Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Hillcoat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Hillcoat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2020

The Road / Droga (2009) - John Hillcoat

 


Cywilizacje szlag trafił i człowiek na powrót musiał stać się zarówno prymitywnym łowcą, jak i potencjalną dla łowców ofiarą. Ojciec z synem w drodze, podczas dramatycznej ucieczki, w walce o przetrwanie. Po gigantycznym jebudu, w zrujnowanym nieprzyjaznym środowisku przyszło im walczyć o żywność i stać się zarazem żywnością. Czy w takich warunkach jest jeszcze miejsce dla fundamentalnych ludzkich odruchów? Jak w postapokaliptycznych okolicznościach uratować dziecięcą niewinność? Czy jest to możliwe w czasach bezwzględnych, gdzie aby przetrwać trzeba posuwać się do czynów ekstremalnych? Jak ocalić wreszcie kruche życie, kiedy człowiek stał się zwierzyną dla innych pozostałych przy życiu - zdolnych do każdego barbarzyństwa by uniknąć śmierci? Mroczna wizja najbliżej przyszłości w filmie specjalisty od brutalnego, lecz głębokiego w sens i treści kina. Tutaj permanentny lęk i przeszywający chłód robią kapitalną robotę, a zasługa najwyższa w zbudowaniu klimatu beznadziei w użyciu palety opierającej się na brunatnych odcieniach i doskonałej, niezwykle wiarygodnej charakteryzacji. Nasuwało mi się podczas spóźnionego seansu jedno ewidentne porównanie, skojarzenie oczywiste z filmem który zaledwie przed ponad dwunastoma miesiącami się pojawił i z miejsca stał się dla mnie numerem jeden ubiegłego roku. Droga była jednak chronologicznie pierwsza i myślę, że jest równie dramatyczna, lecz może bardziej okrutna, gdyż skupiona stricte na oddziaływaniu ekranowej przemocy. Natomiast obraz który chcę przy okazji przytoczyć, mimo że także pozbawiony w fabule większej nadziei, to niesie ze sobą mimo wszystko szczątkową wiarę w podstawowe ludzkie odruchy. Myślę że kinomaniacy szybko się zorientowali, iż fenomenalny Light of My Life mam na myśli - wielki film przede wszystkim przez pryzmat reżyserski i aktorską kreację kapitalnego Casey'a Afflecka. Hillcoat zrobił film wyrazisty i sugestywny, lecz dopiero Affleck temat podniósł do rangi arcydzieła.

środa, 8 czerwca 2016

Triple 9 / Psy mafii (2016) - John Hillcoat




Tak się zdarzyło, że potrzebę obejrzenia mocnego kina akcji poczułem, gdy akurat w moim zasięgu pojawił się najnowszy obraz sygnowany nazwiskiem Johna Hillcoata. Może on nie jest specjalistą wyłącznie od modelowej hollywoodzkiej sensacji, jednakowoż za pośrednictwem Tripe 9 udowodnił, że także w tego rodzaju produkcjach odnajduje się znakomicie. Kawał krwistego mięcha zapodał z realizacyjnym rozmachem, intensywną dynamiką i skomplikowaną intrygą. Dramat maksymalnie nasycony brutalnością, osadzony w rzeczywistości śmiało mogącej być określaną jako piekło na ziemi. W niej mafia, gangi uliczne i gliniarze – ryje same zakapiorskie, co jeden to o profilu większego twardziela z miną aroganckiego cwaniaka, miękkimi ruchami i bez emocji oczami. Świat zakłamania, egoizmu i bezwzględności, chciwości i lansu z niewielkimi przejawami ludzkich odruchów tłamszonych koniecznością przetrwania. Złożona plątanina zależności, wyłącznie osobnicy umoczeni bądź szantażowani, żadnych czytelnych granic między dobrem i złem oraz naciąganej tandetnej superbohaterki. Realizm rządzi, bez kosmetycznych zabiegów, a jego fundamentem prócz świetnego przekonującego scenariusza, kapitalnych zdjęć i energetycznego montażu wyborna obsada. W niej między innymi Casey Affleck, Woody Harrelson, Chiwetel Ejiofor i Kate Winslett w roli udowadniającej jak uniwersalną jest aktorką. Nie spodziewałem się przyznam, mimo że nazwiska zacne, iż to wysokooktanowe kino, aż tak wysokiej klasy będzie.

P.S. Kolejny raz popisał się dystrybutor tłumacząc tytuł – brawa, takie ekstremalnie ironiczne.

poniedziałek, 30 marca 2015

Lawless / Gangster (2012) - John Hillcoat




Fachowo skonstruowana, wciągająca, pełna specyficznej atmosfery opowieść o braterstwie, gdzie główną role odgrywają kapitalne kreacje. Ta bardziej niespodziewana czyli Guy’a Pearce’a w roli zimnego, sadystycznego Charlie’go Rakesa i Toma Hardy’ego jako Forresta Bonduranta - takiego romantycznego, łamiącego niewieście serca twardziela. :) Wraz z drugim atutem, którym jak zawsze intrygująca muzyka Nicka Cave’a, wybornego tła dostarczająca i pomagająca w zbudowaniu zacnego klimatu! To zwyczajnie świetnie dopracowane klasyczne kino, które zamiast na siłę z konwencją kombinowania, opiera się przede wszystkim na kreowaniu wciągającego, naraz ciepłego i niepokojącego nastroju oraz budowaniu podczas seansu głębokiej więzi widza z bohaterami. Mam ja słabość to tego typu kina, stąd ze sporą przyjemnością oglądałem te zmagania rodziny z gangsterskimi zakapiorami. Dałem się porwać tej prostej, ale niezwykle sugestywnie zrealizowanej opowieści o czasach kiedy honor odgrywał szczególnie ważną rolę, a więzy krwi były nierozerwalne.   

Drukuj