Mów/pisz człowieku wprost! Nie owijaj i te pe! Nie czujesz namiętności do Coup de Grace to się przyznaj i kropka! Przyznaję, nie ma pomiędzy mną, a czwartą płytą Brytoli chemii. Wydana po uznawanej za przełomowo najlepszą The Big Black w mojej świadomości długi okres czasu wręcz nie istniała, a przez chwilę ciągłość po wspomnianej wspaniałej zapewniała kolejna czyli Thieving From the House of God - brzmiąca bardziej soczyście, jakby uwolniona poprzez ukręcone brzmienie z klimatu wyłącznie potraktowanego dołem, jakbym te suwaki z lewej strony EQ opuścił niemal do samego dna skali. Coup de Grace być może jedzie na takim podejściu, bowiem ma takiego jednego na wokalu gościa w Made of Rats, który kojarzy się zespołem z absolutna niechęcią do wysokich tonów, a być może zastosowane ustawienie suwaków wiąże się z ostrzeżeniem z okładki, bądź najzwyczajniej odpowiedzialny za produkcje wraz z zespołem uznał, iż fajnie to brzmiało i basta. :) Tak czy siak mógłbym uznać, iż tutaj może poniekąd tkwić problem z jakim ja sobie w przypadku CdG nie radzę, ale jest jeszcze ta koperta płyty i wizja rysunkowa jakiej od początku znajomości z tym longiem nie trawiłem, a wręcz ona od płyty odstraszała. W sumie ktoś kto odpowiadał za produkcję albumów Kyuss mógł w sumie tylko w takie buczenie ubrać album kogoś, kto go wybrał, gdyż wielbi dokonania amerykańskich prekursorów. Tak jak numery które jakoś generalnie nie stanowią rewolucji stylu Orange Goblin mają więcej w sobie nie do końca trzeźwej paskudy spod znaku żywiołu Motorhead niż bujającego stonerowego groove'u, chociaż jak to piszę to w słuchawkach faluje mi Getting High on the Bad Times, a on bujaniem wypełniony po korek. Jak to zatem jest z tym CdG? Jest na tyle inaczej i wszem i wobec innych albumów Goblina, że ja się przełamać nie potrafię, jednocześnie nie mogąc nic złego powiedzieć w temacie jakości muzycznej samych numerów, które są przecież ciekawsze niż te które wypełniły wzmiankowany TFtHoG. Paradoksów zatrzęsienie i efekt taki, że w mojej kolekcji OG pomiędzy trójką i szóstką jest właściwie dziura, a ta szóstka czyli mój naj naj Healing Through Fire, to wynagrodzenie za zagubienie przy czwórce i piątce. Jaśniej już nie potrafiłem wyrazić swojego zdania!
środa, 6 listopada 2024
Orange Goblin - Coup De Grace (2002)
czwartek, 18 lipca 2024
Orange Goblin - Science, Not Fiction (2024)
Sytuacja (biorąc pod uwagę kilka ostatnich lat i kilka ostatnich płyt) w przypadku Orange Goblin jest obecnie niecodzienna, bowiem straciłem ja niemal kompletnie brytyjską ekipą bieżące zainteresowanie, gdyż (nie oszukujmy się) nawet jeśli nie pisałem o najnowszych albumach kompletnie krytycznie, to żaden z nich nie przetrwał próby czasu w takim stylu w jakim bym oczekiwał. Tym samym Science, Not Fiction nie był co zrozumiałe oczekiwany (do czasu jednak) zbyt niecierpliwie, więc kiedy już pojawiły się pierwsze dźwięki przedpremierowe, to okazało się, iż był to ten moment kiedy rozpocząłem jednak zniecierpliwione wyczekiwanie, bo coś się wydawało w skostniałym dotychczas niestety jak dałem do zrozumienia obliczu Pomarańczowego Goblina się zmieniło. Każdy kolejny singiel z jednej strony upewniał mnie w tym przekonaniu, lecz jednocześnie byłem w stosunku do swoich odczuć dość nieufny, bowiem miewałem przekonanie, że za tą przemianą podejścia kryje się myślenie życzeniowe, a głównym argumentem przemawiającym za jej zaistnieniem może nie być sama muzyka, a opakowanie w jakim single zostały mi zaprezentowane. Mówię tu o obrazkach takich fajnie zmontowanych, które idealnie w moje gusta się wpisały, stąd trudno mi było może uznać, że poniekąd sam sobie wymyśliłem ten oczekiwany przełom. Wątpliwości były i tylko konfrontacja z pełnym programem Science, Not Fiction była w stanie je rozwiać, bądź je potwierdzić wywołując tak radość, jak i równie prawdopodobnie smutek. To właśnie sprawdzian nuty bez efektów wizualnych określił jak jest i z mojej maksymalnie subiektywnej perspektywy informuję zainteresowanych, iż jest nawet lepiej niż sobie mogłem wymarzyć, a Science, Not Fiction wygląda (patrz koperta) równie świetnie jak brzmi, mimo że kompletnie sound nie nawiązuje do mojego faworyta z dyskografii, jakim krążek z 2007-ego roku. Healing Through Fire było mocno dołem potraktowane i membrany ostro dostawały w kość musząc znosić pracę wykonaną przez przesuwającego heblami. Natomiast produkcja Science, Not Fiction mimo iż znacznie bardziej czysta, posiada jednak ten soczyście brudny szlif i uważam że jest chyba jedną z najlepszych jaką Orange Goblin zdołał kiedykolwiek uzyskać - trzymając się przepisu na dźwięk podobny do tego w ostatnich latach uskuteczniany, a zarazem podbity odpowiednią dawką konkretnego, bardzo tłustego łomotu. Innymi słowy jest wyraziście, w sensie że moc nie rozprasza i nie przykrywa detali, a te są na Science, Not Fiction bardzo istotne, bez względu na fakt, że nikt tu niczego nowego nie odkrywa, a tylko w zasadzie więcej niż stonera w nucie Goblinów rock'n'rolla po linii (niewielkie zaskoczenie) Motorhead, czy z lekka bardziej psychodelicznego grania, w którym oczywiście fundamentem ogromna miłość do spuścizny Black Sabbath z czasów Ozzy'ego (patrz bardzo pod Childen of the Grave, The Fire At The Centre Of The Earth Is Mine). Album brzmi nareszcie ekscytująco i nareszcie nie mam powodów aby próbować kamuflować rozczarowanie - niby tylko do najlepszej tradycji dodali nieco świeżości w postaci ponownego entuzjazmu, ponownej ekscytacji i idealnie współgrającej z muzyką wizualnej narracji, a dzięki temu jest kapitalnie. Poszerzyć ponadto nieco spektrum aranżacyjne plus skorzystać z nośnego pomysłu plastycznego i otrzymać najlepszy od grubo ponad dekady (A Eulogy For The Damned się kłania) efekt. Ja szanuję!







