Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graveyard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graveyard. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 października 2023

Graveyard - 6 (2023)

 

Mam takie marzenie, które od wielu już lat chciałbym spełnić, a które ziścić się od ponad dekady nie może, żeby w anturażu podobnym do tego w jakim widziałem Orchid także Graveyard zobaczyć. Mały zadymiony klubik, może nawet klimatyczne stoliki z małymi lampkami i Graveyard na scenie. Niestety jakoś im do naszego kraju nie po drodze, a ta sytuacja kiedy na Soulstone Gathering gdzie w 2019 roku zagrali, a ja jakimiś potwornie błahymi okolicznościami powodowany wyprawę do Krakowa sobie odpuściłem - to mi się śniło w postaci koszmaru niewykorzystanej szansy, szczególnie po tym jak dowiedziałem się że w chwile po tym gigu bodajże, karierę zawieszają i być może była to ostania nadarzająca się okazja. Okazało się jednak iż Peace to nie był finalny Graveyard krążek i działalność wznowili, a ja na nowo zacząłem żyć powyżej wspomnianą koncertową nadzieją. Zanim jednak może w końcu ich trasa zahaczy o (wciąż kwitnącą pod rządami konserwatystów opętanych komunistyczną obsesją absurdalnie socjalistycznych zbawicieli) moją ojczyznę, mam ja do odsłuchu nowy album i natychmiast donoszę, iż po kapitalnym singlu z obrazkiem (Twice), jaki nawiedził najpopularniejszą platformę z podobnymi formami, drugi numer promujący "szóstkę" nie zrobił już na mnie tak dużego wrażenia i miałem obawy co do tego, iż być może ten akurat album Szwedów nie sięgnie poziomu dotychczasowych. Nie powiem iż Breathe In Breathe Out nie dysponuje czarem retro grania, lecz za mdły mi się z pozoru na początku zdawał, a że pozory bywają mylące w dalszej części tekstu najwięcej pomiędzy wierszami wspominać będę. Nowa płyta bowiem bardzo powoli się słuchaczowi (mam na myśli mnie) w głowę zasysa i fakt że nie powtarza wyłącznie jeden do jednego patentów z poprzednich, to nie jest aż tak łatwo od razu ulec jej urokowi. Więcej tu ciepłego, niemal balladowego grania, gdzie nie tylko quasi akustyczne wiosła ale i pianino swój istotny ślad na konstrukcji kompozycji odciska. Ogólnie i finalnie jednak nie ma obaw że Graveyard zrezygnował z szorstkiego i dudniącego brzmienia w mocniejszych numerach, a i w tych lżejszych nie trudno o podobne akcenty i jak ja od razu zachwycony pulsującym cudownie Twice byłem, tak po odsłuchu premierowym całości najmocniej w pamięci pozostał mi rasowo nakręcający się Just A Drop - idealnie przekazujący emocje w sposób do jakiego nuta ekipy z Gothenburga mnie przyzwyczaiła. Chcę przez to powiedzieć że czasu też potrzebowałem aby resztę programu płyty docenić, a że nie trwało to miesiącami, to już dzisiaj w kilka dni po premierze śmiało mogę napisać, iż 6 uwielbiam tak jak każdy inny krążek "cmentarzyska", a najmocniej obecnie to wkręcony jestem w numer Brights Lights i szczerze wierzę,  każdy z pozostałych ośmiu indeksów to coś wspaniałego. Twice i Just A Drop uznaję już za hity, ale intensywne powracanie do pozostałych musi przynieść przekonanie że Graveyard wciąż aranżacyjnie dojrzewa, a że jego ewolucja nie ma nic wspólnego z rewolucją tylko stopniowymi przemianami, to może i dla klasycznie rozumianego hard rocka na bluesowych resorach i lepiej. Niespiesznie, przede wszystkim odprężająco z tym charakterystycznym kołyszącym vibem i brzmieniem fenomenalnie pod dawno minioną epokę ukręconym oraz genialnym wokalem Joakima Nillsona, który z nostalgicznej chrypki i ckliwego tembru potrafi zrobić fantastyczny użytek miziając mnie po uszkach. Kocham ten band i czekam z utęsknieniem na gig!

piątek, 15 czerwca 2018

Graveyard - Peace (2018)




Wrócili, silniejsi i bardziej zwarci, a ja zacierając rączki z radości że zmienili zdanie w kwestii zawieszenia/zakończenia działalności (zanim jeszcze album odpaliłem) już miałem jak się okazało uzasadnione przekonanie, że nie cieszyłem się na wyrost, bo jakości Q na Peace jest dobite pod korek. Otwierają i zamykają Peace z takim impetem, że jakby w nich przez ten okres pauzy dosłownie wrzało i buchnęło enregią, kiedy już uwolnili twórczy potencjał. It Ain't Over Yet i Low (I Wouldn't Mind) wyrywają się, eksplodują, kapitalnymi riffami chłoszczą, perkusyjną kanonadą się napędzają, a głęboko ukrytym w tle klawiszem finezji tym kaskadom dźwięków dodają. To co do zrozumienia numer startowy i finałowy daje, to w stu procentach inne kompozycje udowadniają. Znaczy, że niczego wymuszonego w tym powrocie do żywych nie ma, że ci retro rockowcy mają jeszcze masę dobrego do pokazania, a ogień pasji jednak nie wypalił się jakoby ostatnie niepokojące wydarzenia w ich obozie sugerowały. Każdy kawałek kipi od doskonałych pomysłów, aranżerskiego mistrzostwa - posiada wielowymiarową strukturę, puls intensywny i dzikość przyrodzoną, jednak umiejętnie dla atrakcyjności i różnorodności kontrolowaną. Peace jest gęsty, soczysty lecz nie zawiesisty, a wokalizy są najbardziej drapieżne w dotychczasowej grupy karierze. Jednak kiedy jest potrzeba aby nieco ten pęd wyhamować, a emocje wystudzić, tudzież przenieść w inny wymiar, to serwują takie bluesujące majstersztyki jak Del Manic, imponujący Bird of Paradise, czy subtelną perełkę w rodzaju See the Day, a brzmienie głosu Joakima Nilssona przybiera zdecydowanie bardziej aksamitną, głęboką barwę. Jednak w moim przekonaniu punktem kulminacyjnym krążka jest Walk On, nieco psychodeliczny łamaniec z nieprawdopodobnie ofensywnym charakterem i mnóstwem skrytych detali w urozmaiconej i chwytliwej konstrukcji. Z każdym kolejnym rozwiązaniem, porywającym genialnym pomysłem, rosnący w siłę i podkręcający napięcie w rytmicznym galopie. Stąd nie będę się krygował przed stwierdzeniem, że nadal spostrzegam Graveyard jako lokomotywę gatunku, obok Rival Sons, Orchid i Lonely Kamel chyba najbardziej inspirującą współcześnie załogę retro fali, bez której scena byłaby znacznie uboższa. Tej płyty w zasadzie miało nie być i to stwierdzenie w konfrontacji z jej zawartością brzmi teraz niczym zły sen rockowego fana. Koszmar jakiś, przygnębiająca halucynacja z której na szczęście się otrząsnąłem i oby szybko on nie powróciła. 

wtorek, 13 października 2015

Graveyard - Innocence & Decadence (2015)




Cieszę się bowiem jest już niecierpliwie oczekiwany kolejny album moich skandynawskich faworytów, którzy to na swój własny sposób popularyzują trend ogólnie retro rockiem nazywany. Eksplorując dźwięki sprzed kilku dekad wzbogacają je własną ciekawą tożsamością, świeżym podejściem do tematu i sporym szacunkiem dla spuścizny z dawnych lat ikon. Nie mam zamiaru w tym miejscu komunałów nadużywać, banalnymi porównaniami często na wyrost kreowanymi jak z rękawa sypać, bo to w przypadku Graveyard byłby zabieg absolutnie nietrafiony. Graveyard bowiem to formacja, która pomimo stylistycznych zbieżności nie jest typowym epigonem co trend dla budowania własnej marki wykorzystuje. Gdyby w czasach dominacji rocka funkcjonowała sama przecierałaby szlaki i odkrywała nowe muzyczne lądy. Dziś jest to zdecydowanie trudniejsze, zwłaszcza gdy oddaje się muzycznej sztuce o szlachetnym rodowodzie i o pomnikowej tradycji - gdy własną twórczość tak wyraźnie korzeniami rocka nasyca. Doprowadzili ci Szwedzi poniekąd do pewnego paradoksu - grając na retro modłę z wdziękiem nowe inspirujące rzeczy robią. Potwierdza (takie moje osobiste przekonanie) powyższą tezę szczególnie właśnie Innocence & Decadence, który przywodząc na myśl dźwięki od dekad już obeznane przemyca rozwiązania oryginalne. Szarpią drapieżnie i po chwili łamią subtelnie tempo, buczą, czasem rasowo rzężą ale i z wdziękiem bujają i kołyszą rozkosznie gdy trzeba. Z wyczuciem wplatają szykowne klawisze i chórki kobiece. Stylowa psychodelia napędza tego żywego rock'n'rolla, bluesowa surowość i soulowa subtelność go przenika, stonerowy trip współistnieje z hard rockową chwytliwością w obrębie jego formuły. Kompozycje ubrane są w naturalne organiczne brzmienie, dźwięk wrze, jest żywy i potężny, idealnie balans gdzieś na granicy brudu i selektywności utrzymując. Obcowanie z Innocence & Decadence jak i poprzednimi ich produkcjami to dla mnie przeżycie zjawiskowe, ono ekspresyjną podróżą przez dźwiękową fakturę, ono spełnieniem moich podświadomych muzycznych potrzeb!

niedziela, 6 października 2013

Graveyard - Hisingen Blues (2011)




Kapitalne odkrycie z 2011 roku! Aż trudno w to uwierzyć, tak współcześnie też formacje grać potrafią, szczególnie te co za trendami ślepo nie podążają, w stacjach radiowych od czapy goszczą, a muzyczne "spopowiałe" (tak to się pisze?) telewizje i ich nieogarnięci przypadkowi pracownicy na wyrost dziennikarzami nazywani, ze względu na mizerny ich marketingowy potencjał z pewnością ignorować będą. Taki oto los perełek w obecnej telemarketingowej rzeczywistości, gdzie muzyka wyłącznie pełni rolę jingla dla uatrakcyjnienia towarów spod znaku muszę to mieć, bo inni to mają! Będą więc żyć sobie własnym życiem, gdzieś na marginesie mainstreamu i dotrzeć do nich zdołają jedynie pasjonaci co sami poszukiwać klejnotów w przepastnych zbiorach internetu zechcą. Ci co nie czekają aby na tacy podano, wskazano przez specjalistów public relations co też bez żalu, w tym współczesnych znaczeniu tego określenia słuchać się powinno, aby w towarzystwie lanserskich pozerów wszelakich zaistnieć. I cmoknijcie się w zady, trujcie dalej tępe umysły, zasmradzajcie je dźwiękowym kałem - ja tam mam zamiar samodzielnie decydować co w moim muzycznym świecie towarzyszyć mi będzie. I wybieram ja szlachetnego rocka na klasycznych fundamentach, gdzie wyjątkowa riffowa maestria króluje, pulsujący rytmicznie szkielet do dwóch topornych bitów się nie ogranicza, a wokalista zamiast sztuczną manieryczną lalą z pełnym makijażem, pasjonatem jest głęboko w przeżywanie nut zaangażowanym. Wszystko to, w ostatnim czasie przynajmniej ze zdwojoną siłą zaoferowali mi ci retro Szwedzi. Cudownie szczerą woń bluesa, sięgającą prekursorów z początków ubiegłego stulecia, namacalnie równocześnie muśniętą aurą przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Autentyczną podróż do czasów kiedy muzyka głębszą rolę w życiu odgrywała, posiadała wartość, a winylowe krążki w których zatopiona niemal jak relikwie traktowano. Ja oddany Graveyard niewolnik bije pokłony intensywne przed tym dziełem, opętany jego magią, wrażliwy na żar i emocje w tych dźwiękach zawarte. Tupiąc jednocześnie nóżką rytmicznie, bioderkami i szyjką wywijając, radość swą manifestuje na dzisiaj bogatszy już w kolejną rasową produkcje cmentarzyska, że w tej fasadowej teraźniejszej rzeczywistości można jeszcze na prawdziwą prosto z serducha graną sztukę trafić!

wtorek, 4 czerwca 2013

Graveyard - Lights Out (2012)




Emocje opadły, kilkadziesiąt odsłuchów za mną - czas na spisanie co mi dał ten krążek. Przede wszystkim przekonanie, potwierdzenie, że wśród kupy muzycznych odchodów wbijających się na chama do naszych głów, można trafić na twórców nietuzinkowych, takich co z dawno przetrawionych na wszelkie sposoby rockowych pomysłów potrafią dorzucając talent, iskrę tfu Bożą, a może bożą, cholera ją wie (ważne że jest!) zbudować rzeczy wręcz olśniewające. Ten album skrzy się taką paletą różnorodnych odcieni, brzmieniowym ideałem śmierdzącym starymi piecami, aranżacyjną perfekcją i czymś co jest dostrzegalne na nowo z każdym odtworzeniem, że jego jedyną potencjalną wadą jaką teraz zarejestrowałem jest długość. Te 35 minut to za krótko, a może to długość optymalna, może każdy kolejny kawałek popsułby konstrukcje albumu? Nieważne, istotne jest jedynie to, że po tak wyśmienitej poprzedniczce jak Hisingen Blues nagrali album, który w moim prywatnym rankingu stawia ich w czubie stawki! Pozwala mi obcować z muzyką porywającą, pozwalającą mieć przekonanie, obalić teorie, że rock umarł. "Gówno prawda", rock żyje i może ma się obecnie nawet lepiej niż w swoich złotych czasach. Mnóstwo młodych obiecujących kapel i wśród nich kilka, wręcz rozkładających na łopatki tych największych uznanych klasyków!

Drukuj