Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Scorsese. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Scorsese. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2026

After Hours / Po godzinach (1985) - Martin Scorsese

 

Na pozór kuriozum w dorobku Scorsese i trudno było mi je na szybko ubrać w słowach po seansie, więc sobie tytuł czekał dość długo na podsumowanie. Scenariusz mocno kombinowany, zaskakujące zwroty akcji w absurdalnych kontekstach często osadzone. Festiwal pomyłek i dziwnych zbiegów okoliczności w jedna koszmarną noc przez bohatera przeżytych. Dziwnie nieprzystająca do dotychczasowej, jak i późniejszej twórczości Scorsese produkcja, jaka może budzić konsternacje podczas projekcji, ale jaka posiada w sobie sporo bardzo specyficznego uroku. Zdaje się iż idealnie oddaje klimat nowojorski, ten znany na przykład z teledysku Jacksona do Billy Jean, gdzie mroczne nocne zaułki, rozświetlane pobłyskującymi kolorowymi neonowymi światłami i całodobowymi barami otwartymi dla zmęczonych egzystencjalną pustką, poszukujących ukojenia bądź ekscytującego wydarzenia. Bohater wpada w gąszczu ulic którymi wiatr gna zużytą codzienna prasę i bucha para wodna z chodnika, w karuzelę niespodziewanych wydarzeń i widz obserwuje jak się w nich miota, po czasie nawet nie zwracając w sumie uwagi na liche prawdopodobieństwo autentyzmu, bowiem głównie czerpie się myślę kinową przyjemność z wchłaniania właśnie atmosfery wczesnoejtisowej, wielkomiejskiej atmosfery. Stąd tu śmieszno i straszno, z całym korowodem osobliwych postaci i zachowań. Jakbym miał podsumować i zdefiniować co chciał pogrążony podobno w tamtym okresie w depresji Scorsese osiągnąć, to stawiałbym na mroczną tragifarsę egzystencjonalną - coś w rodzaju poszukiwania sensu bycia w świecie zgniatającym nieprzystosowanych. Tudzież komedię sytuacyjną z fundamentem dramatycznym o neurotycznych, odjechanych maksymalnie ówczesnych, mieszkańcach nowojorskich ryzykownych dzielnic "dobrej" zabawy. Wszelkiej maści cyganerii miejskiej, niebieskich ptaków i dla równowagi znerwicowanej niższej kadry korporacyjnej. Inaczej niby rozrywkę, a niby ambitną satyrę na drugą twarz "njujorku".

piątek, 27 lutego 2026

Mean Streets / Ulice nędzy (1973) - Martin Scorsese



Sekwencja z napisami startowymi może robi niezłe wrażenie i udowadnia że Scorsese od samego początku miał pomysły i koncepcję wyróżniające jego styl. Niestety jeśli odrzucić nostalgię i sentymenty, to przecież słaba, mimo że jeden do jednego bliska realiom Małej Italii jest historia i intryga. Raczej niedopracowana w szczegółach, radosna, energiczna jak cholera improwizacja fabularna - dokumentowanie szarej, lecz nie monotonnej absolutnie codzienności drobnych rzezimieszków, kanciarzy z ambicjami. Czuć fragmentami tą właściwą żyłkę do klimatów gangsterskich, a scena w klubie go-go z czerwienią spadająca na postaci, to jak dobrze kojarzę wprost protoplasta dla ikonicznych restauracyjno-barowych wątków Chłopców z ferajny. Jednako całość nie trzepie, jest bardzo nierówna, czasem wręcz tylko półprofesjonalna. Trochę komiczne szarpaniny, bójki bez ikry - wprawki gatunkowe, stylistyczne po całości. Czuć że to debiut w tych klimatach, pierwsze poważniejsze kroki które nie mają startu do wszelkich już w pełni profesjonalnych dalszych działań Scorsese. Aktorstwo jednak jest dobre, nawet jeśli nieco przesadzone, przestylizowane uważam. Prócz wyrazistego, podobno debiutującego tutaj De Niro, Keitel od zaraz doskonały, drugi plan też w większości bardzo autentyczny i Nowy Jork surowo, uczciwie sportretowany, z lat swojej słabej kondycji moralnej i architektonicznej zasługuje na uwagę oraz w sumie przesłanie - jakiś brutalny morał końcowy, przestroga że pogardliwość w stosunku do niewłaściwych typów i krwawa akcja odwetowa za upokorzenie, kończy krótką karierę buńczucznego, impulsywnego idioty wirażki.

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

New York, New York (1977) - Martin Scorsese

 

To jest ta podana wzorcowo nonszalancka De Niro maniera, jaka kojarzy się z wieloma jego kreacjami u Scorsese, a najbardziej w kontekście powstałego w zaledwie rok przed NY NY Taksówkarzem i postacią z lekka jeb***tego Travisa Bickle. Ona wzorcowa lecz mnie się akurat w kontekście zupełnie rożnego oblicza stylistycznego tychże dwóch obrazów bardzo nie podoba, a i też Robert poniekąd z twarzy zakapiorski może wizualnie też nie pasuje w stu procentach tutaj do oryginalnej wielce urody Lizy Minnelli i nie rozumiem dlaczego taki akurat wybór obsadowy Martina. Z drugiej jednak mańki jak to jego cwaniactwo nie klei się dodatkowo idealnie z zafascynowanym jazzem saksofonistą, to jako gość kombinator wygląda bardzo realistycznie, bo mógł gdyż ma predyspozycje zbudować z łatwością w świadomości fana kina takie skojarzenie cwaniaczkowate. Zatem widzę argument za, choć więcej ich na niekorzyść wielkiego, lecz nieco oczywistego, bo przyklejonego do szablonu aktora. Ponadto trudno mi widzieć w nim też lovelasa, ale już lekkiego psychola naturalnie jak najbardziej, a tu jako Jimmy niewątpliwie balansuje gdzieś pomiędzy tymi naturami i im dalej w scenariusz i wydarzenia, tym bardziej to rozklejenie jest mimo wszystko znośne. Brawa jednako dla Roberta, bo zagrać upierdliwca tak aby rzeczywiście mieć go dość siedząc przed ekranem, to trzeba posiadać potężny aktorski talent bezdyskusyjnie. Tym bardziej warto znosić jego namolność, fale narcystycznej irytacji na zmianę z seksistowskim chamstwem i w sumie jest przyjemnie kiedy dla odmiany Liza zaśpiewa i Liza się jak nikt chyba inny szeroko i promieniście uśmiechnie - bez względu (uwaga, wchodzę w grząski temat) jak bardzo to jej vibrato jest siłowe i brzęczy mi we łbie. Roberta flow i rysy nie pasują do mojego wyobrażenia muzyka, ale chemia aktorska (bo małżeńska zapisana w scenariuszu rożna) między nimi jest boska i kapitalnie Francine się z biegiem czasu do jego charyzmy upadania. Dziwny w sumie to jest obraz z gatunkowo go w na poły określającym akcentem muzycznym - wzbudzający co do jakości dyskusje, którym nie tylko antypatyczna postać Jimmy’ego jest się skora przysłużyć, bo raz relacje damsko-męskie w układzie szarpiącego się małżeństwa mogą się technicznie i psychologicznie poprzez wdzięk i autentyzm podobać, a dwa to sporo w nim bajzlu, chaosu jakiegoś urzeczonym po całości być nie pozwalającego.

P.S. Piosenka, piosenka i jeszcze raz piosenka, pamiętaj o tym pseudo recenzencie - ona jako hymn nowojorski, to ona znaczy dla kultury amerykańskiej więcej myślę niż sam obraz jaki w 1977 roku Scorsese nakręcił i jaki mu nie dał satysfakcji przytulić większej ponad nominację nawet dla kompozycji Johna Kandera i Freda Ebba nagrody.

środa, 6 marca 2024

The Age of Innocence / Wiek niewinności (1993) - Martin Scorsese

 

Chociaż nominacji oscarowych było kilka, to przełożenie ich na oklaski po zwycięstwie ograniczyły się wyłącznie do lauru za przygotowane kostiumy, a w przypadku Złotych Globów na bardziej rzecz oczywista prestiżową nagrodę dla Winony Ryder za rolę drugoplanową. Kostiumy, charakteryzacja i także scenografia na bardzo bogato, więc zauważenie pośród nich tego waloru i jego docenienie zdecydowanie zasłużone, ale że to jednak rodzaj porażki, kiedy wizualny majstersztyk się przygotowało, a zamiast deszczu zaszczytów tylko jeden na pocieszenie, to nie ma dyskusji. W kwestii natomiast słuszności uhonorowania Winony Ryder można jednako dyskutować, albowiem mam ja na przykład takie przekonanie, iż gdyby zamienić jej rolę May Welland z kreacją Miny Murray w nakręconej w rok wcześniej klasycznej adaptacji Draculi Coppoli, to w obydwu produkcjach nie zauważono zbytniej różnicy. Poniekąd jednak jest zrozumiałe, kiedy skonfrontuje się intensywność przeżyć podczas seansu Wieku Niewinności z rozbijającą wówczas w rankingach konkurencję Listą Schindlera, a i Fortepian Jane Campion, to też wrażenia jednak znacznie bardziej ekscytujące, choć już bardziej podobnie stonowane i jakby pod warstwą ochronną skoncentrowane. Stąd ten akurat film mistrza Scorsese krytyki decydującej o przyznawanych wyróżnieniach nie zawojował, choć obiektywnie na zbyt wiele słów uwag negatywnych nie zasłużył i ja tu ich oprócz kwestii gatunkowej przynależności (nie jestem fanem kostiumowych melodramatów i tyle) nie będę zamieszczał. Ot jeśli mowa o prestiżu festiwalowym konkurencja po prostu lepsza była, co nie znaczy, iż Wiek niewinności należy do tych słabszych prac scorsesowych, bowiem ich w sumie w jego karierze brak. Legenda hollywoodzkiej reżyserii lubiła kręcić o Nowym Jorku na/w rożnych etapach stawania się tego miasta ikoniczną metropolią, ale także już nią samą i nawet jeśli pojawiała się ona w tle opowieści, to zawsze jej rola wyraźnie podkreślona i sentyment mistrza do miejsca podkreślająca. Przyklejone do natury filmów Scorsese są też intrygi, ale żeby o konwenansach często rozprawiał, to nie bardzo - tak jak użycie postaci narratorki, to też nie w jego stylu, choć zawiłe historie jakie w mistrzowski gawędziarski sposób do dzisiaj z autentyczną pasją opowiada, może i miałyby prawo takowego posiadać, ale gdyby warsztat gawędziarski akurat nie był tak znakomity, by się bez roli takowej nie móc obejść. Ponadto zdobny dekoracyjny przepych i pośród klasycznej operatorki, także typowe dla filmów Scorsese tricki, a w tym przypadku także ukazane ulice Nowego Jorku z charakterystycznymi kamienicami, widziane z perspektywy dziewiętnastowiecznej dla mnie bardzo ciekawe, bowiem człowiek miał w kinie z nimi do czynienia niezwykle często, lecz jakby z przyklejeniem do współczesności, mimo że naturalnie bez teoretycznego odklejenia od wiekowego ich pochodzenia. Być może dlatego, że tyle w Wieku niewinności smaczków architektonicznych czy szerzej wizualnych, łatwiej było mi przebrnąć przez charakterystycznie emfazą z epoki nasączoną historię niespełnionego romansu Pana Archera z Hrabiną Oleńską, która bez buzi Michelle Pfeiffer i strzelistej sylwetki Daniela Day-Lewisa, też sporo optycznie by straciła.

wtorek, 12 grudnia 2023

Killers of the Flower Moon / Czas krwawego księżyca (2023) - Martin Scorsese

 

Ziemia czarne złoto ukrywała latami, ale przyszedł jednak czas że ziemia ów skarb swój w ludzkie ręce oddaje, bo człowiek łapskami własnymi wyszarpuje je ziemi i tak sobie bogactwa przysposabiając luksusy ogromne zapewnia, jak i kłopoty zarazem na siebie ściągając, bo tam gdzie czysty pieniądz z wnętrza wydobywany, tam zrazu niebezpieczeństwo czyha, bo dla konkretnego grosza (tak, nic odkrywczego) człowiek na wszystko gotowy! Tak w zupełnie nie oddającym pełnego zakresu podjętych kwestii, w skrócie widzę fabułę Czasu krwawego księżyca, na historycznych faktach opisanych może nie dosłownie, a raczej z elementami uatrakcyjniającej fikcji opartą i zamknięta w bagatela około 210 minutach projekcji, na podstawie powieści... doczytajcie gdzieś sobie. :) Wiedząc to i owo o kontekstach spodziewać się należało grubej sagi, a ten ze wstępu tegoż opis treści rzecz jasna rozpisany na potężny scenariusz, który w tych niecodziennych dla kina hollywoodzkiego rozmiarach w adaptacji Mistrza Scorsese ani odrobinę nie męczy, a wręcz oderwać oczu od ekranu (tak oglądałem w streamingu na kanapie) nie pozwala. Pieniądz płynący wartkim nurtem prowokują rozlew krwi, a jej rozlew z kolei stanowi znakomity fundament dla opasłej, ale przede wszystkim porywającej opowieści o destrukcyjnej sile pokusy i hipokryzji infekującej ludzkie serca, zdolnej tym raczyskiem zaatakować zdrową tkankę jakiejś tam kompletnie niedostosowanej do wyzwań czasu szlachetności i uczciwości. Bo biały człowiek to jednak potrafił i trudno dyskutować być może ze stwierdzeniem iż wciąż zna sposoby jak wybielić nawet gówno, jeśli ma w tym interes. Mieli tym ozorem i stosuje podłe sztuczki, a jak tego nie starczy to znajdzie inną, bez znaczenia że kryminalną metodę - ważne że skuteczną. Scorsese zawsze miał nosa do barwnych (dobra, złe słowo, brawurowo tragicznych) wydarzeń z historii Ameryki, że wspomnę tylko Gangi Nowego Jorku. Historii które niby nie są tajemnicą, a jednak raczej nie stanowią wiedzy ogólnej, gdyż nie dają powodu do dumy dla patosem przesiąkniętej i hipokryzją przeżartej tożsamości amerykańskiego narodu, ukonstytuowanej w miejscu, gdzie prawdziwa, a nie udawana duchowość czy wspólnotowa świadomość rdzennych szczepów i plemion zbrukana. Bierze Scorsese taką prawdę historyczną i obrabia ją charakterystycznym dla siebie językiem filmowym, tworząc pełnokrwiste dzieło sztuki. Oferuje ekscytujące przeżycia dla widza oczekującej rozrywki i harmonijnie, synchronicznie fascynujące doznania dla audytorium wymagającego od kina czegoś więcej ponad tylko dobrą popcornową zabawę. Czas krwawego księżyca to film pasujący do repertuaru multipleksów, ale i złożony, wielopoziomowy erudycyjny obraz, choć sama podstawa zawarta w skrypcie historycznym ograniczona przecież do jednego, zdaje się oczywistego wniosku. Ona skompresowana myślę do postaci okrutnej, pozbawionej wszelkich granic moralnych chciwości i w sensie puenty porzekadle, iż „historię piszą zwycięzcy”. Poczynając od zawiązującej tekst scenariusza kwestii morderstw na plemieniu Osedżów, przez traktowanie rdzennych mieszkańców Ameryki jako naiwnych, prymitywnych, „niekompetentnych”, a przez to potrzebujących białego człowieka, aby nie roztrwonić wielkiego bogactwa jakie nieświadomie on im przecież zapewnił, ograniczając w swoim dobrodziejstwie ich znacznie bardziej pierwotnie rozległe tereny w administracyjnej formule tzw. Rezerwatu (sick!). Po głębsze znaczniej analizy dotyczące manipulacyjnego oddziaływania za pośrednictwem technik socjometrycznych czy konkretnie zniewalania fałszywą troską, tudzież wręcz miłością i lojalności, którą (co nieprawdopodobne otrzymuje) ponad zdrowy rozsądek wymagając. Stąd Czas krwawego księżyca to gatunkowo osadzony w ramach historycznych kryminał, jak i szeroko rozbudowany dramat psychologiczny z socjologicznym rzecz znaczy głębszym kontekstem, w szczególności sugerujący sekciarskie i mafijne konotacje w ukazanej mentalność tej „lepszej” części społeczeństwa. To wreszcie dzieło wybitne ze względu na warsztatowe popisy wszystkich specjalistów jacy zostali przez głównodowodzącego do realizacji tego fenomenalnego przedsięwzięcia zaangażowani i ja nawet jeśli nie będę wystawiał tutaj świadectw najwyższego poziomu KOMPETENCJI wszystkim z osobna przywołując ich nazwiska, to nie mogę dopuścić, aby obok majstersztyka aktorskiego drugiego planu wybitnej tutaj Lily Gladstone (z miejsca przyznać Oscara jej!), nie podkreślić ponownie kim dla współczesnego kina są Robert De Niro i Leonardo DiCaprio. Nie będę tutaj robił subiektywnego przeglądu ich najlepszych dokonań w ich przebogatych przecież karierach, ale jeśli nie są tu sobą w najdoskonalszej, czysto epickiej formie, to ja nie wiem. Brawo dla Scorsese za wykrzesanie maksa z obsady, za te dialogi kapitalne współtworzone z niekwestionowaną legendą scenariuszowego Hollywood w osobie Erica Rotha. Oklaski też na stojąco za podjęcie rozdrapującego rany tematu i po prostu za to że wciąż jest i to na pełnej świadomości, bowiem człowiek z niego już mocno wiekowy, a wciąż czyniący dobro filmowe, ale też rozkręcający debatę publiczną w wielkim stylu.

piątek, 11 lutego 2022

Gangs of New York / Gangi Nowego Yorku (2002) - Martin Scorsese

 

Rozpoczyna się od nawet jak na Scorsese wyjątkowo brutalnej sceny rzezi, której nie powstydziłby się żaden spektakularnie batalistyczny obraz o średniowieczu. Szczękiem żelastwa i makabryczną furią walczących ulicznych plemion, sfinalizowaną zaczynem dla dalszej fabuły. Startuje ujęciem krwawej masakry i jednocześnie jak na owe czasy odważnie unowocześnionej poprzez użycie teledyskowego wręcz montażu i w tle fragmentami zaskakująco współczesnej muzyki. O zemście ta historyczna przypowieść, o wendecie dla której tło stanowi rosnąca nowojorska metropolia. Z rozgrywkami politycznymi w nowo powstałej demokracji, której podstawę tworzyły przynależnościowe rozliczenia i nimi tak naprawdę ustawicznie były infekowane. Opowieść z czasów wojny secesyjnej o miejscu zwanym Five Points - królestwie slumsów, gnieździe przestępczości, dzielnicy czerwonych latarni, wylęgarni buntów i rozruchów, jednym słowem nowojorskiej Sodomie i Gomorze. O miejscu w którym trzeba walczyć o przetrwanie, często życie, gdzie o świcie egzekucje, a o zachodzie taneczna zabawa. Wartko zmontowana i dzięki temu utrzymująca wysokie tempo, lecz nie oszczędzająca też wątków ckliwych produkcja karmiąca się etnicznymi konfrontacjami emigrantów i tubylców o wpływy. W atmosferze jedynie zachowania pozorów praworządności (szczególnie kiedy łamie się prawo) kompletny chaos, bajzel na kółkach, przemoc powodująca przemoc i oczywiście z kolei przez tą przemoc napędzana. Wprost kompletna anomia, a tym samym przestrzeń do rodzenia się gangów doprowadzających miejsce do przerażającego rozkładu moralnego. Innymi słowy Scorsese swobodnie interpretując powieść Herberta Asbury’ego ukazującą życie XIX wiecznych nowojorskich rzezimieszków oddał hołd miastu zbudowanemu z krwi i udręki. Powstało rozgrzewające dynamiczne widowisko, w którym dosłowność i bezpośredniość ściera się z rozmachem scenograficznym i jak myślę nazbyt komiksową estetyką wizualną, podbitą momentami tarantinowską przesadą. Powstało widowisko które swego czasu porwało wielu, ale ja akurat nigdy w odróżnieniu od tej większości w pełni nie uległem jego walorom. Chyba że mowa o przeszarżowanej lecz dzięki temu genialnej roli Daniela Day-Lewisa. Ona z nieprzesadnie udanego i jak mam wciąż wrażenie poszukującego dla Scorsese świeżego języka filmowego obrazu zrobiła coś więcej. Przynajmniej nie wyobrażam sobie tutaj braku tak charyzmatycznego aktora - szczególnie kiedy jego robota równoważy bardzo przeciętną i o zgrozo potwornie kojarzącą się z melodramatycznością niby z jakiegoś Titanica kreację Leonardo DiCaprio.

środa, 4 listopada 2020

The King of Comedy / Król komedii (1982) - Martin Scorsese



Telewizyjny szołbiznes oczami Scorsese - od podszewki, to znaczy od kulis kariery, która może kończyć się zanim zacznie ustawicznym odbijaniem od muru, bądź eksplozją ego i trudnej do udźwignięcia popularności. Jest w tym wybornym, lecz paradoksalnie dość mało spopularyzowanym filmie Mistrza pewne oczywiste podobieństwo do Taksówkarza i ono nie ogranicza się do osoby Roberta De Niro w kolejnej fenomenalnej roli. Ta zbieżność to bohater, który na lokalnym marginesie żyje urojonymi marzeniami, pragnie stanąć w blasku fleszy i być szeroko podziwianym. Postać tragiczna, funkcjonująca na granicy fikcji i rzeczywistości, w pewnego rodzaju psychicznym obłędzie. Rupert Pupkin gotów jest zrobić wiele, by coś udowodnić według zasady „lepiej raz być królem, niż wiecznym leszczem”. Biorąc we własne ręce swój własny los, prąc z niezwykłą determinacją ku sławie, egzystuje pomiędzy dwoma światami. Co jest prawdą (tu i teraz w realu), a co marzeniem sennym (produktem wyobraźni bohatera) trudno się chwilami jednak połapać. Łatwo zabłądzić w tej „labiryntowej” konstrukcji fabuły autorstwa Paula D. Zimmermanna - jak materiały źródłowe podpowiadają, znanego bardziej jako autora scenariuszy epizodów Ulicy sezamkowej, niż tych jakichkolwiek innych prócz właśnie Króla komedii. :) Mimo tej formuły zawiłej, jako sztuka filmowa najwyższej klasy obraz jest zwięzły i wyrazisty. Jako gorzka satyra, inteligentna tragikomedia ze świetną, wymowną puentą zawartą w otwartym finale, wręcz genialny.

piątek, 13 marca 2020

Taxi Driver / Taksówkarz (1976) - Martin Scorsese




Taksówkarz na wszelkie sposoby, w setkach analiz został już prześwietlony i zinterpretowany – czas od premiery i kaliber tej legendarnej produkcji na to oczywiście decydująco wpłynął. Nie widząc więc większego sensu w dosłownym powielaniu przeprowadzonych wnioskowań, tudzież sileniu się na oryginalne spojrzenie oraz zgadzając się w pełni z tezą o ogromnym znaczeniu obrazu w historii kinematografii, spieszę poniżej wyłącznie suche fakty wyłuszczyć, w celu obowiązkowego uzupełnienia archiwizacji powiązanej z nazwiskiem jednego z najwybitniejszych i wciąż jeszcze aktywnych zawodowo twórców filmowych. Co następuje! Taksówkarz to pierwsze prestiżowe branżowe nagrody i znaczący rozgłos wokół osoby Martina Scorsese - obraz który zasłużenie z czasem urósł do miana kultowego. Ponadto obok roli młodego Vita Corleone w ikonicznym Ojcu Chrzestnym, trampolina do wielkiej kariery dla Roberta De Niro. Kreacja, która wywarła zasłużenie zarówno gigantyczny wpływ na status aktorski Roba, ale też weszła na stałe do kanonów szeroko rozumianej popkultury, bowiem jej specyfika i autentyzm, ponadto znaczenie trudne do przecenienia, a i samo oddziaływanie na widza przepełnione skrajnymi czy przeciwstawnymi odczuciami - co nawiasem mówiąc pomaga, gdy ma być przez historie zapamiętana. W postaci Travisa Bickle’a kryje się intrygująca tajemnica i mrok odpychający – synteza lęku i ciekawości. To wszystko w indywidualnym bohaterze z przedrostkiem anty, któremu współczujemy, ale też, którego czyny potępiamy, mimo że ocena otaczającej go rzeczywistości w naszych oczach spójna i trafna. W tym potencjalnym psychopacie o wrażliwości romantyka, kryje się cała masa sprzeczności i kotłuje równie wiele intensywnych emocji, kanalizowanych bezskutecznie w samotności. Sfrustrowany, bezsilny i udręczony malkontent na podstawie obserwacji czynionych wnikając dzięki zawodowym uwarunkowaniom w brutalną rzeczywistość ulic Nowego Jorku, stawia właściwe diagnozy przywdziewając w działaniach niewidzialną pelerynę ostatniego sprawiedliwego. Wychodząc na powierzchnię z „karabinem” i pragnąc wyeliminować jednostki zagrażające - zmyć tym samym z ulic wszelkie szumowiny. Obserwujemy więc ciemną stronę wielkiego miasta, kapitalnie sfotografowaną przez Michaela Chapmana i opracowaną muzycznie przenikliwymi dźwiękami przez zmarłego na dwa miesiące przed premierą Bernarda Herrmanna. Jesteśmy od stadium larwalnego świadkami procesu przeistaczania się tytułowej postaci, z obsesyjną myślą odszczurzania miasta, w imię ratowania jego niewinności. To nie jest jednako wyłącznie teatr jednego aktora, nawet jeśli głęboki w treści, wielce sugestywny scenariusz Paula Schradera koncentruje się na osobie Travisa, to role drugoplanowe mają na tyle decydujący wpływ na fabułę i tym samym losy bohatera, a w istocie też same w sobie stanowią o sile wiarygodności portretu miasta i jego mieszkańców, że trudno nie fascynować się osobnymi kreacjami Jodie Foster, Harveya Keitela czy newralgicznej dla obranego kierunku działań Travisa postaci granej przez Cybill Shepherd. Pozwolę sobie jeszcze tylko na koniec wykreślić paralele pomiędzy dziełem Scorsese, a kilka lat wcześniejszym Nocnym kowbojem Johna Schlesingera, która łączy obydwa tytuły nie tylko poprzez miejsce i czas akcji, ale też stawia ich bohaterów po dwóch skrajnych stronach barykady. Łatwo przecież zauważyć, iż Travis w swoim amoku walczy też z tym wszystkim (z całym złem), które reprezentują sobą Joe Buck i Enrico Rizzo - a co nie jest tylko i wyłącznie ich świadomym wyborem, lecz wynikiem zbiegów okoliczności, ograniczonych możliwości czy zwyczajnie ich nieprzystosowania i naiwności. 

niedziela, 1 grudnia 2019

The Irishman / Irlandczyk (2019) - Martin Scorsese




Irlandczyk to paradoksalnie cyfrowo dopieszczony film klasycznie "analogowy", bowiem z jednej strony ochoczo w post produkcji wykorzystuje najnowsze możliwości obróbki technicznej, szczególnie kiedy scenariusz stawia przed reżyserem wyzwanie związane z koniecznością odmładzania kluczowych postaci, aby ukazać ich życie w wieloletniej perspektywie. Z drugiej natomiast film sprowadzający archaiczną już dzisiaj konwencję narracyjną, osadzoną w jakże charakterystycznym dla Scorsese klimacie kina gangsterskiego, do formuły spotkania z uroczą nostalgią - resentymentem napędzanej filmowej uczty, dla widzów tęskniących za kinem z minionej już dawno epoki. Mimo starań nie w pełni udało się urwać lat aktorskim legendom, bowiem może ich twarze poddane oddziaływaniu sztuczek speców od CGI nie rażą nadmierną sztucznością, tak wszystko powiązane z ruchem owych postaci niestety nie robi już tak w miarę naturalnego wrażenia. Natomiast same kluczowe nawiązania do klasyki kina gangsterskiego (bo film podkreślam, spodoba się tym, którzy co najmniej kilka razy w roku odgrzewają sobie Goodfellas i Casino ;)), zatopionego naturalnie przede wszystkim w estetyce made in Scorsese (ale czuć tutaj także wpływ coppolowski lub nawet sięgający dużo głębiej w przeszłość), dają ogromną frajdę widzowi rozkochanemu w tym ikonicznym już kinie. Wykorzystanie klisz niemal stu procentowe, a świeżości zero, wszelako warsztatowo prima sort - w ogólności wszystko jest tip top: tzn. z gracją prowadzona narracja, porywające dialogi i sposób bycia czy noszenia się środowiska mafijnego, ponadto operatorska finezja i wyobraźnia w kreowaniu zapadających głęboko w pamięć scen, muzyka jako równie ważna cześć budowania kapitalnego klimatu i aktorskie mistrzostwo, które niewielu potrafi tak genialnie pokazać. W sumie nie mam wielu pytań i zastrzeżeń, ale im jestem dalej od kończących dzieło ponad dziesięciominutowych napisów, tym więcej "dziur w całym" się doszukuje, a całościowy obraz traci przez to niestety na wartości i początkowy entuzjazm z ekscytacją zmieszany, sprowadza w sporym stopniu do życzeniowego patrzenia przez palce, niestety tylko właśnie przez "jedyne" 320 minut. ;) Po pierwsze Irlandczyk jest zbyt obszerny, bo te grube trzy godziny z hakiem, jednak bez względu na szlachetne wypełnienie ekranowego czasu to przesada, szczególnie gdy z czterech wyraźnych rozdziałów w moim przekonaniu przynajmniej dwa dużo bardziej spójne dzieła (ewentualnie jedno, ale zwarte) można by wykroić. To oczywiście świadome działanie mistrza Scorsese, który zapewne u schyłku kariery, chciał zwieńczyć dzieło własnego życia tworząc prawdziwą epopeję, w której klamrą spiąłby szeroki wachlarz problematyki jaką starał się eksploatować. Jednak myślę, że zamiast zrealizować opus magnum, udowodnił bardziej swe niezdecydowanie, bądź pokazał związane z zaawansowanym wiekiem zamiłowanie do atencji, a same pojedyncze fascynujące wątki, jakby nie próbował ich atrakcyjnie połączyć, to aranżacyjnie splotły się w nie tak finezyjny wzór jakiego sobie życzył. Nakręcił dynamiczne kino gangsterskie i spektakularną biografię, względnie może przez pryzmat przesłania najbardziej traktat o moralności, a może też od podszewki opowiedzianą współczesną historię Ameryki, bowiem treść wysoce powiązana z polityką i społecznym charakterem oddziaływań zorganizowanej przestępczości. Bezdyskusyjnie kino warte całego tego hałasu jaki wokół niego rozkręcony - dopieszczone i urzekające w rzeczy samej klimatem opartym o wrażenia wizualne i słuchowe, ale niestety cierpiące na przerost formy nad treścią i scenariuszowy bałagan, jako że trudno mi usprawiedliwić nie tylko zbytnio forsowaną mnogość wątków, lecz i sterylny finał, który oprócz banalnej prawdy nie przynosi oczekiwanego emocjonalnego katharsis, uciekając w klimaty rozmiękczonego Sergio Leone z czasów Dawno temu w Ameryce. Mimo że wszystko tu pozornie pięknie gra, to nie wszystko zapada w pamięć tak jakby się chciało i to mnie boli najbardziej. To też nie dając kiedyś dziełu Leone noty maksymalnej, powinienem też oprzeć się pokusie zasadzonej na obowiązku, przyznania wartości absolutnej także Irlandczykowi. 
  
P.S. Alfredo James Pacino i drugi plan - pozamiatane! Byk chwycony za rogi, tudzież Oscar już złapany za nogi! :)

wtorek, 14 maja 2019

Cape Fear / Przylądek strachu (1991) - Martin Scorsese




"Jeden z nielicznych przypadków, kiedy remake okazuje się lepszy od oryginału" - tak doczytuje w kilku recenzjach Przylądka strachu i jestem w stanie uwierzyć, iż stwierdzenie to jest zgodne z rzeczywistością, mimo że pierwowzoru J. Lee Thompsona nie było mi dane zobaczyć. Bez znaczenia jednak czy to prawda, oceniając efekt uzyskany przez legendarnego Martina Scorsese nie ośmielę się napisać więcej niż jednego zdania krytycznego, a ono jedno tylko odnosi się do charakterystycznej formuły finałowej, w której prymat nad realizmem przejmuje szablon zakładający, że bohater negatywny ginie, ale nie za pierwszym, czy nawet drugim razem, a dopiero wówczas, gdy wyczerpie się wyobraźnia scenarzysty. :) Prócz tego pojedynczego "drobiazgu" wszystko poza nim to najwyższej jakości kinowa uczta, podczas której kwestie techniczne, gra aktorska i ustawiczne podbijanie napięcia w oczekiwaniu na finał nie pozwalają w żadnym stopniu odczuwać niedosytu. Z dzisiejszej perspektywy ogląda się Przylądek jako klasyk, który zaś sam nawiązuje do klasyki. Mam akurat na myśli przede wszystkim wrażenie jakie od początku projekcji się pojawia, iż Scorsese zrobił film, który korzysta pełnymi garściami z Hitchcockowskiej konwencji kina grozy. Z pełną gamą wyjątkowych dla mistrza tricków wraz z mocarnie i sugestywnie budującą napięcie rolą potężnej symfonii dźwięku z dęciakami i instrumentami smyczkowymi. Jednocześnie z wyraźnym posmakiem nowoczesności w retro wydaniu, co oznacza, iż realizacja jest bogata we współczesne wówczas smaczki, ale też pełna szacunku dla tradycji amerykańskiego kina lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Niezwykle dynamiczna praca kamery, genialnie zsynchronizowana z muzycznym tłem, kapitalnie eksponująca całą masę istotnych elementów scenografii i operatorskich sztuczek w agresywnym montażu. Wszystko po to aby potęgować dramaturgię, by podkręcać poczucie lęku i podnosić ciśnienie, które wydziarany De Niro utrzymuje we władaniu niczym socjopatyczny dyrygent z ostrą fazą maniakalną. Mimo iż De Niro bezdyskusyjnie wykonuje tutaj najbardziej spektakularną aktorską robotę, to żadna z pozostałych postaci nie traci warsztatowo dystansu, a ze specyfiki konkretnej roli wyciąga wszystko co najlepsze. Rozpoczynająca wówczas na całego karierę Juliette Lewis, już uznani Jessica Lange i Nick Nolte oraz przekornie obsadzeni weterani w osobach Roberta Mitchuma i Gregory'ego Pecka - miodzio, paluszki lizać. :) Poza tym Przylądek strachu to doskonale rozpisana psychologiczna rozgrywka, która frapująco w fabularnej formule ukazuje procesy zachodzące w relacjach rodzinnych i w szczególności autentycznie podnosi i uwiarygodnia liczne tezy odnoszące się do skomplikowanych kwestii sprawiedliwości i moralności. Tak dużo intrygującej treści merytorycznej, równie sporo kapitalnej rozrywki i wreszcie z najwyższej półki warsztatu filmowego w jednym obrazie, który zdaje się bezpodstawnie został pośród innych legendarnych kinowych dzieł nieco zapomniany. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

The Color of Money / Kolor pieniędzy (1986) - Martin Scorsese




Zgadzam się, zaprzeczał nie będę, że to nie ten sam kaliber co ikoniczne dzieła mistrza Scorsese. Tutaj zapewne nieco brakuje tego ciężaru gatunkowego jakim błyszczały późniejsze, dziś już kultowe Goodfellas, Casino jak i te odrobinę wcześniejsze Taxi Driver czy Raging Bull. W miejsce jednak permanentnego napięcia i cholernie pociągającej widowiskowej brutalności jest kawał sympatycznej i zaskarbiającej sobie uznanie lekkości w scenariuszu oraz trochę zabawy z obrazem - dozowania wypieszczonych i jak na owe czasy nowatorskich poniekąd ujęć. Jednak główną zaletą The Color of Money są dwie kreacje aktorskie – starego wyjadacza, już wtedy weterana z ogromnym dorobkiem artystycznym i młodego wilczka z czarującą aparycją. Pomiędzy nimi tutaj na ekranie rywalizacja pasjonująca, ta aktorska w sensie warsztatowym i przede wszystkim mentalna wynikająca z odgrywanych ról temperamentnych zawodowych bilardzistów. I chociaż rzecz jest o popychaniu kulek bilami zwanych, by w dziurach fachowo łuzami, bądź rękawami określanych zaparkowały, to kluczem wszystko co dzieje się w kontekście psychologii rywalizacji i starcia samców alfa, których co najmniej jedno pokolenie dzieli. Stary mistrz i młody pretendent do tytułu, dwa pełne wigoru koguty i ich ambicje, splendor do osiągnięcia i przy okazji kasa do przytulenia. W tle natomiast klimat ejtisowy z Philem Collinsem i innymi charakterystycznymi niekoniecznie tylko muzycznymi atrybutami epoki. :) Taki dość typowy dla tamtego okresu obraz (nie kojarzyć z Top Gun ;)), który nadal przyciąga specyficznym magnetyzmem, mimo że jak na wstępie wspomniałem brakuje mu ciut do miana pozycji kultowej. 

poniedziałek, 20 marca 2017

Silence / Milczenie (2016) - Martin Scorsese




Sporo o Milczeniu mocno krytycznie napisano - wiele cierpkich słów wypowiedziano pod adresem pracy, jaką w tym przypadku Scorsese wykonał oraz w stosunku do jego religijnych przekonań, które w najnowszym obrazie niby zbyt dosłownie gloryfikuje. Stąd miałem wiele obaw przed projekcją, a ją samą w czasie odwlekałem, by na własne oczy szybko się nie przekonać ile w komentarzach uzasadnionej krytyki, a może nietrafnych spostrzeżeń i nadinterpretacji? Błąd to był mój duży, że słuchając tych opinii nie poszedłem za głosem intuicji, by z miejsca samodzielnie sprawdzić wartość Milczenia. Umiarkowane oczekiwania zbudowane na fundamencie chłodnego przyjęcia obrazu przez ekspertów, w końcu spotkały się z doświadczeniem pochodzącym z osobistej autopsji i stwierdzam z przekonaniem, iż strach przed kompromitacją mistrza miał zbyt wielkie oczy, a pozorna jednoznaczność, głównie końcowych scen mogła w oczach wielu recenzentów interpretację zniekształcić. Od strony technicznej, a przede wszystkim wizualnej to prawdziwa perfekcja z fenomenalnymi zdjęciami, z kamerą harmonijnie podążającą za postaciami, z widowiskowymi panoramicznymi ujęciami urzekającej przyrody i kilkoma udanymi próbami wszczepienia do formy klasycznej dla mistrza tzw. boskiej perspektywy. Z aktorstwem na bardzo wysokim poziomie, z naciskiem na role japońskiej obsady, gdzie Issei Ogata w roli inkwizytora-negocjatora z przyklejonym uśmiechem uzasadnionej wyższości, prowokuje u zaślepionego Padre wątpliwości i pobudza poczucie winy. Jestem nawet skłonny z powściągliwą, ale jednak pochwałą objąć grę Andrew Garfielda, który u Gibsona w Przełęczy ocalonych męczył tym płaczliwym wyrazem twarzy okrutnie, a tutaj pomimo zachowania w dużym stopniu podobnej maniery nie mierzi już nią tak bardzo. Na pozór to obraz mało skomplikowany, wręcz czarno-biały z wyraźnymi kontrastami i rozumiem, że wielu zapewne tej iluzji uległo zauważając, iż dobro i zło jest w nim ukazane nazbyt szablonowo i nienaturalnie. Jednak wydaje się to fasadą, być może nawet świadomie jako zachęta do dyskusji przez błyskotliwego mistrza kina zastosowaną, bo pod warstwą uogólnień naprawdę sporo aluzji do kwestii etycznych przemycone. To w rzeczywistości absolutnie nie jest próba wyłącznie uświęcania ofiar częściowej chrystianizacji Japonii (choć końcowa dedykacja może to sugerować), gdyż świat relacji pomiędzy religiami i ich wyznawcami nie sprowadza się li tylko do stygmatyzacji oprawców i idealizacji postaw ich ofiar. To skomplikowany obraz, gdzie wątpliwości współegzystują z żarliwych przekonaniem o racji, gdzie tradycja konfrontuje się z wpływami z zewnątrz, gdzie podział na pana i chłopa, tudzież elitę i pospólstwo granice i różnice w odbiorze idei wyznacza. To manifestacja zarówno własnego przywiązania Martina Scorsese do religijnych dogmatów, jak i otwarta refleksja nad sensem i etyką ewangelizacji bez względu na koszty. To wreszcie i może przede wszystkim próba odpowiedzi na pytanie, czy można wewnętrznie głęboko wierzyć, a na zewnątrz tej wierze okazywać pogardę, bo okoliczności dla dobra sprawy takiego rodzaju hipokryzję wymuszają? Scorsese w moim przekonaniu unika w odpowiedziach jednoznaczności i także z szacunkiem traktuje obraz buddyjskiej Japonii. Nie marginalizując wielu istotnych zmiennych w rachunku krzywd i win, dostrzega, że ci „potworni” samuraje nazywani pieszczotliwie poganami, którzy nie chcieli konkurencji, bronili tradycji dziadów przed wpływami z zewnątrz. Nie przemilcza częstokroć bezsensu męczeństwa, ofiary z cierpienia i śmierci, nie okopując się stanowczo po jednej ze stron konfliktu. Obraz tym samym skutecznie i sugestywnie daje do myślenia i co ważne z różnych perspektyw światopoglądowych pozwala materię analizować. Jest rodzajem świadectwa do jakich okropieństw prowadzi potrzeba posiadania monopolu na władzę, także tę z religijnych względów przywłaszczaną, jak nisko upadają ci, co przekonani o własnym powołaniu i broniący przywilejów z taką łatwością ból zadają. Tutaj nie ma bez winy postaci, tutaj są ofiary własnej bezmyślności i nienawiści innych, a wszystko w imię wyimaginowanych bożków i obsesyjnego przywiązania do tradycji czy kultury. To żadna arogancka chrześcijańska propaganda, to rozbudowany film o szaleństwie rozumu, a różnica pomiędzy ukazanymi antagonistami taka, że jedni mieli narzędzia i moc sprawczą by niszczyć obce przekonania, a drugim brakowało tych możliwości. Nie trzeba ogromnej wiedzy i tak samo potężnej wyobraźni by dostrzec, że te role na kontynencie europejskim i w obu Amerykach były zamienione - prześladowani chrześcijanie, w innych rejonach sami bezwzględnie prześladowali. Gdzie kończyli poganie i heretycy? Z jakim rozmachem europejska inkwizycja odbierała ludziom życia? Kiedy mają władzę to są paniskami, rządzą i dzielą, swój światopogląd bezlitosnymi metodami narzucając. Nie posądzam jak wielu to uczyniło Martina Scorsese o stronniczość, a szacunku i pewności do jego pozbawionego radykalizmu przywiązania do katolickich reguł nabiorę, jeśli dla koniecznej równowagi w najbliższej przyszłości coś o historii "dobroduszności" kościoła w Europie nakręci.

P.S. Jeszcze jedno, tak na marginesie, ale nie bez wpływu przecież na odbiór Milczenia. Ta cała filozofia stojąca za porwanymi obłędem religijnym misjonarzami jest dla mnie, jako agnostyka, względnie ateisty (szczegóły) całkowicie niezrozumiała. Strategia bezczelnego egoistycznego zaszczepiania na niezrozumiałym kulturowo gruncie własnej i arogancko uznanej za tą właściwą wersji prawdy. Działania w rodzaju nieście "dobrą" nowinę w świat, ewangelizujcie bądźcie nauczycielami, wciskajcie Jezusa Chrystusa tym, którzy go nie potrzebują, wykorzystujcie prostactwo, frustracje i sytuację materialną najniższych warstw. Zadaje pytanie - czy taka jest powinność dobrego żarliwego chrześcijanina? Tego nie jestem w stanie zrozumieć, że jak człowiek jest szczęśliwy ze swoimi przekonaniami, jak one dają mu radość, to ma wewnętrzną potrzebę narzucania innym jak mają żyć, podług jakich zasad funkcjonować. Ta cała chęć sprzedawania swojego Boga jest żałosna i niebezpieczna, nie szanuje człowieka, a wręcz go uprzedmiotawia, traktuje jak wirusa infekującego lub organizm stający się nosicielem. To taka zaraza odbierająca rozum i pozbawiająca rozsądku. 

poniedziałek, 5 września 2016

The Departed / Infiltracja (2006) - Martin Scorsese




Boston, miasto na którego terenie ścierają się dwie emigranckie nacje, Irlandczyków i Włochów, w formie rywalizacji gangsterskiej o wpływy i rzecz oczywista finalnie kasę. Prawie wszystkie chwyty dozwolone, bo niepisany kodeks jedynie kobiety i dzieci nakazuje oszczędzać. Zresztą co ja tam wiem w temacie, kiedy swe przekonanie wyłącznie na obrazach kinowej gangsterki opieram. Rzeczywistości od wewnątrz nie znam i chwała za to, bo z moją wrodzoną łagodnością, sercem na ręku i nerwowością w sytuacjach napięć pewnie w środowisku jedynie chwile bym przetrwał. ;) Mafiosy to jedno, druga strona tego medalu to przedstawiciele prawa, pokrótce policjanci i agenci federalni, często w swoich szeregach ukrywający liczne grono równie zdeprawowanych sukinsynów. W tym tyglu interesów grupowych i indywidualnych pasjonująca gra psychologiczna się rozgrywa, partia totalnie ekstremalnych szachów, gdzie zbicie pionów czy figur zależy od szeregu zmiennych, które wyłącznie ponadprzeciętnie błyskotliwe umysły mogą ogarnąć. Walka na śmierć i życie, tylko dla tych co odporni na skrajne obciążenia, stres maksymalny i niestety pozbawieni ludzkich odruchów. Niebezpieczna rozgrywka dla super cwaniaków, jazda po bandzie na pełnym ryzyku bez asekuracji. Scenariusz fascynujący, oparty na azjatyckim pierwowzorze bodajże z 2002 roku i osadzony w amerykańskich realiach. Kreacje aktorskie wyśmienite, bo i precyzyjne szkice postaci takim wygom aktorskiego rzemiosła jak Jack Nicholson, Leonardo Di Caprio i nawet Matt Damon nie pozwalały na chwile słabości, obniżenia wysokich standardów. Fakt, że Nicholson w roli psychopaty, sadysty i paranoika z odrobiną groteski doskonały, Di Caprio autentycznie kreujący człowieka stąpającego po ostrzu noża i Damon wyrachowany, skrajnie ambitny, bezkompromisowy karierowicz, postawiony pod ścianą robiący jednak odrobinę gacie w sposób przekonujący. Jednak największym zwycięzcą tego pojedynku jest dla mnie Mark Wahlberg, który z aktora amatora szybo stał się prawdziwym profesjonalistą, z każdą kolejną rolą wspinając się ku warsztatowej perfekcji. Tutaj jako sierżant "hip hip kurwa hurrra" dodaje produkcji sporo pikanterii w postaci rubasznego humoru. Nie ma się jednako czemu dziwić, że aktorzy eksploatowani do granic na najwyższe obroty weszli, przecież nie byle kto za kamerą usiadł i chociaż jak wielu twierdzi sporo Inflitracji brakuje do legendarnych Chłopców z Ferajny, to ja dostrzegając pomiędzy oboma obrazami różnice w żadnym wypadku nie wahałbym się by podobną ocenę im wystawić. Zadowolenie z seansu bowiem było ogromne, zabawa przednia i łamigłówka wystarczająco wciągająca. Klasyczny w stylu Scorsese tu rządzi, z zakapiorskimi mordami, z zajebistymi dialogami, pyskówkami, mordobiciem, gdzie wbijane do przegrody nosy tryskają krwią. Gdzie intryga powoduje opad szczeny, a prowadzona w mistrzowskim stylu akcja trzyma w napięciu i kilka scen wchodzi z buta do klasyki kina. Co ja zresztą będę się tutaj dłużej produkował - jak ktoś się zawiódł to pewnie malkontenctwo ma w naturze, jak ktoś jeszcze nie widział to zapewne nie kochał za gówniarza zabawy w policjantów i złodziei. :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Bringing Out the Dead / Ciemna strona miasta (1999) - Martin Scorsese




Jak ja tej żenującej aktorskiej maniery Cage’a nie lubię, nie trawiłem człowieka od początku i nadal po latach nie jestem w stanie do serwowanego stylu pt. „drewniany kołek, zawsze taki sam” się przekonać. Choć obiektywnie rzecz biorąc zdarzyły mu się role, w których spisał się względnie dobrze, chwilami nawet znakomicie, to przez pryzmat całokształtu są to wyjątki potwierdzające regułę. Książkowym przykładem takiej sytuacji rola konkretnie zeschizowanego ratownika medycznego z Ciemnej strony miasta. Tutaj akurat ta jego cierpiętnicza mina idealnie została zagospodarowana przez mistrza Scorsese. Pośród wszelkiego sortu menelstwa, używając eufemizmu osobliwych postaci odnajduje się kapitalnie, dając kreowanej postaci naprawdę sporą dawkę autentyzmu. Jak się okazuje w tych ekstremalnie popieprzonych okolicznościach miejsca, zawód sanitariusza to swego rodzaju ciężki krzyż dźwigany przez psychicznie poturbowanych życiowych rozbitków, rozgoryczonych frustratów czy ewentualnie socjopatów czerpiących chorą przyjemność z obcowania z ciemną stroną ludzkiej natury. W tym nocnym świecie mrocznych ulic Nowego Jorku niezłe cyrki są odstawiane i przyznaje, że Scorsese umiejętnie korzystając ze świetnej pracy operatora kamery przekonująco ukazał to, co Joe Connelly autor książki będącej fundamentem scenariusza miał na myśli. Oglądam po raz kolejny zanurzone w mroku i dla kontrastu osnute intensywnym światłem sceny gdzie przemoc miesza się z metafizyką nasuwając na myśl przede wszystkim jedno pytanie – co jest kurwa z tymi ludźmi?!

P.S. Taki Scorsese poniekąd mocno "fincherowski" - prawda?

środa, 13 maja 2015

Goodfellas / Chłopcy z ferajny (1990) - Martin Scorsese




Kiedy jakąś kapitalną kinową nowość zdarzy mi się obejrzeć, lub w sytuacji gdy w nostalgiczny nastrój popadnę, wtedy to ze względu na potrzebę utrzymania kontaktu z kinem wybitnym i sentymentalnej wyprawy w przeszłość, funduję sobie tegoż rodzaju luksus i powracam do kultowych tytułów, które na stałe w pamięć moją się wbiły i od lat stoją na szczycie hierarchii. Tym oto sposobem po raz pewnie enty czas spędziłem w towarzystwie  (Liotta, De Niro, Pesci) czyli chłopców, co w ferajnie siłę odnaleźli. Obraz to, którego ząb czasu w najmniejszym stopniu nie nadgryzł, bo i żadnej szansy na to nie miał, gdyż mistrz swoim geniuszem go naznaczył. On przecież epickim majstersztykiem Martina Scorsese, klasyczną kryminalną opowieścią o emigranckiej włosko-irlandzkiej gangsterce w amerykańskich realiach osadzonej. Dziełem kompletnym pod każdym względem - fascynującej emocjonującej fabuły, autentycznej scenografii czy muzyki, naturalnie w środowisku wydarzeń osadzonej. Aktorskim, bo tylko wspomnieć co tutaj wyczynia naturszczyk w osobie Joe Pesciego lub wielki Robert DeNiro w markowym dla siebie wydaniu! Pełnym realizmu, w kinowym ujęciu pasjonująco zaaranżowanym. Z drugim planem, gdzie autentyzm postaci, każe się zastanawiać czy może prawdziwa gangsterka do odegrania samej siebie nie została zaangażowana. Tutaj w centrum atrakcyjne życie Panów życia i śmierci, cwaniaków w świecie ciemnych interesów i bezwzględnej brutalności. W luksusowym anturażu twardziele ci jednak pełnego szczęścia nie zaznają. Mogąc mieć wszystko, będąc wolni i niezależni paradoksalnie zakładnikami, niewolnikami swojej profesji się stali. Kariera gangstera intensywna i krótka, a na samym końcu upadek. Z hukiem czy po cichu w dole zakończona lub gdy farta więcej w ukryciu, w atmosferze zdrady i ostracyzmu. Lepiej odważnie spalić się intensywnym płomieniem czy bez honoru gasnąć powoli? Oni już indywidualnie wybrali! Próba charakteru weryfikacji dokonała!

sobota, 1 marca 2014

The Wolf of Wall Street / Wilk z Wall Street (2013) - Martin Scorsese




Katalog przysłów i złotych myśli po seansie z Jordanem Belfortem mi się nasuwa. Korzystając zatem z ich obfitości, kilkoma z nich się podzielę i w kontekście najnowszego obrazu mistrza Scorsese ich użyje. Widowisko na speedzie, niemal trzy godziny konkretnego napędu, miejscami obscenicznej, wulgarnej, do bólu bezpośredniej, odjechanej jatki. Dynamicznej akcji, osobliwych postaci, błyskotliwych, bezpośrednich dialogów i niegrzecznego poczucia humoru, finalnie zamkniętych w hedonistycznej dewizie sex, drugs and rock'n'roll. Klasyczne show w konwencji firmowej dla hollywoodzkiego guru, bez moralizatorskiej cnotliwości, cenzorskiej troski czy wyraźnie zaznaczonej granicy między czernią i bielą. Bo życie w żadnym wypadku jednowymiarowe nie jest, a szczególnie kiedy dotyczy tych co szczęścia za pieniądze kupić nie są w stanie, jednak posiadając fortunę mają przed sobą masę możliwości. Pokusy wokół nich tak intensywne, że Horacego sentencja, chwytaj dzień w dosłownym znaczeniu spostrzegana. Łapią więc tą chwilę, wyszarpują z życia co możliwe, co już wkrótce może wyłącznie wspomnieniem się stać. Trzymają łapczywie wszystkie sroki za ogon, sięgają po ten mityczny róg obfitości. Żyją szybko, umierają młodo - spalają się gwałtownie, intensywnym płomieniem, pozostawiając niejednokrotnie po sobie wyłącznie zgliszcza. Kapitalnie Scorsese w pigułce ukazał zasady jakimi kierują się niedojrzali emocjonalnie, pieniądzem sterowalni karierowicze. Ludzie których osobowości czy psychiczne predyspozycje podpowiadają działania ryzykowne, a przez co pompujące do organizmu życiodajną adrenalinę. Jest ryzyko, jest zabawa - kto nie ryzykuje ten szampana nie pije, by sugestywnie podkreślić co mam na myśli. :) Jednak nie pouczając, bez tandetnego moralizatorstwa w sposób bezpośredni, wszelkie ciemne strony życia na krawędzi także miejsce swoje tutaj odnalazły i dla inteligentnego widza nader wyraźnie są widoczne. Potrzeba ludźmi steruje, ona najbardziej prymitywne instynkty w człowieku uwalnia i na dno często sprowadzić potrafi. Ona do działania zmusza, zrealizowana satysfakcje przez chwile daje by za moment kolejne implikować. Ten kurs cynicznie wszelacy manipulatorzy z oratorskimi zdolnościami wykorzystują, a ich ofiarami czy uzależnionymi niewolnikami często życiowi nieudacznicy z nadmiernymi ambicjami się stają. Szanse wykorzystać się starają bez względu na koszty, czy trupy jakimi ich droga do kariery usłana. Niestety zdalnie sterowani jesteśmy, zawsze i wszędzie, w drobnym jedynie stopniu zdając sobie sprawę z rozmachu manipulacyjnej machiny. :( Kolejne wyśmienite rozdanie w twórczości mistrza, świetna zabawa przed ekranem, gorzka refleksja po seansie - zwiń grosze będziesz złodziejem, kradnij miliony będziesz bohaterem! :(

P.S. I kolejny majstersztyk Belforta - sprzedać swoją historie za pokaźną gotówkę. Ale do takich działań w dzisiejszej medialnej rzeczywistości chyba się już przyzwyczailiśmy. ;)

poniedziałek, 9 września 2013

Casino / Kasyno (1995) - Martin Scorsese




Powracanie do klasyków, to jak podróż w czasie do chwil konkretnych. To niezwykłe, ale produkcje takie otwierają jakby portal, którym przenoszę się do nich. Namacalne wyjątkowo odczucie zmysłowe tamtych chwil przynoszą, szansę na chwile refleksji dają. A że nierzadko tęsknie do szczenięcych lat, często też powracam do tych wyjątkowych obrazów. Problem jednak w tym, że realnej perspektywy wieku nie zmienię - ewolucja, rozwój, dojrzałość prym wiodą i to co kiedyś kręciło, porywało dziś już czynić tego nie musi. Akurat w przypadku Kasyna odczucie rozczarowania nie występuje, tylko i wyłącznie wśród latami obeznanych wątków smaczki odnajduje pierwotnie nie dostrzegane. Wyjątkowa narracja w zasadniczej części muzyką prowadzona, standardami z epoki przepełniona, dla mnie naczelną zaletą tej pasjonującej opowieści o chciwości, przyjaźni i zaufaniu. Co tu ględzić, na kolana paść trzeba, gdyż dzieło to we wszystkich detalach doskonałe, godne wszelkich zachwytów. To ekscytująca przygoda z istotą kina, perfekcyjną koegzystencją obrazu, muzyki, aktorskiej biegłości i atrakcyjnej historii. Kontrowersyjnie na koniec będzie! Prawdę mówiąc, gdybym był człowiekiem kultu w jednostkach charyzmatycznych poszukującym, prędzej do półbogów w świecie kina i muzyki bym się modlił, oni przynajmniej realne, nie mityczne zasługi posiadają.

Drukuj