Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cream. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 stycznia 2023

Cream - Wheels of Fire (1968)

 

Wheels of Fire, czyli płyta legenda - dla wtajemniczonych rzecz niemal święta. Napisze słów kilka o niej i zrobię to w inny sposób niźli zrobiłem to o Disreali Gears, bo już nie będę truł jedną (w porywach do trzech) linijką tekstu, jak długo i jak kręte ścieżki do wciąż jednak umiarkowanej fascynacji Cream mnie prowadziły. :) Napiszę wprost korzystając jednak z kontekstu jakim inną legendę, tym razem zza Oceanu w postaci The Doors uczynię. To niby podobne okoliczności czasowe i poziom artystycznej biegłości niebywały oraz prawie fenomen rozpoznawalności tudzież popularności (bez względu na znacznie krótszy żywot głównego bohatera tejże refleksji) podobny, lecz nawet jeśli obydwa bandy na bluesowym szkielecie swoje numery tworzyły, to jest oczywiste jaka różnica dzieli brytyjskiego i kalifornijskiego blues-rocka i tak jak wciąż w całości do większości albumów ekipy którą wizualnie firmował tragicznie kończący swe krótkie aczkolwiek cholernie burzliwe życie Jim Morrison nie potrafię się przekonać, tak bardziej zadziorny i mniej "narkotyczny" styl Cream rozpoznaję jako dla mnie w stu procentach przyjazny, choć jak nadmieniłem w praktyce nadal bez szału uzależniający. Wciąż zatem nie czuję się w najmniejszym stopniu ekspertem w/s w tym miejscu materiału analizowanego, więc moje spostrzeżenia należy traktować z dystansem, zrazu także jako pewnie tak oczywiste że wstyd, ale tak jak The Doors to instrumentalnie klawisz Manzarka, tak bez względu na fakt kto WIELKI na dwóch wiosłach tutaj zasuwał i jak bardzo Eric Clapton z tej dwójki nazwiska na dekady sobie nie wypromował, to sercem Cream zawsze pozostanie bezkompromisowy, niedawno niestety zmarły Ginger Baker i jego sposób nabijania nerwowego rytmu, który dynamikę gry wówczas doprowadził do poziomu wirtuozerskiego. Trzy silne osobowości w trudnych relacjach krótko ze sobą na tyle sprawnie artystycznie współpracowały, że to co pozostawiły stało się kanonem, jaki fenomenalnie skonstruowany został ze wspomnianego korzennego gitarowego bluesa, brzmienia zgrzytliwego, mocno przesterowanego w którym dominowała rock'n'rollowa moc oraz silnie wyeksponowanej ciekawie chwytliwej melodyki. Wszystko to osadzone na geniuszu Bakera, który zdaje się swoim stylem tkwił bardziej w jazzie niż bluesie, czy z dzisiejszej perspektywy kreował perkusyjne brzmienie rodzącego się hard rocka. Tu jest "pies pogrzebany", jednako nie jako źródło jakiegoś problemu tylko kwestia decydująca, bo nie ma mowy by efektowny puls gry Bakera uznawać za (he he he) "piątek koło u wozu" tego (he he) gwiazdorskiego ansamblu. Bez jazzującego pałkera nie byłoby tego ognia i po prostu urozmaicenia, a chwytliwa gra wioseł osadzona na bardziej standardowym rozumieniu rockowej rytmiki szybko mogłaby stać się nazbyt ofensywna i przez to nieznośnie milutka dla uszka. Żeby jednak nie odbierać znaczenia wpływowi wywieranemu przez Claptona i Bruce'a mam argument w zanadrzu taki, że bez ich umiejętności kompozytorskich i najzwyczajniej we trójkę sprawnemu pomimo wszystko pisaniu zgrabnych numerów mogących z łatwością ewoluować w rozimprowizowane suity, nie byłoby finalnego efektu jaki z łatwością przetrwał próbę czasu i mimo że minęło grubo ponad pół wieku odkąd taki Wheels of Fire powstał, to (he he) "niech mnie kule biją", że nie brzmi on wciąż świeżo, a kończąc w tym miejscu swój wywód dodam przekornie, że nawijając tutaj o stylistycznych odlotach "doorsów" i trudnościach w ich zaakceptowaniu, to sam pytam siebie dlaczego taki pierwszy z brzegu dziwaczny Rat and Warthdog mi  na przykład wchodzi, a odjazdy z Ameryki nie bardzo. Obym miał jeszcze czas to zrozumieć. :)

piątek, 17 grudnia 2021

Cream - Disraeli Gears (1967)

 


Wyobraźmy sobie że jest rok 1967. Przywdziewamy więc fikuśne ciuszki, których składowymi buty na koturnach, spodnie szerokawe u dołu i wzorzyste koszule przyozdobione dodatkowo wisorkami z paciorków i kładziemy płytę winylową na gramofon. Album pierwszy z brzegu i rzucający się w oczy, za sprawą kolorowej okładki. To na czarnym krążku nagrany drugi album supergrupy Cream, a na kopercie wydawnictwa pomarańczowo-żółto-zielona grafika z twarzami ówczesnych boheterów, rozpalających emocje wśród fanów rocka z lekka psychodelicznego i wyraziście bluesującego. Na tym kończymy sesję na symbolicznym kwasie na chwilę przenoszącą w przeszłość i wracamy do teraźniejszości z której perspektywy dzisiaj możemy w pełni ocenić rolę albumu jaką niewątpliwie odegrał, tak dla samej formacji Bakera, Bruce'a i Claptona, jak i dla rozwoju gatunku. Dla krótkiej, bo zaledwie trzypłytowej studyjnej przygody Cream (Goodbye wiadomo) Disraeli Gears jest początkiem końca lub końcem początku, a na pewno materiałem na który fani z wypiekami na twarzy czekali i jak kroniki podają, na nim się nie rozczarowali, a jeszcze przyniósł on im i grupie największy hit jakim dali radę swoich miłośników obdarzyć. Sunshine Of Your Love znają oczywiście nie tylko zatwardziali rock'n'rollowcy, ale charakterystyczny puls jakim obdarzony słyszało, choć niekoniecznie jest w stanie zidentyfikować z nazwy chyba większość populacji ludzkiej od tamtej chwili ten zazwyczaj łez padół zasiedlającej. Tego mogę się domyślać, zaś niemal pewnym mogę być faktu, iż na późniejszą największą gwiazdę gatunku tak samo twórczość Cream jak i naturalnie The Yardbirds miała i bez między innymi trzech wyjątkowych albumów Cream, Led Zeppelin nie brzmiałby tak jak miał szczęście wybrzmiewać. Cream dał sygnał do podkręcenia wzmacniaczy i określenia nowego ciężkiego soundu, zaś zeppelini na to zawołanie już w trzy lata później z przytupem odpowiedzieli, nagrywając płytę która z kolei nakręciła kolejnych ojców przyszłego hard rocka i w konsekwencji heavy metalu. Dlatego to znajomość twórczości Cream jest obowiązkiem każdego metalucha, który rzecz jasna w tych dźwiękach nie tak z miejsca odnajdzie to co go kręci we współczesnym gitarowym mieleniu, lecz z pewnością jeśli z odpowiednim nastawieniem spojrzy, to (he he) w nich usłyszy motywy, z których cała potężna scena rockowo-metalowa wyrosła. Piszę to z własnego punktu widzenia, na który zaś oddziałuje sposób poznawania klasyków blues-rocka jakiego sam miałem okazję doświadczyć i przyznaje, iż nie było to naturalnie takie łatwe, a wręcz stanowiło pamiętną lekcję pokory. Odrzucałem, bo nie w pełni rozumiałem, ale w którymś momencie po upartym drążeniu tematu załapałem, a obecnie nie mam najmniejszego problemu czerpać ogromnej przyjemność, tak z obcowania z legendarnymi materiałami sprzed już pięciu dekad, jak i z płytami obecnie rozsadzającymi stylistyki i poszerzającymi moje gusta. 

P.S. Nawijając o inspiracji, należy tylko podrzucić jedno skojarzenie. Monster Magnet - Negasonic Teenage Warhead i creamowy Tales Of Brave Ulysses! Prawda? He he.

Drukuj