Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slayer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slayer. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2022

Slayer - Diabolus in Musica (1998)

 


Diabolus in Musica jak pamiętam, kiedyś szalikowców Slayera podzielił/a na tych co ch się znają i tych co przy legendzie bez względu na wszystko trwają. ;) Mówię o tym, że był to krążek na tyle kontrowersyjny, iż starzy oldschoolowcy po jego zawartości równo jechali, a ci których owo mieszanie z błotem wkurwiało, a było ich stosunkowo znacznie mniej - oni po cichu tych twardogłowych o kompletny brak zrozumienia sytuacji i kontekstu czasów posądzając, uznawali za głupio do powtarzania schematów przywiązanych. Radykałowie bez opamiętania gromami w Slayera ciskali, a ci co w skrócie wytrwali w odsłuchach przy "nowym" Slayerze, to przecież obiektywnie rzecz biorąc przy tylko trochę nowocześniejszej slayerowej postaci pozostali. Trzeba było słuchać uważnie, dać czas i absolutnie nie odnosić się do klasycznych wydawnictw, aby dotrzeć do jej sensu. Po sterylnie brzmiącym i mechanicznie poprawnym Divine Intervention, Diabolus było brudne i niegrzeczne, bo sięgające po inspiracje do sceny tak hard core'owej jak i punkowej, a zarazem gdzieś na swój sposób chwytliwe (State of Mind). Paradoksalnie to płyta w której po latach odnajduje się zarówno klasyczne odniesienia w postaci charakterystycznych chaotycznych solówek i tych motorycznych riffów czy wrzaskliwych wokali Arai, jak i te wówczas z niesmakiem opisywane ucieczki w stronę nowoczesności, które już teraz nie tak wyraźnie słyszalne jak ówcześnie. Materiał okrzepł i emocje co naturalne opadły, a najważniejsze że dzisiaj na grę Paula Bostapha można wreszcie obiektywnie spojrzeć i docenić że nie przyszedł Lombardo kopiować, tylko aby dać z siebie to co najlepsze po swojemu i w miarę na własnych zasadach. Jako już stary dziad któremu hałas w muzyce coraz bardziej zaczyna zawadzać, nie śmiem niczego w kwestii Diabolus in Musica rozstrzygać. Twierdzę tylko maksymalnie subiektywnie, iż z tego dojrzałego najtisowego Salyera Divine uwielbiam, ale to chyba w Diabolus więcej wciąż ciekawego odnajduję. 

P.S. Kiedy w połowie 1998-ego wszystkie metaluchy się slayerowym zwrotem podniecały, ja patrzyłem na to z dystansu, bowiem wówczas nie miało to dla mnie większego znaczenia. Młody wciąż względnie w metalu byłem i nadal w nieprzebranym bogactwie gatunku myszkowałem, więc gdzieś moja uwaga przez rozstrzał stylistyczno-estetycznych doznań na Diabolus się wystarczająco nie skoncentrowała. Trzeba było długiej pauzy, a finalnie perspektywy czasu. No więc!

czwartek, 4 marca 2021

Slayer - God Hates Us All (2001)

 

Domniemam, iż tylko po części rozumiem dlaczego God Hates Us All już od premiery nie zaskarbił sobie mojej większej sympatii. Nie przyjąłem zawartości szóstki z tak wielkim entuzjazmem jak to kilka lat później się zdarzyło, gdy premiera Christ Illusion nastąpiła. Pierwsze to pewnie przekonanie, iż to Dave Lombardo ze swoim siłowym aczkolwiek finezyjnym graniem, powinien nabijać tempo pod riffy Hannemana i Kinga. Po drugie (co uznaje za argument ten właściwy, bez ironii), to fakt że numery z albumu z 2001 roku zwyczajnie są bardziej w dezorientacji poszukujące niż eksplorujące klasyczny charakter nuty Slayera. I może byłoby inaczej (bo nie jestem fanem stagnacji), gdyby te kompozycje buszując fragmentarycznie po nowych terytoriach, odkrywały ścieżki do dalszego rozwoju na tyle aranżacyjnie atrakcyjnie, że byłyby punktem odniesienia dla przyszłej twórczości zespołu. Tak akurat nie jest, a nawet jeśli kilka z ciosów nagranych po wydaniu God Hates Us All może być kojarzona z grzebaniem w agresywnym hardcorze, crossoverze bądź punku, to one znacząco ciekawsze, gdyż przekornie napiszę iż po prostu przejrzystsze, czytelniejsze i oprawione w lepsze brzmienie. Dla mnie numery z analizowanego albumu są zwyczajnie nieznośnie chaotyczne, a sound wykręcony nazbyt brudny, czy wręcz zgrzytliwy - więc przyjemność z jego odsłuchu może przyjść wyłącznie wtedy gdy po kilkukrotnym zapętleniu nastąpi naturalnie rodzaj przyzwyczajenie aparatu słuchowego do niego. Gdy jednak wrzucam pomiędzy krążków innych odsłuchami, jestem poddawany próbie która często kończy się wciśnięciem przycisku stop i przerzuceniem się właśnie na Christ Illusion. Być może wciąż nie jestem odpowiednio przygotowany na docenienie jakości God Hates Us All - czego nie wykluczam, bowiem pokory na szczęście wobec dźwięków u mnie jeszcze sporo. Z drugiej jednak mańki, jeśli nie spieprzam przed podziałami rytmicznymi The Dillinger Escape Plan, to dlaczego płoszy mnie God Hates Us All? Zastanawiam się i kombinuje – wyciągam prosty wniosek, że to jednak coś nie tak z tym krążkiem. 

czwartek, 5 grudnia 2019

Slayer - Divine Intervention (1994)



30 listopada 2019 roku w L.A. legenda zagrała swój ostatni koncert i chyba niewiele wskazuje, że ta decyzja o zejściu ze sceny, może być chwilowym kaprysem zmęczonych, tym bardziej zblazowanych muzyków, czy z góry założoną strategią marketingową rozpisaną precyzyjnie na kilka lat do przodu, celem wydrenowania w przyszłości kieszeni maniaków. Oby nie poszli tropem Judas Priest grających od lat swoje finałowe trasy i napędzających tym ogranym trikiem koniunkturę wokół nazwy zespołu. Lepiej skończyć we względnej chwale, inaczej ze sceny zejść z tarczą niepokonani, niż pazernością napędzani zbrukać własne imię. Tym bardziej, że ten finałowy Slayer choć formy nie stracił, to jednak tylko pięćdziesiąt procent legendarnego składu, więc tym bardziej jeśli decyzja będzie konsekwentnie podtrzymywana, to szacunek się należy. W związku z tą historyczną datą sprzed kilku dni, należało słowo własnego komentarza zarchiwizować i przy okazji dodać kilka kolejnych o płycie dotychczas jeszcze nie objętej spojrzeniem amatorskiego anonimowego pismaka. Nie jest akurat tak, że pisze w tej istotnej chwili o Divine Intervention zastępczo, tylko i wyłącznie przez wzgląd na fakt, iż o krążkach największych wcześniej swoje refleksje na strony bloga wrzuciłem, gdyż nawet jeśli był to album z niekoniecznie najbardziej kultową zawartością, to jednak po latach absolutnie nie stracił na wartości i nie ma powodów, by stawiać go poniżej poziomu wyznaczonego przez ikoniczny "tercet". Tym bardziej że każdy oddany idei metaluch wie o ówczesnej rejteradzie Lombardo i związanej z nią konieczności znalezienia zastępstwa, którym finalnie okazał się wieloletni późniejszy etatowy bębniarz rezerwowy Slayera. Paul Bostaph to nie Dave Lombardo, ich style różne, mimo że warsztat i talent porównywalne, stąd trudno by nie było słychać różnicy w sensie charakterystyki bębnienia. Oczywiście wolałbym żeby finezja i moc Lombardo tutaj królowała, zamiast tego jednak Bostaph oferuje mechaniczną precyzję i zaskakująco dobrze pasuje ona do ostrych jak brzytwa riffów, które niczym nie ustępują jakościowo tym z poprzedniczki. Żadne zaskoczenie, przecież Hanneman wraz z odejściem Lombardo nie stracił umiejętności pisania jedynych w swoim rodzaju partii wioseł, King nie zaprzestał używania pisków i sprzęgnięć w solówkach, a Aray'a nie zaczął śpiewać czysto i melodyjnie (zaśpiew z Serenity in Murder nie jest ani czysty, ani melodyjny ;)). Z pewnością nie jest to płyta bliźniacza z jakąkolwiek poprzednią produkcją, bowiem słychać pewne eksperymenty, zarówno brzmieniowe jaki i aranżacyjne oraz szperanie w hardcore'owych i nawet punkowych inspiracjach (za dwa lata sieknęli przecież krążkiem z crossoverowymi coverami), ale z perspektywy czasu jest to modyfikacja ewolucyjna, w żadnym stopniu rewolucyjna. W atmosferze ogromnych oczekiwań i równie dużego niepokoju powstał album równy i wyrazisty, wściekły i ciężki, który nawet bez kontrowersyjnej otoczki (patrz wyrzeźbione żyletką logo na przedramieniu jakiegoś ultrasa zespołu) nie rozczarowałby, mimo że po latach triumfalnego wspinania się na szczyt, Slayer wówczas aż tak lekko nie miał. Ale to każdy maniak wie doskonale.

niedziela, 31 marca 2019

Slayer - Reign in Blood (1986)




Wracam pamięcią do przeszłości, jest rok 1999 i Testament wydaje kapitalny The Gathering i od tego momentu jak kojarzę rozpoczyna się chwilowa druga młodość thrash metalu. Potwierdzona zarówno powrotem w często doskonałej formie starych thrashowych załóg, jak i w takich okolicznościach naturalną modą wśród młodzieży na granie według klasycznych szablonów, czy w chwilę po ostudzeniu trendu na odmładzanie gatunku poprzez jego unowocześnianie. Dlaczego o tym wspominam w kontekście albumu z prehistorycznego roku 1986-ego? Właśnie ze względu na rolę czasu i nieubłagany jego upływ, bowiem wówczas Reign in Blood, powstały w połowie lat osiemdziesiątych był zaledwie krążkiem 13-letnim, a jego status już wtedy w uzasadniony sposób predestynował go do roli klasyka i tak był w metalowym środowisku oczywiście traktowany. Zadaję sobie zatem pytanie, jak mam spojrzeć na Reign in Blood z perspektywy dzisiejszej, kiedy druga fala thrashowej ekspresji wydaje się doświadczeniem potwornie wiekowo zaawansowanym, a Reign in Blood za zaledwie kila lat stuknie (ja pierd***!) czterdziestka! Po chwili namysłu dokonanego w towarzystwie dźwiękowej zawartości trzeciego longa Zabójcy doszedłem do przekonania, że pomimo dość archaicznego brzmienia album zachował główny walor, a jest nim oczywiście czysta energia, skondensowana w formie ultraszybkich riffów made in Hanneman/King, napędzanych perkusyjną kanonadą Lombrado. Potwornie groźnej dla aparatu słuchowego i moralności publicznej bezlitosnej lawiny jazgotliwych solówek, precyzyjnie niczym brzytwa tnącego gitarowego szaleństwa. Wciąż słychać, że to dźwięki z jeszcze ciemniejszej strony mocy, czuć w nich przeszywającą atmosferę sensacji, prowokacji i kontrowersji, a ich ekstremalny charakter nadal potrafi rozstroić nerwy osobnikom nawet w miarę odpornym na hałas, bądź tym wielu starszym metalowcom, którzy do hałasu sentyment posiadają, lecz stracili już nieco odporność na wrzaskliwe granie. Nie będę kitu cisnął, że jak niegdyś bywało tak i obecnie zaczynam dzień ekstremalnie i tak samo go zamykam, bo więcej w nim obecnie muzyki stonowanej, bądź poszukującej inspiracji w bluesie czy hard rocku, niż agresywnej gitarowej młócki. Lecz pomimo praktycznego zdystansowania do metalowej sceny i tylko sporadycznego powracania do death/thrashowej estetyki, to nie napiszę niczego krytycznego o Reign in Blood, bo zwyczajnie nie byłbym uczciwy wobec siebie i własnych  subiektywnych odczuć. Stąd będąc jeszcze świadom znaczenia wypowiadanych słów i dokonywanych osądów oświadczam, że taka bezkompromisowa motoryczna petarda jak Reign in Blood jest tylko jedna, mimo że od przełomowego 86-ego scena nie zasypywała gruszek w popiele. 

poniedziałek, 25 marca 2019

Slayer - South of Heaven (1988)




Po petardzie jaką niewątpliwie Reign in Blood było, przyszedł czas na swego rodzaju szok, czyli krążek który oprócz turbo thrashowych pocisków, stawiał nie mniejszy akcent na wałki co nieco wolniejsze. Trudno jednak uznać South of Heaven za album mniej intensywny - z pewnością w konfrontacji z poprzednikiem znacząco inny, lecz programowej agresji w nim nie brakuje. Jest jej równie wiele, lecz ona osadzona na konkretniejszym kręgosłupie aranżacyjnym, bardziej rozbudowanym szkielecie konstrukcyjnym dającym numerom więcej powietrza i przestrzeni. Obawa zapewne była, że radykalni wyznawcy ujadać będą, ale jak się okazało kult mimo to nie przygasał, a jego ewolucja dawała uzasadnioną nadzieję, iż Slayer nie zamknie się w jednowymiarowej death/thrashowej konwencji i w przyszłości przyniesie jeszcze pośród ognistej młócy intrygujące gatunkowe czy warsztatowe rozwiązania. Uznaje zatem osobiście strategię z South of Heaven za rozsądnie dobraną do okoliczności czasu - ryzykowną, ale przede wszystkim pro rozwojową i intuicyjnie osadzoną w potrzebach samych muzyków. Po cholerę przesuwać granice ekstremy tam gdzie staje się to absurdalne i groteskowe. W temacie prędkości doszli do muru, pokazali tyle ile w owym czasie było konieczne aby ściągnąć na siebie uwagę - innymi słowy wykazali się i postawili kropkę. Przyszedł czas by podkreślić ciężar oraz zabłysnąć dojrzałością kompozytorską, co w jakości najwyższej uczynili. Skleili znakomicie genialne riffy Jeffa i Kerry'ego, efektowne i efektywne bębnienie Dave'a z szaleństwem wokalnym Toma tworząc zapamiętywalny materiał. Ponadto wykorzystali promocyjny atut dodatkowy jaki na talerzu podali im samozwańczy histeryczni obrońcy moralności. Ci wszyscy tropiciele sensacji czy żywiący się cudzym nieszczęściem polityczni padlinożercy, gdy kontrowersyjny singiel Mandatory Suicide zaistniał. Wielkie larum podniesiono, oburzenie święte zamanifestowano - kurz opadł i dzisiaj tylko muzyka ma znaczenie, a ona wiele mówi nie tylko przez pryzmat licznych kontekstów. 

P.S. Tekst naturalnie pozbawiony atutu odkrywczości, gdyż ponieważ. ;)

piątek, 25 września 2015

Slayer - Repentless (2015)




Gorący temat i siłą rzeczy emocje rozgrzane maksymalnie, aż się obawiam własną opinię względem Repentless wygłosić. ;) Szczególnie, że tuż po premierze pojedyncze świeżutkie recki poznałem i niezbyt przychylne one się okazały. Zbudowałem więc mur obojętności na wynurzenia innych oraz ukułem sobie taką tezę, że jak kiedyś od lat za negatywną opinię względem dzisiejszych żelaznych klasyków Zabójcy zostałbym publicznie okaleczony - przynajmniej usunięciem rąk, które te bluźnierstwa spisały. To dziś biorąc pod uwagę okoliczności odwagą jest o Repentless z nawet umiarkowanym entuzjazmem prawić. Przecież to truizm, że nic nie stoi w miejscu, dynamika jest podstawą wszelkich procesów więc i stosunek do ikony podlega zmianom. Jednak kiedy emocje nieco siadły i frustraci swoje żale gwałtownie wylali, to i kolejne refleksje (wspomniany powyżej mur nieszczelny się jednak okazał) wyważone i co cieszy konstruktywne być raczyły - tym sposobem szlag trafił moje pozowanie na bohatera co iść samotnie pod prąd będzie. :) Kilka odsłuchów materiału z "bez skruchy/mniej żalu", czy jak to tam poprawnie tłumaczyć, plus lektura wywiadu z Kerrym Kingiem zamieszczona w magazynie z hałasem w nazwie przekonały mnie, że ta karkołomna misja kontynuowania działalności bez Jeffa i Dave'a ma jednak sens. A przyznaje, że tuż po druzgocącej wiadomości o śmierci Hannemana i opuszczeniu pokładu przez Lombardo, jak większość postawiłem na legendzie krzyżyk i chwilą wymownej ciszy uczciłem jej (nie)świętą pamięć. Ja tu do grobu ich składam, a oni pomimo wieka zamkniętego i piachem przysypanej trumny wyłażą z dołu i to jeszcze z dumnie podniesionymi głowami. Zaprawdę to najtwardsi z twardych skurwieli! Zapuszczam dziewiczy odsłuch, a z całości bije autentyczna pasja i szczerość, zaangażowanie jakby za wszelką cenę chcieli udowodnić, że Slayer to nie tylko Hanneman i Lombardo. I ta sztuka się udaje, a przyłapanie się na poczuciu, iż nie brakuje tu dwóch filarów stało się miejscami faktem, za co oczywiście brawa należą się również rezerwie która z ławki do gry weszła i przesądziła o kapitalnej grze nowego składu. Przecież Bostaph jak zwykle precyzyjny, choć ani odrobinę w szaleństwie Lombardo dorównujący, a tym bardziej Holt sroce spod ogona nie wypadli - ten drugi to tak po prawdzie tego rodzaju weteran który już kiedy Slayer jeszcze anonimowy pozostawał to na scenie swoją obecność zaznaczał. Stąd też po części pochodzi obecna siła formacji i efekt uzyskany za pośrednictwem nowych kompozycji. I teraz dopiero konkretnie napiszę jak w moim przekonaniu jest na Repentless. Jest drodzy niedowiarkowie dobrze (kieruje to także do siebie), a w porywach bardzo dobrze i okazjonalnie wręcz genialnie. Proporcje pomiędzy motoryką, marszowym mocarnym dołem, a galopadą są wyważone doskonale, chaotyczne wiercące solówki zgrabnie współgrają z chwytliwym riffem. Wiosła tną precyzyjnie jak tradycja nakazuje, pozostawiając broczące krwią rany i jedynie aranżacyjnie jest chwilami zbyt ubogo. Jednak czy to takie istotne kiedy riff konkretnie kopie, a brzmienie ukręcone przez Terry'ego Date'a dostarcza porażającej mocy. Fakt, że nieco siermiężnie sklejane pomysły to jest wada tego materiału, która absolutnie nie pozwala na stawianie Repentess na równi z finezyjną trójcą Reign-South-Seasons, jednakowoż nie poddaje też ten argument w wątpliwość stwierdzenia, iż pod dowództwem Kerry'ego i Toma Slayer bardzo przyzwoity nagrał. Na mojej półce krążek numer jedenaście w dorobku zabójcy stawiam tuż obok Divine Intervention (okoliczności powstania) i w bezpośrednim sąsiedztwie Christ Illusion (skojarzenia z zawartością) i już teraz spontanicznie deklaruje oczekiwanie na kolejny. Jak okrzepną w tym składzie, pewności co do własnych dużych możliwości nabiorą oraz może przekonają się w praktyce o niemal bezwarunkowej lojalności fanów (życzyłbym), to spodziewam się jeszcze mocniej rażącego ładunku. Teraz bogatszy nie o materiał genialny lecz o uzasadnioną nadzieję na "więcej i jeszcze lepiej" stwierdzam, że dobrze się stało iż King i Araya nie odpuścili i ambitnie przeciwstawili się krzywdzącym opiniom o bezdyskusyjnej wyższości tej labilnej części pierwotnego składu nad tą bardziej odpowiedzialną. 

P.S. Jak stwierdził Kerry King "... zawsze znajdzie się grono niezadowolonych lub takich, co skreślili nas w imię swoich nieracjonalnych przekonań..." - przykro tylko, jak zauważam ja, że ich koncentracja w tym kraju wyjątkowo duża. Im to dedykuję soczyste - jak się nie podoba to wypierdalać! Bluzg to pewnie konsekwencja obcowania z chamskim thrashem. :)

poniedziałek, 23 marca 2015

Slayer - Christ Illusion (2006)




Oczekiwania związane z powstawaniem tej płyty były ogromne z powodów wiadomych wszystkim zorientowanym w temacie. Presja olbrzymia, bo i w świecie maniaków Slayera nie funkcjonuje słowo kompromis. Ma być tak jak powinno i tyle, znaczy numery muszą skopać tyłki i nie pozostawić żadnych wątpliwości kto w świecie ekstremalnego thrashu pozostaje królem. Czekałem zatem jako fan zabójcy z ogromnym apetytem na Christ Illusion i absolutnie się nie zawiodłem. Zaczynając od bezkompromisowej okładki, nawiązującej do szlachetnych stylizacji z lat największej świetności grupy, po same dźwięki, jakie z impetem od startowego Flesh Storm wylewaj się z głośników. To jest ten Slayer jakiego wielbię, czyli motorycznie pędzący przed siebie z kapitalnymi riffami, obłąkanymi solówkami i co akurat na tym albumie jest szczególnie uwypuklone, fantastycznymi smaczkami podnoszącymi ciśnienie i włosy na ciele. Nawiązania do klasycznego łojenia to jednak nie jedyny walor tego albumu, gdyż w zalewie archetypicznego młócenia muzycy z wyczuciem wtopili najlepsze cechy stylu, nie do końca wzbudzającego zachwyty na Diabolus in Musica, czy God Hates Us All. Christ Illusion to taka wyborna hybryda tego, co klasyczne i tego, co nowe – tego, co thrashowe i tego, co upraszczając, core’owe. Co ważne pierwszorzędnymi aranżacjami sklejone, przez co absolutnie nie odczuwa się próby dokonania aktu kompromisowego pogodzenia tych dwóch okresów z twórczości formacji. Powstał zatem nie twór sztucznie zlepiony na potrzeby rynku, a akt całkowicie naturalnego pójścia za instynktem, który najczęściej najtrafniejsze rozwiązania podpowiada. Czy to też przypadek, że Lombardo powraca na swoje miejsce i od razu Slayer tak do końca staje się sobą - gra to, co chce i robi to z najwyższą klasą. To rzadkość, że stołek zajmowany przez perkusistę aż tak istotnie wpływa na charakterystyczne walory grupy. I zaznaczam w tym miejscu, że nie mam większych zastrzeżeń do tego, co Paul Bostaph wystukał na trzech albumach poprzedzających Christ Illusion, uważam tylko, że to ten jedyny w swojej manierze napierdalający Kubańczyk potrafi zabójcy napędzić rytm w odpowiedni sposób. Te kapitalnie tnące riffy nieodżałowanego Hannemana, podbijane kanonadą perkusyjnej nawałnicy produkowanej przez Lombardo zaczynają nabierać cech swoistej magii i nic nie jest w stanie zmienić tego rodzaju mojej opinii. Tak jest i tyle - tak to odczuwam i biorę na klatę wszelką krytykę czy zarzuty o radykalizm. Ta grupa bez Dave’a i Jeffa traci racje bytu i stwierdzając powyższe zdaje sobie sprawę, że nie widziałem na żywca i pewnie nie zdecyduje się zobaczyć obecnego składu. Zainteresowanie powstającą obecnie nową płytą mam niemal zerowe, przez co weryfikacja stanowiska nawet, jeżeli krążek obiektywnie okaże się „uroczy” będzie zadaniem na miarę dysonansu poznawczego - czyli będę za wszelką cenę go unikał, okopując się w bezpiecznej przestrzeni. Czy to nieuczciwa postawa, nie będę tutaj takich rozważań uskuteczniał, zwyczajnie w temacie Slayera budzą się we mnie postawy, które w przygniatającej większości przypadków piętnuję bezlitośnie. Slayer musi by Slayerem, a bez swoich dwóch filarów za chuja nim być nie może!

piątek, 7 czerwca 2013

Slayer - Seasons in the Abyss (1990)




Ostatnio w oczekiwaniu na wysyp zapowiadanych nowości, w obrębie moich muzycznych fascynacji refleksje snuć zacząłem w temacie klasycznych albumów towarzyszących mi od lat. Zatem kontynuując w wolnej chwili ten proces, przeszukując zbiory na „oczywistą oczywistość” trafiłem. Nie ma obaw, ręki na (nie)świętość nie podniosę, bo żelazna klasyka jaka by nie była moja osobista opinia na temat jakiegokolwiek obiektu kultu na obiektywny szacunek zasługuje. Fakt skrytykować i wytykać co mi nie pasuję mogę, jednak z zachowaniem respektu wobec innych przekonań, szczególnie, iż często są to dosyć twarde niemal radykalne stanowiska, a do konfrontacji z byle powodu mi nie śpieszno! W końcu zwyczajny ze mnie człek, co także mylić się może - pokorą pomimo własnego zdania przepełniony, świadom własnych niedoskonałości. Dlaczego w pierwszej kolejności z obozu zabójców Seasons in the Abyss? Bowiem po pierwsze dziewiczy to dla mnie ówcześnie album z którym to nazwę Slayer kojarzyć począłem, za sprawą przede wszystkim obrazka do tytułowego numeru. Po drugie album to, co do dnia dzisiejszego wzorem thrashowej doskonałości pozostaje rozpalając emocje, wzbudzając gwałtownie przypływ adrenaliny. Po trzecie natomiast w przekonaniu moim to szczyt i przepaść zarazem dla grupy – szczyt, bo krążek kompletny, przepaść gdyż po nim to wiele lat minąć musiało aby miękko po jego sukcesie wylądowali, aby nadwyrężony kręgosłup w postaci składu po rehabilitacji znów funkcjonować z odpowiednim animuszem zaczął. W porządku, był wstęp, czas na rozwinięcie! Jak tu jednak przejść do konkretów i w detalach opisywać zawartość, kiedy o albumie tym chyba wszystko już napisano, jednak może ja wszystkiego jeszcze nie przeczytałem i świadomie pomijając wszelkie banałem śmierdzące ochy, achy i inne podnietą przesiąknięte dyrdymały napisze, iż po sonicznym gwałcie Reign in Blood, oddechu odrobinie South of Heaven międzynarodowa z pochodzenia ekipa wysmażyła befsztyk iście idealny -gdzieś na styku krwistości trójki i mocarnej ciężkości czwórki. Tak jak duet powyższy w slayerowej konwencji wrażenie robi czegoś na kształt yin i yang z azjatyckiej filozofii, tak album z otchłanią w tytule pełen jest cech charakterystycznych obu poprzedników. Mamy tu zarówno intensywną galopadę, rytmicznie podbijaną szaleństwem Lombardo, akcentowaną wrzaskiem przez Araye czy motoryką riffu Hannemana oraz obłędem Kinga. Więcej tu dojrzałości aranżacyjnej, osiągniętej odpowiednim zbilansowaniem powyższych cech charakterystycznych dla grupy – zwolnieniami, które szczególnie w kontraście do superszybkich strzałów są szczególnie cenne dla samej dramaturgii płyty. Krótko mówiąc w subiektywnej mojej ocenie największe osiągnięcie to formacji, jak nie największe przez lata osiągnięcie na scenie, w moim osobistym rankingu z tego piedestału dopiero zepchnięte w 1999 roku za sprawą The Gathering dla wtajemniczonych wiadomo kogo! Był wstęp, rozwinięcie też się pojawiło, czas zatem kończyć i treściwym wnioskiem niekoniecznie związanym z przedmiotem refleksji się podzielić. Zanim kolejne świeże wypieki z roku 2013 do mnie dotrą dalej z uporem maniaka odbywać sentymentalne podróże zamierzam!

P.S. Refleksje poniższe jakiś czas temu spisane bez najmniejszego przeczucia, iż już wkrótce Hanneman ten "padół łez" opuści, a Lombardo z księgowym Kerry'm Kingiem, co do podziału zysków się nie dogada, przez co Slayer pomimo zapowiadanej dalszej działalności zapewne naturalnego zgonu doczeka. Na moich oczach odchodzi legenda, czas nie stoi przecież w miejscu!

Drukuj