad przeciętność z tego wypiętego w stronę Boga owłosionego doopska Nergal nie wyciśnie. Powtórzę że The Shit Ov God słucha się dobrze, ale to chyba w przypadku sztuki która powinna nieprzyzwyczajonych boleć jednak obelga. 

czwartek, 20 czerwca 2024

Behemoth - The Apostasy (2007)

 

Behemoth dzisiaj - z perspektywy czasu, czyli do The Apostasy nowe podejście! W 2007 roku Nergal był już ze swoim diabelskim dziecięciem niemal na szczycie i straszył konserwę oraz wzbudzał nie tylko zdobytą popularnością zazdrość naszych popowych gwiazdeczek, które nie miały szans na osiągnięcie w szerokim świecie statusu, jaki w metalowym światku zdobył Adam Darski. Wówczas nadszedł czas na przypieczętowanie swojej już szczytowej w zasadzie pozycji i wydanie krążka jaki stawiając kropkę nad i przeniesie Behemoth do legendy. Nie ma wątpliwości iż The Apostasy to coś powyżej Demiogod i jakbym ostatnio nie był zaskoczony faktem, że krążek z roku 2004 obecnie bardzo mi siedzi, to uznać nie będę miał oporów iż The Apostasy aranżacyjnie tenże miażdży. W zasadzie do czynienia mamy z przekierowaniem sposobu komponowania z ciężaru quasi death metalowego na totalnie rozbuchaną, bez rezygnacji z najbardziej istotnej w fundamentalnym dla Behemoth gatunku surowej wulgarności formę progresywną, zaadaptowaną właśnie do black metalu, z kluczowymi (nie zawsze się nimi podniecam) epickimi motywami. The Apostasy rozczytywane z punktu widzenia roku 2024 to tak formalne zmiany w stosunku do Demigod, jak początek drogi jakiej rozwinięciem i utwierdzeniem kolejne albumy - w zasadzie do dzisiaj włącznie. The Apostasy jednako też jest idealnym przeniesieniem na grunt muzyczny ambicji Nergala, który tak jak mocno przywiązywał zawsze uwagę do wizualnej otoczki, przez co nieco przenosił ciężar koncentracji z muzyki, tak tym razem nieprawdopodobnie nutę zagęścił, czyniąc ją wreszcie mega wyrazistą, nie tylko używając świeżego instrumentarium, lecz komponując utwory które niewiele miały wspólnego z selektywną poniekąd prostotą, wchodząc w ciężkie buciory muzyki totalnej - intensywnej, gwałtownej, agresywnej, ciężkiej i jak cholera zwartej. Bębny rąbią bezlitośnie, wiosła tną brutalnie, a wszystko razem wzięte (także ornamentyka, te trąby i inne) z impetem przetacza się przez kolejne minuty, a dodatkowo są tu też chwytliwe smaczki jakich ja to bym w muzyce Behemoth od zawsze w większej ilości żądał - patrz Libertheme. Jest też Warrel Dane gościnnie i być może jako plan promocyjny Leszek Możdżer, bo Darski to mimo iż jak udowadnia wysokiej klasy kompozytor, to jednak najlepiej czujący się w obszarze marketingu biznesmen. :) Akurat wszystko co związane z The Apostasy udało mu się znakomicie w obydwu tych obszarach. 

sobota, 25 maja 2024

Behemoth - Demigod (2004)

 

Nieco szokujące doświadczenie, odpalić album Behemoth ze środkowej umownie fazy działalności, kiedy raz nie robiło się tego od minimum lat piętnastu, dwa gdy kompletnie od tego czasu nie jest się fanem zespołu Nergala i po trzecie, jeśli pamięta się krążki z tego okresu raczej jako mechaniczne i pozbawione większego aranżerskiego polotu, a okazuje się iż chyba lepiej się ich słucha obecnie, niż było to wówczas na bieżąco. Na bieżąco śledzę co tam Negral z kumplami studyjnego wydaje, ale raczej z poczucia obowiązku i ciekawości niż dla przyjemności, więc nawet jeśli archiwizuje sobie te nowości w tonie pozytywnego odbioru, to jednak nie wracam do nich - tak jak ekstremalnie niewiele black metalu z death metalowymi inklinacjami się u mnie kręci, a tak sobie po odpaleniu Demigod myślę, iż nieco brakowało mi ostatnio podobnego bezkompromisowego uderzenia. Demigod zatem w stopniu wyższym cenię (tak się okazało) dzisiaj, niż ceniłem przed dwiema dekadami i niech mnie demony prześladują, jeśli nie pisze tutaj dla mnie potwornie zaskakującej najszczerszej z najszczerszej prawdy! Więcej, ja jestem w szoku totalnym, bo inaczej sobie Demigod przykładowo zapamiętałem i kojarzyłem go nie przez pryzmat dobrych harmonii (także tych mocno melodyjnych), lecz morbidowej mechanicznej sekcji rytmicznej i podobnych ekipie Treya Azagthoth riffów, więc w moim łbie funkcjonował jako materiał pozbawiony organicznej finezji i nastawiony na nutę ambitną, jednako promującą przede wszystkim czystą brutalność, a tak nie jest w rzeczywistości. Podoba mi się dzisiaj, a szczególnie mnie przekonuje jako płyta pozbawiona quasi orkiestrowej epickości, która opanowała niestety obecne oblicze rozpieszczonego przez fanów dziecka Darskiego i wespół z przesadną teatralnością w kwestii wizualnej wpuściła go w podobny kanał, w którym dla mojego poczucia kompletnego rozczarowania zakotwiczyło Dimmu Borgir i bardzo dobrze się w tej omijanej przeze mnie zatoczce jak widzę od wielu lat czuje. Nie podoba mi się to, ale nie ma to przecież żadnego realnego znaczenia, natomiast dla mnie znaczenie ma sytuacja kuriozalnego zachwycania się Demigod w dwadzieścia lat po wydaniu, gdy raz przypominam jestem obiektywnie tak daleko od takowych brzmień jak nigdy dotychczas nie byłem, dwa nie ma opcji abym mimo komplementowania wrzucił Demigod i podobne do subiektywnej sekcji kocham jak cholera, a tym bardziej po trzecie z odmienionej perspektywy spojrzał bieżąco z bardziej zainteresowanym okiem na działalność Nergala. To się nie zdarzy teraz i nie wydarzy się w przyszłości, chociażby Behemoth nagrał album który pod wszystkimi względami trafiał w moje gusta, bowiem one są już tak odległe od black metalowych, jak daleki w swoim archetypicznym obrazie jest on sam od mainstreamowej popularności. Znaczy tym samym, że Behemoth z pierwszej dekady XXI wieku będzie miał czasem dostęp do mojego odtwarzacza, tak jak okazało się niewykluczone, iż black metal w tak różnych kierunkach od swojego zarania ewoluuje i część z dróg którymi pójdzie sprawi, iż w najpopularniejszych sieciach z odzieżą będzie można dostać t-shirty z logami metalowych bandów. 

P.S. Na marginesie jeszcze dodam, że nie spodziewałem się także, iż mocno skompresowane brzmienie Demigod (robota Daniela Bergstranda) nie będzie mnie irytowało, a mogło równie upierdliwie jak kompletnie nieudana koperta płyty. 

środa, 19 października 2022

Behemoth - Opvs Contra Natvram (2022)




Nie będę się wygłupiał i nie napiszę, iż na nowy krążek naczelnego quasi satanistycznego anty bohatera polskich mainstreamowych mediów czekałem z niecierpliwością i że kiedy Opvs Contra Natvram oficjalnie mógł być przesłuchany, to ja pędem w necie go wyszukałem. Napiszę jednak, że kiedy już wreszcie z czystej wyłącznie ciekawości, a może nawet i niezrozumiałego poczucia obowiązku udało mi się poświęcić czas jemu, to sam byłem zaskoczony, że potrafiłem tą bardzo racjonalnie ograniczoną do trzech kwadransów płytę na tyle intensywnie i rzetelnie zgłębić, aby bez poczucia zmęczenia, zniechęcenia i tym bardziej braku szacunku dla artysty (jak niby przecież pisać wiarygodnie o nucie, której nie jest się w stanie kilka razy odsłuchać?), stworzyć coś w rodzaju refleksji chociaż w minimalnym stopniu muzycznej, z tłem i kontekstami rzecz jasna przyciągającymi czasami uwagę bardziej od muzyki. Prawda jest taka, iż w moich oczach Behemoth nigdy nie urósł do rangi ponad dyskusyjnej ikony, ale też zawsze z pełnym szacunkiem myślałem o pracowitości Nergala i żelaznej konsekwencji z jaką wpierw wprowadzał, a wkrótce już osadzał własnego syna na szczycie sceny, bez korzystania z konotacji jakimi wspierały się te wszystkie ekipy zza Bałtyku. Taka żadna Polska, a taki szanowany zespół - nie ma mowy by to podważać. Problem jednak w tym że sam Darski ze swoim mentalem wyklętego i przeklętego, bardziej bawił niż porywał mnie do kibicowania jego osobie w słusznej przecież intelektualnie i etycznie konkwiście przeciwko religijnej hipokryzji. To mam mu jednakoż za złe, że pozwolił zrobić z siebie poniekąd błazna, a niezaprzeczalną pomocą w uzyskaniu niestety tak wątpliwej wartościowo pozycji, właśnie jego nabrzmiałe EGO i kompletnie utracony w międzyczasie dystans. Z tej kupy śmiechu już się gość nie wygrzebie i myślę, że jeśli z powyższym mentalem celebryty zacznie próbować, to tylko się ostatecznie pogrzebie. Najlepiej chyba zamknąć nieco niewyparzonego ryja, przestać robić sztuczny tłum (jaka tu niby Polska satanistyczna?) i skupić się na jakości kolejnych płyt i występów scenicznych, może nawet zarzucając coraz odważniej maskaradę wizualną. Bowiem jeśli z wizerunku Behemotha usunąć elementy kabaretowe, to może w takiej zmienionej konwencji stać go będzie na nowe otwarcie. Tyle tylko że jest strach - obawa jak taką radykalną przemianę przyjmą radykalni fani, którzy nie wiem czy już w tym momencie nie kręcą nosami, że Opvs Contra Natvram raz nie jest tak ekstremalne jakby chcieli, dwa nie jest tak epickie jakby liczyli i tak obrazoburcze jakby żądali, choć to ostanie najmniej przemianą uległo. 

P.S. A co do meritum, którego we właściwym tekście zabrakło - Opvs Contra Natvram jest fajny i dlatego że jest fajny można mieć pretensje że jest niefajny. To mega profesjonalna robota - bez otwierania nowych wrót za którymi chciałby Nergal z kompanami odnaleźć własną tożsamość, bo grubo szytą tożsamość już Behemoth ma, a muzyce należy dodać tylko detali uwypuklanie. Tak właśnie brzmi w moich uszach OCN, jako album z mnóstwem pomysłów które jednak nie zmieniają charakteru muzyki Behemoth, a tylko dostarczają bardzo ciekawych smaczków i co najważniejsze warsztatowe możliwości instrumentalistów pozwalają na to, aby świetne wyraziste riffy podbudowane zostały kapitalnym rytmicznie tłem. Jak Panie Darski więcej będzie metalu w metalu, niż groteski w metalu, to ten metal będzie trwał. I to też od Pana do k**** nędzy zależy!

wtorek, 8 stycznia 2019

Behemoth - I Loved You at Your Darkest (2018)




To nie jest przykładna recenzja, to tylko taka oględna pisanina, stąd radykalnym fanom czy też zadeklarowanym wrogom Nergala mówię nie traćcie na nią swego cennego czasu i pójdźcie sobie drodzy Państwo gdzieś natychmiast - w pokoju lub bez błogosławieństwa. Oświadczam, iż nie podążam tą szatańską ścieżką, ostrzegam że ten rodzaj muzycznej ekspresji nie jest mi po drodze, lecz wypada by chociaż zapoznać się z płytą o takim kalibrze gatunkowym i oddziaływaniu na scenę oraz docenić twórczość ekipy, która obecnie na metalowej scenie ma absolutnie status z rodzaju tych o kilka kroków zaledwie od kultowego. Behemoth jak mi wiadomo pełni rolę headlinera na dużych festiwalach, a na własne trasy w roli wsparcia zabiera takie podupadłe legendy jak np At the Gates. Można? Cholera można wyjść z tego polskiego grajdołka, mimo że warunki nie są zbytnio sprzyjające i promować Polskę inaczej niż roszczeniowymi czy pieniackimi metodami. Przyjęło się, że w tym kontekście powinno paść porównanie z krajami skandynawskimi i podejściem władz powyższych nacji do wspierania eksportowych nazw, bez względu na ideologiczne przekonania i kontrowersyjne wartości. To jest skuteczny patriotyzm, który łączy nie dzieli, zjednuje sympatię, a nie produkuje wrogów. Ale to temat szeroki - socjologiczny, może nawet psychologiczny a nie czysto muzyczny, więc zanim wpadnę w spiralę analitycznego malkontenctwa i poddam się atmosferze konfrontacji ściągając na siebie gniew tych, co wiedzą lepiej po jedynie Bogu posłusznej linii obowiązujących reguł i światopoglądu, napiszę już tylko dwa zdania o dźwiękach, jakie Nergal z kumplami zawarł na I Loved You at Your Darkest. Nie będę oryginalny i stwierdzę, iż ewolucja nie jest określeniem dla załogi Behemoth obcym i mimo, że to nie te wibracje i przeloty na jakie jestem ostatnio podatny, to obiektywnie płyta mi zaskakująco dobrze siadła i rejestruje w sobie potrzebę od czasu do czasu do niej powrócić, aby odkryć w tej nucie smaczków co nieco. To od strony aranżacji, struktury oparte oczywiście na death-blackowym szkielecie, jednak w żadnym stopniu ograniczane przez stylistykę, zatem do odsłuchu dostajemy sporo nietuzinkowych rozwiązań wykorzystujących środki mające w założeniach uwypuklić epicki charakter muzyki. Chociaż biegli instrumentaliści dostarczają materiału do szerszej warsztatowej analizy, to śmiem twierdzić, iż skomplikowane partie nie stanowią najistotniejszego elementu kompozycji zawartych na jedenastym albumie Behemoth, gdyż jak to ma miejsce na powrót od Evangelion, na pierwszym planie jest obrzędowy charakter i klimat misterium. Należy zwyczajnie lubić tą intensyfikacje patosu, aby krążkami Behemoth się ekscytować i nie potrzeba tutaj dodatkowej filozofii, aby jasno puentować znaczenie ich muzyki dla kogoś kto w takich awangardowych symfoniach nie gustuje. Nie mnie się podniecać takim klimatem, więc pokornie ograniczam się do lichej względem merytorycznym i emocjonalnym charakterystyki dźwięków, a quasi reckę sprowadzam do rozrywkowej formuły publicystycznej. Zastanawiam się teraz jeszcze jaką drogą Nergal będzie prowadził swój Legion i czy aby nie jest już teraz tak wysoko, że wyżej nie podskoczy, a kolejne albumy produkowane będą już tylko z nadzieją na jak najdłuższe utrzymanie zdobytego terytorium - wszak ograna konkurencja nie śpi, a młodzież black metalowa sypie licznymi oryginalnymi pomysłami. Tym sposobem dotarłem do wątku rodzimej prężnie rozwijającej się sceny, którego dla dobra swojego i długości tego tekstu nie podejmę, wszak to taki grunt śliski gdzie sarkazm odmieniany jest przez wszelkie możliwe złośliwością nadęte przypadki, a bystrość umysłu i słowna szermierka może odbić się kosztownym psychicznie rykoszetem. Wszak to broń obusieczna, a ja z natury unikam włażenia tam gdzie mogę zostać przemielony i wypluty przez bystrzejszych, bo proszę Państwa w sumie to ja skromny jestem, względnie elastyczny i dla dobra wspólnego koncyliacyjny.

czwartek, 6 lutego 2014

Behemoth - The Satanist (2014)




O sataniście napisze coby słupki odwiedzin na blogu podciągnąć. ;) Taki już czas nadszedł, że o pomorskiej bestii, inaczej jak o supergwieździe, superligii czy nawet celebryckim szatańskim nasieniu trzeba by rozprawiać. Nie narzekam, nie ganie - wyłącznie fakt stwierdzam, a jakie refleksje czy wnioski z tym związane każdy z osobna z miejsca usadzenia swoich szanownych czterech liter wysnuje! Cieszyć się może trzeba, że ten zmanierowany posłaniec wolnej myśli, przebijając gruby mur salonowego mainstreamu wszedł tam i zamieszanie jakiekolwiek poczynił, a dyskusja czy aby w sposób oczekiwany i sensowny ścieżkę lewej ręki tam prezentuje, subiektywne rzecz jasna. Ważne, że tam jest! Tyle w plotkarsko-filozoficznym tonie, teraz co - jądro, znaczy sedno, istota czyli dźwięki zawarte na dziesiątym ataku formacji. Jest ewolucja co cieszy niezmiernie i nareszcie jakiś symptom fascynacji Darskiego korzennym rockiem czy innymi gatunkami gitarowego łomotu w bardzo niewielkim stopniu z black/death metalem kojarzonych do sonicznego gwałtu wbity. Brzmienie, struktury, a już z pewnością pewna filozofia spojrzenia na muzyczną materię uległa przepoczwarzeniu. Przesilenie to czuć i jego smakowanie wkręciło mnie, diabła wyłącznie na pokaz ;) względnie skutecznie. To już nie skompresowana ściana gitarowej magmy, wokalnego podmuchu nuklearnego i odhumanizowanej perfekcji okładania perkusji. Nareszcie to co spod łap członków Behemotha na światło dzienne się wyrywa ma w sobie sporo świeżego ożywczego powietrza (w sensie rozwoju), bo zatęchła woń czarnej sztuki jest tu oczywiście bezwzględnie wyczuwalna. Zrzucił Nergal przyciężką zbroję pętającą jego ruchy, pozwolił muzyce wyrwać się z więzów wyłącznie groteskowej groźnej miny, przez co moja surowa do tej pory ocena jego umiejętności kompozytorskich uległa transformacji - tu mnie gość zaskoczył i zdanie kazał zweryfikować. Wzniosłem się ponad własne dzisiejsze muzyczne preferencje spoglądając na współczesną odsłonę behemothowej sztuki przez pryzmat wieloletniego obcowania z gitarowa młócką, z perspektywy pełnej o szerokim zasięgu. Nie będą jednak pomimo tej odświeżonej formuły zbyt często ścian rezydencji mojej wypełniać te nuty, bo zwyczajnie to już nie moje klimaty. Jednego natomiast o tym krążku nie powiem, że jest odbębnieniem pańszczyzny. To już nie rzemieślnicza produkcja naczelnego wolnomyśliciela celebryckiej masy, znanego także jako prywatny wróg Ryszarda Zbawiciela co sekty zwalcza, sekciarskimi metodami i filozofią. To prawdziwie światowa klasa, szerokie spojrzenie, brak jakichkolwiek kompleksów i wysokie ambicje równe umiejętnościom. Porzucę wiele innych kwestii, tych z wartością techniczną, przygotowaniem warsztatowym muzyków czy wszelkich niuansów zawartych w samych numerach związanych. One gęsto poukrywane i z pewnością każdy, kto fascynacje w nich zawartą odkryje, będzie je z wypiekami na satanistycznym swym obliczu zauważał. Na finał jeszcze jedna konkluzja mi się nasuwa. Ona końcowa, lecz niekoniecznie najmniej istotna - więcej, ona może kluczowa. To pierwszy album Behemotha który się bardziej czuje niż na zimno analizuje! Nigdy fanem nie byłem, nigdy pewnie też nim nie zostanę, dyskografie znam wybiórczo z naciskiem na czasy od kontraktu z Dziubą (R.I.P.) więc żaden ze mnie ekspert w temacie - naturalnie takie moje odczucie.

P.S. Powyższe luźne rozważania bez wielokrotnego kontaktu z materiałem, takie o niezobowiązującym charakterze. Takie usprawiedliwienie w razie ataku radykalnych ortodoksów - bezwzględnych wyznawców blackowej zarazy. Z nimi się nie zadziera - z nimi trzyma przecież ON. :) 

Drukuj