Patrzę Diabeł za progiem - skinął raz lewym rogiem, raz prawym rogiem i zachęcił by po gigantycznej przerwie (eksportowego metalowego fenomenu polskiego nie słucham na co dzień) skierować swoje ucho ku w miarę niedalekiej (he he ;)) przeszłości i zacząć uzupełniać archiwizację "behemothową" o kolejne wsteczne albumy, powstałe na przełomie wieków i jeszcze w płodnych mocno latach dziewięćdziesiątych. Zamiast cofać się od Zos Kia Cultus, los tak chciał że włączyłem najpierw przypominająco Theleme.6 i mimo że ogólnie dzielę wobec niej zaskakującą, z wieloma bardziej zdeklarowanymi fanami nieco krytyczną opinię, to jestem zarazem w stanie przyznać że pod kilkoma względami nie broniąc się ówcześnie najbardziej znakomicie, to odtworzenie jej nie było jakimś koszmarem wstydliwym. Słychać że brzmienie mogłoby być mniej sterylne, bębny nagrane na padach mniej plastikowe i bas mniej schowany, ale trudno mi też nie ulegać sile naprawdę dobrych, dzisiaj kanonicznych kilku kompozycji. Podoba mi się w Thelemie że to jeszcze nie jest kompletnie ukierunkowanie na amerykański death łojenie, doprawione epickim i teatralnym anturażem, a granie jakie dotykając chwytliwych nutek, uderza selektywnymi, precyzyjnymi metalowymi partiami, a nie metalem w nieznośnie podniosłej (apokaliptycznej chyba) manierze. Ja tu bardziej słyszę segmentami wpływy melodyjek slayerowych (Vinvm Sabbati, Pan Satyros), końcowego etapu działalności nieodżałowanego Chucka Schuldinera (Inflamed With Rage i wejście w utwór), niż jego ziomalów spod znaku totalnej apokalipsy - choć ogólnie czuć gdzie ta ścieżka Nergala prowadzi. Szanuję z perspektywy czasu, mam jednocześnie świadomość, że to lekko nazbyt syntetyczne brzmienie, ale podoba mi się ono bardziej niż to wykręcane na Demigod i jemu bliskich, bowiem nie jest przytłaczające i po kilku odsłuchach nie odrzucasz płyty nie przez względy muzyczne, a przez przesadzone skompresowanie brzmienia. Na marginesie kiedyś jeszcze na zasugerowanych krążkach stosowane patenty inżyniera dźwięku mnie tak nie irytowały jak obecnie, gdy coś na playlistę z okolic 2004 roku wskoczy - czemu wyraz dawałem bodaj gdy o nich coś wystukiwałem. Natomiast jak by spotkanie na nowo z piątym Behemotha długograjem nie było katorgą, to zdaje sobie sprawę, że nigdy mnie ta nuta nie porwie i nie porwała, bo zupełnie otoczka oraz sama prąca na szkło gadka sternika do mnie przemówić przekonująco nie potrafi. Stąd może te mieszane odczucia i mało głęboka analiza, gdy nie uznaję się za fana, ani większego sentymentu w kontakcie nie odczuwam. Darski zawsze robił wszystko po swojemu i zdaje się zawsze miał plan, więc obecne miejsce pośród najbardziej dochodowych kapel około-blackowych, nie jest rzecz jasna zbiegiem okoliczności. Chciał chłopak mieć metalową machinę do "szołmenowania" i ma, a Thelema.6 to początek drogi na sam szczyt - puchnąc i rosnąc, a tym samym zamieniając garstkę fanów undergroundowych, na miliony mainstreamowych. I na pewno nie jest to nie w porządku!
poniedziałek, 29 czerwca 2026
środa, 21 maja 2025
Behemoth - The Shit Ov God (2025)
Absolutnie nie wiem co się myśli i pisze o nowym krążku ekipy zarządzanej twardą ręką przez Nergala, zatem to co w minimalistycznej formule nabazgrole o The Shit Ov God może być totalnie nieprzystające do jego publicznej oceny, co może jedynie dodać mojemu zdaniu wartości w sensie prawdy nieskażonej wpływami opinii obcych. Zarazem może okazać się przekonaniem kompletnie z dooopy kogoś, kto z black/death metalem stylistycznie pokrewnym gustom Darskiego nie ma obecnie niemal nic wspólnego, a jego obiektami porównawczymi albumy które dawno już straciły przypisany im z początku przymiotnik świeży i jedynie mogły nie odkleić się od nich etykiety w rodzaju "potężny". W dodatku nie bardzo rozumiem skąd u mnie to wciąż aktywne i za każdym razem gdy Behemoth materiał wydaje intensywnie pobudzone poczucie obowiązku prowokującego do odsłuchu i stanowiska przedstawienia. Nie słucham bowiem jak już doniosłem takiej nuty za często, bądź wręcz nie pojawia się ona w moim płytowym życiu w ogóle. Dlatego też pokora moje usprawiedliwianie potęguje i ja zupełnie nie będę miał ochoty na walkę polemiczną, gdyby nawet pojawiła się radykalnie różna, skrajnie odmienna od mojej opinia. Ja tylko chciałem zatem sobie zarchiwizować, że The Shit Ov God na poziomie podstawowym poznałem i gdzieś tam sobie w świadomości pośród innych krążków najbardziej rozpoznawalnej polskiej marki ją umieściłem. Chciałem tylko w sumie dać do zrozumienia że lepiej się tego słucha bez wizji niż ubarwia nutę wizualną koncepcją przywiązanego niestety do epickiego kiczu Nergala. Gdy The Shit Ov God się jedynie w formie dźwiękowej kręci, to ja coraz słabszym jednak sentymentem przywiązany do mega jak na estetykę popularnego Enthrone Darkness Triumphant (wiadomo kogo) wyłapuję skojarzenia z takim kierunkiem na pełnej potęgę brzmienia wykorzystującego black metalu. Nie oczywiście jeden do jednego, bo w takich proporcjach nie sposób tutaj tych albumów do jednego mianownika sprowadzać, ale jest na The Shit Ov God często więcej Dimmu Borgir niż Behemotha. Może nie aż tak diabelsko quasi orkiestracyjnie przebojowego jak w wykonaniu Norwegów i bez tak podobnie wyrazistych tematów w zarys wlanego, ale jednak jeśli nie jestem już w stu procentach na detale i ogólniki głuchy, to jednak. Behemoth w takim wydaniu jest (uwaga pocisk) wreszcie jakiś bardziej niż tylko aranżacyjnie poprawny, bowiem jest w sensie umiejętności zszywania motywów i motywów tkania profesjonalnie, zapamiętywalny w końcu. Wiadomo też że to już nie taki black metal straszny (nie drżyjcie świętojebliwi), choćby nie wiem jak bardzo obrazoburczych tekstów Nergal z siebie nie wypluwał, gdyż to się przejadło, trochę swoim ogonem arogancji przykrztusiło i wcześniejszym rozmachem kontrowersji tematy przegrzało. The Shit Ov God najzwyczajniej słucha się dobrze, bez jakichkolwiek jednak silniejszych emocji i kiedy bez obrazków to bez jednocześnie poczucia zażenowania. Inaczej nawet jeśli to dźwięki potężne, patosem wciąż po korek napełnione, to też w całym kontekście i otoczce wizualnej nie od dziś niemałe konsternacyjne zażenowanie wywołujące.
P.S. Ma Nergal niby ten potencjał instrumentalistów kapitalny, ale nie ma Nergal już pasjonującego, w żadnym stopniu, porywającego pomysłu na naprawdę kontrowersyjną i zarazem emocjonującą sztukę i choćby skały sr***y i wysry-wały kolejne zawijasy bluźnierstwa, to ch**a więcej ponad przeciętność z tego wypiętego w stronę Boga owłosionego doopska Nergal nie wyciśnie. Powtórzę że The Shit Ov God słucha się dobrze, ale to chyba w przypadku sztuki która powinna nieprzyzwyczajonych boleć jednak obelga.
czwartek, 20 czerwca 2024
Behemoth - The Apostasy (2007)
Behemoth dzisiaj - z perspektywy czasu, czyli do The Apostasy nowe podejście! W 2007 roku Nergal był już ze swoim diabelskim dziecięciem niemal na szczycie i straszył konserwę oraz wzbudzał nie tylko zdobytą popularnością zazdrość naszych popowych gwiazdeczek, które nie miały szans na osiągnięcie w szerokim świecie statusu, jaki w metalowym światku zdobył Adam Darski. Wówczas nadszedł czas na przypieczętowanie swojej już szczytowej w zasadzie pozycji i wydanie krążka jaki stawiając kropkę nad i przeniesie Behemoth do legendy. Nie ma wątpliwości iż The Apostasy to coś powyżej Demiogod i jakbym ostatnio nie był zaskoczony faktem, że krążek z roku 2004 obecnie bardzo mi siedzi, to uznać nie będę miał oporów iż The Apostasy aranżacyjnie tenże miażdży. W zasadzie do czynienia mamy z przekierowaniem sposobu komponowania z ciężaru quasi death metalowego na totalnie rozbuchaną, bez rezygnacji z najbardziej istotnej w fundamentalnym dla Behemoth gatunku surowej wulgarności formę progresywną, zaadaptowaną właśnie do black metalu, z kluczowymi (nie zawsze się nimi podniecam) epickimi motywami. The Apostasy rozczytywane z punktu widzenia roku 2024 to tak formalne zmiany w stosunku do Demigod, jak początek drogi jakiej rozwinięciem i utwierdzeniem kolejne albumy - w zasadzie do dzisiaj włącznie. The Apostasy jednako też jest idealnym przeniesieniem na grunt muzyczny ambicji Nergala, który tak jak mocno przywiązywał zawsze uwagę do wizualnej otoczki, przez co nieco przenosił ciężar koncentracji z muzyki, tak tym razem nieprawdopodobnie nutę zagęścił, czyniąc ją wreszcie mega wyrazistą, nie tylko używając świeżego instrumentarium, lecz komponując utwory które niewiele miały wspólnego z selektywną poniekąd prostotą, wchodząc w ciężkie buciory muzyki totalnej - intensywnej, gwałtownej, agresywnej, ciężkiej i jak cholera zwartej. Bębny rąbią bezlitośnie, wiosła tną brutalnie, a wszystko razem wzięte (także ornamentyka, te trąby i inne) z impetem przetacza się przez kolejne minuty, a dodatkowo są tu też chwytliwe smaczki jakich ja to bym w muzyce Behemoth od zawsze w większej ilości żądał - patrz Libertheme. Jest też Warrel Dane gościnnie i być może jako plan promocyjny Leszek Możdżer, bo Darski to mimo iż jak udowadnia wysokiej klasy kompozytor, to jednak najlepiej czujący się w obszarze marketingu biznesmen. :) Akurat wszystko co związane z The Apostasy udało mu się znakomicie w obydwu tych obszarach.
sobota, 25 maja 2024
Behemoth - Demigod (2004)
Nieco szokujące doświadczenie, odpalić album Behemoth ze środkowej umownie fazy działalności, kiedy raz nie robiło się tego od minimum lat piętnastu, dwa gdy kompletnie od tego czasu nie jest się fanem zespołu Nergala i po trzecie, jeśli pamięta się krążki z tego okresu raczej jako mechaniczne i pozbawione większego aranżerskiego polotu, a okazuje się iż chyba lepiej się ich słucha obecnie, niż było to wówczas na bieżąco. Na bieżąco śledzę co tam Negral z kumplami studyjnego wydaje, ale raczej z poczucia obowiązku i ciekawości niż dla przyjemności, więc nawet jeśli archiwizuje sobie te nowości w tonie pozytywnego odbioru, to jednak nie wracam do nich - tak jak ekstremalnie niewiele black metalu z death metalowymi inklinacjami się u mnie kręci, a tak sobie po odpaleniu Demigod myślę, iż nieco brakowało mi ostatnio podobnego bezkompromisowego uderzenia. Demigod zatem w stopniu wyższym cenię (tak się okazało) dzisiaj, niż ceniłem przed dwiema dekadami i niech mnie demony prześladują, jeśli nie pisze tutaj dla mnie potwornie zaskakującej najszczerszej z najszczerszej prawdy! Więcej, ja jestem w szoku totalnym, bo inaczej sobie Demigod przykładowo zapamiętałem i kojarzyłem go nie przez pryzmat dobrych harmonii (także tych mocno melodyjnych), lecz morbidowej mechanicznej sekcji rytmicznej i podobnych ekipie Treya Azagthoth riffów, więc w moim łbie funkcjonował jako materiał pozbawiony organicznej finezji i nastawiony na nutę ambitną, jednako promującą przede wszystkim czystą brutalność, a tak nie jest w rzeczywistości. Podoba mi się dzisiaj, a szczególnie mnie przekonuje jako płyta pozbawiona quasi orkiestrowej epickości, która opanowała niestety obecne oblicze rozpieszczonego przez fanów dziecka Darskiego i wespół z przesadną teatralnością w kwestii wizualnej wpuściła go w podobny kanał, w którym dla mojego poczucia kompletnego rozczarowania zakotwiczyło Dimmu Borgir i bardzo dobrze się w tej omijanej przeze mnie zatoczce jak widzę od wielu lat czuje. Nie podoba mi się to, ale nie ma to przecież żadnego realnego znaczenia, natomiast dla mnie znaczenie ma sytuacja kuriozalnego zachwycania się Demigod w dwadzieścia lat po wydaniu, gdy raz przypominam jestem obiektywnie tak daleko od takowych brzmień jak nigdy dotychczas nie byłem, dwa nie ma opcji abym mimo komplementowania wrzucił Demigod i podobne do subiektywnej sekcji kocham jak cholera, a tym bardziej po trzecie z odmienionej perspektywy spojrzał bieżąco z bardziej zainteresowanym okiem na działalność Nergala. To się nie zdarzy teraz i nie wydarzy się w przyszłości, chociażby Behemoth nagrał album który pod wszystkimi względami trafiał w moje gusta, bowiem one są już tak odległe od black metalowych, jak daleki w swoim archetypicznym obrazie jest on sam od mainstreamowej popularności. Znaczy tym samym, że Behemoth z pierwszej dekady XXI wieku będzie miał czasem dostęp do mojego odtwarzacza, tak jak okazało się niewykluczone, iż black metal w tak różnych kierunkach od swojego zarania ewoluuje i część z dróg którymi pójdzie sprawi, iż w najpopularniejszych sieciach z odzieżą będzie można dostać t-shirty z logami metalowych bandów.
P.S. Na marginesie jeszcze dodam, że nie spodziewałem się także, iż mocno skompresowane brzmienie Demigod (robota Daniela Bergstranda) nie będzie mnie irytowało, a mogło równie upierdliwie jak kompletnie nieudana koperta płyty.






