Na pozór kuriozum w dorobku Scorsese i trudno było mi je na szybko ubrać w słowach po seansie, więc sobie tytuł czekał dość długo na podsumowanie. Scenariusz mocno kombinowany, zaskakujące zwroty akcji w absurdalnych kontekstach często osadzone. Festiwal pomyłek i dziwnych zbiegów okoliczności w jedna koszmarną noc przez bohatera przeżytych. Dziwnie nieprzystająca do dotychczasowej, jak i późniejszej twórczości Scorsese produkcja, jaka może budzić konsternacje podczas projekcji, ale jaka posiada w sobie sporo bardzo specyficznego uroku. Zdaje się iż idealnie oddaje klimat nowojorski, ten znany na przykład z teledysku Jacksona do Billy Jean, gdzie mroczne nocne zaułki, rozświetlane pobłyskującymi kolorowymi neonowymi światłami i całodobowymi barami otwartymi dla zmęczonych egzystencjalną pustką, poszukujących ukojenia bądź ekscytującego wydarzenia. Bohater wpada w gąszczu ulic którymi wiatr gna zużytą codzienna prasę i bucha para wodna z chodnika, w karuzelę niespodziewanych wydarzeń i widz obserwuje jak się w nich miota, po czasie nawet nie zwracając w sumie uwagi na liche prawdopodobieństwo autentyzmu, bowiem głównie czerpie się myślę kinową przyjemność z wchłaniania właśnie atmosfery wczesnoejtisowej, wielkomiejskiej atmosfery. Stąd tu śmieszno i straszno, z całym korowodem osobliwych postaci i zachowań. Jakbym miał podsumować i zdefiniować co chciał pogrążony podobno w tamtym okresie w depresji Scorsese osiągnąć, to stawiałbym na mroczną tragifarsę egzystencjonalną - coś w rodzaju poszukiwania sensu bycia w świecie zgniatającym nieprzystosowanych. Tudzież komedię sytuacyjną z fundamentem dramatycznym o neurotycznych, odjechanych maksymalnie ówczesnych, mieszkańcach nowojorskich ryzykownych dzielnic "dobrej" zabawy. Wszelkiej maści cyganerii miejskiej, niebieskich ptaków i dla równowagi znerwicowanej niższej kadry korporacyjnej. Inaczej niby rozrywkę, a niby ambitną satyrę na drugą twarz "njujorku".
piątek, 23 października 2026
piątek, 27 lutego 2026
Mean Streets / Ulice nędzy (1973) - Martin Scorsese
Sekwencja z napisami startowymi może robi niezłe wrażenie i udowadnia że Scorsese od samego początku miał pomysły i koncepcję wyróżniające jego styl. Niestety jeśli odrzucić nostalgię i sentymenty, to przecież słaba, mimo że jeden do jednego bliska realiom Małej Italii jest historia i intryga. Raczej niedopracowana w szczegółach, radosna, energiczna jak cholera improwizacja fabularna - dokumentowanie szarej, lecz nie monotonnej absolutnie codzienności drobnych rzezimieszków, kanciarzy z ambicjami. Czuć fragmentami tą właściwą żyłkę do klimatów gangsterskich, a scena w klubie go-go z czerwienią spadająca na postaci, to jak dobrze kojarzę wprost protoplasta dla ikonicznych restauracyjno-barowych wątków Chłopców z ferajny. Jednako całość nie trzepie, jest bardzo nierówna, czasem wręcz tylko półprofesjonalna. Trochę komiczne szarpaniny, bójki bez ikry - wprawki gatunkowe, stylistyczne po całości. Czuć że to debiut w tych klimatach, pierwsze poważniejsze kroki które nie mają startu do wszelkich już w pełni profesjonalnych dalszych działań Scorsese. Aktorstwo jednak jest dobre, nawet jeśli nieco przesadzone, przestylizowane uważam. Prócz wyrazistego, podobno debiutującego tutaj De Niro, Keitel od zaraz doskonały, drugi plan też w większości bardzo autentyczny i Nowy Jork surowo, uczciwie sportretowany, z lat swojej słabej kondycji moralnej i architektonicznej zasługuje na uwagę oraz w sumie przesłanie - jakiś brutalny morał końcowy, przestroga że pogardliwość w stosunku do niewłaściwych typów i krwawa akcja odwetowa za upokorzenie, kończy krótką karierę buńczucznego, impulsywnego idioty wirażki.
poniedziałek, 12 sierpnia 2024
New York, New York (1977) - Martin Scorsese
To jest ta podana wzorcowo nonszalancka De Niro maniera, jaka kojarzy się z wieloma jego kreacjami u Scorsese, a najbardziej w kontekście powstałego w zaledwie rok przed NY NY Taksówkarzem i postacią z lekka jeb***tego Travisa Bickle. Ona wzorcowa lecz mnie się akurat w kontekście zupełnie rożnego oblicza stylistycznego tychże dwóch obrazów bardzo nie podoba, a i też Robert poniekąd z twarzy zakapiorski może wizualnie też nie pasuje w stu procentach tutaj do oryginalnej wielce urody Lizy Minnelli i nie rozumiem dlaczego taki akurat wybór obsadowy Martina. Z drugiej jednak mańki jak to jego cwaniactwo nie klei się dodatkowo idealnie z zafascynowanym jazzem saksofonistą, to jako gość kombinator wygląda bardzo realistycznie, bo mógł gdyż ma predyspozycje zbudować z łatwością w świadomości fana kina takie skojarzenie cwaniaczkowate. Zatem widzę argument za, choć więcej ich na niekorzyść wielkiego, lecz nieco oczywistego, bo przyklejonego do szablonu aktora. Ponadto trudno mi widzieć w nim też lovelasa, ale już lekkiego psychola naturalnie jak najbardziej, a tu jako Jimmy niewątpliwie balansuje gdzieś pomiędzy tymi naturami i im dalej w scenariusz i wydarzenia, tym bardziej to rozklejenie jest mimo wszystko znośne. Brawa jednako dla Roberta, bo zagrać upierdliwca tak aby rzeczywiście mieć go dość siedząc przed ekranem, to trzeba posiadać potężny aktorski talent bezdyskusyjnie. Tym bardziej warto znosić jego namolność, fale narcystycznej irytacji na zmianę z seksistowskim chamstwem i w sumie jest przyjemnie kiedy dla odmiany Liza zaśpiewa i Liza się jak nikt chyba inny szeroko i promieniście uśmiechnie - bez względu (uwaga, wchodzę w grząski temat) jak bardzo to jej vibrato jest siłowe i brzęczy mi we łbie. Roberta flow i rysy nie pasują do mojego wyobrażenia muzyka, ale chemia aktorska (bo małżeńska zapisana w scenariuszu rożna) między nimi jest boska i kapitalnie Francine się z biegiem czasu do jego charyzmy upadania. Dziwny w sumie to jest obraz z gatunkowo go w na poły określającym akcentem muzycznym - wzbudzający co do jakości dyskusje, którym nie tylko antypatyczna postać Jimmy’ego jest się skora przysłużyć, bo raz relacje damsko-męskie w układzie szarpiącego się małżeństwa mogą się technicznie i psychologicznie poprzez wdzięk i autentyzm podobać, a dwa to sporo w nim bajzlu, chaosu jakiegoś urzeczonym po całości być nie pozwalającego.
środa, 6 marca 2024
The Age of Innocence / Wiek niewinności (1993) - Martin Scorsese
Chociaż nominacji oscarowych było kilka, to przełożenie ich na oklaski po zwycięstwie ograniczyły się wyłącznie do lauru za przygotowane kostiumy, a w przypadku Złotych Globów na bardziej rzecz oczywista prestiżową nagrodę dla Winony Ryder za rolę drugoplanową. Kostiumy, charakteryzacja i także scenografia na bardzo bogato, więc zauważenie pośród nich tego waloru i jego docenienie zdecydowanie zasłużone, ale że to jednak rodzaj porażki, kiedy wizualny majstersztyk się przygotowało, a zamiast deszczu zaszczytów tylko jeden na pocieszenie, to nie ma dyskusji. W kwestii natomiast słuszności uhonorowania Winony Ryder można jednako dyskutować, albowiem mam ja na przykład takie przekonanie, iż gdyby zamienić jej rolę May Welland z kreacją Miny Murray w nakręconej w rok wcześniej klasycznej adaptacji Draculi Coppoli, to w obydwu produkcjach nie zauważono zbytniej różnicy. Poniekąd jednak jest zrozumiałe, kiedy skonfrontuje się intensywność przeżyć podczas seansu Wieku Niewinności z rozbijającą wówczas w rankingach konkurencję Listą Schindlera, a i Fortepian Jane Campion, to też wrażenia jednak znacznie bardziej ekscytujące, choć już bardziej podobnie stonowane i jakby pod warstwą ochronną skoncentrowane. Stąd ten akurat film mistrza Scorsese krytyki decydującej o przyznawanych wyróżnieniach nie zawojował, choć obiektywnie na zbyt wiele słów uwag negatywnych nie zasłużył i ja tu ich oprócz kwestii gatunkowej przynależności (nie jestem fanem kostiumowych melodramatów i tyle) nie będę zamieszczał. Ot jeśli mowa o prestiżu festiwalowym konkurencja po prostu lepsza była, co nie znaczy, iż Wiek niewinności należy do tych słabszych prac scorsesowych, bowiem ich w sumie w jego karierze brak. Legenda hollywoodzkiej reżyserii lubiła kręcić o Nowym Jorku na/w rożnych etapach stawania się tego miasta ikoniczną metropolią, ale także już nią samą i nawet jeśli pojawiała się ona w tle opowieści, to zawsze jej rola wyraźnie podkreślona i sentyment mistrza do miejsca podkreślająca. Przyklejone do natury filmów Scorsese są też intrygi, ale żeby o konwenansach często rozprawiał, to nie bardzo - tak jak użycie postaci narratorki, to też nie w jego stylu, choć zawiłe historie jakie w mistrzowski gawędziarski sposób do dzisiaj z autentyczną pasją opowiada, może i miałyby prawo takowego posiadać, ale gdyby warsztat gawędziarski akurat nie był tak znakomity, by się bez roli takowej nie móc obejść. Ponadto zdobny dekoracyjny przepych i pośród klasycznej operatorki, także typowe dla filmów Scorsese tricki, a w tym przypadku także ukazane ulice Nowego Jorku z charakterystycznymi kamienicami, widziane z perspektywy dziewiętnastowiecznej dla mnie bardzo ciekawe, bowiem człowiek miał w kinie z nimi do czynienia niezwykle często, lecz jakby z przyklejeniem do współczesności, mimo że naturalnie bez teoretycznego odklejenia od wiekowego ich pochodzenia. Być może dlatego, że tyle w Wieku niewinności smaczków architektonicznych czy szerzej wizualnych, łatwiej było mi przebrnąć przez charakterystycznie emfazą z epoki nasączoną historię niespełnionego romansu Pana Archera z Hrabiną Oleńską, która bez buzi Michelle Pfeiffer i strzelistej sylwetki Daniela Day-Lewisa, też sporo optycznie by straciła.
wtorek, 12 grudnia 2023
Killers of the Flower Moon / Czas krwawego księżyca (2023) - Martin Scorsese
Ziemia czarne złoto ukrywała latami, ale przyszedł jednak czas że ziemia ów skarb swój w ludzkie ręce oddaje, bo człowiek łapskami własnymi wyszarpuje je ziemi i tak sobie bogactwa przysposabiając luksusy ogromne zapewnia, jak i kłopoty zarazem na siebie ściągając, bo tam gdzie czysty pieniądz z wnętrza wydobywany, tam zrazu niebezpieczeństwo czyha, bo dla konkretnego grosza (tak, nic odkrywczego) człowiek na wszystko gotowy! Tak w zupełnie nie oddającym pełnego zakresu podjętych kwestii, w skrócie widzę fabułę Czasu krwawego księżyca, na historycznych faktach opisanych może nie dosłownie, a raczej z elementami uatrakcyjniającej fikcji opartą i zamknięta w bagatela około 210 minutach projekcji, na podstawie powieści... doczytajcie gdzieś sobie. :) Wiedząc to i owo o kontekstach spodziewać się należało grubej sagi, a ten ze wstępu tegoż opis treści rzecz jasna rozpisany na potężny scenariusz, który w tych niecodziennych dla kina hollywoodzkiego rozmiarach w adaptacji Mistrza Scorsese ani odrobinę nie męczy, a wręcz oderwać oczu od ekranu (tak oglądałem w streamingu na kanapie) nie pozwala. Pieniądz płynący wartkim nurtem prowokują rozlew krwi, a jej rozlew z kolei stanowi znakomity fundament dla opasłej, ale przede wszystkim porywającej opowieści o destrukcyjnej sile pokusy i hipokryzji infekującej ludzkie serca, zdolnej tym raczyskiem zaatakować zdrową tkankę jakiejś tam kompletnie niedostosowanej do wyzwań czasu szlachetności i uczciwości. Bo biały człowiek to jednak potrafił i trudno dyskutować być może ze stwierdzeniem iż wciąż zna sposoby jak wybielić nawet gówno, jeśli ma w tym interes. Mieli tym ozorem i stosuje podłe sztuczki, a jak tego nie starczy to znajdzie inną, bez znaczenia że kryminalną metodę - ważne że skuteczną. Scorsese zawsze miał nosa do barwnych (dobra, złe słowo, brawurowo tragicznych) wydarzeń z historii Ameryki, że wspomnę tylko Gangi Nowego Jorku. Historii które niby nie są tajemnicą, a jednak raczej nie stanowią wiedzy ogólnej, gdyż nie dają powodu do dumy dla patosem przesiąkniętej i hipokryzją przeżartej tożsamości amerykańskiego narodu, ukonstytuowanej w miejscu, gdzie prawdziwa, a nie udawana duchowość czy wspólnotowa świadomość rdzennych szczepów i plemion zbrukana. Bierze Scorsese taką prawdę historyczną i obrabia ją charakterystycznym dla siebie językiem filmowym, tworząc pełnokrwiste dzieło sztuki. Oferuje ekscytujące przeżycia dla widza oczekującej rozrywki i harmonijnie, synchronicznie fascynujące doznania dla audytorium wymagającego od kina czegoś więcej ponad tylko dobrą popcornową zabawę. Czas krwawego księżyca to film pasujący do repertuaru multipleksów, ale i złożony, wielopoziomowy erudycyjny obraz, choć sama podstawa zawarta w skrypcie historycznym ograniczona przecież do jednego, zdaje się oczywistego wniosku. Ona skompresowana myślę do postaci okrutnej, pozbawionej wszelkich granic moralnych chciwości i w sensie puenty porzekadle, iż „historię piszą zwycięzcy”. Poczynając od zawiązującej tekst scenariusza kwestii morderstw na plemieniu Osedżów, przez traktowanie rdzennych mieszkańców Ameryki jako naiwnych, prymitywnych, „niekompetentnych”, a przez to potrzebujących białego człowieka, aby nie roztrwonić wielkiego bogactwa jakie nieświadomie on im przecież zapewnił, ograniczając w swoim dobrodziejstwie ich znacznie bardziej pierwotnie rozległe tereny w administracyjnej formule tzw. Rezerwatu (sick!). Po głębsze znaczniej analizy dotyczące manipulacyjnego oddziaływania za pośrednictwem technik socjometrycznych czy konkretnie zniewalania fałszywą troską, tudzież wręcz miłością i lojalności, którą (co nieprawdopodobne otrzymuje) ponad zdrowy rozsądek wymagając. Stąd Czas krwawego księżyca to gatunkowo osadzony w ramach historycznych kryminał, jak i szeroko rozbudowany dramat psychologiczny z socjologicznym rzecz znaczy głębszym kontekstem, w szczególności sugerujący sekciarskie i mafijne konotacje w ukazanej mentalność tej „lepszej” części społeczeństwa. To wreszcie dzieło wybitne ze względu na warsztatowe popisy wszystkich specjalistów jacy zostali przez głównodowodzącego do realizacji tego fenomenalnego przedsięwzięcia zaangażowani i ja nawet jeśli nie będę wystawiał tutaj świadectw najwyższego poziomu KOMPETENCJI wszystkim z osobna przywołując ich nazwiska, to nie mogę dopuścić, aby obok majstersztyka aktorskiego drugiego planu wybitnej tutaj Lily Gladstone (z miejsca przyznać Oscara jej!), nie podkreślić ponownie kim dla współczesnego kina są Robert De Niro i Leonardo DiCaprio. Nie będę tutaj robił subiektywnego przeglądu ich najlepszych dokonań w ich przebogatych przecież karierach, ale jeśli nie są tu sobą w najdoskonalszej, czysto epickiej formie, to ja nie wiem. Brawo dla Scorsese za wykrzesanie maksa z obsady, za te dialogi kapitalne współtworzone z niekwestionowaną legendą scenariuszowego Hollywood w osobie Erica Rotha. Oklaski też na stojąco za podjęcie rozdrapującego rany tematu i po prostu za to że wciąż jest i to na pełnej świadomości, bowiem człowiek z niego już mocno wiekowy, a wciąż czyniący dobro filmowe, ale też rozkręcający debatę publiczną w wielkim stylu.
piątek, 11 lutego 2022
Gangs of New York / Gangi Nowego Yorku (2002) - Martin Scorsese
Rozpoczyna się od nawet jak na Scorsese wyjątkowo brutalnej sceny rzezi, której nie powstydziłby się żaden spektakularnie batalistyczny obraz o średniowieczu. Szczękiem żelastwa i makabryczną furią walczących ulicznych plemion, sfinalizowaną zaczynem dla dalszej fabuły. Startuje ujęciem krwawej masakry i jednocześnie jak na owe czasy odważnie unowocześnionej poprzez użycie teledyskowego wręcz montażu i w tle fragmentami zaskakująco współczesnej muzyki. O zemście ta historyczna przypowieść, o wendecie dla której tło stanowi rosnąca nowojorska metropolia. Z rozgrywkami politycznymi w nowo powstałej demokracji, której podstawę tworzyły przynależnościowe rozliczenia i nimi tak naprawdę ustawicznie były infekowane. Opowieść z czasów wojny secesyjnej o miejscu zwanym Five Points - królestwie slumsów, gnieździe przestępczości, dzielnicy czerwonych latarni, wylęgarni buntów i rozruchów, jednym słowem nowojorskiej Sodomie i Gomorze. O miejscu w którym trzeba walczyć o przetrwanie, często życie, gdzie o świcie egzekucje, a o zachodzie taneczna zabawa. Wartko zmontowana i dzięki temu utrzymująca wysokie tempo, lecz nie oszczędzająca też wątków ckliwych produkcja karmiąca się etnicznymi konfrontacjami emigrantów i tubylców o wpływy. W atmosferze jedynie zachowania pozorów praworządności (szczególnie kiedy łamie się prawo) kompletny chaos, bajzel na kółkach, przemoc powodująca przemoc i oczywiście z kolei przez tą przemoc napędzana. Wprost kompletna anomia, a tym samym przestrzeń do rodzenia się gangów doprowadzających miejsce do przerażającego rozkładu moralnego. Innymi słowy Scorsese swobodnie interpretując powieść Herberta Asbury’ego ukazującą życie XIX wiecznych nowojorskich rzezimieszków oddał hołd miastu zbudowanemu z krwi i udręki. Powstało rozgrzewające dynamiczne widowisko, w którym dosłowność i bezpośredniość ściera się z rozmachem scenograficznym i jak myślę nazbyt komiksową estetyką wizualną, podbitą momentami tarantinowską przesadą. Powstało widowisko które swego czasu porwało wielu, ale ja akurat nigdy w odróżnieniu od tej większości w pełni nie uległem jego walorom. Chyba że mowa o przeszarżowanej lecz dzięki temu genialnej roli Daniela Day-Lewisa. Ona z nieprzesadnie udanego i jak mam wciąż wrażenie poszukującego dla Scorsese świeżego języka filmowego obrazu zrobiła coś więcej. Przynajmniej nie wyobrażam sobie tutaj braku tak charyzmatycznego aktora - szczególnie kiedy jego robota równoważy bardzo przeciętną i o zgrozo potwornie kojarzącą się z melodramatycznością niby z jakiegoś Titanica kreację Leonardo DiCaprio.
środa, 4 listopada 2020
The King of Comedy / Król komedii (1982) - Martin Scorsese
Telewizyjny szołbiznes oczami Scorsese - od podszewki, to znaczy od kulis kariery, która może kończyć się zanim zacznie ustawicznym odbijaniem od muru, bądź eksplozją ego i trudnej do udźwignięcia popularności. Jest w tym wybornym, lecz paradoksalnie dość mało spopularyzowanym filmie Mistrza pewne oczywiste podobieństwo do Taksówkarza i ono nie ogranicza się do osoby Roberta De Niro w kolejnej fenomenalnej roli. Ta zbieżność to bohater, który na lokalnym marginesie żyje urojonymi marzeniami, pragnie stanąć w blasku fleszy i być szeroko podziwianym. Postać tragiczna, funkcjonująca na granicy fikcji i rzeczywistości, w pewnego rodzaju psychicznym obłędzie. Rupert Pupkin gotów jest zrobić wiele, by coś udowodnić według zasady „lepiej raz być królem, niż wiecznym leszczem”. Biorąc we własne ręce swój własny los, prąc z niezwykłą determinacją ku sławie, egzystuje pomiędzy dwoma światami. Co jest prawdą (tu i teraz w realu), a co marzeniem sennym (produktem wyobraźni bohatera) trudno się chwilami jednak połapać. Łatwo zabłądzić w tej „labiryntowej” konstrukcji fabuły autorstwa Paula D. Zimmermanna - jak materiały źródłowe podpowiadają, znanego bardziej jako autora scenariuszy epizodów Ulicy sezamkowej, niż tych jakichkolwiek innych prócz właśnie Króla komedii. :) Mimo tej formuły zawiłej, jako sztuka filmowa najwyższej klasy obraz jest zwięzły i wyrazisty. Jako gorzka satyra, inteligentna tragikomedia ze świetną, wymowną puentą zawartą w otwartym finale, wręcz genialny.
piątek, 13 marca 2020
Taxi Driver / Taksówkarz (1976) - Martin Scorsese
niedziela, 1 grudnia 2019
The Irishman / Irlandczyk (2019) - Martin Scorsese
wtorek, 14 maja 2019
Cape Fear / Przylądek strachu (1991) - Martin Scorsese
wtorek, 11 kwietnia 2017
The Color of Money / Kolor pieniędzy (1986) - Martin Scorsese
poniedziałek, 20 marca 2017
Silence / Milczenie (2016) - Martin Scorsese
poniedziałek, 5 września 2016
The Departed / Infiltracja (2006) - Martin Scorsese
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Bringing Out the Dead / Ciemna strona miasta (1999) - Martin Scorsese
P.S. Taki Scorsese poniekąd mocno "fincherowski" - prawda?















